Archive for Czerwiec, 2013

  • w lewo..

     

     Kolaże1054 Kolaże1053 Kolaże1064 Kolaże1047 Kolaże1057 Kolaże1049 Kolaże1046 Kolaże1061 Kolaże1051 Kolaże1068 Kolaże1070 Kolaże1074 Kolaże1072 Kolaże1083 Kolaże1071 Kolaże1075 Kolaże1050 Kolaże1066

    bo to nie jest tak, że człowiek Bożego świata nie widział, że nosa nie wyściubił.
    wiem przecież, że kartę do drzwi przyłożyć, a potem do czytnika wsadzić by światło zapalić.
    i w mniejszych hotelach i tych wielkich w Barcelonie jak się 15 lat miało. no coś tam wiem. gdzieś się było.
    a tu.. pokój numer 7125. by na śniadanie dojść uważnie tabliczki ze znakami śledzić. restauracja czerwona, niebieska, zielona..
    w lewo, w prawo, schodkami trochę w górę, potem znowu w prawo, windą dwa piętra w dół. potem tylko dwa razy w prawo i raz w lewo. i już jesteśmy na miejscu. pięć stanowisk z bufetem. w każdym kolejka jak z PRLu. zastanawiamy się przez chwilę, co dzieje się z tą toną żywności, która zostaje. z herbatą uważnie, bo tłumy stratują Cię zanim zdążysz stanąć na środku, by rozejrzeć się za stolikiem. a i tego znaleźć się nie da… choć są ich dziesiątki. kelnerzy pospiesznie ściągają obrusy. nakładają nowe. białe. w niezwykłym stresie, bo przecież przy tym stole Ktoś już czeka, z talerzami w dłoni przebierając nogami.
    kawe dopijam do połowy. bo choć dobra to nie smakuje mi wcale. patrzę na mojego męża.
    siedzi naprzeciw mnie. każde zdanie jakie wypowiadam powtarzam dwa razy. trudno mu usłyszeć. trudno tam nawet myśli pozbierać by to zdanie sklecić.

    hol główny jak centrum miasta wielki. uliczki, chodniczki, sklepiki.. żyrandole jak na Titanicu.
    sale kongresowe, koncertowe, dyskoteki, lodowiska, kręgielnie, place zabaw, baseny…
    i gdyby nie to zaproszenie, to ja bym nigdy.. albo może raz w życiu.. bo już na pewno nigdy więcej..
    i choć widoki z okna na góry piękne, to trudno mi sobie wyobrazić, że ludzie za to niemałe pieniądze płacą..

    bo.. na naszej wsi, na ogródku u Tosiulki Babci, stary stół pod czereśnią stoi. ceratą przykryty.
    huśtawka obok ( „usi” przez Antkę zwana). koty dwa się prężą na słońcu. wiatrak z odpustu w ziemię wbity kręci się jak szalony.
    na talerzyku jabłecznik i makowiec. po kawałku dla każdego. kawa zwykła, a dobra taka.
    za tymi drzwiami co tam grabie i wąż ogrodowy leżą, stoi też skrzynka biała. w niej woda mineralna w butelkach szklanych. „Wiślanka”. otwieram ją o dziure we framudze od zamka. jak za dziecięcych lat. wielką frajde mi to sprawia.
    dla Tosi krauza z kompotem z cześni. bo u Babci po śląsku mówią. a mnie się marzy by moja córka gwarą śląską jak polską się porozumiewała. uwielbiam słuchać jak mój mąż do Niej godo.
    i u tej Babci mamy sad i ogródek. cebulka, rzodkiewka, sałata, koperek, marchew, pietruszka..
    ul. i miód swój własny. mięta. i do kolacji herbata z miętą.
    foliówka, a w niej pomidory pną się jak szalone. winogrona wielkie jak śliwki. a słodkie takie, że wodą trzeba popijać..
    i by dojść do tych dobroci, muszę skręcić tylko raz.. w lewo za altaną.

