Archive for Luty, 2019

  • Ustka – Grand Lubicz


    Mogłabym pisać o pięknych pokojach. Idealnie wysprzątanych, pełnych estetycznych gadżetów jakie na przyjezdnego w nim czekają. Pełnych elegancji i komfortu.
    Mogłabym o niezwykłym, wręcz sławnym już jedzeniu w owym hotelu. (Boże ten pasztet, te naleśniki, racuchy, ryby, mięsa, warzywa, koktajle,ciasta!!! Nie mogę pisać, bo się odchudzam i mi tylko ślinka leci na samo wspomnienie.)
    O atrakcjach wielu. Basenach, saunach, pokojach zabaw, kręgielniach, squashach, spa, siłowniach, dyskotekach.. i dziesiątkach innych…
    O 300 metrach do pięknej plaży.

    Mogłabym, ale to hotel pięcio-gwiazdkowy, zatem tego gość oczekuję..
    (Choć prawdą jest, że nie zawsze i wszędzie otrzymuję. A tutaj Ktoś z wielką dokładnością i starannością dba o wszystkie te szczegóły.)

    Ja jestem bardzo wybrednym „wakacjuszem”. Jeżeli mam jechać gdzieś, gdzie choć jedna rzecz będzie nie po mojej myśli to wolę zostać w domu. Nie mam ciśnienia na wyjeżdżanie. Nie mam ciśnienia na zwiedzanie. Jeżeli mam już wyjechać to tylko po to, aby odpocząć na duszy. A mój charakter pozwala mi wypocząć tylko wtedy gdy jest „po mojemu”. I napiszę Wam, że tam było całkowicie „po mojemu”.
    Ale…. Czym zaskarbiło sobie to miejsce moją wielką sympatię…?
    Po pierwsze, bywałam w hotelach o takim standardzie (serio, czasami wyjeżdżam spod lasu 😉 ). Najczęściej, albo zawsze są to wielkie molochy, gdzie na śniadanie idzie się 15 minut i za każdym razem błądzi.
    Tu, pomimio tak wielkiego budynku i mnóstwa w nim atrakcji, nawet przez chwilę nie odnosi się wrażenia „zagubienia” czy „przytłoczenia”. Jest przytulnie i domowo.
    Rozmieszczenie pokoi, restauracji czy innych miejsc, jest tak przemyślane, że wszędzie okazuje się być blisko.
    Byliśmy w czasie zimowych ferii, co za tym idzie, ludzi było maksymalne obłożenie, a wcale się tego nie odczuwało. Gdzie ja jestem typem człowieka, który nie lubi tłumu.
    Gwarno robiło się tylko na śniadaniu koło godziny 9:30 a 10:00. Ale ja na szczęście wstaje wcześnie..
    Pomimo pełnego zakwaterowania było miejsce na basenach i całkowicie odczuwalny luz. Brak kolejek do zjeżdżalni wodnych czy grot, saun..
    Zajęcia dla dzieci pozwalały na zabawę bez kolejek i natłoku. 
    Po pierwszym dniu, kiedy latorośl poznała hotelowe zakamarki i rozkład zabaw, organizowanych przez Grand Lubicz okazało się, że nie mamy dzieci. 
    Szybko nawiązane relacje z innymi maluchami, quizy, tańce, ciastoliny, gry, kino, dyskoteki…
    Myślę, że płacz Tosi przed odjazdem był całkowicie zrozumiały. Było fantastycznie.
    Druga rzecz, która była dla mnie niezwykła… Kiedy jestem na wakacjach, dość dużą uwagę skupiam na ludziach. Nie umiem zaakceptować ludzi biorących na talerze niezwykłe ilości jedzenia, których nie zjadają, a potem ląduje to w koszu. Ludzi pchających się w kolejkach. I tych, którzy uważają, że skoro zapłacili, to Im się wszystko należy i mają prawo. Ludzi, którzy nie mówią „dziękuję”.
    Takich osobników na wakacjach „all inclusive” jest ogrom. Strasznie się na to patrzy.
    Grand Lubicz to pierwsze miejsce w moim życiu, gdzie pomimo ogromnie wnikliwej obserwacji nie znalazłam ani jednego takiego przypadku.
    Niezliczone ilości razy słychać słowa „dziękuję”. Przy expressie do kawy, przy drzwiach i na basenie..
    „Proszę, proszę, bo Pani ma już na talerzu i Pani wystygnie, a ja dopiero będę nakładał”.
    Płaczące dziecko na kolacji rozbawiają wszyscy i każdy uśmiecha się do Mamy mówiąc niemo „nie przejmuj się, każdy z nas to zna”. Zgubiony telefon biegną oddać. Pilnują sobie nawzajem dzieci i prowadzą zabawne rozmowy przy talerzach z ciastami.
    Fajne też dzieciaki. Bo fajni rodzice.
    Mam wrażenie, że ma to miejsce w sobie coś, co przyciąga ludzi z pewną kulturą, obyciem i spokojem.
    A to największy sukces. Bo komnaty można zbudować złote, ale jak nie ma w nich „pięknego” człowieka, to na nic wszelakie sale gier, zabaw i patery pełne owoców.

