american dream – listy od czytelników

miałam Wam napisać piękną historię.. ale nie zdążyłam..
przed świętami mi się uda, obiecuję.

dostaję ostatnio dużo maili od czytelniczek, które mieszkają za granicą i którym nie do końca tam jest dobrze…
ja nigdy za granicą nie mieszkałam, więc nie mnie chyba cokolwiek na ten temat radzić czy mówić…
mogę się mylić i nic nie wiedzieć jak to jest, jak to mnie by było..

„Wiesz, że można wyłączyć emocje. Przestać czuć cokolwiek. Wyłączyłam się całkiem, żeby nie zwariować, żeby nie oszaleć. Ale mózgu nie da się oszukać i jak jest w pół śnie to bombarduje mnie myślami. W środku nocy gdy wędruję pomiędzy łóżkami dzieciaków i ani nie jestem obudzona ani nie zapadam w sen, leże obok nich i mózg zalewa mi fala  tłumionych emocji, zapomnianych pragnień, planów, marzeń. i tak pewnej nocy gdy Mila nie chciała zasnąć a ja próbowałam ułożyć się jakoś na jej małym łóżku przyszła myśl nie wiem skąd ani dlaczego ale przyszła, żeby napisać do Ciebie maila.

Dlaczego – nie mam pojęcia.
Nie znam Cię.
Choć czytam Twojego bloga już od dawna.
Oglądam Twoje zdjęcia na Instagramie.
Mam wrażenie że to zrozumiesz, to co chciałabym z siebie wyrzucić, Tobie osobie totalnie mi nie znanej.
Nie znasz mnie, nie wiesz kim jestem, co robię.
Jestem sobie mamą dwójki uroczych dzieciaków, jestem żoną pracoholika, kiedyś miałam marzenia i plany.
Dzisiaj jestem sama, moi przyjaciele i rodzina są 7 tysięcy kilometrów stąd.
Podjęliśmy decyzję w sumie wspólnie, że tak będzie lepiej, że to ogrom możliwości dla nas i dla dzieci, że przecież Kanada jest jedym z niewielu miejsc gdzie się wspaniale żyje ( przynajmniej tak wypada w rankingach ) 
Wiec spakowaliśmy manatki, pożegnaliśmy się z przyjaciółmi zarzekając się że przecież jest Skype, przecież jest WhatsApp, że będziemy do siebie pisać i dzwonić.
ja zaczęłam obmyślać plan jakie to wspaniałe życie będę wiodła w Ameryce, jak będę rano wstawać i piec ciepłe bułeczki, a wieczorem będę leciała na siłownie i basen bo mamy do dyspozycji, że założę bloga i będę opisywała nasze wspaniałe życie, że kupie maszynę i będę szyła kocyki z minky .
Jak będzie cudownie i wspaniale, dzieci będą mówiły w dwóch językach, ja po pewnym czasie pójdę do pracy…
Wiesz American Dream 
I co 
I gówno 
Nie umiem się odnaleźć w nowym miejscu, nie potrafię zrealizować choć jednego z marzeń, nie potrafię się tym cieszyć, nie potrafię wykorzystać okazji.
Jestem samotna, tak strasznie samotna jak jeszcze nigdy w życiu 

I nie ma już rozmów przy piwku z przyjaciółką, nie ma kawy i plotek, nie ma świadomości że przecież mogę zawsze zadzwonić i się wygadać…
Jestem  sama ze wszystkim…
Samotność jest straszna, jest ciemna i zimna nie przytuli i nie pocieszy, nie powie nic miłego, nie da nadziei, nie poklepie po ramieniu…

przychodzi taki moment że już nic Ci się nie chce, że krzyki dzieci już nie przeszkadzają, że mówisz co raz ciszej najlepiej tak, żeby nikt nie słyszał.
Wyłączasz wszelkie emocje bo nie poradzisz sobie z tym, bo cię zmiażdżą i nie dadzą oddychać 
A przyjaciele wcale nie dzwonią tak jak obiecali i nie chodzi tu tylko o tą 6 godzinną różnicę czasu, okazuje się  że przecież na zdjęciach widać jak mi tu dobrze i wspaniale, jakie wiodę usłane różami życie.
 
I w sumie nie wiem dlaczego to piszę do Ciebie, nie mam pojęcia.
może gdzieś w głębi czuję że to zrozumiesz
 
Nie będę czytać tego jeszcze raz ani poprawiać błędów za co Cię przepraszam, ale wiem że wtedy nie wyślę tego a czuje że muszę 
 
no nic 
niech się dzieje co się ma dziać.
 
Wysyłam 
 
Dziękuję jeśli to przeczytasz 
 
Pozdrawiam”


Droga Dago,

wiesz, temat wyjazdu i u nas  się czasami pojawia.
Adaś się teraz zajawił na to, że za kilka lat wyprowadzimy się na małą wieś na Sardynię, pobudujemy duży dom.
na górze będziemy mieszkać, na dole wynajmować i tak będziemy sobie leniwie żyć, cieszyć się z życia..
bo tutaj choć dobrze, to On od świtu do nocy w pracy. ja zagoniona bo dzieci małe, dom duży, praca..
widujemy się tyle co nic.
a tam to my może odnajdziemy spokój, luz…
a właśnie gówno prawda!!
albo się to ma w sobie, albo się nigdzie nie odnajdzie.
nie chodzi o to gdzie się mieszka i jakie się ma możliwości. takie rzeczy pielęgnuje się i buduje w sobie.
i najtrudniejszy jest pierwszy krok. 
jak mawia mój Adaś.. jak chcesz coś zmienić w swoim życiu, to musisz zmienić coś w swoim życiu..
o jakże jest ciężko.. ja wiem.. i ja mam miliony spraw, które mnie przytłaczają, dołują.. a to są czasami takie pierdoły, wydumane problemy, że aż wstyd!
a tu chodzi o metodę małych kroków,
dziś idź na siłownię. w sobotę kup maszynę i materiał na kocyki.
jutro może jak dzieci zasną to zrób romantyczną kolację z mężem w domu..
bo jak sami nie zmienmy swojego życia to nic i nikt nam go nie zmmieni…
i to nie jest tak, że teraz tutaj się mądruję i Ci radzę bo tak doskonale to wiem i stosuję..
nie.. to są słowa które i sobie codziennie wbijam do głowy. jak mantrę.
a może umów się z jakąś ulubioną dziewczyną którą spotykasz w szkole dzieci, jakąś inną mamą. zaproś na kawę.
jedną, drugą. raz , drugi.. może ktoraś z Nich okaże się przyjaciołką na długie lata..?
ale nie dowiesz się póki tego nie zrobisz..
zrób to dla siebie, dzieci, męża.. niech życie tętni życiem!
żebyś, nawet jak wrócicie do Polski nigdy nie żalowała, że nie wykorzystałaś tam swojego czasu bo….
no właśnie.. bo? otoż bez powodu. z powodu może zaczynającej się depresji, może oczekiwań..
bierz się w garść Daga!!
im bardziej myślimy o tym jacy jesteśmy pochłonięci rozpaczą, tym bardziej się tam wpędzamy.
za każdym razem gdy przyjdzie Ci taka myśl to za karę nałóż sobię coś do zrobienia. coś kreatywnego.
wstajesz i idziesz! do przodu! nie analizuj. czas mija. dzieci rosną.. mogłabyś mieć przyjaciółki nowe..
może na tej siłowni.. może …
ale nie wiesz.. bo cichutko już mówisz… coraz mniej żeby nikt nie słyszał..
a ja Ci powiem. weź się porządnie wykrzycz. drzyj się z całej siły i działaj! działaj Daga! żyj!
czytasz książki?
czasami bardziej dotrzymujemy zdania gdy ogłosimy coś publicznie.
zadzwoń do Kogoś na tym Skaypie. pogadaj, wypłacz się jak trzeba i powiedz, że dziś masz takie i takie plany..
a jutro inne…
bo potem będziesz musiała już je mieć… Ktoś Cię o nie zapyta.. jak było? a Ty musisz odpowiedzieć..
może się okazać, że zaczniesz żyć.
nawet nie wiesz jakbym chciała Ci to do ucha wykrzyczeć..
wiesz dlaczego.. bo krzyczę to do siebie każdego dnia i… działa.
ściskam z całych sił

julia

 
p.s przepraszam za formę, błędy, ale Benio śpi 1,5 godziny a ja wtedy mam jakieś 40 maili 🙂
Napisz komentarz...
  1. Kami says:

