Archive for Wrzesień, 2020

  • „córka fałszerza” J.Jax

    Byliście kiedyś na wycieczce z przewodnikiem?Ach, na pewno byliście. Wystarczy sięgnąć pamięcią do czasów podstawówki 🙂 
    Z wycieczkami z przewodnikiem jest tak, że dobry przewodnik zwykły las uczyni niezwykłym, a zły cuda świata obrzydzi. 
    Patrząc na najpiękniejszą budowlę świata zaczynasz być nią zmęczony, jeśli stoisz dwadzieścia minut w miejscu i marzysz o tym aby skończył mówić. Choć tak na prawdę nie wiesz czy mówi, bo zaledwie widzisz ruchy jego warg.
    Są też tacy, że wycieczka, choćby nie wiem ile trwała, zawsze jest za krótką. Są takie głosy, dowcipy, poboczne opowieści przewodników, że można by słuchać bez końca. Można rozkoszować się w tych legendach, narracji i anegdotach.
    Potem wracamy do domu i żyjemy ową wycieczką bardzo długo. Coś tam nam się w głowie przypomina, śmiejemy się sami pod nosem do siebie, coś drążymy w internecie, bo dana historia zaintrygowała nas wyjątkowo… Opowiadamy innym, wszystko to co słyszeliśmy, bo uważamy, że warte jest podzielenia.
    Takim właśnie przewodnikiem jest Joanna Jax. To fabuła prowadzona w najlepszy z możliwych sposobów, po kartach naszej historii. Asia jest przewodnikiem, który opowiada tak, że nie bolą nogi od stania w tym muzeum, nie dłuży się czas, a wręcz go zawsze chciałoby się więcej. I nawet jak podczas tego zwiedzania komuś zachce się do toalety to przebiera nogami i próbuje oszukać czas, aby usłyszeć jak najwięcej i nic z opowieści nie stracić.
    Asia jest tym przewodnikiem, dzięki któremu chce wiedzieć więcej i jechać na kolejne wycieczki.
    W niedzielę podpisywała swoją najnowszą powieść „córka fałszerza”, jako, że do wydawnictwa mam rzut beretem, wzięłam cisto i pojechałam na kawę.
    Asia mówi tak „Jula, jeśli „dziedzictwo von Becków” jest Twoim ulubionym, to córka będzie w Twoim guście.” Wierzę Jej, ale prawdą jest, że w moim guście jest i „Zemsta i Przebaczenie” i „Zanim nadejdzie jutro” i „Pamiętnik ze starej szafy”…
    „Córka fałszerza” jest dla mnie kolejną porcją wiedzy historycznej, której jeszcze nie posiadam. A jeśli już, to mam na ten temat zdawkowe informacje. Jednak fabuła i miłość, ach miłość jest u Joasi tym co uzależnia mnie od Jej książek.
    Zostawiam Wam opis z wydawnictwa…
    „Opowieść o grupie ludzi, których młodość przypada na burzliwe czasy schyłku Republiki Weimarskiej i początku istnienia III Rzeszy. Młoda Żydówka o niezwykłym talencie malarskim, policjant usiłujący zachować prawość w okrutnych czasach, majętny mężczyzna zarażony ideą nazizmu i człowiek ogarnięty ezoterycznym szaleństwem to bohaterowie powieści, którzy próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Kiedy nadchodzą rządy Hitlera, żadne z nich nie spodziewa się, że właśnie narodziło się czyste zło. To historia o powstaniu III Rzeszy, jej związkach z okultyzmem i żądzy władzy tak wielkiej, że doprowadza do najokrutniejszej wojny w dziejach ludzkości i tragedii milionów istnień.”
    TUTAJ jest pakiet promocyjny trzech egzemplarzy z autografem Joasi. W bardzo przystępnej cenie.
    Zostawiam Wam jeszcze rozpiskę spotkań autorskich Joanny Jax.
    30.09, godz. 17.00, MiPBP w Dębicy, ul. Akademicka 10
    01.10, godz. 17.00, MBP w Stalowej Woli, ul. Popiełuszki 10
    02.10, godz. 17.00, MBP w Cieszanowie, ul. Kościuszki 6
    Dolnośląskie
    7.10 Czernin 15.00
             Góra  17.00
    Górnośląskie
    08.10 Polkowice 17.00
    09.10 Tychy 18.00
    10.10 Czeladź 16.15