  • Zimowa Ustka.


    Przebrałam zdjęcia z naszego pobytu nad morzem.
    I kiedy chciałam zmienić ich „wagę” aby zmieścić na stronie okazało się, że jest ich 165!
    Tych już przebranych. Rany boskie!
    Zatem podzielę to na dwie części. Dziś zostawię zdjęcia z plaży, a w następnym poście dodam te z hotelu.
    I choć jest ich tu tyle podobnych, ciężko mi było wybrać. Bo zwyczajnie je lubię.
    Lubię tę polską plażę i piasek jak mąkę. Tę pustkę. Ten czas nasz razem.
    I pomyśleć, że kiedyś czułam wielkie „nie” na myśl o morzu zimą…
    Mało człowiek wie dopóki nie przeżyje, nie zobaczy…

  • domowo


    Ten tytuł wziął się z dwóch powodów.

    Pierwszy to łazienka mojej siostry. Uwielbiam Jej łazienki, które są kolejnymi pokojami.
    W których nie ma tej łazienkowej „zimności” kafelków i wykończenia.
    Które mają puchate dywany, kanapy, lampki, kwiaty…
    I tę Jej cierpliwość do wyszukiwania „właśnie tego zlewu” z „właśnie tą półką” , bo wtedy ma się to co się chce a nie to co akurat jest. Dobrze się tam człowiek czuje.
    A drugi powód to rodzaj mojego blogowania. Dziś agencje reklamowe pisząc maila z zapytaniem o współpracę, zadają jedno tylko pytanie. O statystyki. Ja nie pamiętam nawet hasła do tej strony ze statystykami, co może potwierdzić mój informatyk. I odpisuję Im, że nie mam pojęcia, bo od zawsze interesował mnie poziom intelektualny mojego czytelnika a nie Ich ilość.
    A Im taka informacja nie wystarcza. Dlatego nie reklamuję pralek, proszków, sieci komórkowych i wielkich korporacji kosmetycznych…
    Reklamuję poprzez swoje lekceważenie „ilości”, małe, domowe rękodzieła. Które wracają po kilka razy i zapisują się jesienią na wiosnę. I ja się czuje wtedy jak w domu. Ze swoimi, sprawdzonymi. Zżyta i wierna.
    Bo kiedy mnie kończy się serum dla koneserów to piszę maila z tekstem „pomocy, użyłam już wszystkiego co mam i zaraz zwariuję”.
    Bo wszystko inne mi leży na twarzy nie tak. Już nie potrafię pudru dobrze rozprowadzić bez serum, nie potrafię dnia bez serum rozpocząć należycie, nocy przespać wygodnie…
    Jest dla mnie od dnia jego poznania najlepszym kosmetykiem twarzowym. Nie zmienia się nic.
    Peelingi Asoa w wielkich opakowaniach pozwalają się cieszyć nimi przez długi czas. Mocno natłuszczają skórę, dzięki czemu zbędna jest jej pielęgnacja po wyjściu spod prysznica.
    Ich maseczka jest najlepiej nakładającą i rozprowadzającą się maseczką jaką do tej pory miałam.
    Można stworzyć idealnej równości maskę. Wygodnie się zmywa.
    Ma właściwości, które walczą z trądzikiem, przebarwieniami, zaczerwienieniami, zatkanymi porami.
