Wszystkie posty dodane przez julia

  • zdrapka

    -i jesce to – wskazuje paluszkiem, i w tym samym czasie patrzy na mnie tymi czarnymi ślepiami. Patrzy wymownie. Dookoła twarzy kołyszą mu się jego jasne, cherubinkowe loki. Do swojego koszyka napakował już czekoladowy batonik, gazetkę z ludzikiem lego, herbatniki i sok. Rozgląda się za czymś jeszcze, choć przed wejściem obiecywał – tylko jedna zec. Obietnice szybko ulatują z pamięci pięciolatka w konfrontacji z taką ilością kolorowego cukru pod różnoraką postacią.
    Na ostatniej prostej pokazuje paluszkiem na kolorową zdrapkę. Szczęśliwy los. Wielka loteria.
    Pani sprzedawczyni widząc, że mnie nie namówi, ratuje sytuację tłumacząc, że zdrapki sprzedawane są tylko rano. Było popołudnie.
    Powoli, z koszyka wyciągam zakupy i kładę na taśmę.
    Zielona herbata. Mleko. Drożdże.
    On wciąż pilnie przygląda się kolorowym obrazkom obiecującym szczęście. Słoń. Czterolistna koniczyna.
    Wyciągam. Masło. Jabłka. Przyprawa Curry.
    Jeszcze raz zerka na mnie, aby upewnić się, że nie kupimy.
    Ryż. Imbir. Cytryny.
    Wszystko. Z dna koszyka wydobyłam swoją szmacianą siatkę na zakupy, kluczyk od auta i portfel. Patrzę trochę na Niego i trochę na to co pakuję do torby.
    – Wiesz synku, my w życiu wygraliśmy już wszystko. I nie ma w tych losach nic, co mogłoby się nam przydać.
    Kiedy podnosi swoją małą, chudą nogę na wysokość klatki piersiowej aby postawić ją na jeszcze wyższy próg auta, rozpoczyna się w mojej głowie myśl…

    Czy już wiesz synku jaki los trzymasz w ręku gdy zasypiasz obok Babci z daleka?
    Gdy słyszysz z okna kuchennego tej Babci z bliska  – „naleśniki do odbioru”?
    Gdy przemierzasz z Dziadkami leśne ścieżki, palisz ogniska wielkie jak do nieba?
    Czy już wiesz synku jaką zdrapkę Twe małe paluszki zeskrobały z wygraną, gdy biegniesz co noc ze swojego pokoju, wprost do naszego łóżka? Po sosnowej, gładkiej, ciepłej podłodze?
    Gdy oddech masz miarowy i nic snu Twego nie mąci…?
    Nad ranem otwierasz oczy i widzisz Mamę. Całą i zdrową. Za oknami kołysze się las. 
    Czy wiesz synku mój jak dużo wygrałeś wczoraj? Przy owsiance z bananami i syropem klonowym?
    A ten „złoty los”? Ten, gdy w domu gwarno? I ten gdy w domu cicho? 
    I gdy do piekarnika nos wkładasz, a ja mówię – uważaj, jeszcze gorące.
    „Deszcz nagród” w ciepłym aucie, bezpiecznym foteliku. Ściągniętych butach gdy zaśniesz i kocyku na tych wiotkich kolanach. I piciu zaraz po zbudzeniu.
    Ja wiem synku, i może Ty też kiedyś przypomnisz sobie ten los, w którym jest ten spokój i ciepło Twojego Taty, gdy tracisz cierpliwość, gdy masz ochotę się wściekać i krzyczeć. To taki los, który jeszcze nigdy nie był przegrany. Choćbyś nie wiem jak bardzo chciał i cokolwiek nie zrobił, to On przytula Cię mocno, głaszcze i mówi spokojnie i z czułością…
    I tutaj muszę Cię zmartwić… Zawsze w tej konfrontacji z Tobą wygrywa… Odpuszczasz i wyciągasz małe rączki na Jego szyję… Choć tak naprawdę to Twoja wygrana. To Ty otrzymałeś tego właśnie Tatę.
    Nie, w tej zdrapce na sklepowej wystawie go nie ma Synku…
    W losach „czterolistna koniczynka” otrzymałeś buziaki na dobranoc od swojej siostry.
    Gilgotki i te wygłupy od których cała łazienka wysmarowana jest malinową pastą do zębów. Ten los jakby zapachowy.
    Ten pod tytułem „złoty deszcz nagród” to chyba odpowiedzialny jest za te dwie zdrowe nóżki. I zwinne rączki. Za serduszko co dudni i stuka jednako. Za uszka co słyszą, za oczka co widzą.
    I nos, co czasami z niego gil zimowy leci. Za paluszków dwadzieścia. Za loków wielką chmarę. 
    „Mój pierwszy milion” to klocki, które jak wielkie wieże układamy… A gdy się wielka wieża przewraca, to bijemy wszyscy brawo. To rower, który na patyku Tata pcha. To autko, które gdy błogo śpisz, Tata z podwórka do garażu chowa, a rano mówi – musisz dbać synku o swoje rzeczy. Ten milion to pełne półki gier planszowych, gdzie graczy potrzeba czterech, a Ty ten skład zawsze masz.
    To Twoje zeszyty z ważnymi sprawami ….  M O T H P A B T M O 8 – które zapisujesz z tak wielką powagą…
    Twój los synku wygrany, to ta zielona herbata, mleko, drożdże, masło, jabłka, przyprawa curry, ryż, imbir i cytryny… 
    A po drodze wyciągniesz tych losów jeszcze dziesiątki, setki i jeszcze więcej… a potem kolejne.
    Jadąc rowerem już bez taty, grając w grę jedynie z dziewczyną.. Będąc w ciepłym górskim schronisku i z zepsutym autem w mroźną noc…
    Pamiętaj synku o każdym swym losie wygranym, trzymaj już zdrapane między grubymi księgami, równo, aby rogi się nie pozaginały. Czasami do nich wróć. Popatrz. Przypomnij sobie. Nawet gdy po wielu przeprowadzkach gdzieś zaginą,  zawieruszą się, to ja Ci powiem… to są takie losy, takie zdrapki Synku, których człowiek zgubić nie zdoła… Jeśli tylko swego serca i rozumu nie zatraci.
    Pamiętaj synku o każdym swym losie wygranym, a nie przegrasz nigdy.

