Wszystkie posty dodane przez julia

  • rowerowy basic


    W wydawniczej przygodzie najczęściej wraz ze mną, biorą udział różne zaprzyjaźnione firmy.
    W listopadowym „koszyku” wyruszyliśmy w podróż wraz z krakowską marką „la MAMA”.
    Trochę czasu minęło zanim Wam ją prezentuję. Może to też dobrze, bo mam przyjemność pokazać piękny, wygodny i niezastąpiony basic.
    Nie ukrywam, że wybranie strojów dla moich dzieci do tych zdjęć było nie lada wyzwaniem.
    Bo gdyby pokazać mi siedem sukienek we wzory, to wiadomo, że jakiś wzór jest bliższy sercu.
    Z krojami prostymi, z kolorami klasycznymi robią się schody..
    Bo wiadomo – przyda się wszystko. Będzie pasować – do wszystkiego.
    To taka podstawa w szafie. Dla małego i dorosłego.
    Z takiej podstawy cokolwiek wyciągniesz i złączysz – pasuje.
    Mój niewyobrażalny problem z kupowaniem spodni dla Benia (w pasie roczne dziecko 🙂 ) został rozwiązany w tej marce. I te ciuchy na bawełnie w pasie. Wygoda. Luz. Letnia, wakacyjna swoboda.
    Czapeczki z siatką, czyli tzw „czapeczki kierowcy ciężarówek” super przewiewne. Na stronie piszą „dla zawadiaki i łobuziary”. Tak też mi się zdaje.
    Bardzo miękki, wygodny, przewiewny, miły dla ciała materiał.
    Bluzy swojej z napiem „you go girl” mogłabym już nie ściągać. Super odszyta. Bez ściemy.
    Jak ktoś lubi dresowe spódnice. Extra. Z kieszeniami, lekka.
    Cała kolekcja dla kobiet nosi nazwę „równababka”.
    Jak Ktoś chce, może pogrzebać w wyprzedażach.
    Klasyka to podstawa wygody i bezproblemowej porannej wizyty w garderobie. 🙂

    ____________________________

    rowery mamy  już dosyć dawno. Będzie prawie dwa lata – Royal Bi.

  • piąta

    Kilka drobnych, niepozornie połączonych zdań, spowodowało ten ruch. Te decyzję. Nagłą. Choć mieszkającą we mnie od tak dawna.
    Postanowiłam wstawać w wakacje o świcie. Zazwyczaj wstaje o 7ej. Pewnej soboty, musiałam nastawić budzik na piątą i okazało się, że świat jest wtedy zachwycający. Choć, czy okazało?
    Przecież ja to doskonale wiedziałam.. Jednak co innego wiedzieć, a co innego – przypomnieć sobie..
    W tym samym dniu powiedziałam o tym rodzicom. Przy wieczornej rozmowie.
    Tata stwierdził, że wieczorów w życiu ma aż nadto, ale tych właśnie poranków mu zabrakło.
    Nie chcę aby czegokolwiek mi w życiu zabrakło, gdy zależy to tylko ode mnie i nic ale dosłownie nic, nie stoi na przeszkodzie realizacji tego pragnienia.
    Nastawiam budzik na piątą. Siadam, patrzę za okno na las i schodzę na dół. Otwieram na oścież drzwi kuchenne. Na wschód. Już wiem, o której minucie jakie drzewo zasłania słońce.. a o 6:10 jest już nad drzewami i widzę je w całej okazałości…
    Biały żagiel powiewa na wietrze jak na nadmorskim plażowym barze, z drinkami z wyciskanych owoców. Wystarczy tylko zamknąć oczy i widać wszystko…
    Jak poranni spacerowicze, najczęściej emeryci, chodzą już po wodzie. Biegających przyjezdnych i tych tutejszych z psami, przed pracą. Panią, która otwiera kiosk z pamiątkami…
    Otwieram oczy i sięgam po swój ulubiony kubek z kawą. Piję wolno. Lubię jak wystygnie. Zimną lubię bardzo. I siedzę z laptopem bo…