     

    Kolaże1076 Kolaże1032 Kolaże1033 Kolaże1034 Kolaże1031 Kolaże1030 Kolaże1078czwartek1

     a jak już człowiek nazrywa tych łakoci w Babcinym ogródku, wyprostuje się i spojrzy na wschód, to i naszą chałupę w trakcie budowy zobaczy…

    Kolaże1045

     

    Tosiulki torebka ogrodowa tutaj.
    sukienka z H&M. uwielbiam. sa przeróżne wzory. po 19,90. tutaj.
    śpiwór/koc piknikowy z kolekcji szafy Tosi. tutaj.
    koronkowe tipi od naszej Kochanej Kasi i Klaudii.
    łapacz snów już trzeci mamy. a i na pewno nieostatni. tutaj.
    nie rozumiałam zachwytu nad hulajnogą mini micro.. dopóki się u nas nie pojawiła.. w kąt mogą iść wszelakie rowerki biegowe, jeździki i wszystko inne. zdecydowanie najlepiej wydane pieniądze na dziecięce rzeczy. tutaj.

     

  • skrawki.

    Kolaże1017 Kolaże1015 Kolaże1016 Kolaże1014 Kolaże1013 Kolaże1011 Kolaże1009 Kolaże1010 Kolaże1008 Kolaże1019 Kolaże1018 Kolaże1025 Kolaże1026 Kolaże1027 Kolaże1020 Kolaże1021 Kolaże1023 Kolaże1022 Kolaże1024

    dziś małe skrawki z poprzedniego tygodnia. każdy dzień zamknięty co do minuty.
    mnóstwo pracy. pakowanie. dni wyjazdowe. artykuł do gazety (o tym za dwa tygodnie). 
    dziś wróciłam do domu i pomyślałam, że dawno mnie tutaj nie było…
    mam nadzieję uspokoić dzień koło czwartku, usiąść i napisać do Was kilka słów..
    dołączam kilka zdjęć z akcji „motoserce”, gdzie motocykliści oddają krew dla dzieci. Tosia brałą udział z Tatą. 
    również w konkurencjach dla najmłodszych. a pomysły na konkurencję mieli rewelacyjne.
    Tosi krótkie spodenki tutaj (no lubię aż do znudzenia.uwielbiam),  długie różowe z pomarańczowym paskiem tutaj (super wygodne i „posiaśne”), spódnica do ziemi tutaj ( w komplecie dla mamy i córki), pasek z kokardką tutaj.

    a jeżeli Ktoś z Was miałby ochotę poczytać.. to zapraszam na blog mojej znajomej i Jej niezwykłą historię.. ja czytałam jednym tchem . Historia małego Reno.

  • „stres”

    od dziecka jestem zakochana w felietonach.
    lubie tę formę krótkiego opowiadania, które zamyka jedno, ostatnie zdanie.. zdanie, które tak wiele daje do myślenia..
    jako nastolatka wycinałam z Wysokich Obcasów strony z felietonami i składałam do białej teczki.
    minęło 16 lat i po białej teczce nie ma śladu.. zaginęła w czeluściach strychu.
    jednak jeden z nich, bardzo mocno siedział mi w głowie. szczególnie właśnie to ostatnie zdanie, po którym ma się ochotę powiedzieć cicho pod nosem z westchnieniem.. „a no właśnie.. a no właśnie..” i pokiwać lekko głową.
    uwierzcie mi, że znalezienie tego felietonu w internecie nie było proste.. zajęło kilka ładnych godzin, bo nie pamiętałam tytułu..
    ale tak się zawzięłam.. no bo przecież nie mogłam tego przeżyć, że się z Wami tym nie podzielę..
    mam. dzielę się. i teraz mogę iść spokojnie zasnąć..
    autorką jest Joanna Szczepkowska.
    zdjęcie pobrane z internetu.
     