  • co tam, co tam…

    Tematów do posta pisanego mam w głowie kilka. 
    Czasami udaje mi się zdawkowo zapisać je w telefonie, aby nie uleciały po godzinie.
    Ach tam, godzinie! Ulatują po pięciu minutach. 
    Ale siadam tu z kawą. Z samego rana. Znamy się już tyle czasu. Rany! Szmat czasu. Osiem lat.
    Osiem! Wiecie jaka to już sprawdzona przyjaźń? Ile w takim czasie człowiek zdąży w drugim poznać, rozgryźć. Za ile rzeczy już może go lubić. Ile rzeczy już musi nauczyć się znosić, jeśli chce aby ta przyjaźń trwała dalej. Ile musi mu wybaczyć, a ile może oczekiwać… Choć mój niemąż mówi, że najgorzej w życiu to oczekiwać. Zatem zaprzestałam oczekiwać, że zbierze po sobie skarpety, a zaczęłam tego żądać. I sytuacja dla wszystkich jasna. Ja nie jestem rozgoryczona, że się nie domyślił, a on nie ma potem zepsutego humoru przez moje fochy, o ten właśnie brak domyślności. Jak to mawia mój Tato, gdy Mama po raz setny powtarza – Andrzej zamykaj tę szafkę jak wyciągasz szklankę. A on jej na to – Ela, ty mi tylko mów i ja już zamykam. I ona mu tak to mówi 43 lata, a on 43 lata już to robi.
    Zatem siadam tu z Wami i tą kawą. I jak z przyjaciółką sobie z Wami poplotkuje.
    Z dawno niewidzianym przyjacielem trzeba by odgrzebywać zaległe sprawy, dużo zaległych i jeszcze od nich zależnych. Ale my widzimy się często, to opowiem co tam w ostatnich dniach.
    To zaczniemy od mojej siostry. Pojechała do Jeleniej Góry na weekend staroci w owym mieście.
    Co do pogody to powinno już być przysłowie – Gdzie Justynka, tam kur.. leje.
    Nawet jak jedzie dziesiąty raz z rzędu do swojego ukochanego Świnoujścia, w sam środek lata – to pada!
    Ach, pada. Tam jest nawałnica. Nie ma mowy nawet o spacerze po plaży, na której mogłaby zbierać muszelki. Boję się, że gdy ta pogoda w końcu jej się trafi, to muszli zabraknie nad polskim morzem, bo taka jest prędka i robotna.
    I każdy tak też Justynki żałuje. No bo się wybrało bidarstwo i znowu leje. 
    Jakież to mylne odczucia. Justynka nie zauważa nawet, że pada bo… Ona ma załatwiania. Ja mam wrażenie, że ona nie ma czasu żyć, bo ma załatwiania. Ba! Urodziła się po to, aby załatwiać.
    Rozumiecie – pojawia się zza zakrętu tabliczka „Jelenia Góra” i ona ma od razu tam załatwiania.
    No bo tak, spodnie kupiła, super, w buticzku. Nie byle jakie, oryginalne jak lubi. Ale masz! Zamek popsuty. A tu sobota, zaraz popołudnie, a jak się kupiło dziś, to trzeba jutro założyć.
    Rany boskie! Znajdź krawca w sobotę popołudniu na już, w obcym mieście! Ileż trzeba wykonać telefonów, ileż rozmów, ileż podróży. Dzwoni i słyszę, że jej tchu brak, bo tak załatwia.
    Jak w Świnoujściu, to od rana, a to wycieczki załatwia, a to noclegi dzieciom co nadjadą, a to kurtek zimowych na -70 stopni, bo wiadomo, że lipiec, ale jest Justyś to Bałtyk zamarza.
