Archive for Listopad, 2012

  • list.

     

     

    Śląska to ja nienawidzę.  A mieszkam w samym jego centrum. 

    I choć zamieszkiwałam i Warszawę, i Kraków, i Bielsko Białą, i kilka innych miast to trafiłam na ten Śląsk, co to go po prostu nienawidzę.

    Bo ja to kocham wieś… A jak już nie wieś, to miasteczko małe, albo chociaż odrobinę urokliwe…

    A tu… ulice szare i rynku brak. I mam wrażenie, że tutaj jakiś smutek bije. 

    Ale w tym Śląsku można się zakochać.. Nigdzie nie było piękniejszej architektury…

    Te wieże ciśnień, stare fabryki, całe osiedla zbudowane w latach świetności huty…

    Na jednym z takich osiedli mieszkamy my.

    Kamienica ma 120 lat. I kilka wokół również. Pruskie mury. Okrągłe okna w kuchni, złożone z 14 małych okienek. Inne zaś mieszkania, mają piękne drewniane, rzeźbione wykusze . Każdy z tych budynków  projektowany przez różnych, znakomitych architektów tamtych czasów. Często zza okna widzę wycieczki na chodniku i przewodnika, który opowiada o niezwykłości owego miejsca. Jest stary, żydowski cmentarz. Najpiękniejszy jaki widziałam. Wszystkie drzewa pokryte winoroślami. 

    Większość z tych budynków umiera każdego dnia. Odpadają drewniane okiennice, które potem są opałem dla bezdomnych. Wybijane szyby i wyrywane kable ze ścian.

    A wciąż pięknie i dumnie trwają. Z wieżami, drewnianymi schodami, oknami rozciągającymi się na dwa piętra. Przechodzę tam każdego dnia i myślę sobie, że mnie obojętne jakim językiem mówię… a gdyby zostało to, po innej stronie granicy, to pewnie nie byłoby nas stać, na ekskluzywne lofty jakie byłyby tutaj..  Już dawno każda deska, każda cegła wypielęgnowana i zakonserwowana leżałaby  z nadzieją na kolejne setki lat…

    U nas nic się nie zmieni. Każdego dnia, z architektury dziś nieosiągalnej zostaje coraz mniej i mniej… aż w końcu kawałek pustej ziemi pod supersam jak znalazł będzie…

    Klatka schodowa odrapana, popisana i patologiczna… Ale kiedy tylko otwieram drzwi naszego mieszkania, przenoszę się w inny świat… który jest zasługą wielkiej pracy mego męża… i kiedy już przyjdzie nam przeprowadzić się do domu to będzie mi tego miejsca brak…

    Kilka dni temu schodzimy na dół klatką schodową. Schody na środku już ugięte, od tych ponad stu lat codziennych kroków. Szybkich i leniwych. Ciężkich i lekkich, podskakujących dziecięcych trzewiczków…

    O jak ja chciałabym zamknąć oczy i podejrzeć… Co tutaj było… Jak byli ubrani, co na obiad gotowali, jak w pokoju meble ustawione były i o czym rozmawiali sąsiedzi przy wieczornych schadzkach…?

    Schodzimy. Adaś wyciąga ze skrzynki listy. 

    Jeden z nich jest do mnie. W białej kopercie i znaczek jest. Prawdziwy list. Taki napisany długopisem i rączką małą. Taki z powitaniem i rysunkiem. 

    Taki list co oprócz łez, to tak wszystko w środku przewraca. Bo te łzy to tak jakoś za mało. I to, że Ona sama, w tym pokoiku. Tylko Mamy zapytała czy pomoże Jej wysłać.

    I te słowa tam… 

    „Dzięki Tobie moje życie staje się lepsze. Inspirujesz ludzi, żeby otworzyli się do świata”

    Ona ma 10 lat. Dziesięć. 

    … wiesz Kornelko, ja jestem zwykłym człowiekiem, z trudnym charakterem, a i mądrości u mnie niewiele… Ale Ty… Ty będziesz wielka… Nie raz o Tobie głośno usłyszymy..

     

    Kornelia od piątego roku życia marzy, by zostać chirurgiem dziecięcym. Nigdy przez tyle lat  przy zapytaniu o zawód, zdania swego nie zmieniła.

    Kornelia potrafi bawić Tosię całymi dniami, nie narzekając nawet przez chwilę, bo twierdzi, że chce by ciocia też odpoczęła.

    Kiedy mój Tato o 21ej pyta domowników kto z nim pójdzie na spacer, zgłasza się Kornelia.

    Każdemu z nas już się nie chce, jesteśmy zmęczeni i zbyt leniwi. Ona zakłada dresy na piżamę i mówi, że choć nie ma siły to idzie, bo szkoda Jej, żeby dziadek miał spacerować sam.

    Kornelia jest najlepszą uczennicą w klasie. Czyta książki pod kołdrą z latarką.

    Wszystkie zwierzęta przygarnia, tuli i całuje.

    Mając 6 lat na wiadomość, że Tata wraca po kilkudniowym wyjeździe odpowiedziała… „w takim razie, jutro, moje bolesne odczucia będą już tylko wspomnieniem…”

    Dziś w skrzynce są już tylko rachunki… Listów, nie dostaje nikt…

    Czy powinnam czuć się niezwykle wyróżnionym człowiekiem…?