    Chodź, rozpakujemy zakupy. Zrobię buchty i herbatę z imbirem.

  • alka pisze. „suteryny”

    Czytam. Ogólnie nie wiem czy dużo, ale biorąc statystyki to czytam jak wściekła. Ludzie obok też mówią, że fest (czyli sporo). No to dobrze. Chociaż czytaniem nadrabiam inne moje braki.
    Czytam różnie. Czasami lekkie powieści z wątkiem miłosnym jak z bajki. Zamki oczywiście i wielkie dwory też są w tych tomach. Innym razem zanurzam się w prozę pisaną językiem rzec by można „twórczym, oryginalnym i bogatym”. Chociaż staram się nie czytać na siłę. Nawet się nie staram, tylko nie czytam na siłę. To znaczy, nie czytam książek, które wypada, które dobrze jest znać, albo z którymi wygląda się mądrze. Nie mam potrzeby wyglądać mądrze, ale mam potrzebę poznawania nowych opowieści, nowych faktów, nowych historii. Mam potrzebę rozbudowywania wewnętrznego mojego świata o te właśnie zapiski. Przeżywania ich, rozmyślania. Ale nie mam pragnienia udowadniania sobie czy światu. Chodzi o czystą przyjemność dla mojej duszy, a każda z dusz sama wie co dla niej najlepsze, najwłaściwsze, najtrafniejsze.
    Zatem czytam. Wpadam w ciągi jednej autorki bądź autora. Częściej autorki. W 95% autorki. Nie wiem czemu. Teraz sobie to uświadomiłam. Albo mieszam tych pisarzy jak dania obiadowe. Raz na słono, raz na słodko. Żeby się nie znudziło, żeby dostosować pod potrzeby podniebienia.
    Jedna z moich czytelniczek piszę tak, że w tych krótkich formach, te słowa, zbiór tych słów, połączenie i odpowiednia kolejność staje się jak najlepszy z obiadów… Mam wrażenie, że czytanie staje się wielką ucztą i biesiadą okraszoną tańcami, alkoholem i aromatem zapomnienia.
    Zapraszam Was dziś na tekst wirtuoza słowa ukrywającego się pod pseudonimem „Alka”, na „Suteryny”. 