    A, że w Świnoujściu ma załatwiania, a i tam trzeba promem kursować, to kurtki na -70 akurat w sklepach nie ma, (bo wiadomo – lato) to po lumpeksach szuka. Znalazła. Płynie zatem z powrotem. Uf, lepiej. Kaptur łeb trzyma i pod Szwecję jej łba nie wyrwało. Czasami wysyła zdjęcia. Stylizacji. Jeszcze jak rozłoży na łóżku to co widać, ale jak w ruchu ulicznym na sobie pokazuje to my rodzinnie w głowę zachodzimy czy ona szczytów z Martyną Wojciechowską nie zdobywa, bo prawie rzęsy zamarznięte i brakuje ino czekanów w rękach. Ale boje się, że podpowiem jej tutaj i za rok w sierpniu będzie w Świnoujściu czekany załatwiać. Bo wiadomo, załatwienia muszą być. 
    Pamiętam, jak Babcia Adela jechała autobusem do nas (ponad 30 lat temu) i autobus się zepsuł. Stali i czekali. Aż kierowca spróbuje naprawić, aż może ktoś nadjedzie. Autobus pełny. Babcia zdążyła zagadać ze wszystkimi, ale że tych załatwień mało miała, to w polu ludzi kopiących wypatrzyła i tam też poszła.
    Czyli z tymi załatwieniami to po Adeli jak nic! No i po Mamie Eli. Ta to dopiero załatwia! Ale to historia na trzy tomową powieść, bo nie wiem czy jeden dzień by w brulionie spisał. No przecież ona jest u mnie i ciągle telefony, że maliny ten ma i kto chce. To obdzwania tam kto maliny chce, bo tamten ma. Potem grzyby. Potem dzwonią mówić jej gdzie kto jedzie i może kto inny chce żeby go podrzucić (wiadomo wieś mała, trudno się wyrwać). Dzwonią też ci, którzy jechać gdzie chcą, a nie wiedzą kto jedzie.
    Ktoś coś znalazł i dzwoni czy Mama nie wie kto to zgubił. I Mama oczywiście wie, bo o świcie dzwonił, że zgubił i dzwoni gdyby do Mamy kto dzwonił i znalazł. I pomiędzy lepieniem u mnie pierogów (najlepszych na świcie) z serem, spacerem z dziećmi na dziesięć kilometrów, pieleniem mi ogródka załatwia praktycznie wszystko, co się w rodzinnej wsi dzieje. No a pod wieczór dzwoni Tato, że – Ela, siedzę sam na tarasie, może mi kogoś zaproś. I Ela dzwoni do Sławka, że – Sławek, idźno tam, bo Andrzej siedzi sam. Zastanawiam się jak ten świat funkcjonował bez tego ich załatwiania…?
    No ale widać, że idzie pokoleniem. Adela, Ela i Justyś. Rany, Justyś, jak ja Ci dziękuję, że przejęłaś ode mnie te rolę. Jakbyś nie dała rady z tymi załatwieniami to daj znać, coś dopomogę.
    Wczoraj wieczorem dzwonię do niej (no bo gadamy codziennie) i mówię – co tam Justyś? A ona mi – Jula, zadzwonię jutro i Ci poopowiadam, bo nie skończyłam tu jeszcze załatwiać.
    Tak, że tak. Ten temat już załatwiłam. Obgadany.
    Druga sprawa z ostatnich dni, to pyta się mnie mój konkubent – Lala, wykupiłem sobie kurs kajtserfingu, lecisz ze mną, czy zostajesz w domu z dziećmi? 
    I wiecie, to jest ten moment, że zastanawiasz się czy Twój mąż zwariował? Bo wiadomo, że u nas problemu, żeby sprzedać gdzieś dzieci nie ma żadnego. Bo wiadomo – Babcia Ela i Ciocia Justynka to załatwią pomiędzy załatwieniami. Czy lecę, czy zostaję se powtarzam w myślach. No pewnie, że zostaję. I jeszcze Ci w tym czasie w garażu posprzątam, motor wymyję, drwa na zimę porobię i z tortem powitalnym będę czekać w drzwiach na twój powrót. Czyli, że lecisz? – pyta on. No z chęcią, ale ja mam dużo roboty – odpowiadam mu. Weź laptop i robotę , bo ja też mam masę pracy. No to dobra, lecę – decyduję. Fajnie, bo bez Ciebie bym nie leciał – mówi, po czym idzie do pracy. I nie wiem, czy by nie leciał faktycznie, czy jak już wie, że lecę to chciał przyszpanować milością…