    Hej Daga!
    Ja mieszkalam w UK 7 lat. Przezywalam dokladnie to co Ty…mialam wszystko, ale tak naprawde nie mialam nic…doszlo do tego, ze w Wigilie kiedy moja coreczka miala 2 latka plakalam od rana do wieczora, az wkoncu usnelam z wyczerpnia…obudzilam sie na drugi dzien i uslyszalam od mojego przerazonego dziecka: a mamusia dzis jus nie bedzie plakac? I cos we mnie peklo! Tesknilam za moja Rodzina w Polsce, ale przeciez teraz to ja jestem Rodzina dla mojej coreczki i dla mojego meza….wzielam sie w garsc i kazdego dnia powtarzalam sobie, ze musze zadbac o dobre wspomnienia mojego dziecka i nie moge sie zamartwiac…musze zyc tu i teraz….musze wyjsc do ludzi bo zwariuje….Ty tez musisz!!!!!! Nie poddawaj sie!!!! Wiem, ze ciezko, ale rusz dupsko i znajdz sobie zajecie! Ja zostalam wolontariuszem! Poszukaj kontaktu z innymi ludzmi! Wierze, ze Ci sie uda! Trzymam kciukolce! ❤️

    Odpowiedz
  2. Aleksis says:

    Daga żyj!
    To się da zrobić jestem żywym dowodem, nie 7 tys, a 350km, nowe życie, nowy dom, nowa praca, nowe WSZYSTKO. Ile ja razy pakowałam wyimaginowane walizki wiem tylko ja. Trzeba się zebrać do kupki kawałek po kawałku bo za krótkie to życie jest…
    Trzymam kciuki!!
    A.

    Odpowiedz
  3. Ja o emigracji mogłabym książkę napisać … I wiem jak bywa cieżko i Dagna…. Ja Kanady nie udzwignelam, serio … I przyznałam sie sama przed sobą i męża przekonałam … I wróciliśmy do Anglii, choć przeciez Polska mi sie marzy. Ale moj portugalski mąż tego nie ogarnie choć próbował, zostawił dla mnie dobre życie w Irlandi, nawet wymarzony motor sprzedał 😉 ale sie nie udało … Dla niego to było za dużo , tak jak dla mnie nie do przeżycia była Kanada … I Julka masz racje, ze to nie od miejsca zależy a od nas . Tylko w niektórych miejscach jest łatwiej byc sobą a w innych to walka z każdym dniem. I zawsze musimy zadać sobie pytanie czy warto ? Bo czasami trzeba przyznać sie do błędu i zawrócić bądź zmienić kierunek …

    Odpowiedz
    • Daga says:

      Ile czasu byliście w Kanadzie ?

      Odpowiedz
      • mąż 8 miesięcy, ja wytrzymałam tylko trzy…ale my trafilismy do prowincji Manitoba,gdzie jest bardzo zimno zimą…-30, -40 codziennie i wszystko inne, zero znajomycgh, mąż w parcy, ja całe dnie w domu z dwulatkiem, nei dałam rady…choć mąż twierdzi , że jakbym doczekała do lata byłoby lepiej, do tego zmarła mama męża i on nie zdązył dolecieć na pogrzeb…duzo tego, wszystko zależy od nas i od sytuacji

        Odpowiedz
  4. magda says:

    te słowa to chyba do mnie tez,dziękuję

    Odpowiedz
  5. Ania says:

    Zaniemówiłam…….
    Poryczałam sie….
    Niby takie proste… A gówno prawda…
    Mówisz cicho , coraz ciszej, nikt nie słyszy, sama juz siebie nie słyszysz… boisz sie ze dzieci swoich kiedys nie usłyszysz, ze ich widziec nie bedziesz… Będą tylko gdzie….
    Wstawaj, idz, oddychaj …. Krzycz .. Krzycz cała sobą …
    Wydrzyj jape !!!!! I zrob to za kazdym razem kiedy bedziesz mowic ciszej, szeptem
    A potem dzieci swoje powąchaj – pachną
    Nazwij w swojej głowie ten zapach …

    Odpowiedz
  6. Magda says:

    hEJ, ja tez z obczyznie sie odzywam, i jak bardzo rozumiem to uczucie tak jakby skrzydel podciecia, myslalam, ze wznosic sie bede ku niebu, a ledwo od ziemi oderwac sie moge. Mieszkam prawie 4 lata w Finlandii, gdzie teraz o 14 ciemno, zimno i do domu daleko 🙂 I ja ze swoimi gorami gdzie glowa pelna pomyslow i dolami gdzie rozpacz czarna i za mama, za Polska teskno. Pod prysznicem mam czas rano na rozmyslania, i wiem od razu jaki klimat dominuje, albo energii pelna i glowa pomyslow, dnia i godzin nie starcza albo dol wielki totalny i tzw dzien swistaka sie wlacza, ogarnac,poscielic, ugotowac, dzieci zajac, co ja tu robie wlasciwie, w Polsce to taka aktywna bylam……stop, i staram sie trzymac tego co pozytywne, co mnie cieszy, ze dzieci sa tu i teraz szczesliwe, ze czas mam dla nich, ze ugotuje, posprzatam, nie gonie, poczytam o ludziach, i dzieci te jezyki znaja i dumna z tych moich dzieci jestem strasznie, ze Kubus moj 12latek najlepiej z klasy test z finskiego napisal, gdzie tylko on Finem nie jest i znalazlam towarzystwo polsko-finskie, raz w miesiacu z dziecmi i z mezem chodzimy, malzenstwa mieszane i ja taka energia naladowana na dzien nastepny. I tesknie, ale tez pamietam, ze w Polsce bedac tesknilam za czyms….tak odleglym od Polski…

    Odpowiedz
  7. g. says:

    Droga Dago, z listu czuję, że ta wyprowadzka nastąpiła niedawno i uwierz mi daj sobie czas. Mieszkałam 7 lat w Holandii, pierwsze dwa były takie jak opisujesz, potem zaczęło się zwiększać grono znajomych, nowe przyjaźnie, po 3 latach czułam się już prawie na swoim miejscu. Urodziła się nasza córka, kolejne cztery lata i spakowaliśmy walizki spowrotem do Polski, bo taki był plan. Okazało się, że powrót jest tak samo ciężki jak ten wyjazd, może nawet cięższy, bo frustracja, bo szukanie pracy, bo przyjaciele po 7 latach już jakby mniej Was potrzebują, bo każdy ma swoje życie, bo porównujesz, dwa świata, standardy życia. Jesteśmy w PL prawie dwa lata i schemat się powtarza, ku mojej radości, zwiększa się grono znajomych, nowe przyjaźnie, nowe perspektywy. Choć tak jak tam tęskniłam za Polską, równie mocno teraz tęsknię za Holandią. Więc jeśli masz podobny charakter jak ja ;), to proszę daj sobie czas spokojnie na aklimatyzacje, plany się z czasem dobrze ułożą. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  8. poobijana says:

    Droga Dago

    ja zacznę inaczej.. bo chociaż wszystko to co piszą dziewczyny na pewno pomaga na mnie nie do końca działa..
    i pisząc to, że mówisz tak …coraz ciszej, aby inni nie słyszeli …trochę widzę w tym siebie..
    Mam takie dni, że chciałabym nie wiem jak się wykrzyczeć…wyrzucić bardzo dużo z siebie.. niestety, nie udaje mi się..
    bo ja chyba tak do końca nie chcę całemu światu opowiadać o tym jak mi źle.. bardziej pomaga mi rozmowa z kimś obcym (stąd doskonale Cię rozumiem, dlaczego zdecydowałaś się napisać do kogoś kogo nie znasz).
    Chce się wygadać i już …. i zapomnieć o wielu rzeczach.
    Jeśli zdecydowałabym się na rozmowę z kimś bliskim za duże ryzyko byłoby dla mnie że ktoś kiedyś wróci do tej rozmowy.. że te moje zwierzenia gdzieś tam w kimś zostaną i kiedyś ktoś mi to przypomni… a to nie jest mi w ogóle potrzebne..
    tym bardziej tak jak piszesz „A przyjaciele wcale nie dzwonią tak jak obiecali i nie chodzi tu tylko o tą 6 godzinną różnicę czasu, okazuje się że przecież na zdjęciach widać jak mi tu dobrze i wspaniale, jakie wiodę usłane różami życie.”

