Archive for Wrzesień, 2018

  • woda

    Wiele w życiu przeczytałam książek. Znam wszystkie możliwe, miłosne historie, od podszewki.
    Wiem jak się zaczynają, jak się zacząć mogą. Co je poniesie, kiedy nastąpi krach.
    Nie wiem wszystkiego, ale w tym temacie już dużo. Z książek, z życia.
    Bywają opowieści na kartach papieru bądź kinowym ekranie, o których mawiamy… „naciągana ta historia”…
    A ja myślę, że gdyby każdy z nas poznał prawdziwe, wszelkie możliwe historie miłosne, to może nie mawiałby już „naciągana”, a wiedział, że świat i życie potrafi tak bardzo zaskoczyć…
    Wiem, że wiele z Was nie sięga do komentarzy na moim blogu, a już konkursowych tym bardziej..
    Choć ja kocham te konkursowe, bo to najczęściej pytania o życie, o myśli…
    A Wasze odpowiedzi bywają niezwykłe. Bo ja nie mam czytelników z przypadku.
    Pozwalam dziś sobie, opublikować Wam historię z ostatniego konkursu.
    Trzeba było opowiedzieć historię o wodzie. Coś związanego z wodą.
    Ta historia jest naprawdę niezwykła. I tak pięknie napisana. Przeczytajcie, uwierzcie mi, że zobaczycie w oczach wyobraźni każdą chwilę, a potem cały dzień będziecie o tym myśleć jak o najpiękniejszym filmie.
    A to życie. Prawdziwe. Obok nas.
    Baśka, kłaniam się nisko i dziękuję.