    Kolejną istotną kwestią jest to, że fest ostatnio przyoszczędziłam, aż zaraz chyba ruszę do tkmaxx’u.
    Dzieci odwozi zawsze do placówek edukacyjnych mój konkubent ulubiony. Ale, że robili oranżerię od szóstej rano, to nie chciałam go od roboty odrywać i te kilka dni poodwoziłam. No a wiadomo, będę mu teraz pół roku wypominać. Nie, że wtedy leżał, bo ciężko robił. Ale wiecie, w małżeństwie zawsze warto wypomnieć. Nie ma też limitu wypominania. Tylko wiadomo, że jakby my im, bo gdyby oni nam, to walizki spakowane. Trzeba zasady wypominania znać, jak się człowiek na związek trwały decyduje.
    Wiozę te dzieci. Jak zwykle nie mam maseczki i spod byka patrzą. To ich tak jakby rękami odprowadzam, a twarz z nosem i ustami zostawiam za drzwiami. Jakie ręce przy koronawirusie mogą być długie, to nie do uwierzenia. Jadę do piekarni, żeby jakieś śniadanie im przy robocie narychtować. Jezusicku! Jaka kolejka! Na dziesięć minut stania! To se myślę, głupia nie będę – nie stoję!.
    Jadę do innej. We wsi piekarni mamy siedemnaście tysięcy sześćset trzynaście. Pędzę na skraj wsi.
    Tak pędzę, że mi policjant lizakiem macha. Se myślę, chłopie, czyś ty oszalał? Czyś ty dzieci rano do szkół nie odwoził, toż to wiadomo, że sytuacja niełatwa, nerwowa, napięta. Otwieram te szybkę i już do niego leję. No zostaje mi tylko śmiech, bo rzęsa nie pomalowana i gałgan na głowie. Urokiem go nie wezmę. To biorę go na głupotę. No pośmiali my się, pośmiali i mi mówi, że coś mi dać musi. No daj Panie, daj. Dzwoni mój mąż i na głośno-mówiącym mu tłumaczę, że mandat i przekroczenie o dwadzieścia. Na co policjant się włącza i mówi, żeby w domu dać żonie sto złotych bo zaoszczędziła. Bo mandat powinien być 150 a tylko 50 dostanie. Adaś zadowolony i mówi, że da.
    Ogólnie do dziś nie dał. Chyba wliczył w ten wylot do Egiptu. Może zacznę częściej tak oszczędzać.
    Kiedy odjeżdżam wychylam głowę z okna i mówię do policjanta – Karać, karać, nie wyróżniać, bo powiem Panu, że tu dzieci chodzą, a ludzie jeżdżą jak debile!
    Potem dojeżdżam do piekarni, do której już bez maseczki mnie nie wpuszczą. Muszę zatem wywalić z auta wszystko i mieć nadzieję, że pod siedzeniami kawałek szmaty na gumkach znajdę. Po tym gdy wyciągnęłam silnik i przedmuchałam rurę wydechową, znajduję ową maseczkę w kieszeni.
    Z chlebem i mandatem powracam. Jak zwycięzca. Z pożywieniem i zaoszczędzonym groszem.
    Ale tak już bez żartów, to ja tych, z nadmierną prędkością w terenie zabudowanym – nienawidzę! Na szafot z nimi!
    I tak, żarty żartami, a mnie rodzinne zobowiązania gonią i za jakieś załatwiania czas się wziąć.
    Ostatni łyk kawy i się rozchodzimy.
    Lubię tak z Wami posiedzieć. Fajnie to sobie załatwiliśmy. 

