Archive for Czerwiec, 2020

  • z małych światów…


    Jakiś czas temu przy kuchennej rozmowie Ktoś powiedział – Ach, gdyby tak się dało pomóc całemu światu…

    Zdziwiło mnie to, uważam, że jeśli każdy pomoże zaledwie tylko sobie, to pomoże, o dziwo, całemu światu. Wystarczy, że każdy zadba o swój mały świat. I jeśli połączymy osiem i pół miliarda małych światów, jakże ważnych światów – powstanie ten właśnie cały świat.

    Wtedy myślę o zachowaniu mojej Mamy czy Teściowej, które każdą małą zrywkę potrafią opłukać i powiesić na zlewie, aby wyschła i mogła służyć kolejny raz i kolejny. Żaden najmniejszy woreczek czy pudełeczko po lodach nie trafia u nich do kosza. Wszystko dostaje kolejne, nowe życie.
    Pamiętam zużyte szczoteczki do zębów, które służyły potem do czyszczenia butów, czy mycia zakamarków w kabinie prysznicowej. Świat, a w nim każda wyprodukowana rzecz miała ogromne znaczenie. Dziś znaczenie najczęściej ma nasza wygoda. Bo przecież na tyle szybko pędzimy, że nie ma czasu na „przeszkody”. Droga po której biegniemy musi być gładka i prosta. Bez względu na cenę, którą przyjdzie nam zapłacić. 

    Zupełnie zapominamy, że to tylko wybór, nasz mały wybór już tak wiele czyni.
    Wybierając w sklepie biały ser, szukam na półkach tego, który zapakowany jest w mały papierek, nie ten w plastikowym opakowaniu. Kupując pieczarki, idę do sklepu w którym sprzedawane są luzem, zamiast na plastikowej tacce. Przy pierwszym wyborze muszę się chwilę zastanowić. Kolejny jest już odruchowy. Wchodzi w krew. A krew jest ważna. Może więc warto zastanowić się, co w naszej krwi płynie i płynąć będzie. 

    Nie podejmuję się reklam płynów do kąpieli, które mają małą zawartość, a dużo plastiku aby te zawartość schować. Ważniejsze są dla mnie dobra nie chwilowe, a te na przyszłość dla świata, nie tylko dla mnie. Choć pewnie trudno niektórym w to uwierzyć. 

    Najważniejsze na koniec dnia jest to, kogo widzimy w lustrze i czy dobrze się z nim czujemy. Dla mnie to priorytet – nie wstydzić się siebie.
    Dlatego też z wielką chęcią podejmuję się pokazania produktu, który jest tym właśnie trafnym wyborem.

    Na co dzień używamy szczoteczek sonicznych. Jednak w kosmetyczkach „wyjazdowych” zawsze mamy szczoteczki normalne na wszelki wypadek, gdyby nasze się wyładowały albo ewentualnie zepsuły. Wiadomo, klasyka nie zawodzi nigdy. Nasz dom tętni życiem, dlatego też posiadamy szafkę dla tych, którzy u nas nocują i czegoś zapomną. Na przykład szczoteczki. Dotychczas były to szczoteczki drewniane. Od dziś dołączają do nich Jordan Green Clean – dla dorosłych i dzieci.
    Uchwyty szczoteczek wykonane są w 100% z plastiku z recyklingu, z takich źródeł, jak np. pojemniki po jogurtach. Nylon we włosiu jest zrobiony z nylonu, ale pochodzącego z naturalnego, odnawialnego źródła – oleju rycynowego, czyli rącznika pospolitego, w 100% biologicznego. Opakowanie na szczoteczkę (kocham strukturę takich papierów tzw. pulpy papierowej) jest z makulatury z przemysłu papierniczego i niechcianych skrzynek handlowych.
    Nawet klej czy etykieta są zgodne z przepisami FDA i FSC.
    Do tego dochodzi klasyczny, ceniony i podziwiany na całym świecie skandynawski design, piękny w swojej prostocie.
    Pasty bez mikroplastiku, które dziś można znaleźć w większości past jako ścierniwo. Oparte na ekstraktach roślinnych, wolne od SLS. 
    Nici dentystyczne w eleganckim, tekturowym opakowaniu z recyklingu, które stanowi zarazem pojemnik do przechowywania. Jeśli ktoś nie jest fanem tradycyjnych nici dentystycznych, to w linii Jordan Green Clean może znaleźć także flosser, również wykonany z plastiku z recyklingu i zapakowany w kartonowe opakowanie.
    A w tym wszystkim, to czego boi się wielu myśląc o „żyj ekologicznie” – przystępna cena.
    Podpisuję się pod tym projektem Jordana w stu procentach i dlatego z wielką chęcią pozostawiam Wam propozycję dobrego wyboru.
    Jordan Green Clean jest dostępny w sieciach drogerii Rossmann .