    Życie usłane różami… hmm czy takie pojęcie jeszcze u kogoś w życiu się sprawdza!?
    Wydaje mi się że coraz więcej osób trochę nadrabia miną to wszystko..
    Może się mylę, ale w ideały nie wierzę.. za piękne i za mało prawdziwe..
    Każdy ma coś.. z czym się boryka, co gasi uśmiech na twarzy..
    czasem potrzeba tylko albo aż …szczerej rozmowy..

    Dla mnie Jesteś bardzo silną osobą .. wbrew temu wszystkiemu..
    Dajesz radę, próbujesz jakoś funkcjonować mimo iż jest CI źle..
    nawet bardzo źle..
    To wielka sztuka, wiem sama po sobie..

    co CI mogę poradzić.. spróbuj pisać.. czy to do zeszytu…czy to bloga …tylko o tym co w danej chwili czujesz.. co leży CI na sercu..
    bo niby dlaczego masz pisać bloga o tym jak jest super..
    Równie dobrze możesz napisać o tym że CI źle… że nie jest super mimo iż miało być inaczej..
    to się zdarza i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. .
    Mi kiedyś to pomogło..
    Nie zadręczaj się tym, że akurat tu i teraz jest Ci trudniej .. to minie ….
    Jednemu wystarczy kilka dni, tygodni na zaakceptowanie zmian, innemu potrzeba zdecydowanie więcej czasu…
    i nie nakręcaj się tymi planami co je stworzyłaś zanim jeszcze wyjechałaś..
    czasem lepiej rozejrzeć się co się ma dookoła .. niż wiecznie gonić za czymś co gdzieś tam daleko…

    trzymaj się .. i nie daj się..

    Odpowiedz
  9. ryska domowa says:

    Dago kochana!
    ja mieszkam w uk od pieciu lat i tak naprawde jak u siebie poczulam sie niedawno. jesli moge cos podpowiedziec, to staraj sie budowac swoj swiat na miejscu, jak pisze julka, krok po kroku. znajdz kafejke, do ktorej bedziesz wpadac na kawe, plac zabaw, park, do ktorego bedziesz chodzic z dziecmi. ulubiony sklep. ja tak robilam. powoli oswajalam otoczenie. pewnie, ze pomogl maz, ktory mieszkal tam juz prawie dwadziescia lat, ale poukladac w glowie musialam sobie wszystko sama. pamietam pierwsza wigilie, na ktora przyjechalismy. juz po swietach, wieczorem przed powrotem do londynu, bralam prysznic w domu rodzicow i ryczalam jak bobr. tu w polsce mam duza rodzine i jestesmy ze soba blisko. pamietam ten moment, gdy po naszym wejsciu do unii wyjezdzalo bardzo wiele osob. ja zawsze zarzekalam sie, ze wszyscy, ale na pewno nie ja. ale okazuje sie, ze z milosci czlowiek jest w stanie zrobic wiele, nawet zostawic cale swoje zycie i wyjechac.
    pomysl o tej sytuacji, jak o wyzwaniu. podziel sie swoja samotnoscia z mezem i bliskimi. pomysl o dzieciach, ktore potrzebuja spelnionej, pogodnej mamy. a poza tym zawsze przeciez mozna wrocic. znam te samotnosc i uczucie, ze to wszystko takie nie moje, obce. trzymam za ciebie kciuki mocno, pewnie my wszystkie, jak tu jestesmy i czytamy twoj list. nie jestes sama!

    Odpowiedz
    • Ania* says:

      Bardzo lubię Twoje komentarze i proszę okazało się że jak ja mieszkasz w uk :). Tak czytam komentarze i pomyślałam, że dużo fajnych ludzi wyjechało z ojczystego kraju .
      Pozdrawiam.

      Odpowiedz
      • ryska domowa says:

        o! dziękuje, bardzo to mile:) rzeczywiscie, sporo nas, polakow, poza polska, a w zachodnim londynie, gdzie mieszkam, to mam wrazenie, wiecej niz gdziekolwiek indziej:) ale to dobrze, bo dzieki temu, ze wszedzie slychac jezyk polski, mozna poczuc sie jakos tak swojsko i mniej samotnie.
        zapraszam do mnie 🙂 – ryskadomowa.com
        pozdrawiam cieplo!:)

        Odpowiedz
  10. Kat says:

    Może to sie komuś wydać dziwne, ale nie tęsknie za ojczyzną, pomimo tego, że moje życie do idealnych nie należy, cieszę sie z tego co mam, doceniam, a każdą chwilę, ponad rok temu zostałam mamą, dało mi to siłę do działania, kupiłam maszynę, zapisałam sie do grup Polskich mam, poznałam mnóstwo wspaniałych babeczek, które zawsze były obok, ale niewidzialne, założyłam bloga, po cichu marzyłam o tym, że może kiedyś też uda mi się jak Julce zrobić coś dla innych, byc oparciem, wyszło jak wyszło, wróciłam do pracy, bloga pewnie nikt nie czyta, szyję bo to uwielbiam, dzięki grupom mam teraz wiele wspaniałych dziewczyn wokół siebie, warto robić małe kroczki 🙂
    Kup maszynę, to wg mnie forma terapi, robisz coś z niczego, może na początku nie jest to idealne, ale się wyciszasz, przy tym stukaniu igły, cieszysz sie kiedy mozesz podarować coś, co zrobiłaś sama, nie podawaj się! Życie jest takie jakie tylko chcesz, i to od Ciebie zależy jak je odbierasz, nie skupiaj się na wadach, skup się na tym co fajne, masz rodzinę, męża, wspaniałe dzieci, skup sie na pozytywach! Myśląc o tym co niedobre zadręczasz sie bez potrzeby, ale każdy przez to przechodzi, zobaczysz będzie lepiej ❤️

    Odpowiedz
  11. Jola says:

    musialam napisac bo też tęsknie do Polski ..wbrew wszystkiemu chcemy wrócic całą rodziną..nie moge odnaleźć się tutaj bo czuje sie obco..nie interesuje mnie tu polityka ani nie czuje tych ich świąt..wciąż każdą sytuacje porównuje do Polski..a w polsce to a w polsce tamto..uwarzam , że ludzie dziela się na tych którzy się odnajdą i na tych którzy nie…my wracamy choć to się troche przesuwa..ale chce obchodzić świeta po polsku, czuć polską wiosne, lato jesień i zime..chce żeby moje dzieci znały polską historie i czuły się polakami ..to jest dla mnie ważne i dlatego wracamy ,więc trzymajcie kciuki..

    Odpowiedz
  12. GABI says:

    A ja napiszę, że to nie takie proste, że wystarczy sobie powiedzieć, że zaplanować, zmienić od siebie..
    Kiedy marzysz o domu z dużym ogrodem, i chcesz mieć ogród, bo uwielbiasz grzebać w ziemi, lubisz zapach mokrej ziemi, ogrzanej pierwszym wiosennym słońcem. Kiedy chcesz wypić w sobotę po zakupach w warzywniaku kawę z mamą, bo wiesz, że robicie się starsze, a nie młodsze i czas upływa. Kiedy chcesz, żeby Twoje dzieci mówiły babci i dziadziowi wierszyki na przedstawieniu w przedszkolu.

    A z obiektywnych przyczyn nie możesz tego mieć… i chcesz, i dążysz, i planujesz, i ciężko pracujesz, i czujesz, że żyjesz w zawieszeniu i mimo wszystko masz nadzieję, że oszukasz czas…

    Odpowiedz
    • Ania* says:

      Zgadzam sie w 100% . To nie takie proste, wiesz, że musisz zrobić pierwszy krok i robisz go nawet powoli, ale i tak czujesz, że niby lepiej, niby pomaga ale to i tak nie to jak myślałaś, że będzie. I ten czas upływający, najgorszy. Jak za każdą wizyta widzisz, że siwych włosów im przybyło i siły już nie te :). I wiesz, że straconych chwil z nimi nie odda Ci nikt. Tylko ja się pocieszam, że i nerów mniej :).