     

     

    I kilka naszych codziennych fotografii…

     

     

     

     

  • podarunki

    Jak chyba każda dziecięca blogerka, jestem zakochana w Bleubird i RockStar Diaries

    Inspirując się Ich „giveaway” pomyślałam, że może i u nas rozpocząć taką zabawę..

    Dziś mamy do podarowania Wam śpiworek firmy Effii. Kolor do wyboru.

    Śpiworek jest w 100%  z bawełny.
    Zamek otwierany od dołu, ułatwia zmianę pieluszki nocą, bez wyziębiania.
    Przeznaczony dla dzieci z wrażliwą skórą.

    Zasady są proste i zawsze będą takie same. Trzeba wejść na stronę Effii, spośród wszystkich produktów jakie się tam znajdują, wybrać jeden  i napisać w komentarzu na blogu szafy, dlaczego ta rzecz Was urzekła. 

    Wybór zwycięzcy będzie losowy, przypadkowy, dlatego wszystkie komentarze biorą udział w zabawie. Bez względu na „jakość” komentrza, długość i polot słownictwa. 

    Jeżeli spodoba się Wam taka forma zabawy to wiele polskich firm jest z przyjemnością zasponsoruje kolejne upominki.

    Zwycięzca zostanie ogłoszony przy kolejnych podarunkach.

    Zatem do dzieła!

     

    * komentarz musi zawierać opis wybranego przedmiotu ze strony effii. 

     

     

  • kawa

     

     

     

     

     

    Poranek zaczyna się od kawy. I choć ja kawy z rana nie piję, to od niej zacząć się musi.

    Przymrużonym jednym okiem, zerka na sytuację. Potem jest pół uśmiech. Niestety tylko pół, bo u Niego z rana, bez tej kawy właśnie trudno o cokolwiek…

    Następnie jest pocałunek dla mnie i buziak dla Tosi. Choćby nie wiem co. Nawet jak zasypiam z fochem i się nie odzywam od rana demonstracyjnie, to On mi wtedy ten pocałunek właśnie. No do szału mnie to doprowadza, bo przecież ja mu  robię ten teatr obrazy a On mi tak… Oczywiście głęboko w sobie uwielbiam to do szaleństwa, ale burzy mi cały plan tego milczenia, gniewania i trzymania nosa na kwintę..

    Ostentacyjnie, jakby delikatnie obracam głowę w bok, żeby mu przypomnieć o moim gniewie… Lekko w bok, by jednak mógł mnie tym pocałunkiem złapać. I On łapie oczywiście z pytaniem.. „co się stało Puszku”?

    No bo On nie wie.. Rozumiecie…?

    On nie ma pojęcia o co ja się gniewam… kiedy ja w otchłani rozpaczy jestem.. tej największej… choć dziś chcąc przytoczyć o co to ja sie potrafię na Niego gniewać… nie pamiętam..

    Ach, nie… ostatnio to sie gniewałam, bo przesunęłam szafe, a On mi powiedział, że „niefajnie”… że wcześniej lepiej było… Jakim ja płaczem wybuchłam! No okropnie!

    Bo ja się nadźwigałam, żeby niespodziankę zrobić Jemu, a i sobie odmienić, bo przemeblowania to ja kocham nad życie.. a On mi, że „niefajnie”…

     I kiedy ja tak ryczę to On mi się pyta.. „A co się Kwiatku stało, że Ty tak płaczesz..? Przecież najważniejsze żeby Tobie się podobało, mnie obojętne. Ty masz być szczęśliwa”… 

    A to On nie wie, że jak Jemu się nie podoba, to i mnie już też zupełnie mniej…?

    I to wszystko po to, by po trzech dniach usłyszeć, że może i fajnie jest…

    Ale.. przeciez ja o poranku naszym chciałam..

    W strategicznym miejscu kuchni robi tą kawę. To jest cały rytuał. Odpowiednia ilość łyżek kawy. W ekspresie. 

    Odpowiednio ubite mleko w thermomixie. Bo bez pianki to nie kawa.

    A jak rano się okazało, że nie ma już filtrów… no to tragedia nie do opisania..

    To teraz dbam jak mogę, by nigdy mu nie brakło.

    I codziennie rano… „Ja to Puszku jestem baristą, nie? Najlepszym. I jak ta kawka? Jak? Dobra? Ale szczerze? Dobra? Widzisz..”

    I musi być w odpowiednich szklankach, bo tylko tam ma już wypróbowane proporcje.

    A te szklanki jak głupie się wytłukły, bo ze szkła cienkiego a ja do zmywarki na upartego.

    I przy każdej stłuczce, to żałobne milczenie gdy wyrzucał do kosza..

    I to rano pół godziny zajmuje ta kawa… A to miejsce w kuchni takie z rana najważniejsze.. 

    Gdzie czajnik na herbate, gdzie chlebak, gdzie Tosi butelki.. 

    I sie obijamy, i przedeptuje nerwowo nogami czekając, i czemu On wody jeszcze nie włączył skoro tam stoi…?

    I do szaleństwa mnie to doprowadza…

    Ale czy gdyby tej kawy nie robił, to byłby tym samym człowiekiem, którego kocham nad życie…?

     

    Uprzedzając pytania, jeździk Vilac kupiony w Bokado – cudny sklep.

    Autko czeka na swoją sesję świąteczną, ale nie mogłam się powstrzymac żeby nie pokazać Wam go wcześniej..

    Wąsata bluzka Tosi i tutu wiadomo… czy jest Ktoś kto nie zna Kids On The Moon ?

    Wózek dla lalek – Moover