    Nie do końca interesują mnie kosmetyki działające „już”. Miałam kiedyś takie krem do rąk. Zjawiskowy. Każdy o nim mówił. Kiedy się smarowało były jak nowe. Niepopękane, niezniszczone. Jednak okazało się, że miały dość silny składnik, który uzależniał skórę. Gdy się go odstawiało dłonie wracały do poprzedniej formy a nawet było jeszcze gorzej.
    Dlatego dziś już wiem, że efekt WOW jest chwilowy i najczęściej czyni więcej złego niż dobrego w branży kosmetycznej.
    Kiedy używam tych kosmetyków eko wiem, że o siebie dbam, ale nie faszeruję przez skórę do organizmu całej tablicy mendelejewa, która po latach bywa w skutkach okrutna.
    A jak już ostatnio pisałam, policzków na starość unosić nie chcę.
    Lubię Ich hydrolaty. Kiedy budzę się rano ze ściągniętą twarzą przez zimowe ogrzewanie, to psikam na twarz wodę. Jak wiemy, woda jest najlepsza na wszystko. Zawsze. 
    Nie borykam się z problemami pod oczami więc ciężko mi określić kosmetyki temu dedykowane.
    Jednak bazując na składzie innych ich kosmetyków, domyślam się, że zrobili to dobrze.
    Serum wygrało z kremem i podarowałam go mojej siostrze. Jako, że boryka się ze zmianami skórnymi to jest w tej kwestii dość wymagająca. A do tego ma diametralnie inny rodzaj cery niż ja. Np. Jej serum dla koneserów nie spasowało. Dodam, że ja mam bardzo suchą skórę, a Ona tłustą i z zaczerwienieniami.
    Ostatnio mówi do mnie „ten krem Goja co mi dałaś jest świetny. Super rozprowadza się na skórze i nadaje jednolity kolor, jakby BB. Świetny pod makijaż i na noc też. Mało który krem mi tak spasował, a jestem dość wymagająca.”  Przecież wiem, że jest. Nie wiem po co mi to mówi :))
    I w nowościach dołączył do niego inny świetny – Multi Mso.. Z innym składem. W zależności jakie masz potrzeby.
    Dlatego uważam tę markę za genialną. Ale w życiu ze wszystkim jest tak, że trzeba dopasować pod swoje potrzeby. 
    Dla suchej Serum, dla tłustej krem Goja. (krem jest bestsellerem 2018 roku)
    Maseczka i peelingi do każdego rodzaju.
    Hydrolaty wskazane do każdej i dla każdego. Nie ma jak po nocy zimowej spryskać twarz pachnącą naturalnymi składnikami wodą. Latem dla ochłody. Na plaży. Bomba. Bardzo je lubię.
    Niezwykle cenię sobie właścicieli tej marki za Ich wiedzę, którą posiadają i przekładają na produkty.
    I mam nadzieję, że krem Multi Mso stanie się moim ideałem. Od tygodnia stał się już ulubieńcem. Takim samym jak siostra mówiła o Goi dla siebie. Idealnie się rozprowadza, daję taką ulgę po nałożeniu, dodaje blasku i genialnie nawilża.