      Odpowiedz
    • Matylda says:

      Gabi… zgadzam się z Twoją opinią. To właśnie jest takie smutne w emigracji! Dla mnie trafiłaś w same sedno. Utrata serca, tożsamości, tego czegoś… i próba odbudowania tego na obcej ziemi nie jest łatwa. A niektórym nie jest łatwo po prostu wstać rano, nie myśleć, tylko wziąć się w garść i działać. Ja mieszkam w Anglii od prawie 6 lat. Szczęśliwa za dnia, w nocy słucham audiobooków żeby zasnąć. Bo myśli się kotłują, tęsknoty za domem przychodzą okrutne czasem.

      Odpowiedz
    • Ania says:

      A ja mieszkam w PL – tylko 200 km od rodzinnego domu i babć i dziadków… i nie ma ich na każdym przedstawieniu, i nie piję kawki z mamą… a jestem w Polsce… Więc odległość nie ma żadnego znaczenia. można nawet tak niedaleko być tak daleko…
      Powodzenia. Ania

      Odpowiedz
  13. Kat says:

    10 lat minęło – długich umęczonych pięknych. pierwszy rok przeleciał, Londyn nie oszołomił a rozczarował – nie wyglądał jak ten raj co to myślałam ze będzie nim – taki nijaki zwykły, nie odstraszał. Potem drugi przeleciał – bo dzieci praca wyjazdy do polski i przyjazdy rodziny znajomych. 3 wigilie przepłakałam, podobnie czwarta i piąta choć w ciagu roku jakos na to płakanie czasu nie starczało. nagle dotarło do mnie, do nas ze nic nie jest jak było – a było nas juz 5 plus kot i nie grono znajomych a kilkoro ale pewnych dobrych ludzi, i chęci brak na basen czasem i ta maszyna leży choć ja jak widzisz poszłam o krok dalej bo ja mam – tyle o niej gadałam ze w końcu tato mi kupił w prezencie. postawiliśmy na jakość nie ilośc – nie planujemy, płyniemy z prądem który nas popycha, pielęgnujemy co zostawiliśmy setki kilometrów z tad – rodzine, tradycje, wspomnienia. przeżywamy sytuacje w Polsce jakbyśmy tam byli, bo to patriotyzm który pozwala na tej obczyźnie oddychać, a tu płyniemy, tak jak robiliśmy to kiedyś w kraju ojczystym – mamy siebie i to sie liczy bo przecież tam dom twój gdzie serce Twoje, a serce tam gdzie rodzina. i ja ja mam i Ty ja masz rownież, obok siebie. a ze plany nie poszły po myśli, marzenia na dalszy plan zeszły – mogło sie zdarzyć i w Polsce, bo to nie miejsce a my sami. w zeszłym roku pierwszy raz nie płakałam w wigilie i święta i o dziw były to nasze 9 w UK a pierwsze które spędzaliśmy tylko z dziećmi, bez rodziny znajomych, gości. i ta świąteczna samotność pokazała nam ze wcale samotni nie jesteśmy, bo choć tęsknić zawsze będziemy – bo i byśmy przenoszac sie na drugi końiec Polski przecież – to dom tworzymy my a nie miejsce. wiec głowa do góry i pierś do przodu, bo choć zwątpienie dopadnie nie raz jeszcze i tęskno będzie i nie tak jak by być mogło, to szczęście można odnaleźć w drobiazgach dnia codziennego jesli tylko sie zechce je odnaleźć w sobie. przytulam Cię Dago do serducha – wiem ze będzie dobrze

    Odpowiedz
  14. ryska domowa says:

    o matko, wlasnie dostalam to od siostry, musze to wyslac, bo usmiech gwarantowany!
    daga! czasem wlasnie trzeba sobie powiedziec: wez niepierdol:))
    https://www.youtube.com/watch?v=M6wRnouGZFQ

    Odpowiedz
  15. Kasia says:

    Cześć Daga, cześć Dziewczyny. Wyczytałam z listy, że mieszkasz w Kanadzie z 6 godzinną różnicą czasu w stosunku do Polski, więc nie zaproponuję wspólnej kawy w Vancouver ;( Ale ciepłe myśli posyłam.
    Sama przyjechałam do Kanady z rodziną, i już po miesiącu, po okresie zachłyśnięcia się nową sytuacją pisałam o tym, że brak mi kobiecego kręgu. Nie za Polską tęskniłam, ale za Polkami. I nadal straszliwie tęsknię.
    Trudno i mi było znaleźć bratnią duszę, czasami aż paluchy gryzę z bezsilności, że przyjaciele i rodzina tak daleko. 10 000 km ode mnie. Ale po roku jest lepiej, potrzeba było czasu, żeby znaleźć „swoich ludzi”. Ja np. poznałam jedną cudną koleżankę na szlaku górskim. A nie zliczę z iloma wcześniej byłam na kawie, small talku, ale jakoś nie zaiskrzyło. Więc daj sobie jeszcze trochę czasu, może uda Ci się oswoić Twoje nowe miasto, nową rzeczywistość. Mimo że nowa, to wciąż Twoja.
    Życzę Ci wszystkiego dobrego na święta i na codzień i żeby Twój „Canadian dream” był piękną opowieścią.
    A gdybyś przypadkiem była w Vancouver, daj znać – zapraszam na kawę i Polish Pillow 😉

    Odpowiedz
  16. Marlena1 says:

    Daga, ja nie emigrantka, ale odczucia miałam podobne i żywe we mnie są gdy z domu rodzinnego się wyprowadzałam. Moje, miasto, moi ludzie, moja rodzina, zapachy.
    Obcość, szarość, mój świeżutki mąż nie wiedział co się ze mną dzieje, tak płakała, z domu w którym pięć osób robiło ogromny kochany harmider, do ciszy. Z domu z mamą, do domu wtedy z obca teściową, nie rozumiałam co się dzieje, nawet panie w sklepie jakieś obce były.
    A teraz po czasie, to się ułożyło, i gdy idę ulicą tego już mojego miasteczka i z dwadzieścia razy mówię dzień dobry, w sklepie zawsze trzy słowa ze znajomą panią, mam sąsiadkę od pieczenia ciasteczek, mam przyjaciółkę której nigdy bym nie poznała gdyby nie przeprowadzka, mam teściową która innym punktem widzenia często stawia mnie na nogi, mam już swoja starą czereśnie i miejsca w które lubię pójść z moją rodziną. U mnie zadziałał czas, Tobie życzę własnej drogi do odnalezienia siebie w nowym domu.

    Odpowiedz
  17. Dziewczyny mieszkające za granicą pewnie lepiej wiedzą co mówią. Ja nigdy nie miałam tej odwagi aby wyjechać… nawet z Poznania się nie chciałam przeprowadzić na Śląsk, pomimo że kuszono mnie lepszą pracą i perspektywami 😉 Brak odwagi. Zawsze blisko domku, mamusi… 🙂 I wiem że nie dałabym rady z dala od tego. Ale jedno wiem na pewno. Nie ważne gdzie jesteśmy to tłumienie emocji jest fatalną opcją. I tu się zgadzam z Julką. Krzycz Babo! Płacz! Śmiej się! Gadaj! Do męża, do dzieci, do przyjaciółki na Skype. Kurde załóż tego bloga, pisz…. to Cię zmusi to otworzenia się 🙂

    A Ty Julka to człowiekowi o poranku zawsze zafundujesz porcję wzruszeń :))))))

    Odpowiedz
  18. Jezu, jak ja rozumiem Dagę, mój mąż pracuje 10h dziennie, do pracy ma 5 min, kiedyś dojeżdzał po 1,5h w jedną stronę, a teraz to ma 5 min, i co z tego, że przeprowadziliśmy się, żeby miał blisko do pracy? co z tego, skoro wraca z pracy i zalega przed telewizorem, przecież umyje córkę i dalej się kładzie. Wiesz Dago, wiesz Julio, ja mam depresję i dlatego czuje się samotna, dlatego nie mam siły iść na siłownie, dlatego nie mam siły iść na basen, dlatego nie zakładam bloga, dlatego nie zajęłam się fotografią mimo, że jest to moim marzeniem z dzieciństwa. Mam depresję i dlatego nie mam koleżanki z którą mogłabym wypić kawę. Najgorsze, że mąż wpędził mnie w depresje i teraz nie widzi problemu, nie widzi, że pranie piętrzy się jak Mont Ewerest, nie widzi, że z szaf się ciuchy wysypują, a ja siedzę przecież z dzieckiem w domu i nie mam siły posprzątać domu. Ktoś inny powie, że jestem leniwa, a ja po prostu czuje pustkę i ból, a mimo, że do koleżanki mam 10km to telefon milczy, ponoć przez rok postarzałam się o jakieś 10 lat. Ha ja nawet nie mam siły iść do psychologa, kiedyś było źle, bardzo źle, poszłam do psychiatry bo chciałam skończyć życie, a przecież miałam 6 miesięczną córkę i 2 dzieci w rodzinie zastępczej, ten odrazu dał leki, kazał iść na terapię, leki zaczęły działać po 2 tygodniach, czułam się fantastycznie, kupiłam strój na siłownię, biegałam codziennie na siłownie, zapomniałam, że poczułam się cudownie po lekach, zapomniałam, że to leki sprawiły, że czułam się szczęśliwa, mąż natomiast nie dopuszczał myśli o depresje i dalej się łudzi, że ja nie cierpię na chorobę tylko po prostu jestem leniwa :(. Dago życzę Ci siły, żebyś znalazła przyjaciółkę, żebyś była szczęliwa, żebyś nie wpadła w depresję.