  • na drabinie…

    Moi Drodzy, dawno już nie było poleceń książkowych dla dzieci.
    Nazbierało się mi trochę nowości. Pokażę Wam dziś już przebrane, te które uważam za najbardziej godne pokazania.
    Zacznijmy od samej góry mojej drabiny.

    „Widziałem pięknego dzięcioła” to książka dla miłośników książek nietypowych. Pełna malarskich ilustracji. Farbami. Jakby grubym pędzlem. Książka jest pamiętnikiem chłopca z czasów wojny. Dostał w szkole zadanie, aby każdego dnia zapisywać jedno zdanie. Podczas wypełniania tego zadania wybuchła wojna. Książka jest uboga w treść. Są to krótkie formy. Ilustracje niewyraźne, ogólne.
    Pozycja dla kolekcjonerów i miłośników. 🙂 Czyli ja 🙂

    „Niedźwiodek Puch” to Kubuś Puchatek po śląsku. Jako, że kocham gwarę śląską, musiała się pojawić w moim domu. 

    „Dziewczynka, która wypiła księżyc”  – kawał grubej książki. Posłużę się opisem dedykowanym książce.

    „Bestseller „New York Timesa”, nagrodzony prestiżowym Medalem Johna Newbery’ego za wybitny wkład w amerykańską literaturę dziecięcą.
    Od wieków mieszkańcy Protektoratu wierzą, że pobliski las zamieszkuje okrutna wiedźma, której gniew obłaskawić może tylko najmłodszy mieszkaniec osady złożony w ofierze złej czarownicy. Co roku pozostawiają więc w lesie niemowlę, licząc na to, że danina z niewinnego życia powstrzyma wiedźmę przed terroryzowaniem ich miasta.

    Ale Xan jest dobra. Dom w leśnym zaciszu dzieli z mądrym potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem o wielobarwnych skrzydłach. Ratuje ona porzucone dzieci i oddaje w opiekę rodzinom po drugiej stronie lasu, karmiąc niemowlęta blaskiem gwiazd. Jednemu z nich przypadkowo daje jednak do wypicia blask księżyca, napełniając je magią o niewyobrażalnej mocy. Xan postanawia sama wychować tę niezwykłą dziewczynkę. Kiedy zbliżają się trzynaste urodziny Luny, jej moc przybiera na sile…”

    „Urodziny Misia” – to pozycja dla najmłodszych, tych którzy rozpoczynają przygodę ze światem książek.
    Ja już takich dzieciątków nie mam, ale wiem, że wiele z Was ma i wciąż poszukuje dobrych pozycji książkowych. To książka złożona z obrazów. Ma przede wszystkim w treści zaproszenia do aktywności ruchowych, dźwiękowych i innych. Polecam szczerze.

    „321 superciekawych faktów” – książkę zobaczyłam na wystawie księgarni i kiedy wróciłam do domu, prędko zamówiłam, bo tak spodobał mi się opis i okładka. To zbiór przeróżnych ciekawostek, podzielonych tematycznie. Pięknie wydana. Taka spójna. Och, taka jak lubię. Bardzo gruba.