  • książka „sierpień”



    Sam cel bardzo często traci znaczenie przy zetknięciu z drogą jaka do niego prowadzi. Bywa bowiem tak różnorodna, pasjonująca i bogata w dobre przeżycia, że cel zdaje się nie tyle blednąć, co ma się wręcz pewność, że to droga jest częścią wartości celu i jego budulcem.

    Każda z dróg którą przeszłam doprowadziła mnie do tej chwili. Nie osiągnięte i zdobyte cele, ale przebyte drogi. Nie to co udało mi się na końcu spotkać, ale co zauważyć i poczuć idąc tą ścieżką.
    To ludzie, których spotykam po drodze, to atmosfera jaka temu towarzyszy, rozmowy, uczucia.
    Gdybym dziś patrzyła na książkę, której wydanie okupione było niezliczoną ilością kłótni, zatargów, obelżywych słów, miałabym wrażenie, że jej okładka przypomina mi o każdym z tych przystanków. A moja droga, choć długa i pełna pracy jest piękna.
    Ja, dziś, kiedy patrzę na tę książkę, widzę…

    Justynę Jaśko, która ten mój wymarzony snopek zbożowy mi namalowała. To moja od lat wspaniała czytelniczka. Rysowała dla mnie nie pierwszy raz. Przepiękna, dobra, twórcza, zdolna dziewczyna. Mam wrażenie, kiedy do mnie pisze, że z każdym zdaniem jakie do mnie od niej przychodzi, dostaję też mały pakunek z Jej sercem.

    Moją korektorkę Paulinę Kielan, która jest moim książkowym aniołem stróżem. Potrafi ugasić każdy płomień, który przez nieuwagę wzniecę. Potrafi zrobić to tak, że po ognisku ani śladu, ale też (co sobie niezwykle cenię) przygrozić mi palcem pisząc – zostaw te zapałki. 
    To kobieta, która robiąc przy korekcie uwagi poboczne, potrafi mnie wzruszyć, rozweselić, czasami zdarza mi się parsknąć ze śmiechu do monitora.
    Nie wiem jaka opatrzność nade mną czuwała tego dnia, gdy została moją korektorką, ale obiecuję Wam, że jeśli kiedyś odmówi mi korekty moich książek, to ja przestanę pisać. 
    Jest moją książkową Mamą. A jak to mamy – jest wyjątkowa i najwspanialsza.

    Widzę moją krakowską drukarnię Colonel, i ich radosny witający mnie wzrok, gdy wchodzę na halę.
    Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać ten fakt… Jestem tam raz do roku. Przykładając mnie do wielkich wydawnictw, które każdego dnia mają tam swoje wydruki, jestem małą myszką.
    A kiedy wchodzę to mam wrażenie, że znamy się tak dobrze. Z daleka mi machają, pamiętają każdą moją książkę. Zadziwiające i niezwykłe.
    Marcina, którego cierpliwość do mnie jest piękna, kiedy po tylu latach nadal nie rozumiem różnicy pomiędzy cmykiem a panthonem.  I również nie wyobrażam sobie moich książkowych dróg bez Jego obecności. 

    Wszystkich tych, którzy dołączyli się swoją obecnością i miłością wobec mnie do powstania tej książki, wymieniam już w niej samej.

    Dzięki tej drodze, możecie wziąć do ręki nie tylko papier, grubą tekturę, okleinę i tasiemkę…
    Dzięki tej drodze, razem z książką, dostajecie mnóstwo wspaniałej energii jaka temu towarzyszyła. 
    Dobrych myśli, dobrych ludzi, dobrych uczynków, dobrych rozmów, maili…
    Aura tej książki jest nośnikiem dobra. Tak ją czuję i mam wielką nadzieję, że poczujecie i Wy.
    Ta piękna droga jaką przebyłam aby dziś móc wypuścić w świat mój „sierpień” jest połową radości i zwykłego ludzkiego szczęścia jakie mam w sobie. Pełnia za to tego uczucia, pojawi się, gdy i Wy będziecie czerpali z słów jakie pozbierałam i ustawiłam na kartach tej opowieści.
    Z premedytacją nie wymieniam tego co czerpać z niej będziecie, bo każdy z nas, z każdego zdania zasłyszanego w naszym życiu, czerpie coś zupełnie innego.
    Chciałabym aby ten „sierpień” dał Wam ukojenie, obudził w Was pewne myśli, a może i tęsknoty. Aby dawał to, czego spragnieni jesteście dostać. Jeśli jednak nie podaruje nic dobrego, a tylko znużenie czy sen po kilku zdaniach, to mam nadzieję, że kolor okładki pozwoli jej schować się niezauważalnie na jednej z bibliotecznych półek. A tam, stojąc, bezszelestnie i niewidocznie, odda dobro jakie niesie jej historia – domostwu do jakiego trafił.