    Odpowiedz
    • Ania says:

      Czyli nie tylko ja tak mam…
      jest nas więcej…
      W pogoni za lepszym jutrem tracimy to co najważniejsze.
      Mąż robi się despotyczny.
      Ja robię się niemiła.
      A przecież nowa praca miała wszystko zmienić.
      I zmieniła.
      Ale tylko byt!

      Odpowiedz
  19. ozdoba says:

    Znam smak emigracji, smak powrotu i ciągłej tęsknoty za czymś. .. Julio masz rację to nie miejsce ale człowiek tworzy swoje życie.
    Dago Julio ma rację postaraj się czerpać z tego wyjazdu, nawet troszkę na siłę bo jak wrócisz to będziesz żałować ile czasu zmarnowałas na zamartwiam ie się. Wiem bo mieszkałam, studiowała i pracowałam w Paryżu i pluje sobie w brodę ile czasu się nad sobą użalałam zamiast korzystać z tego co oferuje to miasto. Teraz się uzalam jak mi tu w Polsce źle…Ach
    dzięki Julio za tym wpis.Biorę się za siebie

    Odpowiedz
    • Daga says:

      Korzystać i nie szukać wymówek, wiem wiem tylko jeszcze ciężko się za to jakoś zabrać. Ale masz rację, żeby nie żałować bo życie mamy tylko jedno

      Odpowiedz
  20. Olka says:

    Daga ja też rozumiem Cię doskonale. Emigrację do innego kraju mam już za sobą, początek był trudny ale po kilku miesiącach Londyn stał się coraz bardziej moim miastem.
    Bycie za granicą paradoksalnie ułatwia nawiązywanie nowych kontaktów wśród rodaków, wiesz czemu?? Bo praktycznie każdy z nas czuje się samotny i potrzebuje się wygadać. W Polsce często mamy hermetyczne grono dobrych i sprawdzonych znajomych, nie mamy często czasu na nawiązywanie nowych relacji a za granicą jest łatwiej bo o wiele szybciej ludzie otwierają się na innych.
    Moje ukochane przyjaciółki poznałam właśnie tam, często zupełnie przypadkiem ale wiem doskonale, że stało się tak bo ja sama odważyłam się wyjść ze swojej skorupki i miałam ogromne pragnienie aby otworzyć się na to wszystko nowe.
    Wiesz co po kilku latach wróciłam do Polski i strasznie tęskniłam za ludźmi, których zostawiłam w Londynie, w Polsce starzy znajomi mieli już swoje życie, z którego ja dawno „wypadłam”. Dziś wiem, że dla prawdziwych przyjaciół odległość w km. nie ma żadnego znaczenia i mimo iż od 3 lat mieszkam w PL to nie straciłam kontaktu z dziewczynami z Londynu więc jak widać okazuję się że czasem te przyjaźnie zawarte w okresie emigracji są na całe życie! Daga Tobie życzę właśnie takich przyjaźni w Kanadzie! Tylko najpierw musisz wyjść z domu 🙂

    Bardzo fajnie Iwonka Wiśniewska w swojej książce „Ona ma siłę” pisze o tym z jakimi emocjami musi dać sobie radę kobieta na emigracji, w jej książce, jest rozdział – Prawdziwa Historia i tam ona opisuje jak się jej udało zbudować własne szczęście w USA, mimo że nadal ogromnie tęskni za Pl.

    Ta książka to dla mnie ogromna inspiracja bo ta babka ma naprawdę ogromną siłę i życiową mądrość!
    Polecam książkę (możesz ją zamówić na Kanady) 🙂

    Pozdrawiam
    Olka

    Odpowiedz
  21. Aneta says:

    Julia, mimo ze podobnie jak Ty nigdy nie mieszkalam za granica poruszyl mnie ten tekst. Mysle ze my kobiety mamy latwosc do wysylania sie na takie emigracje emocjonalne. Z dala od siebie i swoich potrzeb. I tak na prawde nie wazne jest w jakim miejscu na kuli ziemskiej jestesmy. Tak jak piszesz musimy dobrze czuc sie ze soba i swoim zyciem zawsze. Wtedy nigdy nie wyemigrujemy. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  22. MamaEm says:

    a ja nigdy nawet przez sekunde nie pomyślalam,ze chcialabym wyjechac. musze byc blisko rodziny, to mi daje sile i bezpieczenstwo.nie gna mnie w swiat.tu mi dobrze. podziwiam szczerze osoby emigrujace i wiem,ze teskni sie zawsze. ja sie do tego nie nadaje. nawet teraz szukamy mieszkania na tym samym osiedlu co rodzice zeby wnuczek mial blisko do dziadkow. i ja zebym mogla wpasc w kazdej chwili. poznalam niedawno dziewczyne ,ktora wrocila po wielu latach z Anglii bo tesknota byla tak wielka. i mimo,ze tu ma „pod gorke”z pieniedzmi praca itp…to powiedziala mi,ze to byla najlepsza decyzja w jej zyciu. moze czasem nie warto za wszelka cene szukac szczescia daleko od domu?A jesli nie ma opcji powrotu…….z calego serca wszystkim zycze spokoju, odnalezienia sie w nowej rzeczywistosci,radosci zycia.trzymam za Was kciuki!

    Odpowiedz
  23. Magda says:

    „… niech życie tętni życiem” – mocne, ma siłę !!! Nigdy nie mieszkałam za granicą i choć plany były różne nie żałuję, że jesteśmy tu. Bo jesteśmy razem – dla mnie dom jest tam, gdzie moja rodzina – mąż i dzieci. I właśnie, bierzmy życie w swoje ręce. Dajmy SOBIE szansę 🙂

    Odpowiedz
  24. renata says:

    Dago, to co Jula napisała, to jest bolesne ale musisz Ty sama zaprosic, Ty sama wyjsc z inicjatywa, to własnie Ty musisz kupic ten materiał i Ty sama uszyc. Tak duzo od nas kobiet do cholery zależy w tym życiu. Wiem o czym mówie, ostatnio moje noce sa nie do przeżycia. Pozdrawiam Cie serdecznie.

    Odpowiedz
  25. Martucha says:

    …chcialabym uscisnac kazda z Was i powiedziec ze damy rade bo przeciez trzeba i w ogole..i chociaz osobiscie nie moge to sle moc buziakow dla kazdej z Was….pieknie o tej tesknocie pisze niesamowita osoba….pewnie ja znacie….Iwona Wisniewska na swoim blogu onamasile:) podniosla mnie na duchu kiedy lzy tesknoty zalewaly oczy a bezsilnosc sciskala gardlo….polecam :*

    Odpowiedz
  26. katarynianka says:

    dobrze, że tu można do Ciebie Julio wpaść, rozejrzeć się dookoła i potwierdzić samej sobie , że ,choć czasem jest ciężko, wspaniale jest być człowiekiem, mamą, żoną, córką, siostrą…. dobrze jest być w świecie , w którym ludzie sobie pomagają, chociażby drogą internetową.