    „Gdzie jest moja córka” – to najnowsza pozycja Iwony Chmielewskiej, jako jej miłośniczka musiałam zakupić. Kto zna Jej prace wie dlaczego. To wydanie skupia się bardziej na ilustracjach ze skrawków materiałów jak to Pani Iwona ma w zwyczaju. Dla kolekcjonerów konieczna, dla rozpoczynających przygodę z Jej twórczością koniecznie zacząć od ” Pamiętnik Blumki” i „Dwoje ludzi”.

    „Biały Ptak” – ach! Kto nie zna „cudownego chłopaka”? To książka tej samej autorki. Tym razem w formie komiksowej. Jestem też niezwykle zaskoczona, bo w ten komiks został ubrany czas wojny. Wykonanie, tekst – doskonałe!
    „Niepełnosprawny chłopiec, Julien, chroni żydowską dziewczynkę, Sarę, przed wywiezieniem do obozu koncentracyjnego. Pomaga jej, choć wcześniej Sara razem z innymi dziećmi śmiała się z niego i nigdy go nie broniła. Dobro, które ich połączyło, przetrwało II wojnę światową. I kiełkuje nadal, w kolejnych pokoleniach dzieci, które znajdują w sobie odwagę, aby być dobrymi dla innych. Historia opowiedziana w Białym ptaku przypomina, że dobro trzeba czynić zawsze. Nawet w czasach, kiedy można za to zapłacić najwyższą cenę. Nawet jeśli jest się tylko dzieckiem.”

    „Wihajster” – to książka autorstwa Michała Rusinka. O słowach zapożyczonych. Czyli o tych, które nasze są, ale nasze nie były. Śmieszna, ciekawa. Dobra. W gąszczu teraz miliona wydawanych pozycji godna zatrzymania się przy niej.

    „Ziuzia” – mam taką Kochaną Olę, do której chodze na paznokcie. Teraz mamy razem dzieci w placówkach edukacyjnych i zawsze wymieniamy się tytułami książkowymi jakie nas zachwyciły. Poleciła mi te Ziuzie. Skończyliśmy czytać tydzień temu i moje dzieci nie chcą nic innego. Ziuzia i Ziuzia na nowo.
    Bardzo, no bardzo.
    „Ziuzia ma jedno oko szare, a drugie zielone, dlatego patrzy na świat troszkę inaczej. Poza tym ma mnóstwo dobrych pomysłów, które przychodzą jej do głowy prosto z pępka (bo przecież pępek też do czegoś musi służyć). I nigdy się nie nudzi. Bo jak tu się nudzić, skoro trzeba szukać bandy uciekających robaków, które chowają się w kałużach? A marchewka, kiedy tylko narysuje się jej pisakiem oczy, organizuje podróż do Królestwa Grochu z Kapustą? Albo kiedy łóżko bez ostrzeżenia wzlatuje w nocne niebo, żeby Ziuzia mogła utulić płaczące gwiazdy? Oczywiście, poza tym Ziuzia ma też obowiązki. Musi znaleźć właściciela kotka, który jest stworzony z deszczu, wymyślić tacie nowe imię, pomóc starszej siostrze zrobić pierwszy makijaż, czy odtajnić tajną akcję, która jest tak tajna, że nawet Mateusz nie wie, o co w niej chodzi (a przecież to chłopak!). I wcale nie jest ważne, że bandy uciekających robaków to tak naprawdę PIT-y, które wypełniają rodzice, Królestwo Grochu z Kapustą to tylko lodówka, a gdy dziewczynki dorastają, nie mogą stać się robotami, tylko kobietami. Rzeczywistość w dwukolorowych oczach Ziuzi jest zaczarowana i fascynująca. To świat, w którym nawet lampa czy trzepak mają uczucia, świat bliski dzieciom i rodzicom, bezpieczny i dobry, a przecież prawdziwy.

    Czytelnik z łatwością daje się wciągnąć w tę pełną humoru, surrealno-realną rzeczywistość.”

    Ja książki zamawiam na aros albo bonito. Dostępność i ceny są super.