Archive for Styczeń, 2017

  • urywki i skrawki.

  • cisza

    jest taka cisza w której lubię swoje myśli najbardziej.
    ta ciemna cisza.
    błogi stan. stan błogi. błogostan.
    choćby jutro rano porwać miał mnie wiatr, huragan, tajfun, tornado i sztorm..
    choćbym miała wpaść w wir, kocioł, karuzelę i kołowrotek.
    choćbym miała kroki swoje prędkie przegonić i wyprzedzić czyny rąk..
    choćbym…
    ale zanim.. to jest ta cisza.
    każdego dnia. nadchodzi pewna i konieczna.
    nie ma od niej ucieczki.
    ta cisza jest zupełnie odmienna niż każda inna.
    niż każda, którą do tej pory dane mi było poznać.
    nauczyłam się w tej ciszy nie spieszyć. nie rozglądać się, czy już można z niej wyjść, wybiec, wymknąć się ukradkiem..
    lubię jak trwa. nie zamyka mi się wtedy oko, choć całkiem niedawno się przymykało..
    w tej ciemnej ciszy znam już każdy sęk, widzę go po jakimś czasie dość wyraźnie..
    nie spieszę się z myślami, mam więc czas je wypatrywać, rozglądać się za nimi bez sensu i celu.
    w tej ciszy widzę wszystko to czego dzienny hałas, harmider i huk nie pozwalają dostrzec.
    widzę wartości, wdzięczność, nadzieję. czuję życie. jego sens. sens mojego istnienia i sens bycia lepszym człowiekiem. 
    w tej ciszy jest podsumowanie wszystkiego co to nasze bytowanie daje i wnosi.
    w tej ciszy odczuwa się taką wielką siłę, a zarazem kruchość i pokorę.
    w tej ciemnej ciszy jest raj. nie wiem jak go ludzie widzą, ale mój jest wtedy tam.
    mam czas. poskładać myśli w całość. słowa ułożyć. gdzieś wspomnieniami powrócić.
    najwięcej wtedy mam wdzięczności do losu. do ludzi.
    to jest ten moment w którym mogę w każdym szczególe poznać bogactwo swojego życia.
    zupełnie nie planując stało się samo.
    każdego dnia. wczoraj, dziś i daj drogi losie mi jutro, pojutrze i do kiedy będzie taka potrzeba…
    w naszym niebieskim łóżku. z drewna sosnowego. po dwudziestej. jakoś tak po dwudziestej.
    leżę po środku. ich jasne loki kręcą się po bokach mojej głowy.
    zadarte nosy i miarowe oddechy. przeczytana książka na moim brzuchu.
    ich dłonie na mojej szyi, w moich dłoniach.
    nigdzie mi się już nie spieszy. nauczyłam się wtedy nie spieszyć.
    to idealny czas dla moich myśli…
    gdyby nie moje dzieci, może nigdy żadna z  nich nie kołatałaby się tak pięknie…

  • studnia

    Życie człowieka i problem to taki spacer po lesie i studnia.
    Wpadasz w problem jak w tą studnie.
    Czasami pojawia się znienacka, nieoznakowana, zarośnięta tak, że z trudem byłoby ją zauważyć.
    Stawiasz nogę o jeden krok za szybko lub w niewłaściwą stronę skręcasz i wpadasz.
    Często całkiem niezrozumiale, bo dość pilnie patrzysz pod nogi i zastanawiasz się kilka razy zanim wybierzesz kolejną ścieżkę..
    Zdarza się, że studnia stoi dość duża, okazała. Wysoko zabudowana ponad ziemię. Drewniana, bez dziur. Z drzwiczkami i korbą do nawijania łańcucha z wiadrem. Ludzie też powiadali, że widzieli.
    Ale Ciebie korci. Żeby zajrzeć, choć odrobinę, potem mocniej się wychylić, bo dno wydaję się być bardzo wysoko, a na dnia jakby coś złotego migotało.. i wpadasz. 
    Na początku tego lotu masz jeszcze nadzieję, że lot będzie krótki i wystarczy wyciągnąć ręce, złapać się gruntu i podskoczyć..

    Potem pojawia się strach. Ten strach paraliżuje, wprowadza w amok, w którym nie jesteś w stanie na tyle trzeźwo myśleć by podczas tego lotu rozglądać się za wystającą gałęzią, wystającym kamieniem, brakującą cegłą.. by można było się czegoś złapać. Nabrać oddechu i przeanalizować – co dalej, żeby już nie spadać, a powoli wydostawać się na powierzchnię. Zatem lecisz.

    Czasami moment opamiętania nadchodzi gdzieś pomiędzy wierzchem a spodem..
    Łapiemy się tej wystającej gałęzi, podciągamy nogami, na ślepo szukamy innych sterczących korzeni by powoli wdrapywać się ponownie na powierzchnię. Na mech i runo naszego lasu po którym kroczyliśmy..

    Zdarza się, że w tej studni jest gruby, niezardzewiały łańcuch, a tam na górze Ktoś mocno trzyma korbę..

    Wciągasz się do góry jak na rozrywkowym obozie przetrwania.. 
    Bardzo często wtedy, łatwo w tę studnię wpaść ponownie… Bo ani się nie połamaliśmy, ani nie mieliśmy wstrząsu od uderzenia w głowę.. Może trochę zaczerwienione dłonie od kurczowego trzymania łańcucha..

    Ale kiedy spadniemy na sam dół.. Czasami szukając ratunku po drodze, a często całkiem świadomie..

    To ten dół może być dla nas największą lekcją w życiu.. Może pozwolić, że te studnie w naszym lesie staną się bardziej widoczne. I z wielką lekkością będziemy przez nie przeskakiwać. 
    Że to uderzenie w głowę pozwoli lepiej żyć.

    Każdy człowiek ma inną głębokość swojej studni. Inną ilość wystających gałęzi i wytrzymałości łańcucha.
    Dla jednego dnem będzie coś co dla innych jest zaledwie początkiem spadania.
    I to dno niekoniecznie jest ostatnim stadium nałogu alkoholowego czy narkotykowego..
    Takie dno w XXI wieku posiada każdy z nas w swojej codzienności.
    Dno w braku swojego czasu, dno w pogodni za karierą, pozycją, dno w zaniedbywaniu życia rodzinnego.
    I też zupełnie odwrotnie… Dno zaniedbania swoich pasji, możliwości. Dno lenistwa, nicnierobienia.
    I choć gdzieś każdy z nas dostaje taką możliwość złapania się., dobrych rad, pomocy przyjaciół..
    To często myśli, że jeszcze ma czas.. Może to nie ta chwila.. Może dno daleko i choć chwilkę jeszcze w komforcie niezmienności pospadam w dół.
    Musimy jakże często obudzić się po tym upadku, rozejrzeć i powiedzieć – dosyć!
    A potem tylko pamiętać by mocno ugiąć kolana odbijając się od ziemi. Ta siła jest w stanie za jednym razem podbić nas na samą górę..
    A potem pozostaje tylko przechadzać się po swoim lesie z podniesioną głową. Pogwizdując i ciesząc się ze studni do jakiej wpadliśmy i dno jakie tam ujrzeliśmy..
    Często to ona pozwala nam żyć o wiele piękniej.