    Odpowiedz
  27. Lol says:

    NA Sardynię??? Od dwunastu lat jeżdzimy tam przynajmniej raz w roku, i zawsze to był mój raj, mój cel. Zakup domu na Sardynii, plan na zarabianie tam pieniędzy. Wszystko to było moim pomysłem na życie. Gdy dwa lata temu wyjechałam tam na prawie całe wakacje otrzeźwiałam. Czy ja dam radę żyć poza Polską ? Czy ja dam radę żyć bez moich przyjaciół , rodziny, znajomych ? Moje marzenia zaczęły mi uciekać… Czy ja tego chcę ? Czy mi jest źle w życiu które mam? Dopiero wtedy zrozumiałam że te długie wakacje mi wystarczą. Że teraz moim marzeniem jest mieć takie długie wakacje co roku a potem wrócić do swoich. Że kocham Sardynię jak za nią tęsknię…

    Odpowiedz
  28. m.m. says:

    Daga.. czuje to co Ty, rozumiem Cię doskonale… Trzymaj się w tej CANADZIE ja będę trzymać się u SĄSIADÓW NIEMCÓW.

    Odpowiedz
  29. kamila c. says:

    Jestem na obczyznie od prawie 16stu lat, w pieknej malowniczej miejscowosci na zachodzie Niemiec. Wyjechalam po zdaniu matury z milosci, zostawiajac rodzicow, rodzine, rodzenstwo oraz przyjaciol – dodam jeszcze bez znajomosci jezyka!
    Umialam tylko ja, nein, danke.
    Teraz po 16stu latach mam 2 letnia corke, tego samego partneta co 16 lat temu, ukonczone tutaj studia pedagogiczne, prace w przedszkolu oraz w szkole na stale, piekne dwie przyjaznie, mase znajomych i usmiech na buzi!
    A wiesz co bylo przez pierwszy rok? Po tzw euforii mialam jak ty doly, stany prawie depresyjne, tesknilam, nie radzilam sobie..
    Pomogl mi bardzo moj partner.
    Wyhodzilam z domu, najpierw na kursy jezykowe i tam poznalam kobiety, chodzilam na koncerty, nie zamykala sie w 4 scianach choc wiele razy dogadywalam sie za pomoca rak i nog 😉 ale tak sie nawiazaly pierwsze znajomosci.
    Najgorsza jedt samotnosc.
    sprobuj droga autorko listu spojrzec na ten sposob. Dostalas dar od losu jakim jest emigracja, nie zmarnuj go na litowanie sie nad swoim losem, bierz byka za rogi.
    Wychodz do ludzi
    Najlatwiej zaczac od placu zabaw, sasiadow wkolo
    jesg mnostwo osob ktore czuja sie jak Ty
    one rowniez kogos szukaja, kogos kto ich wesprze, usmiechnie sie, powie „bedzie dobrze”.
    Robisz to dla dzieci, ale one przeczuwaja ze mama nie jest szczesliwa… czas wyjsc z 4 scian, sama sobie nie poradzisz… postaraj sie prosze… dla nich a pozniej dla siebie i dla calej waszej rodziny.
    3mam kciuki! Zobaczysz, bedzie dobrze 😉

    Odpowiedz
  30. Agata [UK] says:

    11 lat w Angli. Czy tęsknię za Polską? Czasami przewija mi się myśl powrotu do ojczyzny, ale tutaj jest „dom” mojego 4 letniego syna, a On to mój dom. Dom to nie miejsce na mapie. Dom to rodzina: Mój syn i partner. I pielęgnuje ją jak tylko się da. Czasami jest ciężko „ruszyć tą dupę”, aby się cieszyć tą chwilą. Tu i teraz. Trzeba skupić się na pozytywach. Dziś wróciliśmy ze szkoły. Normalnie rutyna to: wchodzimy do domu: ściągnij kurtkę i buty. Idziemy na górę przebrać się z mundurka szkolnego w rzeczy podomowe. Idziemy do łazienki zrobić swoje conieco i umyć ręce, potem na dół obiad robić. Dziś tak nie było. Złamaliśmy z Kubusiem naszą, w sumie moją rutynę. Weszliśmy, odzienie w dół. Włączam światełka choinki i idę napić się wody do kuchni. W tym czasiem mój mały gigant jakims cudem uruchamia DVD i włącza tam świąteczną płytę Connie Talbot. W tym momencie poczułam, że święta nadchodzą. Mój kubełek szczęścia był na 10, w skali 1-10. Tanczylismy jak szaleni tak z pól godziny. Kuba w tym mundurku z krawatem powiewajacym na wszystkie strony. Podskoki, piruety, ślizgi. Prawie rozerwalam spódniczke, jak wykonywaliśmy ślizgi między moimi nogami. Śpiewaliśmy, tańczylismy. Byliśmy tu i teraz. Rutyna nie była już ważna, a przecież bez rutyny mój całodniowy harmonogram szlag trafia. Przez okno zerkam i widzę mojego konkubenta w biurze w ogrodzie, ciężko zapracowanego. Nie jest mi smutno (no może przed sekundę było), że nie jest z nami, bo wiem, że kiedy przyjdzie wieczór to nadrobi całe straty z nawiązką, i te piruety z Kubą. Dom to ludzie. Nasza mała rodzinka „dom w duszy i sercu”. Ściskam Was dziewuszki. Pamiętajcie kochane. Jesteście bohaterkami każdego dnia. Tylko o tym nie wiecie.

    Odpowiedz
  31. Anita says:

    Tak pięknie któraś z was napisała,że same wysyłamy się na emocjonalną emigrację.Coś o tym wiem.Nigdy nie mieszkałam za granicą,ale kilkanaście lat temu „wyemigrowałam” do miejsca zwanego depresją.Szukałam ratunku u psychiatrów,u homeopatów,ale ulgi nie było.Tylko straszne stany lękowe,ból duszy mimo wspaniałych synów i cudownego męża.Kilka lat temu dostałam nowe leki,które po dwóch tygodniach zadziałały i świat stał się kolorowy.Wstąpiła we mnie niezwykła pewność siebie.Byłam w euforii.Żeby podkolorować życie jeszcze bardziej wpadłam w „ciąg” robienia zakupów,w sklepach byłam panią sytuacji,tam ja rozdawałam karty.Ale żeby kupować trzeba mieć pieniądze, więc odkryłam kredyty.Zostałam klientką wszelkiej maści chwilówek.Wpędziłam moją rodzinę w długi.Mąż dowiedział się o tym i dał mi ogromny dowód miłości – do dziś pomaga mi wyjść z zadłużenia.Odstawiłam leki,na raty zarabiam szyciem – jest to moja najlepsza terapia,przy maszynie wyciszam się ,odprężam,Moje życie mimo skromniejszych ram materialnych jest głębsze,pełniejsze,szczęśliwe.Nie mam czasu na kosmetyczkę czy basen,ale dużo rozmawiam z mężem,patrzę na swoich synów,szyję.Wróciłam…

    Odpowiedz
  32. agis says:

    Cze Dago i Julio. Ja na emigracji zyje juz 14 lat w UK. W tym czasie skonczylam prawo w pl, stracilam 5 ciaz i 7 dzieci, mam cudnego 3-go synka i jestem w ostatniej wymodlonej ciazy w 14tyg. Z depresja zmagam sie juz 10 lat… nie wiem co jest jej przyczyna czy to ze dlugo nie moglam zostac mama, czy to ze bylam zdana tylko na siebie tu na emigracji, czy moje dziecinstwo, ktore niby szczesliwe ale ja zawsze czulam, ze jestem za dojrzala na wyglupy i granie w gume. W szkole sredniej i na studiach bylam dusza towarzystwa co bylo dla mnie mile i zaskakujace. Mam grono przyjaciol z ktorymi do tej pory utrzymuje kontakt. Wiem, ze to sprawdzeni ludzie i ufam im. W UK mamy dom na kredyt taki z bialymi podlogami i scianami, kiedys powiedzialam mezowi ze jak w psychiatryku… ale to bylo moje marzenie miec dom w stylu skandynawskim… wszystko z zewnatrz wyglada cudnie moje zycie, moj idealny maz, cudny synek i kolejna ciaza, 2 auta, wakacje, zakupy. Tylko ja jestem wiecznie smutna, przygnebiona, zgaszona, rozdrazniona, jestem suka dla meza i czasem dla synka. Nienawidze sie za to! Nie umiem sie cieszyc tym co mam, jestem caly dzien sama, maz pracuje po 12h. Jak wraca pobawi sie z malym, wykapie go polozy spac i on tez idzie do lozka. Wstaje o 4 do pracy. Ja kiedy opuszcza mnie moja najwieksza przyjaciolka i mam przyplyw energii odnawiam stare meble. Lubie to robic, jest to jak terapia nawet lepsze, bo nikt ci nic nie wytyka i nie poucza. Trwa to jednak 2 dni i wtedy przyjacolka wraca i juz nikt mi do zycia nie jest potrzebny. Nawet moj synek cudny na ktorego czekalam 7 lat! Wszyscy mi mowia wez sie w garsc przeciez masz to i tamto, jestes mloda, piekna, skonczylas studia wyjdz do ludzi- latwo powiedziec trudniej zrobic jak na robienie czego kolwiek czlowiek nie ma sily i checi…bo jest z nim jego przyjaciolka najwieksza- przekleta depresja.