    Śnię barwnie, toteż jest pokusa wstać i, jeszcze będąc w stanie przejściowym, marę opisać. Na przykład tradycyjną manufakturę wyrabiającą makarony. Do której zakradamy się nocą, z załogą o pozornie zaskakującym czy przypadkowym składzie. Ale jakby się lepiej przyjrzeć, to zestawienia osobowości nie powstydziłby się Dostojewski ani Bułhakow. Szczerze a nieskromnie? Moglibyśmy śmiało obsadzić ekranizację Roku królika, skoro w kwestii Ciemno, prawie noc, już pozamiatane. I w tymże kolektywie, z potencjałem filmu grozy lub chociaż powieści szpiegowskiej, w szale twórczym, z pietyzmem i nabożeństwem lepimy warkocze ze spaghetti, wianuszki ciasta pierogowego i drożdżowe baby.

    Działamy w pośpiechu, żeby do świtu zdążyć, nie wiem z czym, może zeżarciem tego wszystkiego. Niestety jednak, przychodzą właściciele, na co ja, pierwszy chojrak Rzeczypospolitej, chowam się pod stołem, który jest wielką stolnicą, albo ja zmniejszyłam się do rozmiarów myszy. Czuję, że będzie chryja, przyjedzie policja, zadzwonią kajdanki, a tymczasem dwie samozwańcze wolontariuszki z naszej świty, jak umówione, podchodzą do gestorów, z anielskimi uśmiechami. Lica im nagle pojaśniały, bije z nich blask, rozciągają ręce jak rodzina witająca na lotnisku przybyszów zza oceanu lub jak chór archidiecezjalny wyśpiewujący Abba Ojcze i z tym gestem oraz ostrożnym acz przyjacielskim krokiem psiego behawiorysty, podchodzą do ofiar nocnej napaści. Tulą się oni, pławiąc w nagle wezbranym, na moje oko przejaskrawionym afekcie. Poddają radości spontanicznie zainicjowanej komitywy, charakterystycznej dla grup wyznaniowych. A ja z każdą sekundą coraz bardziej czuję się jak malkontent, degenerat, tchórz, osoba pozbawiona wyobraźni, a nade wszystko miłej powierzchowności.

    Z równą gorliwością śnię ucieczki dziejące się w podziemnych labiryntach, spotkania w piwnicach. W jednym z takich snów spotykam w klubie piwnicznym Annę Muchę i, być może rozochocona doświadczeniem z fabryki klusek, rzucam się jej na szyję, szczerze uradowana spotkaniem. Ale ona, zdjęta bogatą w gestykulację histerią, fuka na mnie i na nic usilne blagi moich tłumaczeń, że ją pomyliłam z kimś innym. Słowem, w piwnicach dzieją się sprawy namacalnie wstydliwe. Sceny kreślone pierwotnymi instynktami. Popędem, strachem, pożądaniem, ciekawością. Wyłażą ze mnie te suteryny, upominając się o atencję. Duszno tam, w kolorach sepii i zapachu własnego ciała: z niedomytym z perfum dekoltem, włosów z nadmiarem olejku argonowego z domieszką ingrediencji produkcji własnej, przesiąkniętą oliwką piżamą z disnejowskimi hiciorami AD 1990. Czasem może i obciach, ale, nie oszukujmy się, w chwilach grozy te atrybuty stają się solidnymi podwalinami poczucia bezpieczeństwa.

    Słowem, chętnie usiadłabym i poświęciła uwagę temu, co się jej domaga. Zgaduję, że są to podziemia jaźni, podpiwniczenia nietęgich konstrukcji samoświadomości, tożsamości lub, kto wie, emocjonalnej stabilności, samoregulacji. Jednak za dnia rwie mnie do czego innego. Gdy wyłonię się z kokonu, bezzwłocznie pociąga mnie natura. W niej chcę się regenerować, regulować. W dzieciństwie nie lubiłam wietrzenia kołder, bo bałam się, że mama wytrzepie mój nocny potencjał z marzeń sennych. Teraz wstaję i prawie bez żalu porzucam fantasmagorie. Natychmiast otwieram okno, folgując upierdliwej potrzebie zaopatrzenia domu w powietrze, zaciągania się zapachem wiatru. Jest rześko, choć już słonecznie. Na gałęziach drzew błyszczą zimne krople rosy. Jak co dzień doglądam, czy pąkom ma się ku eksplozji. Dwa tygodnie temu w Leuven podziwiałam magnolie w pełnym wzwodzie. Wracałam do domu po zaledwie kilku dniach przerażona, czy nie przeoczyłam rodzimej erupcji kwiecia. Ale spokojnie, obserwuję, że na Magii ledwo pączkująca golizna. Zielenią się jagody kamczackie, czerwienią wiśnie, mobilizuje lipa, śpi dąb. Trawa nabrała soczystości. Pełen rozkwit na razie jedynie w domu. Co rano biorę konewkę i z namaszczeniem sprawdzam nawilżenie ziemi w doniczkach oraz ile od wczoraj podrosły liście hibiskusa.