    I napiszcie do mnie proszę. Choć słowo. Jak Wam się te dni sierpniowe dniły.

    Dziękuję Wam. Za tyle lat wspólnej, zjawiskowej podróży. 
    Na koniec się wzruszyłam. To tak dobre wzruszenie.

    sierpień – tutaj.

  • chata w Szczyrku


    Rok temu w Zakopanem, w samo lato, mieliśmy deszcze, mgły i niską temperaturę.
    Zimą, w ferie, w Szczyrku, nie mieliśmy śniegu, raczej roztopy i mgły.
    I w ten czerwiec, na pięć dni w górach, było cztery i pół dnia deszczy, ogromnej, chyba największej w świecie mgły i mżawki. Nawet mówiliśmy, że tak trochę też jesteśmy nad morzem, bo przecież nie było widać gdzie jesteśmy i ta mżawka jak bryza od wody.
    Moja siostra wysnuła teorię, że ta pogoda to tylko dlatego, że wszystko co robię jest po mojej myśli, a jako, że na pogodę wpływu nie mam, to tak los postanowił nauczyć mnie pokory.
    Pasuje mi! To taka lekka lekcja, kiedy siedzisz przy kominku z tymi których kochasz, skubiesz orzechy, oglądasz filmy (polecamy „na noże”), grasz w kalambury, grzejesz się w saunie…
    Z domku jest taki widok, że leniwemu wakacjuszowi wystarczy na nim siedzieć i patrzeć. Czytać książkę, opalać się, pić o poranku kawę. Nie ma potrzeby zrywania się z „ośrodka” aby nie tracić dnia i możliwości podziwiania widoków. Wstajesz i masz. Domek jest praktycznie na Białym Krzyżu. Przez las 15 minut drogi. Sześć kilometrów od centrum Szczyrku, co dla mnie i mojej siostry akurat było idealną odległością na spacer-trening. Polecamy z całego serca restaurację „Green Pub Sjesta” . Co za jedzenie! Pyszne! Szybko! Świeże! Szybko podane. Super obsługa. Choć wiadomo, że gołąbki, których całe trylion zrobiła nam na wyjazd Mamusia, nie mają sobie równych.
    Pogoda na którą trafiliśmy, powodowała, że jedyne miejsce do którego mogliśmy wyjść to były restauracje. Zatem Sjesta i Regionalna na Białym Krzyżu zaliczona setki razy. Biedronka naszym domem 😉 Park linowy w centrum – bomba!
    Ale gdybyśmy wychodzili w góry i w domku siedzieli mniej, myślę, że gotowalibyśmy sami, bo to jak wyposażona jest kuchnia, było niesamowite. Niejeden w domu nie ma tylu rodzai kieliszków, mis, patelni i garnków. Patera na tort nawet jest. Ekspress, dwa rodzaje tosterów, piekarnik, mikrofalówka… No po prostu wszystko. Kącik dla dzieci z książkami i zabawkami. I nawet drewno do kominka najwyższa jakość. 
    Domek w którym dane nam było wypoczywać, był ośmioosobowy z możliwością dostawki dla dziecka. Czyli osiem i pół. Dla dwóch rodzin, albo czterech par. No jaką tam kto ma rodzinę, czy potrzebę 🙂
    Z sauny jest przejście do bali, a za nią drzwi prosto na dwór i śnieg, jeśli Ktoś wypoczywa tam zimą. Miejsce na ognisko i grill. Mały plac zabaw.
    To dom, który stał tam już dawno, czyli bale mają swoją historię i niejedno w górach przeżyły. Dziś, został dostosowany pod turystów i dopełniony nowoczesnymi elementami aby mógł być poręczny, wygodny i komfortowy. My byliśmy zachwyceni. Moglibyśmy mieć tylko odrobinę więcej słońca, ale mogłabym też mieć odrobinę mniej fajną rodzinę. A po co?

    Cały domek w szczegółach możecie zobaczyć TUTAJ – CHATAWSZCZYRKU.PL (klik).
    Jest też do dyspozycji domek 12 osobowy TUTAJ. Z piękną rzeką na podwórku.

    (a zdjęć tak dużo, przepraszam, bo ja nie umiem się zdecydować czy lepiej jak ptak leci i ma skrzydła po skosie, czy jak ma na boki… Ale weźcie pod uwagę, że miał też na górę. A nie dodałam. Taka byłam silna i zdecydowana.)