    „Przy stole siedzieli: 
    Maja, lat dwadzieścia, studentka prawa (nerwowe mrużenie oczu), Marek, lat osiemnaście, maturzysta (blady, sińce pod oczami, mowa przyspieszona), ich ojciec, lat pięćdziesiąt, właściciel sklepu z warzywami (co pół minuty krótkie chrząknięcie), ich matka, lat czterdzieści osiem, świeżo upieczona masażystka ze specjalnością techniki tajskiej (trochę nieobecna pod wpływem ziółek), babcia, lat osiemdziesiąt sześć, i ja.
    Tematem rozmowy były: depresja, anoreksja, bulimia, lordoza, bóle krzyża, spięcie mięśni karku, ciśnienie i bezsenność.Marek nie śpi już od zeszłego roku. Twierdzi, że jego organizm broni się w ten sposób przed snami. Markowi śnią się:
    – minister edukacji jako Mussolini,– podwodna matura opanowana przez stado piranii,– matura jako publiczna egzekucja.Kiedy Marek udręczony bezsennością o piątej rano wlecze się z kuchni do swojego pokoju, mija na korytarzu matkę, która otrząsa się ze swoich snów.

    Matce Marka śnią się:

    – tekturowe budy, w których śpi rodzina,

    – że mąż z siatką brukselki macha do niej ręką, mówiąc: „Jadę do Afryki pracować na czarno”,

    – jej córka, którą skreślili z listy studentów za to, że czytała Harry’ego Pottera,

    – ksiądz, który mówi: „Sorry, nie dam ci rozgrzeszenia, po co ci w tym wieku rozgrzeszenie?”.

    Kiedy Marek z matką mijają się w korytarzu, przez szparę między drzwiami i podłogą widać smużkę niebieskosinego światła. To pokój Mai. Woli komputer od snów. Mai śnią się:

    – odcięta głowa koleżanki ze studiów, której referat został wyżej oceniony,

    – ona sama biczowana przez posłów za dwa kilo nadwagi,

    – stragan staroci, gdzie wśród połamanych imbryczków leży jej dyplom z prawa,

    – ona czyszcząca iglicę Pałacu Kultury,

    – ślub z nagą dziekan wydziału.

    Kiedy matka Mai wchodzi do kuchni, zagląda do lodówki i jak co noc stwierdza, że jest pusta. Jej mąż mówi, że nie jadłby po nocach, gdyby się nie budził, ale się budzi i wtedy czuje ssanie w żołądku. Mężowi śnią się:

    – wielki wyścig psów – startuje w nim zamiast ich czternastoletniego wyżła Argo; deptany przez stado wilczurów czołga się do mety,

    – spychacz, na którym siedzi George Bush i równa z ziemią jego sklep,

    – on sam w staniku żony przyłapany przez jej przyjaciółkę; obie szepczą coś sobie do ucha i wyją ze śmiechu.Tylko babcia śpi każdej nocy. Ufnie, cicho, spokojnie. Teraz przy stole też niewiele mówi – słucha uważnie i z troską patrzy na podkrążone oczy rodziny. Stres. Mój Boże. Tu, na karku, mają mięśnie zbite jak kamienie. Niech pani dotknie syna. Ja nie wiedziałam, że tu może tak boleć. A wnuczka nie je. Dziubnie sałatę i pędzi do pokoju. A wnuk znowu jest tym…– Meteopatą, babciu.– O! Meteopatą. Choruje razem z pogodą. Takie czasy. Mój Boże.

    – Babcia ma osiemdziesiąt sześć lat – mówi z dumą gospodarz domu – a pamięć jaka, a ile przeżyła, kawał historii…

    Babcia przeżyła:

    – pożar w fabryce ojca,

    – śmierć brata we Lwowie,

    – ucieczkę z bombardowanego pociągu,

    – sześć godzin pod murem z podniesionymi rękami,

    – Powstanie Warszawskie,

    – obóz,

    – proces i wyrok męża,

    – napad pijanych synów sąsiada.

    Babci śni się najczęściej, że płynie łódką po wielkim jeziorze.”

     
     
    łódka