    Były jeszcze dwa zdania które popchnęły mnie do tego..
    Oba wyszły z ust Oli. Pięknej, mądrej Oli.
    Stałyśmy przy regale z moimi książkami i Ona pokazując na jedną z książek mówi..
    „Czytałaś? To historia pianisty, który nigdy nie grał, bo brzmiała mu w głowie melodia idealna.”
    Obie porozumiewawczo spojrzałyśmy na siebie. Bo odczucia mamy podobne.. Gdy siadam do pisania, czuje ogromną obawę. Zawsze. Moje wyobrażenie o tym co chcę napisać, stworzyć jest zawsze o wiele piękniejsze niż moje możliwości..
    Ale mam też taką cechę, że lubię rządzić swoim życiem. Nikt i nic, a szczególnie ja nie będę stała na drodze do czegoś co sprawia mi przyjemność.
    A okazuje się, że pisanie, spisanie myśli, zdarzeń jest dla mnie największą na tym świecie przyjemnością. Kiedy kończę nabieram tak mocno i głęboko powietrza myśląc „Boże, jak dobrze..”
    I nie chodzi o to jak przyjmie czy polubi to świat, chodzi o moją wewnętrzną ulgę. Mój spokój, poczucie spełnienia.. I choć dalekie od idealnej melodii, która w duszy mi gra, to cieszy mnie fakt, że choć idealnie przezwyciężam swój strach… Bo tylko to pozwala spełniać marzenia.

    Drugie zdanie Oli, choć powiedziała je wcześniej, było o czasie. Czasie na pisanie..
    Bo któż dziś czas ma? Nikt. Każdy gna i gna.
    A okazuje się, że czas jest. Tylko wtedy gdy naprawdę czegoś pragniemy. Kiedy zobaczymy już, że daje nam to tak nieopisane szczęście.
    I Ola mówi, o kochanku, o którym ktoś kiedyś jej powiedział..
    Że z pisaniem jak z kochankiem. Zawsze znajdujesz dla niego czas. Wykradasz go światu i jesteś cała dla niego… Myślisz w każdym momencie dnia o chwili w której możesz się skryć i napisać, wymyślić dalszą historię.. Zanurzyć się w niej..

    Ja od czasu gdy wstaje o piątej spotykam się z pisaniem. Umawiam się z nim na randki gdy cały dom śpi…
    Czasami zdarza mi się napisać cztery strony a czasami pół.. Bo zamknę oczy i się zamyślę, albo zapatrzę na świat, na las…
    Innym razem nie mogę przestać pisać i odrywa mnie tylko godzina w której muszę obudzić dzieci…
    Bo ileż to razy pytaliście mnie kiedy w końcu coś dla dorosłych..
    A ja zawsze odpowiadałam, że czasu brak ale tak bardzo chce… 
    Gówno prawda, jak się coś bardzo chce, to czas nagle się znajduje.. I ja już to wiem.
    Piszę zatem i okazuje się, że o niczym innym nie marzę jak zostawać sama i pisać.. 
    Nawet jeśli skreślę tylko kilka zdań w ciągu dnia…
    Nie wiem, kiedy jest za dużo opisów, a kiedy tracę jednolity ton narratora..
    Tylu rzeczy nie wiem.. Ale wiem jedno, kieruję się tym co bardzo chce tam schować. Co chcę tam zawrzeć, co zamknąć w tej historii.. 
    Chcę napisać proste rzeczy. Proste zdarzenia. Proste życie i proste dni. Nic ponadto.
    Czuję się jakbym była uzależniona.. Bo ja sama nie wiem co będzie dalej, dopiero gdy siadam i zaczynam pisać, tworzy się historia. Bo jak to kiedyś powiedział Myśliwski „gdybym wiedział jak się skończy moja książka to po cóż miałbym ją pisać?”
    I ja sama jestem taka ciekawa.. Bo ich historie tworzą się bez mojego udziału… Jakby wymykały się spod moich palców i same chodziły po klawiaturze opisując swe uczucia, zdarzenia, cechy wyglądu…
    Czekam na to pisanie jak na kolejny odcinek dobrego serialu..
    A czy się to komuś spodoba…? Nie wiem. Ale wiem już, że szczęście gdy pisze jest tak wielkie, że warto poświęcać temu czas.. Choćby dla świata miało być zupełnie po nic…