    „Moja historia z wodą..to historia mojego życia.
    Wiosną 2010 roku w kraju szalała powódź, media doniosły o kolejnych zalanych terenach. Mieszkałam we wsi nad rzeką. Niewielki dopływ niedaleko płynącej Wisły o nazwie Łęg, takich Łęgów jest w Polsce wiele, nasz byl wyjątkowy. Jako dziecko spędzałam tu niemal całe lato. Czekaliśmy zawsze na Jana 24 czerwca, żeby wreszcie móc chodzic nad rzekę. Wcześniej babcie nie pozwalały, bo Jan musi poświęcić wodę, wtedy jest bezpiecznie, mawiały. Jakie to były cudowne popołudnia! Ile szaleństwa w kąpieli, ile zabaw nad brzegiem!!! Ale to było w dzieciństwie. W tym wyjątkowym 2010 roku jako dorosła osoba również spędzałam niemal całe dnie nad rzeką, kilka dni na parę tygodni przed Janem.
    Zabezpieczone w domu co można było, wyniesione na strych.
    A jaki upał wielki temu towarzyszył! A jaki pośpiech i strach. Co wziąć, co wynieść, a co wywieźć gdzieś do bliskich, których domom nie zagraża woda. Czy na tym strychu nie zaleje?? Ostatnio wieś obok zalalo tak, że dachow nie bylo widać, to co nam po tym wynoszeniu?
    Ale trzeba, żeby zająć czyms ręce, żeby mieć nadzieję. Ile razy patrzyłam przez okno i wyobrażałam sobie, że i u nas, jak w tych obrazach w mediach, na podwórku będzie mnóstwo wody…
    I jak to będzie? Czy damy radę? Kilka lat temu udało się zatrzymać rzekę między wałami, ale czy i tym razem się uda?
    Wróciłam z dyżuru w szkole. Rok szkolny zakończony. Rozdaliśmy świadectwa juz 19 maja, bo niebezpieczeństw było tak duże, że wioska leżąca w widłach Wisły i Sanu, w ktorej pracowałam, niemal opustoszała. Dzieci wywieziono po rodzinie. Dyżury w szkole były wyjątkowe. Gotowałyśmy litry bigosu, grochówki i innych dań które miały wspomóc w ciężkiej pracy ludzi na wałach.
    Nieustannie pakowali worki piaskiem i tworzyli zapory, a wciąż było słychać o nowych miejscach przecieku. To całe kilomery wałów, ogromna przestrzeń i mnóstwo pracy. Tak dużo, że rąk mieszkańców nie starczyło. Wspomogli ich żołnierze. Ile śmiechu na tych dyżurach! Ile historii ludzkich! Przecież musiałysmy zająć myśli czyms innym, choć każda i tak wciąż zerkała w okno. Na każde wycie syreny drętwiałyśmy z przerażeniem. Mieszać jeszcze te kapustę, czy zbierać się i uciekać?
    Auto zaparkowane tak, żeby tylko wsiąść i jechać, umówione miejsce na górce, gdzie ewentualnie spotkac się z bliskimi. A bliscy? Wciąż w pracy. Rodzice moi na ciepłych posadkach w budżetówce, a w czasie powodzi w bardzo trudnej pracy. Bo właśnie oni musieli pomagać mieszkańcom. Mama opiekun społeczny na tych amfibiach po najbardziej upartych wypływała. Jedzenie dowoziła, tym co nie chcieli za nic dobytku zostawić, choć krowa juz utonęła, z domu tylko strych suchy, i na nim z kurami i rodzinną porcelaną, świętymi obrazami i pierzynami siedzieli do końca. Jeść i pić musieli, leki brać na ciśnienie i inne co zawsze… to im mama z żołnierzami tą amfibią dowozila, bo ona wiedziała że nie ruszą się z domu. A pomóc trzeba. Wnioski wypełnić żeby później pieniądze mieli, choć nikt nawet o tym później nie chciał myśleć. A ona musiala, bo „papierologią urząd stoi”. A tato? Posiwiał tak przez tydzień, że płakałam jak go widziałam, a widywałam tylko w przelocie. Jak jechał na kolejne miejsce przecieku rozdzielic ludziom worki i piach, wysłuchać skarg i utyskiwań, przekleństw i próśb. Niedawno, tyle juz lat po tych zdarzeniach, gdy odchodził na zasłużoną emeryturę, chłopaki (starsi faceci) śpiewali mu piosenkę, którą sami ułożyli, o tym jak im zupę woził na wał i jak pokonali razem wodę! Jak wszyscy przy tym śpiewie płakali! Jak wspominali! Dni, tygodnie, kiedy spali po kilka chwil na podłodze w szatni zakładowej, a on im organizował choć śpiwory i wciąż załatwiał skądś tony piasku żeby wozić i ratować! Takie to były dni. A ja jak już nagotowałam tych żurkow i bigosów wracałam do domu, szczęśliwa że dzisiejsza fala nie była tak silna i jeszcze wał stoi! I szybciutko zbierałam się nad rzekę. Żeby tam z sąsiadami i bliskimi pakować te worki! Ile tego trzeba było! Pomagała nam nadzieja i żołnierze. Jeden z takich wieczorów był wyjątkowy. Moja zwariowana siostra, ja i grupka znajomych rozkopywałyśmy nową dostawę piachu. Jeden trzyma wór, drugi ładuje piach łopatą, trzeci zawiazuje i na wał! Podaj dalej..podaj dalej… Komary cięły niemiłosiernie, woda jakies 70cm od korony wału, nasyp grząski jak galareta. Trzeba się uwijac! Jeden rzuci żart, ktoś podchwyci i zaśmiewamy się do łez przy tej robocie! Jakoś łzy czasem nie chcą przestać płynąć, ale zaraz ktoś coś głupiego powie i już raźniej!!! Podaj dalej!
    Żołnierze do pomocy przyjechali! Jaka ulga! Teraz kobiety zajmują stanowiska przy łopatach i zawiązywaniu. No i pakuję ten piach do worka, a moja siostra woła żeby „panowie w mundurach podnieśli prawe dłonie!” po co nikt nie wie, ale podnoszą ciekawi… Lubią nas już, piwko przywiozła sąsiadka i kanapki. To chłopakom raźniej. Przecież oni od domu daleko, a może i u nich powódź, a oni w robocie akurat do nas rzuceni. To im trochę pośpiewałyśmy, pożartowaliśmy razem.
    No i ona z tymi rękami wyskoczyła! Co ci? -pyta koleżanka, na co ci ich łapy? Przecie worki noszą!.
    A ta drze się w ten tłum, że ma siostrę na wydaniu i ciekawa, który z panow kawaler, a który ma obrączkę. Mogłabym się zapaść pod ziemię ze wstydu, ale komary tak już mnie zgryzły, pęcherze od łopaty na rękach tak piekły, że było mi wszystko jedno, co ona bredzi i jak mnie ośmiesza. Przecież tu albo sami swoi, albo całkiem obcy…
    Kto wie skąd i  pewnie ich już w życiu nigdy nie spotkam!
    I on podniósł rękę. Po czym wyciągnął ją w moją stronę przedstawiając się. Wojtek ma na imię i nie ma obrączki, – Zdałem? Nadam się? No i przepadłam! Ja już wtedy, w ten czerwcowy wieczór przy tym wale nad Łęgiem wiedziałam w jednej chwili, że to ja mu obrączkę założę. Po prostu wiedziałam. I on też wiedział. Wały puściły tej nocy na drugą stronę. Nie zalało mojego domu, niebezpieczeństwo minęło. Zostalo mnóstwo pracy. Pomoc tym po drugiej stronie, wyjazd z dziećmi które przecież nie mialy tego lata domu na kolonie, sprzątanie w domach i gospodarstwach bliskich z zalanych wiosek.
    To były intensywne wakacje. W wigilię wspominaliśmy to lato, ten ciężki czas, który moi rodzice bardzo odchorowali. W wigilię Wojtek oświadczył mi się. Mamy dwoje dzieci, Ludi niedawno zapytał,gdzie poznałam tatusia, akurat byliśmy na wakacjach u dziadkow, więc zaprowadzilam go nad rzekę. Bezpiecznie płynącą w korycie. Stanęłam tuż przy wale i powiedziałam że tu własnie poznałam jego tatusia, nad wodą.”