    Odpowiedz
    • Daga says:

      Też miałam tą samą przyjaciółkę, też nie umiałam się z niczego cieszyć, byłam wypruta z emocji a u boku miałam półroczne szczęście. Mi pomógł lekarz i roczna terapia, postawili mnie na nogi, dzięki lekom inaczej się nie dało. Idź do lekarza bo szkoda życia.
      Przytulam Cię mocno, jak masz ochotę to się odezwij dagmara.gruca@gmail.com

      Odpowiedz
  33. Aneta says:

    Daga ja też byłam na emigracji i czułam tą potworną samotność i to nawet wtedy,gdy już zaprzyjaznilam się i to naprawdę intensywnie z rodakami. Miałam łatwiejszą sytuację,bo mieszkałam w wieloosobowym domu-większość emigrantów to zna-wynajmowane pokoje, i to właśnie z dwójką takich współlokatorów znalazłam wspólny język. Po jakimś czasie zmieniłam miejsce zamieszkania i nie było już tak kolorowo wtedy ta samotność dawała się okropnie we znaki, bo tu chodzi o samotność „narodową” o poczucie nie bycia u siebie. To okropne uczucie i ciężko je pokonać nawet mając znajomych,którzy czują to samo, choć z nimi jeśl o wiele lżej! Gdy mieszkałam już w innym miejscu miałam ograniczony kontakt z Polakami,w pracy,w sąsiedztwie tylko Anglicy i wtedy szukałam znajomości w internecie. Wydaje mi się,że na pewno jest jakieś polonijne forum,grupa na facebooku z Twojej miejscowości.Może tam poszukaj bo choć wśród Polaków na obczyźnie pełno jest wrednych zawistników ,to tak naprawdę każdy odczuwa tą samą samotność emigracyjną i są wśród nich dobrzy ludzie,z którymi można się prawdziwe zaprzyjaźnić. Możesz też wyznaczyć sobie jakąś granicę czasową-może rok czy dwa i porozmawiać z mężem,że jeżeli niewiele się do tej pory zmieni to wrocicie,świat się nie zawali,a przecież chodzi o to,żebyście byli szczęśliwi. Ja nie miałam jeszcze dzieci jak byłam w Anglii,ale mam tam ciągle znajomych i jedna z matek powiedziała mi ostatnio,że ona osobiście już bardzo źle się tam czuje,ale musi się starać bo przecież dla jej dziecka to najwspanialsze lata i wspomnienia. I dlatego warto się zmobilizować, choć czasem trzeba działać mechanicznie,zmusić się. A może jak nie będziesz już mogła wytrzymać poszukaj poradni psychologicznej,może sa nawet takie pomagające odnaleźć się emigrantom,przecież teraz to nagminne zjawisko. Życzę dużo siły i wytrwałości a także uśmiechu. Wysyłam Ci też taki wirtualny 🙂

    Odpowiedz
  34. Monika says:

    W perspektywie Świąt ból jest trudniejszy do zniesienia, tęsknota urasta to rozmiarów olbrzyma ale tylko Ty Daga mozesz to zmienić, tylko Ty mozesz sprawić że Twoje dzieci wstaną rano i poczują ciepło i miłość, wypiją szklanke kakao nakruszą jedząc pyszne ciepłe bułeczki, które im podasz, uśmiechną się do Ciebie i ogrzejesz się ich ciepłem. A za 20 -30 lat będą wspominać tą chwile razem z Tobą. Rusz się, żyj, skorzystaj z tego co dała Ci ta zmiana, Ciężko jest ale uwierz w siebie, bo „Wszystko sie może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń…..” taka moja osobita mantra i pomaga mi być zadowoloną i cieszyć się radością innych. Życze Ci byś dostrzegła dobro które Cię otacza i zaczeła sie nim cieszyć. Też tesknię, 11 lat w UK swoje robi. Staram się by uśmiech gościł na mojej twarzy to magiczne narzedzie jest ….. usmiechnij się do Siebie o poranku to działa…:)

    Odpowiedz
  35. Paulina says:

    Kochana Dagus…
    Przede wszystkim i najwazniejsze – ROZUMIEM CIE I TOTALNIE SIE Z TOBA IDENTYFIKUJE!!! Moze juz teraz nie tak bardzo jak jeszcze kilka lat temu, kiedy urodzilo nam sie drugie dziecko.
    Mieszkam od 10 lat w Hiszpanii i moj maz jest Argentynczykiem…. Takze z tej mojej Polski to mam naprawde tutaj niewiele. Zawsze powtarzam, ze najwyzsza cena emigracji jest poczatkowa samotnosc i brak obecnosci Rodziny i Przyjaciol. Straszna to cena i cholernie wysoka. To dni, miesiace, ba , nawet lata okupione lzami, zalem, wieczna frustracja. Rowniez i frustracja z niemozliwosci spelnienia swoich marzen, swoich planow… Przechodzilam przez to samo „piekelko”. To byl czas wielkich rozterek, szczegolnie ze dzieci wciaz chorowaly, bo od kiedy skonczyly 5 miesiecy musialy byc posylane do zlobka, a ja wracalam do pracy. Rozterka i frustracja z powodu tego, ze mimo iz dziecko z gorczka to ja musze isc do pracy bo moj szef jest wymagajacy a prawo hiszpanskie nie ma tzw. „opieki” na dziecko. No i nie mam z kim zostawic dziecka… Rozpacz, bo to przeciez ja powinnam byc z wlasna corka/synem podczas jej/jego choroby, a nie moge i musze podrzucic go zupelnie obcej osobie… I tak te dzieci byly podrzucane…. kto mogl, ten pomagal…
    Minelo pare lat od tego baaaaardzo czarnego okresu. Nie wiem, w jakim wieku sa Twoje Maluchy… ale wiedz jedno. Kiedy zaczynaja chodzic do szkoly/ przedszkola zaczynaja sie przyjaznic z innymi dziecmi… a Ty… chcac czy nie chcac (a jednak bardziej chcac) zaczynasz przyjaznic sie z ich Mamami, a potem z calymi Rodzinami… I tak z czasem zaczynasz budowac siec… Siec znajomosci, ktore w dosc przyspieszony i wydawaloby sie nienaturalny sposob, zaczynaja sie przeradzac z przyjaznie. Zaczynasz lepiej organizowac swoj czas, zaczynasz wygospodarowywac czas i dla siebie… Zaczynasz podchodzic do wielu spraw z dystansem. W koncu osiadasz…. i tworzysz wlasny krag znajomych, miejsc, zajec….
    Glowa do gory…. Jeszcze jedno… Wszyscy kojarza Hiszpanie z ludzmi otwartymi, serdecznymi i gadatliwymi nad miare… Ale nie mysla chyba o Majorce! Majorkinczycy to jedna z najbadziej zamknietych w sobie i „niesympatycznych” w pierwszych kontaktach, spolecznosci. Kiedy wprowadzilismy sie do naszej malej, ale niezwykle urokliwej wioski bylam troche jak Heidi. Przechadzalam sie z szerokim usmiechem po uliczkach tego miejsca, pozdrawiajac radosnie wszystkich napotkanych… Nie odpowiadal mi nikt… Wrecz przeciwnie… patrzyli spode lba. Az w koncu postanowilam przyjac inna taktyke… nie pozdrawiac. Stwierdzilam, ze musze bardzo sie roznic ta moja wylewnoscia i moze jestem w ten sposob zbyt ofensywna. Zadzialalo… To teraz wioskowi pozdrawiaja mnie z lekkim usmiechem jako pierwsi… Do wszystkiego trzeba dojrzec, trzeba jakos wrosnac w nowe miejsce, nowe otoczenie…
    Daj sobie czas. Wiecej czasu!!!!!
    A jak masz dola to napisz do mnie… Julia podac Ci chyba moze mojego maila prywatnie… Ja tu wole nie podawac an forum.
    Wielkie usciski i same pozytywne wibracje przesylam Kochana Emigrantko!!!!!