  • letnia kuchnia Madzi

    Przecież jak kobita w kuchni stoi, to kręci się wkoło przepisów. Wielu. Różnych.
    A to na ciasto, a to na dżemy… Jak kto warzyć lubi, to codziennie coś nowego patrzy..
    I tych przepisów wokół mnie jest bardzo dużo.
    Ale są takie, co chciałby człowiek rozesłać wszystkim ze słowami „koniecznie zrób” , „spróbuj”…
    Takie o jakich zapomnieć się nie chce…
    I ostatnio właśnie te dwa przepisy mam od Madzi (@m_life).

    Pierwszy, szybciutko róbcie, bo truskawek czas krótki…
    No jacieżniepierdziele… Zrobiła Madzia, a teraz ja muszę co dwa dni robić, bo nie można przestać o tym myśleć, gdy się kończy. Deser truskawkowy z biszkoptami, żółtkami i śmietaną.
    Robi się szybciutko, łatwo, tylko koniecznie musi się ubić nam śmietana pięknie.
    To taki przepis niby na wiele osób.. ale docelowo dwie zjadają miskę pięciolitrową :))

    Truskawkowe tiramisu

    2 kg truskawek (może być 1kg, 1,5kg. wedle uznania i potrzeby)
    3/4 szkalnki brązowego cukru
    Śmietana 36% kremówka (od 500ml do 650ml, też według uznania czy aktualnego posiadania w lodówce)
    10 żółtek
    250 g biszkopty , ta ilość biszkoptów też na oko.(długie, albo takie maluteńkie biszkopciki w kształcie groszków jakby)
    serek mascarpone 250ml

    Truskawki gnieciemy widelcem, albo ja robię to tłuczkiem do ziemniaków.
    W innej misce/thermomixie ubijamy śmietanę. 
    Osobno w garnku ubijamy żółtka z cukrem. Dodajemy do tego mascarpone i mieszamy.
    Teraz łączymy śmietanę (dobrze ubitą) z tą masą mascarpone.
    Musi mieć to konsystencję kremu.
    Teraz do szklanej misy (lub jakiej chcecie/macie, układamy kolejno: biszkopty, truskawki, krem, biszkopty, truskawki, krem, biszkopty, truskawki, krem.
    Włożyć do lodówki aby się schłodziło i biszkopty nasączyły. 
    Smak obłędny!!!!! 
    ( mnie się ostatnio śmietana nie ubiła i zrobił się z tego mi taki sos. Ale zrobiłam i też było pyszne. Także porażkami się nie przejmujcie. Po prostu to połączenie smakowe jest tutaj kluczem.)

    Miętowa lemoniada

    Snopek mięty domowej
    1 kg brązowego cukru
    4 cytryny wyciśnięte
    1 cytryna pokrojona w plastry
    1,5 łyżeczki kwasku cytrynowego
    4,5 litra wody

    Snopek mięty (tak naprawdę snopek. u nas na wsi ona się rozrasta i jest jej bardzo dużo.)
    Objętościowo to tyle, że jak wsadziłam do garnka 10 litrowego to ten snopek zajął mi pół garnka.
    We wrzątku rozpuszczamy  brązowy cukier. Dolewamy sok z cytryn, kwasku cytrynowego. Dorzucamy plastry. (wrzątku może być trochę, aby rozpuścił się cukier, resztę wody możemy dolać już chłodnej, pitnej)
    Kiedy wystygnie zalewamy tym snopek mięty. Bardzo ważne aby woda była chłodna. 
    Zalana wrzątkiem mięta, stanie się gorzka.
    Odstawiamy na dobę. Potem wyciągamy wszystko, zostawiamy sam wywar wodny i gotujemy.
    Tak zagotowany zlewamy do słoików, cyk do góry nogami i mamy zawekowany koncentrat lemoniady.
    Potem dodajesz trochę do wody, kostki lodu i napój gotowy.
    Nawet mój Teściu pijąc wczoraj, powiedział cztery razy „wyśmienite, no wyśmienite”…

    Może akurat na ten nadchodzący upalny weekend się przyda.
    Przepisy warte zapamiętania na każde lato.