  • taki ananas!


    Przeleciały nam te wakacje. 
    Wyprawkę szkolną zrobiłyśmy razem, wybory Tosi samej były priorytetem. 
    Zawsze mówię Jej co podoba się mnie najbardziej, ale ostateczną decyzję zostawiam Jej.
    Moje serce skakało z radości gdy wybrała plecak w brązach z Burtona.
    Jest duży, wygodny, lekki.
    Piórnik z Anakee też sprawdził się doskonale. Te zasuwki, podszewki. Bomba.
    Ale są dni, gdzie ten duży plecak nie jest potrzebny i stąd znalazłam australijską markę Penny Scallan.
    Ach nie… Ja ją znalazłam dzięki lunchówce. Tosia wybrała sobie box na lunch z Pusheenem.
    Piękny. Ale niestety okazał się niepraktyczny. Bo ma dwie komory bardzo niskie. Ani bułki wsadzić, ani wyższego serka..
    Zaczęłam szukać czegoś większego i znalazłam ten z ananasem, bo teraz miętowy kolor to Jej ulubiony.
    A potem zaczęłam szperać w całej marce.
    I zrobiłam Jej taki komplet uzupełniający do szkoły na urodziny akurat.
    Mniejszy piórnik, portfelik, tornister gdy leci przez pola do sąsiadki, plecak na dni z małą ilością różnorodnych lekcji i kosmetyczka, bo dość często wyjeżdżamy.
    Kosmetyczkę identyczną z marki KTM ma nasz Tata, zatem ta była dla Tosi wielką radością.
    Polecam zerknąć na tę markę, bo piękne dziecięce wzory, a z pomysłem, ceny nie zwalają z nóg i wykonanie bardzo dobre.

    Sukienka Tosi – Angels of Rock.
    Biurko – Universo Positivo
    Krzesło –  Flexa
    Lampka – Smukke (Bierdronka w tym tygodniu)

  • Łódkami Luizy.