    Pobudzona wiosennym animuszem, prawie co dzień umawiam się z Kotem na nocne spożywanie nieobojętnych libido lodów, oglądanie niepruderyjnej selekcji filmów i popijanie chłodzącego się od miesięcy wina musującego. Piszę do niego z pracy SMS-y, posyłam foty i emotikony, w których jawię się niepozbawioną erotycznej fantazji, nie przebierającą w środkach, wymarzoną kochanką. Ale, niestety, mimo zarzekania się, obietnic i jak najszczerszych chęci, zasypiam o dziesiątej, niezależnie od tego, co robię, gdzie jestem i co mam na sobie. I śnię – niepowstrzymanie, nieprzerwanie. Nierzadko z soczewkami na oczach, nieumytym uzębieniem, w stroju sportowym, w turbanie na głowie czy sukience harmonijce. Zapadam w długie fazy reżyserowane z zacięciem iście burtonowskim. Kiedy to kierowana nieprzestępczą motywacją (lecz alarm, pies ni policja nie wierzą) włamuję się do domów sąsiadów, walczę z procederem handlu bliźniętami syjamskimi lub jestem uciekinierką z paryskiej burleski, która stopniowo, w miarę zbiegania (w scenerii ceglastych sklepień starych tuneli podziemnych), uświadamia sobie swój seksapil, by na koniec, opętana pożądaniem, gonić niczemu winnych abonentów klubu nocnego. Można usiłować postawić tezę, że za dnia wystylizowana na niedożywioną, cherlawą i układną, nocami czynię zadość niezaspokojonym a gargantuicznym potrzebom głodu, seksu i awantury.
  • lipa i kasztan

    W podwórze Babci Adeli wjeżdżało się od zachodu. Chyba, że jechaliśmy przez cmentarz to nadjeżdżaliśmy ze wschodniej strony.
    Płot z zielonych, drewnianych sztachet. Jedno skrzydło bramy już dla nas otwarte.
    Często stała od rana na mostku i wyglądała. Najczęściej niedziela. Czasami sobota.
    Zaraz za domem, gdy wjechaliśmy w gospodarstwo, rósł wielki okazały kasztan.
    Nie stał na środku podwórza. Trochę przy płocie i od strony kuchennego okna.
    To pod nim skrywaliśmy auto przed słońcem. To pod nim stawał kuchenny stół, za namową wujka Lolka, aby zjeść w jego cieniu.
    Dzięki niemu z kuchennego okna jak w prognozach pogodowych, widać było siłę wiatru i jego kierunek.
    Zmieniające się pory roku prezentował zjawiskowo. Wiosną i latem wypełniał okno soczystą zielenią, jesienią złocił się i ścielił podwórkowy dywan ze swoich kasztanów. Zimą, łyse konary dodawały gospodarczym zabudowaniom melancholii.

    Podwórkowa lipa u Babci Gieni była ogromna. Od kiedy pamiętam raczyła nas swoją potęgą.
    Blisko kuchennego okna. I nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że huragan może przewrócić ją na dom… Że trzeba wyciąć, pozbyć się, uchronić przed niebezpieczeństwem..
    Lipa kojarzyła się ze wszystkim. Tylko nie ze strachem.
    Lipa była przystankiem. Od upału, pośpiechu, obowiązków.
    Pod nią obierało się ziemniaki i orzechy. Siadała Babcia na ławce i do fartucha zbierała obierki albo skorupki, które potem przesypywała do wiadra.
    Tata wychodził z warsztatu to przysiadł. A i pień lipy najlepszym był miejscem do zaklepywania przy zabawie w chowanego. 
    Może gdybym zamknęła oczy to pamiętałabym zapach tej kory, gdy twarzą zwrócona do drzewa liczyłam płynnie, a rękoma zasłaniałam boki w okolicach oczu. Potem nabirając głęboko powietrza mówiłam głośno „Szuuukaam!”.. Tak, chyba nadal pamiętam ten zapach.

