Archive for Październik, 2012

  • koko..

    Większość zdjęć z dziesiejszego posta jest z rąk moich 10 letnich Siostrzenic.

    Kadry zachowane w oryginale. Ich zdjęcia podpisane imionami w lewym dolnym rogu.

    No i koko… Cały weekend przecież koko, i to koko co Mama ma na sobie.. Oszaleć można 🙂 tylko ten mały palusek wyciągnięty na Mamę i koko, i koko..

    Dziś tak na szybciutko. Reportażowo.

    Wróciliśmy rano do codzienności. Czyli przejechaliśmy te 160km i jesteśmy u siebie.

    Choć dla mnie, wciąż, „u siebie” to najbardziej właśnie tam. W mojej wsi.

    Tam, gdzie droga od lat ta sama, pełna dziur, a po każdej zimie koła samochodu chcą się o siebie pozabijać… I nawet pewnego dnia tak było…

    Tata wychodzi przed dom, a tam jakieś auto bez koła. Facet w zbożu buszuje. Rowy penetruje. Koła szuka. Tak pędził, takim gratem, że się wzięło i odjechało w siną dal.

    Szukają. Facet szuka. Tata szuka. Przyszedł Szwagier i szuka. Pół dnia szukają.

    Nie ma. No zawzięło się, i nie ma.. Auto kalekie gdzieś na postój zapchali.

    A gdy wszyscy szukać zaprzestali to się okazało, że koło u mojego Taty pod wiatą.

    Wpadło przez dach, nieomieszkując zrobić dziury, a potem poobijać nam starą, zabytkową Wołgę, co to nią Gierek jeździł i papiery na to są..

    Ale najlepsze jest to, że choć moja siostra nie szukała, to najlepiej Wam opowie, jak to koła owego szukali.

    Czasami mam wrażenie, że tam „u mnie” to jest jakieś skupisko wydarzeń codziennych, ciągłych, nieprzemijających, by ani trochę wytchnienia mojej siostrze w opowiadaniu nie dać..

    I o tej syrenie strażackiej, co Tata z giełdy antyków przywiózł.. A jak nią na podwórku zakręcił to patrzymy, a sąsiadzi w mundurach na zbiórkę do remizy idą..

    I jak to z tym Tatą, motocyklem z koszem w mundurach niemieckich, kaskach ormo i kapeluszach kowbojskich jeździmy..

    No i tam „u mnie”… to zawsze nie jest normalnie, ale trudno spodziewać się czegoś innego, z tą właśnie, a nie inną rodziną.. Biedna Antka… Ona jeszcze nie wie..

    Po powrocie, gdy już pranie wstawiłam, dziecko me do Teściowej (cudownej!!) odwiozłam to zasiadłam i zdjęcia zgrywam.. Liczę na kilkanaście a tu 436 zdjęć!

    Oglądam jedno za drugim i z podziwu wyjść nie mogę. No cholera jasna, nie mogę!!

    Dziesięć lat mają. Dziesięć. Niecałe. Uwierzcie mi, że te kadry są w oryginale. I to nie wybranych kilka zdjęć tak wygląda. 90% tak. I okazało się, że jestem w stanie Wam dwa posty sklecić.. O naszym nowym zakupie i domku nowym siostry mej.

    Może bardziej o małych ułamkach domku, które udało się wykraść, przemycić..

    Bo już widzę jak zaraz do mnie dzwoni i biadoli..

    – Prosiłam Cię. Prosiłam, żebyś żadnych zdjęć domu nie dawała jak ja tu trzy dni mieszkam. Jak ja nawet nie zdążyłam talerzy w szafkach poustawiać. Miałaś zrobić jak będzie gotowy. No jak ten ganek wygląda! Tak Cię prosiłam. Wiesz co…

    Dokładnie, w te słowa będzie..

    Ale nic, biorę to na klatę..

    Dla Was.. 😉

    Miało być krótko… rany, rany…

    Już bardzo dawno znalazłam firmę Boska’s Teddies. Tam są cudne misie. 

    I często do nich wracałam, ciągle odwlekając zamówienie. Nie wiedząc czemu..

    Ale kiedy zaczęli robić kominy z uszami, to już nie wytrzymałam.

    A do komina bluza. Dla Tosi. A dla mnie…? Dla mnie taka cudna…

    Mam wielkie wrażenie, że patrząc na zdjęcia nie muszę Wam tłumaczyć swojego zachwytu…  Ja, bluzy nie zdjęłam przez cały weekend.. 

    Tośka niestety tak, bo sok pomarańczowy ją załatwił. Sprało się idealnie, 40 stopni, wyszło wyprasowane… taki materiał. 

    Spódnica… RISK made in warsaw. Chyba wszyscy już znają… bo jest czyste szaleństwo na punkcie ich kolekcji, w dresowych szarościach. Jeszcze się tam czaję na sukienkę dwustronną… Powiem Wam, że robi wrażenie. A ja, jestem wciąż zakochana w Antoninie i Klarze, które kryją się pod tą marką.

    Spinka jak zwykle Kollalle. Niezmiennie. Zawsze.

    No i Tośki huntery… Prosto z Pensylwanii. Dziękujemy Julitko. A o Julicie, osobowości niezwykłej, już niedługo u nas na blogu…

     

    Kadrów kilka.. ukradzionych…

    Cały dom. Każda najdrobniejsza rzecz, zrobiona przez ręce mego Szwagra i Taty mego.

    Starannie wbijane sznury między belki. Wieczory spędzone na struganiu okien, drzwi.

    Nie. Nie przyjechała gruszka, i nie wylała betonu. Nie. Nie przyszedł architekt, i nie rozrysował planu… Nawet projekt narysowany przez Szwagra. A potem podbity, bo tak profesjonalny.

    Jak tylko się urządzą, to ukradnę więcej. Tych kadrów dla Was.

    „To nie sztuka wybudować nowy dom, sztuka by ten dom miał także duszę”…

    Moja siostra piecze chleb. Ale nie ten nasz. XXI wieku. Tak hucznie zwany domowy. A on taki domowy jak…. Wsypujemy do maszynek drożdże, mąkę i mleko… A potem nastawiamy czas…

    Moja siostra robi na zakwasie. Całą dobę. Miesza coś. Odstawia. Dodaje. Odstawia. Coś cuduje. Odstawia. Tak godzinami… Ale chleb taki… Mistrzostwo świata.

    I torcik makowy na szybko zrobiła. Bo choć to masa roboty, to Ona uważa, że to jest „na szybko”. A jak biegła po składniki, to kwiatków na polu nazrywała. 

    Tak. Zdecydowanie moja Siostra potrafi stworzyć dom.

    Moje Niańki i Fotografki…

    I nasz Tosik… No dupka ciężka i chodzić się nie chce.. Ale pierwsze kroki są..

    Ukradłam kawałek łazienki.. 

    Tak. Dziś zdecydowanie reportażowo było…