    14.09.2018 zostanie otwarta część wodna Sztolni Królowa Luiza – Podziemna Trasa Wodna.
    W poniedziałek był specjalny zjazd na dół, dla mediów. Ach, nawet nie wiecie jak miło mi się zrobiło kiedy zostałam zaproszona…
    Blogerzy mieszkający w Warszawie biegają po eventach bo blisko, a ja blogerka ze Śląska jadę do kopalni.
    No jakiś podział musi być i mnie ten bardzo odpowiada.
    Jakiś czas temu z grupą dziewczyn byłyśmy na panieńskim od Niani naszego Benia.
    (Najlepsza Niania na świecie. Jezuuuu!! Jakie to męczące, że nawet Niania musi się trafić taka doskonała!! 😉 )
    Przed imprezą zrobiłyśmy sobie wycieczkę do kopalni Guido. Wstyd mówić, bo mieszkaliśmy w tym mieście 3 lata, a ja w kopalni nie byłam. No może raz na jakichś targach.
    I oczywiście potwierdziła się moja teoria, że ludzie!!! Ludzie są najważniejsi.
    Dostaliśmy za przewodnika pana o imieniu Ludek. Czech z pochodzenia. Pięknie mówił po Polsku ze swoim akcentem. Słuchało się go rewelacyjnie.
    Genialne anegdoty, żarty, powiedzenia, riposty. No po prostu super chop.
    Nie mam pojęcia kiedy zleciały te trzy godziny. To była taka wersja zwiedzania jak w kabarecie.
    Muszę koniecznie przy najbliższej wizycie moich rodziców, wysłać ich na zwiedzanie z Ludkiem.
    Mamy też w Zabrzu zwiedzanie pod dzieci, połączone z Parkiem 12C. (od 3 lat)
    Jeżeli Ktoś  z Was jeszcze nie był, a mieszka stosunkowo niedaleko to polecam. 
    Kopalina Guido jak mówiłam to klasyk. Koniecznie. I choć przewodnicy zajmują pierwsze miejsca w konkursach i są prawdopodobnie najlepszą grupą przewodników w Polsce, no to ja polecam Ludka.
    Choć mówią, że inni wcale nie gorsi.
    W poniedziałek po wodnej trasie oprowadzał nas młody chłopak (26 lat), którego wiedza przekraczała ludzkie możliwości zapamiętywania! No bo ileż można pamiętać.
    Opowiadał z tym samym akcentem co Wołoszański. A podobno zna jeszcze kilka języków.
    Jak to jest… Bo ja jednen znam. Średnio. Ledwo nawet. 
    Bardzo imponują mi tacy ludzie.
    Trasa wodna jest dla dzieci od 7 roku życia.
    Czas zwiedzania około 2,5 godziny. Odcinek 2 km. Z czego 1,1 km łódką. Najdłuższa trasa wodna w Polsce i kopalniana w Europie. Temperatura na dole zależy od pory roku. Od 7 stopni do 16 (potrzebne pełne wygodne obuwie i peleryna/płaszcz przeciwdeszczowy).
    W tunelu jest odcinek z grą świateł, z kagankami – tak jak było kiedyś.
    Jak widać na zdjęciach, pod ziemią też może wyrosnąć roślina. Zielona.
    Łódką przepływa się pod centrum miasta i wypływa niedaleko Teatru. Tam czeka autobus aby odwieźć zwiedzających na początek drogi/parking.
    Mnie brakło tam tylko jednego… Przewodnik mówił zbyt mało po Śląsku… A robił to tak dobrze, że można by było słuchać i słuchać… (podobno zajął też pierwsze miejsce w konkursie z językiem śląskim).
    Podobno są takie grupy z przewodnikiem, gdzie jako język można wybrać gwarę śląską.
    Jak wiadomo, nie każdy z mediów znał słowa z gwary. 
    Ale jak chcieć to móc. Jestem na Śląsku kilka lat i mało co mnie zaskakuje..
    Nie marzy mi się władać Francuskim czy Hiszpańskim. Godać mie się marzy.

    Moi Drodzy, mam dla Was do rozdania dwa podwójne zaproszenia na trasę wodną do Sztolni Królowa Luiza. Zostawcie w komentarzu jakąś swoją historię związaną z wodą. Dowolnie. 
    W poniedziałek w południe, pod tym postem ogłoszę zwycięzców.

    Poniedziałek godz: 12:22
    Pierwsze miejsce Baśka!! Basia!! Mistrzowsko! Dla mnie Grand Prix!!
    Drugie miejsce, jakże prawdziwe, dla Sandry.
    Bardzo proszę o kontakt w sprawie odbioru biletów pod adres AFranik@muzeumgornictwa.pl
    Gratuluję!