    Pamiętam każde drzewo z mojego rodzinnego podwórka.
    To przy którym przebiegałam wracając ze szkolnego obozu. Z wielkim plecakiem i oczami pełnymi ze wzruszenia łez, gdy na tarasie czekała, z rozpostartymi ramionami, Mama.
    Wierzbę która od zawsze, w  swoich konarach i gałęziach skrywała domek na drzewie.
    Co jakiś czas zmieniał swoją postać. Trzeba było wymienić deski bo spróchniały, dorobić daszek, inne schody.. A wierzba wciąż ta sama… Choć kiedy ja w tym domku potrafiłam przesiedzieć całe dnie, jej zwisające gałęzie nie kładły się po ziemi..
    Teraz długie i płaczące witki słaniają się po trawie..
    W domku na drzewie większa cisza, ale za to liście stały się przysmakiem dla podwórkowych kóz.
    I czas mija, dzieci rosną, a wierzba wciąż potrzebna tak samo.
    Najbardziej pamiętam jesienne popołudnia i wieczory. Kiedy Mama goniła nas do grabi i zbierania liści w kupki. Ach, jaka to była męczarnia w oczach dziecka… 
    Te męczarnie wspominam dziś jak najpiękniejsze z dziecięcych chwil.
    Bitwa o najlepsze grabie i pukanie w warsztatowe okno Taty, żeby naprawił jak co nie trzymało jak powinno…
    Wygłupy z tą co mówiła do mnie wiecznie „Łejn”, bo na fali były „Cudowne Lata”.
    Doskonale pamiętam Mamy dres do grabienia liści. Zresztą też dostarczył nam niemało śmiechu.
    A jak się już nagrabiło, to z kanapką w ręku się człowiek w nich kładł. Jak taka kanapka w liściach smakowała… A ten najlepszy smak pochodził z narobienia przy grabieniu…

    Posadziliśmy dookoła domu 250 drzew. Bo chcę aby jesienią, piękną, złotą i pachnącą móc wziąć grabie i poczuć coś, czego nie potrafię odnaleźć w innych, tak licznych czynnościach XXI wieku.
    A potem móc moje dzieci zapędzić do ich małych grabi…
    Będą szły w kaloszach, wolno, coraz wolniej, aby może odwieźć mnie od tej myśli…
    Będą marudzić i pytać „musimy?”..
    A ja powiem zdecydowanie „tak. Musicie.”. 
    Bo wiem, że gdy dorosną, to nie tylko będą to jedne z najlepszych ich wspomnień rodzinnego domu, ale też to zwykłe, nużące grabienie liście, ukształtuje ich jako ludzi…

    Przy grabieniu liści człowiek ma czas. Na siebie. Na refleksję. Na ułożenie w głowie tego co nieułożone.
    Na przemyślenie tego co nieprzemyślane. Na wybaczenie co niewybaczone.
    Szum grabinych zębów w trawie, uspokaja nas i leczy. Leczy z przekonania, że cokolwiek innego, tam, w tym nowoczesnym świecie ma większe znaczenie. 

    Przyglądam budującym się obok domom… Zanim powstanie płot, wycinane wielką i głośną piłą kładą się wysokie i smukłe brzozy, dorodne, stare już dęby…
    Gołocą ziemię, która czekała na nich ze swoim sercem. Z najlepszym z możliwych darem.
    Na samotnej, pustej i smutnej ziemi rosną fundamenty..
    Robotnicy nie mają przyjemnego cienia w którym rozwiną z papieru bułkę z pasztetem.
    Żadne gałęzie nie zaglądają w puste okna, które potem zapełniają się gwarem i ludzką historią.
    Huśtawki na długich sznurach nie kołyszą domowników w rytm szumiących liści…
    Stare, schorowane kości nie opierają kręgosłupa o nierówną korę, nie piją kompotu w przyjemnym chłodzie pod dorodną koroną…
    Powiadają, że drzewo daje zdrowie. Drzewo daje siłę. 
    Powiadają, że dom to nie ściany a ludzie. Prawda to.
    Choć myślę, że dom to nie ściany, a ludzie i… drzewo.
    Choćby zatrudnił najzdolniejszych architektów, najsprawniejszych cieśli, najmądrzejszych kierowników, szanowanych dekoratorów wnętrz i znalazł najbardziej wyszukane meble, to dom staje się piękny dopiero, gdy pierwszy liść spada do jego stóp…