    Odpowiedz
  36. sylwia says:

    o rany ale cudowny odzew! trudno sie czyta te wszystkie opowieści, łzy same płyną. ile ludzi tyle historii. niesamowita wspólnota tu na tym blogu sie zawiązała 🙂

    Odpowiedz
  37. Emilia says:

    Nic nie trzeba, czasem właśnie tak jest ze człowiek sie w sobie zamyka, ze sie pogubi , ze mu sie wydaje ze sie nie podniesie… Czasem właśnie sie tak z tej rozpaczy upada i zajmuje trochę czasu zeby sie podnieść… Po co walczyć? Po co sie szamotać ? Masz prawo do płaczu do smutku i wyrażania go głośno… Nic na sile… Powoli , dzien po dniu… Jakby sie człowiek nie szarpał życie i tak zrobi swoje… Powoli… Wszystkie te emocje mina… Daj sobie czas dziewczyna… Nie wiem gdzie mieszkasz, ale z własnego doświadczenia wiem , ze jakoś sie człowiek odnajduje bo nawet ta ukochana kawe inkę na Amazon możesz kupić. I te zachody słońca tez można tutaj znaleźć… Ta nostalgia, rozszarpana dusza na tysiące kawałków, tęsknota nie wiem czy kiedyś przechodzi, wiem ze jakoś sie to układa nawet jak sobie tak po prostu usiądziesz i popłaczesz… Czasem trzeba bo to dusze oczyszcza i daje swierza perspektywe. Ludzie ludźmi… Każdy idzie w swoją drogę… Zawsze sie ktoś przypaleta z kim mozna tej herbaty sie napić…To tylko czas … Nic więcej… Wszystko bedzie dobrze. Nic na sile… Daj sobie czas. Bedzie dobrze… Zobaczysz… W końcu jak to mowi moja znajoma” bedzie dobrze, musi być… W końcu Ameryka, no nie?!

    Odpowiedz
  38. Ania* says:

    Daga to już mój kolejny komentarz pod tym wpisem, (mam nadzieję, że Julia mnie nie przegoni :)). A dzieje się tak dlatego, że też jestem emigrantką i świetnie Cię rozumiem i jak pisało już wiele dziewczyn to głowa do góry i postaraj się dla dzieci, daj sobie trochę czasu a jak nie będzie lepiej to wracajcie przecież świat się nie zawali :). Wiem, że nie każdy porafi się zaaklimatyzować i zawsze będzie czuł się obco.
    Pozdrawiam i przesyłam mocne uściski i trzymam kciuki. Odezwij się czasem .

    Odpowiedz
  39. M. says:

    Droga Dago! Poszukałabym specjalisty. Sama z takim samopoczuciem możesz już sobie nie poradzić. Ten list dla mnie pachnie prawdziwą depresją i choć nie wolno (czego też nie czynię) diagnozować nikogo na podstawie jakiegoś wpisu- urywka jego życia, jakiegoś listu itp. myślę, że psychoterapeuta mógłby Ci pomóc poskładać Twoje uczucia w całość. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć za złe tego, co napisałam, bo czynię to tylko i wyłącznie z powodu tego, że słowa Twe napawają mnie lękiem o to, jak naprawdę głęboko źle się czujesz i że nic nie dajesz rady z tym sama zrobić. Potrzebny jest drugi, żywy człowiek. Nie tylko dobre słowa. Pozdrawiam Cię serdecznie!

    Odpowiedz
  40. Kama says:

    Dago….
    Wiem co czujesz,znam ten ból tak samo dobrze jak codzienne odbicie,mojej juz szarej bez blasku twarzy.Czasem mam wrażenie ze,wszystko co robię w ciagu dnia wykonuje jak robot,z góry zaprogramowany,pozatym nic innego.Tesknie…ja wiem ze,wszędzie jest cieżko ,ale tutaj dochodzi faktor ktory sprawia ze,spadasz jeszcze głębiej …. nie uśmiecham sie jak dawniej ,niema we mnie tej siły i energii ,niema mnie ,został cień ..ja walczę każdego dnia dla moich dzieci.Gdyby nie to ze,wierze bardzo iż im w przyszłości moze bedzie lepiej dawno wywiesilabym biała flagę.Przestalam płakać do poduszki tak wiele sie zmieniło.Czuje chłód w ludzkich spojrzeniach gdziekolwiek jestem i wychodzi na jaw ze,to ta nie tutejsza …próbowałam ,choć nie jestem nikim z marginesu o ile mozna kogoś tak nazwać ,chciałam ,walczyłam o wszystko tutaj zawsze kończy sie to faktem obcokrajowiec niema tu czego szukać .Moje serce jest jeszcze ciepłe ,zostały ostatnie marzenia …co dalej nie wiem jak ty.Krzyczec ?kto mnie wysłucha …Pozdrawiam

    Odpowiedz
  41. Amelie Tilde says:

    Mieszkam w Polsce, do rodziny mam jedynie jakies 60 km, a do niedawna czulam sie dokladnie tak, jak to opisujesz. Zostalam mama po raz drugi i przeprowadzilam sie na wies, gdzie nikogo nie znamy. Czulam sie spetana niewidocznymi wiezami, samotna i bardzo nieszczesliwa, choc wkolo mialam wszystko, o czym zawsze marzylam. Nowy piekny dom, dwojke moich najcudowniejszych dzieci i dobrego meza. Nie moglam tak dluzej, bo to poczucie beznadzieji sprawilo, ze wstajac rano zastanawialam sie, jak przezyje kolejny dzien. Wina wszystkiego bylo to poczucie, ze nic nie jestem warta, ze bez pracy z dziecmi w domu staje sie kura domowa. Brakowalo mi czegos, co byloby tylko moje. Kup te maszyne i zakladaj bloga, bo pieknie piszesz. Ja mam wreszcie cos, co pochlania moje mysli, mam glowe pelna pomyslow i czuje sie doceniona. Wyjdz z domu, nie zmarnuj tej szansy. Trzymam kciuki, bo to co napisalas, jest mi tak bliskie, ze nie moge przestac o tym myslec.

    Odpowiedz
  42. Patrycja says:

    Po przeczytaniu tych komentarzy uświadomiłam sobie jak bardzo potrzebujemy drugiej osoby … kogoś do kogo można po prostu zadzwonić.. tak bez powodu i rozmawiać godzinę. Moja mama ma koleżankę w USA znają się z młodości, ale nigdy nie były jakimiś wielkimi przyjaciółkami, parę lat temu odnowiły kontakt i teraz raz w tygodniu rozmawiają telefonicznie. Zawsze mnie to zastanawiało, że kobieta która połowę życia mieszka w Stanach nie zbudowała tam tam nikim trwałych relacji. I nagle mnie oświeciło może nigdy nawet nie spróbowała. My z mężem też mieliśmy plany wyjazdowe i pewnie gdyby nie kryzys imigracyjny tez byłabym teraz w UK. Podobnie jak Julia wbijam sobie codziennie do głowy: nie chciej za dużo, ciesz się tym co masz, że Twoje dzieci są zdrowe, doceniaj każdą chwilę bo szybko rosną, zabierz na jarmark świąteczny, upieczcie razem pierniki, zastanów się co Ci sprawia przyjemność, zrób plan dnia i się go trzymaj bo siedzenie w domu może przygnębiać ale nie musi jeśli dobrze zorganizujesz sobie czas. Można mieć wielu przyjaciół a mimo wszystko czuć samotnym więc to nie km są problemem spróbuj wyjść z inicjatywą może Twoi znajomi myślą, że to Ty ich nie potrzebujesz bo masz nowe życie… lepsze. Moja mama nigdy by sama nie zadzwoniła do tej znajomej z USA…no bo gdzie tak się narzucać komuś nie wypada ale na szczęście tamta zrobiła pierwszy krok. Pozdrawiam Cię ciepło.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz.