Wszystkie posty dodane przez julia

  • 8 🎈

    Moja Kochana, oprócz tego urodzinowego poranka i niespodzianek jakie jeszcze dziś nadejdą, chcę podarować Ci coś jeszcze… Albo przede wszystkim to.
    Myślę, że kiedy dorośniesz, będziesz już wiedzieć, że to najcenniejszy prezent jaki dostaje się w życiu.
    Chcę podarować Ci pewną historię. Można dostać tysiące kolorowych rzeczy, ale najpiękniejsze są historie. Bo za historią idzie człowiek i jego czas.
    Gdy byłam mała, Tata zawsze przed zaśnięciem opowiadał mi anegdoty, zdarzenia, gawędy.
    Większość pamiętam do dziś. 
    Ty już to wiesz. Bo kiedy zasypiasz z Dziadkiem to opowiada Ci te przygody. 
    Nawet Ci trochę zazdroszczę.
    Pozwól, że dziś jedną z takich historii na życie podaruję Ci ja..
    A było to tak…

    Pewnego dnia, dwa lata temu, kiedy miałaś ich sześć, podjechało pod nasze podwórko czarne auto.
    W tym aucie, dziś już to wiemy, rozmowa toczyła się taka…
    – Popatrz, tutaj ktoś chodzi po podwórku, podjadę i zapytam.
    – Coś Ty, przecież widać, że to nie jest polak, na pewno nie stąd.
    – Spróbujemy.
    Na szczęście spróbowali, bo Twój Tata okazał się być polakiem, a Oni pytali o ziemie pod dom.
    Kiedy tylko się taka pojawiła, zadzwoniliśmy.
    I są. Sąsiedzi.
    Zamiast bezpośredniego widoku na las, mamy widok na las, który poprzedza taras sąsiadów.
    Ten taras to przedłużenie naszej codzienności.
    Przez okno w sypialni patrzycie czy wstali, bo wtedy zawsze już drzwi są uchylone.
    Przez okno w sypialni krzyczycie „Cześć Asia”, „Cześć Michał”.
    A potem ścigacie się kto z Was pierwszy Im bułki na śniadanie zaniesie. 
    Chcecie iść oboje. To wiadomo. Bo muszę zdradzić Ci sekret moja Kochana. Wiem o waszej sekretnej szufladzie ze słodyczami, którą Asia z Michałem systematycznie Wam napełniają. 
    Asia zawsze pamięta, że kochasz nad życie „rafaello”. 
    Michał pichci Wam rosół, który uwielbiacie. Uwielbiacie go o ósmej rano, kiedy idziecie po słodycze bez śniadania i o 22-ej kiedy zgłodniejecie przy sąsiedzkim biesiadowaniu.
    Pamiętam gdy wytarzaliście się cali w piachu, nawet był w waszych majtkach i skarpetkach, a potem wskoczyliście Im na świeżo pościelone łóżko. Nowe łóżko na którym nikt jeszcze nie spał, a na nim były nowe pościele z dopiero co oderwanymi metkami. Przez chwilę podziwialiśmy te piękną aranżacje na tle drewnianej ściany. A potem wpadliście Wy i myśleliśmy z Tatą, że umrzemy z wyrzutów.
    Tych wyrzutów mamy potem miliony. Kiedy z zielonego flamastra cieknie Wam ten tusz i nową podłogę brudzicie już na wieki. Kiedy Benio nie trafia kamieniem w kupkę piachu i wpada ten kamień z impetem przez okno. Na bielutkie ściany, robiąc dziurę również w podłodze…
    Powrót do domu, czy to z podróży dalekiej czy zaledwie ze szkoły, jest połączony tylko z nosami w oknach samochodu z wielkim i głośnym pytaniem – Asia z Michałem są?
    A Oni są. Zawsze dla Was są. I nigdy nie są na Was źli. Nigdy nie są Wami zmęczeni.
    Pamiętam jedną z rozmów, którą prowadziłam z Wami na tarasie. Mówiłam, że Ich podwórko jest prywatną własnością i nie możecie biegać kiedy zechcecie, że musimy o to pytać i wiedzieć gdzie jest granica… Bo przy tej granicy potrafiliście siedzieć godzinami, gdy Wam nie pozwalałam iść.
    Michał słyszał te rozmowę. Kucnął przy Was i powiedział, że do kiedy Jego podwórko jest Jego własnością, to on pozwala przychodzić kiedy zechcecie. 
    Zachcieliście taplać się w tym sąsiedzkim basenie, a potem wykąpani w cieplutkich ręcznikach leżeliście w miękkich pościelach. Nie raz. I nie raz leżeć jeszcze będziecie.
    I ja wiem, że to są prezenty najpiękniejsze. Ich czas, cierpliwość, serce dla Was.

    Choć ta historia zaczyna się jeszcze wtedy gdy siedzisz na płocie. 
    Każdego dnia. I czekasz aż przyjadą. 
    Gdy na placu stoją tiry, dźwigi. Gdy stają ściany, a wcześniej leje się beton.
    Siedzisz na płocie w piżamie. Powiewa Ci kitka na wietrze i czekasz.
    Gdy nadjeżdżają, widzę z kuchennego okna jak się z Tobą witają. Zawsze biorą Was na ręce albo kucają żeby być na Waszej wysokości. Widzę jak Michał podciąga Beniowi gacie, bo mu spadają z tej chudej dupy jak do Was biegł. I Waszym dyskusjom nie ma końca. Żartom. Opowieściom.
    Nie. Oni nie zadają jednego pytania jak obcemu dziecku. Z grzeczności. 
    Patrzę na to moja kochana każdego dnia. I wiem, że jeden z najpiękniejszych prezentów w Twoim życiu to Ci nasi sąsiedzi. Którzy zabrali nam trochę widoku na las. Ale dali w zamian widok na swoje serca.
    A w tych ich sercach jak w najpiękniejszym lesie. Spokojnie. Beztrosko. Swobodnie. Błogo.
    Kiedy dziś przed Twoim wyjściem do szkoły, przyszli z zaspanymi oczami przez kuchenne drzwi, ze śpiewem urodzinowym na ustach.. Z prezentami Twoimi wymarzonymi. Kiedy zaraz po Nich w dresach, przebrana za letniego Mikołaja dotarła Ich córka, z workiem prezentów zrobionym z koca…
    Kiedy zrobiłam kawy i podgrzałam chałkę z nutellą z daktyli dla każdego…
    Kiedy patrzyłam sobie z boku na Twoje oczy, gdy oglądałaś film jaki dla Ciebie zrobili…
    To uświadomiłam sobie, że nie ma piękniejszych na tym świecie prezentów od historii.
    Ta historia jest Twoją. Daje Ci ją i mam nadzieję, a nawet wiem, że będzie częścią Twojego życia.
    To piękny prezent. Bo możesz mieć go zawsze przy sobie. 
    Ja jestem tylko tą, która Ci te historie dziś daje, Oni są tymi, którzy ją tworzą.
    Życzę Ci moja ośmiolatko z błękitnymi oczami, abyś przez swoje całe życie zawsze najbardziej ceniła i pielęgnowała historię. Bo historię tworzy człowiek i jego czas. A jeżeli Ktoś ofiaruje Ci swój czas, to jakby serce swoje Ci dawał. A może nie „jakby” tylko naprawdę je daje…

    A kiedy przyjdzie już starość, to zawsze pamiętaj zapukać i do Nich, gdy powrócisz na dni kilka do rodzinnego domu. Opowiedz Im co wielkim świecie. Przywieź cukierka z podróży. Ludzie na starość lubią cyckać landrynki. Zapytaj w czym dopomóc i dopomóż. Wtedy historia będzie nie tyle piękna, co niezwykła.

    Kiedy wczoraj wysłałam Twojej Cioci Justynce ten film od Nich, odpisała…
    „To jest wyraz największej miłości jaką ludzie mogli obdarzyć dzieci z sąsiedztwa. To się po prostu nie zdarza!”

    Dziękuję losowi, że Tobie się zdarzyło. Kocham Cię nad życie. Mama.

    film sąsiadów i sami sąsiedzi – comtv.pl

  • Polana – agroturystyka & winnica


    Z Polaną jest jak z miejscami, w które wraca się jak do domu.
    Nawet gdybyśmy byli tam zaledwie raz, wracając zawsze czujemy się bezpiecznie, przytulnie, swojsko. Z poczuciem pewności, że będzie dobrze.
    Każdy z nas ma takie miejsca. Taka psychiczna beztroska.
    Dom przyjaciółki z liceum, mieszkanie koleżanki z pracy, altana na działce u znajomych, wakacyjny hotel sprzed lat, podwórko brata… Tam zamykasz oczy i potrafisz mieć spokojną głowę.
    Kiedy wczesnym porankiem wjeżdżaliśmy w bramę Polany, krzyknęłam pełna entuzjazmu „Adaś, ja tutaj kiedyś byłam!”
    Dwa lata temu, na panieńskim mojej przyjaciółki, wycieczka rowerowa poprowadziła nas do pewnej winnicy i degustacji win.
    Pamiętałam obrotową huśtawkę na szerokim ramieniu, z której można było oglądać całe Roztocze. No, na pewno pół 🙂
    Od huśtawki w dół, ciągnęły się alejki winorośli. Przepiękne, na drewnianych belkach mocowane. Równe i wypielęgnowane, jak we Włoskich filmach o miłości.
    Można było sobie od razu wyobrazić końcówkę lata i wielkie drewniane bale pełne dojrzałych, soczystych owoców, które ugniatają stopy kobiet w zwiewnych, lekkich sukienkach.
    Właściciel winnicy szybko wyprowadził mnie z błędnych ścieżek mojej wyobraźni, gdyż czasy się zmieniły i wina robią się w „maszynerii”. Maszynerii, którą miałam okazję zobaczyć, poznać, dotknąć.
    Nie jestem miłośniczką wina. Stop! Nie byłam miłośniczką wina!
    Historia i podróż w jaką zostałam zabrana przez właścicieli Agroturystyki Polana odmieniła ten stan.
    I nie tyle stan upodobań, jak również pokorę do mojej pewności i przekonań.
    Kiedy widziałam ludzi kręcących napojem w wysokim kieliszku, przykładających nos do brzegu, myślałam „co oni w tym widzą?” albo „co za dziwna pasja?”…
    Dziś, zazdroszczę wszystkim tym, którzy dali się pochłonąć i porwać temu odkrywaniu smaków i połączenia owoców.
    Pamiętam jak chodząc do szkoły, potrafiłam pokochać przedmiot dzięki nauczycielowi. Dzięki temu jak opowiadał,  jaki był i jak potrafił wprowadzić nas w świat, w którym każdy z nas zapominał, że siedzi w szkolnej ławie..
    W Winnicy Polana śmiem twierdzić jest najlepszy nauczyciel w świecie wina. Dokonał niemożliwego.
    Ja, miłośniczka słodkiego i niskoprocentowego jak kompot nektaru Bogów, rozsmakowywuję się w wytrawnych trunkach. Łapię kieliszek u podstawy i kręcę napojem uwalniając jego zapach.
    Wjeżdżając w bramy Polany, pierwsze co skrada moje serce to ład, porządek, harmonia i spójność.
    Wszystko co Cię otacza jest wizualnie „smaczne”.
    Alpaki, jak psy, które można przytulać i całować po nosie. Czyściutkie, zadbane, miękkie.
    Ich przeuroczy domek, wybieg, sosny i rokitnik przypominają mi zagrodę wielbłądów na Cyprze.
    Agroturystyka Polana to trzy domy do wynajęcia. Dwa drewniane przy winnicy i trzeci, nowoczesny odrobinę oddalony od gospodarstwa.
    Gospodyni serwuje nam śniadania – skarby ze swojego ogródka. A w nich pełno krzaków, które uginają się od pomidrów, papryk, cukinii, dyń…
    Regionalne przysmaki sycą nasze podniebienia zaraz po przyjeździe.
    Wszystko powoduje, że chce się tam zostać na dłużej. Nie tak łatwo jednak o termin noclegowy, co wcale mnie nie zaskakuje.
    To pełne swobody i uroku miejsce, z roku na rok jest coraz bardziej oblegane przez turystów. Jak wiemy, dobre wieści rozchodzą się z ust do ust bardzo szybko.
    Sama, gdyby ktoś dziś, zapytał mnie jaką agroturystykę polecam, z czystym sumieniem, bez zastanowienia pokazałam bym drogę do Polany. A dzięki temu, gospodarze z roku na rok mogą inwestować w nowe atrakcję, gdyż więcej gości, to większe przychody.
    Kiedy chodzimy po winnicy, z tarasu macha nam małżeństwo, które przyjeżdża tu na połowę wakacji.
    Rodziny z dziećmi. Dla gości przygotowany basen z widokiem na świat i nieba pół.
    Można iść z alpakami na spacer. Rowerami zwiedzać leniwie Roztocze. Jeden dzień koniecznie zarezerwować na spływ kajakowy. Cały wieczór przeleżeć w hamaku z książką. I nie ma obawy, że ktoś ten hamak nam podsiądzie. Pograć w siatkówkę, badmintona. Zrobić ognisko. Można odnaleźć świat za jakim tęskni każdy dorosły, który takie wakacje pamięta u dziadków.
    W domkach jest możliwość samodzielnego gotowania, ale również gospodyni proponuje śniadania i obiadokolacje, które są tak apetyczne, że chciałoby się spróbować wszystkiego, a potem nie kończyć.
    Mam wrażenie, że wszystko to wychodzi z wielkiej lekkości człowieka, bo choć praca nie raz przy winnicy czy gospodarstwie ciężka, tak we właścicielach drzemie znacznie większa chęć do doceniania niż narzekania.
    A jak człowiek docenia, to natura mu chce podarować.
    A przecież bywały lata gdzie nie zebrali nic, bo przymrozki przyszły, gdy być już ich nie powinno.
    Machają na to ręką. Gdyby rozpamiętywali zbyt długo, nie szliby do przodu.
    A ich droga piękna. Nie tylko ta, która prowadzi do gospodarstwa a i ta życiowa.
    Dwadzieścia lat minęło od kiedy kupili puste pole. Nic. Nie było na polu nic.
    Powstał pierwszy budynek i powoli sadzili winogrona.
    Powoli, na ile pozwalały możliwości i czas..
    Gospodarstwo coraz bardziej przechodzi w ręce młodych, czyli córki gospodarzy.
    To z ich inicjatywy powstał basen i zadomowiły się alpaki.
    Role w agroturystyce podzielone równo. I mam wrażenie, że każdy robi to co kocha, bo chodząc alejkami między fioletowymi i zielonymi owocami czuje się, że rosną ku niebu dzięki włożonemu w to podłoże sercom właścicieli.
    Gospodarz opowiada mi jak obiecuje sobie co roku już nic nie dosadzać, a potem jak gdyby te słowa z pamięci ulatywały, bo pól z winogronami przybywa.
    Na szczęście dla ludzkości, bo dzięki temu miejmy nadzieję pojawią się w większej ilości miejsc, gdzie takie wino zakupić będzie można.
    Produkty Winnicy Polana wygrywają liczne konkursy, cieszą podniebienia na spotkaniach pasjonatów, czy targach branżowych…. a wszystko to zaczyna się o 4-ej nad ranem, gdy właściciel przychodzi obrywać liście dookoła kiści i wystawiać je do słońca.
    Każdy sukces człowieka, zadowolony klient, zafascynowana winem blogerka odwiedzająca winnice, bierze się z drogi jaką Państwo Popko zaczęli dwadzieścia lat temu. I pomimo przeciwności jakie niesie życie, nigdy z tej drogi nie zrezygnowali. Wręcz przeciwnie. Na tyle mocno pokochali, że to uczucie do tego miejsca przekazali córce.
    W Polanie można zażyć odrobiny adrenaliny na przejażdżce autami 4×4. Wziąć udział w warsztatach kulinarnych, sportowych, poznać sieć lessowych wąwozów, udać się do Lwowa z przewodnikiem.
    Zimą w saniach po skrzypiącym od mrozu śniegu pędzić w ciemną noc. Z plecaka wyciągnąć grzane wino.
    A przy płonącym w kominku ogniu, zamówić sobie masaż.
    Polana jest również zagrodą edukacyjną dla dzieci i młodzieży.
    I jeżeli ktoś mówi, że z kawałkiem ziemi można zrobić coś kreatywnego, spójnego, zgranego, z pomysłem i duszą to prawdopodobnie był w Lipowcu.
    Chciałabym wrócić tam kiedyś na dłużej. Z grupą przyjaciółek. Na kilka dni. Kajaki, ognisko, terenowe samochody, a wieczorem basen i rozmowy do północy w hamakach. A przy tym nie zapominać o nieustającej degustacji win ;).
    To takie miejsce, które dosłownie chciałoby się zjeść. W całości.
    Jest tylko jedno niebezpieczeństwo związane z ową agroturystyką…
    Można się w niej zakochać i trudno będzie wrócić do rzeczywistości…
    Tak, to takie miejsce o jakim myśli pisarz, w które chciałby wyjechać tworząc powieść.
    Chodzić wieczorami między alejami owoców, szeleszczących liści.
    Tak, to takie miejsce, w które chce się zabrać rodzinę i czuć ich przy sobie, odkrywając urok Polski.
    To również miejsce, w którym ze znajomymi chce się siedzieć do świtu przy ognisku…
    To miejsce, które z głowy człowieka nie wychodzi już nigdy, choćby zwiedził cały świat…


  • Boska Dolina


    Chrapy grają – ławą walą
    w słońca kurzawie, w płatach piany –
    przez piersi wichrów szyją stalą
    żółte ułany, polskie ułany – –
    I niósł ich wichr i niósł ich pęd,
    ten pęd, ten pęd, ten pęd, ten pęd,
    pęd opętany – –

    Józef Gałuszka, Szarża ułańska

    Gdzie na przydrożnych latarniach stoją bociany, gdzie w zalesionych nieckach kładzie się mgła, gdzie szumi potok i chłop z krową wraca do domu, tam ja w strugach deszczu przez Polski pół. Pan Antoni – gospodarz Boskiej Doliny, z naczepy spadł.
    Ale w tę środę mięliśmy się spotkać. I spotkania nikt nie odwołał.
    Na drodze stało nam wszystko, a potem jakby na końcu tej drogi staliśmy my. Na środku podwórka. Do późnego wieczora. Choć słońce dawno już zaszło. Pan Antoni wsparty na kuli, a ja w ubłoconych kaloszach… i trudno było tej rozmowie powiedzieć – dość.
    I wtedy każde wychodzące ze stajni dziecko na pożegnanie kłaniało się Panu Antoniemu nisko.
    Dzieci wsi, które swojego konia tam nie mają. Ale jakby miały je wszystkie.
    Migały mi przed oczami, jak chichotają między boksami, biegają boso po pełnych wody wybiegach, czyszczą, szczotkują myszate, gniade, kare… Widziałam jak tulą się do nich końskie łby. Te wielkie głowy koni tuliły się do włosów małych dziewczynek.
    Kiedy znikały za drewnianymi wrotami gospodarstwa, widziałam w wyobraźni, te dzieci jako dorosłych ludzi, którzy mówią… „wychowała mnie stajnia Pana Antoniego”.

    Po siedmiu latach blogowania, choć współprac podejmowałam się wielu, przyszedł czas aby zrobić to, czym chciałam i chciałabym zajmować się zawsze. Poznać i poznawać historię człowieka.
    Pewnego dnia otrzymałam maila z zapytaniem o współpracę, która ma na celu pokazanie bogactw wsi i ich rozwoju we wschodniej części naszego kraju.
    Wczoraj miałam urodziny. Życzyłabym sobie aby takich współprac było więcej.

    Gdzie mogę odkryć człowieka, pasję, historię, naturę.
    Gdzie mogę robić coś, dzięki czemu moje życie staje się wewnętrznie bogate.

    Pan Antoni wychowywał się przy lesie. Koleje życia poprowadziły go drogą, która niosła prosto do miasta… Życie tam i praca w wielkiej aglomeracji kuły go z dnia na dzień coraz mocniej.
    Odkrywszy miejsce, w którym dziś spełnia swoje pragnienia, postanowił dążyć do celu.
    Nie było łatwo. Trzy lata chodził dookoła tej ziemi, zanim udało się kupić.
    Na środku stała stodoła. Bez dachu i okien. Rzecby można patrząc z boku – ruina i chaszcze.
    Ale Pan Antoni widział już wtedy o wiele więcej.
    Bo w życiu zawsze bywa tak, że widzimy nie tyle ile dostrzegają nasze oczy, a tyle, na ile wielką mamy wyobraźnię. Obok wyobraźni stać musi pasja, siła i wiara.
    Kiedy przechodzimy między pastwiskami pytam, czy kiedykolwiek chciał zrezygnować…
    Pytanie nasuwa mi się, gdy patrząc na tę wielką ulewę opowiada, że na dwudziestu pięciu hektarach zostały nie zwiezione belki siana. Nasiąknięte wodą. Nawet gdy przyjdzie słońce, będą ciągnęły od ziemi.
    Bez wahania i ani chwili zastanowienia, na moje pytanie odpowiada jednym słowem – nigdy.
    Wtedy myślę o ludziach w wysokich szklanych wieżowcach… Ile to razy wielkie hektary ich projektów zostały zalane deszczem… I czasami rezygnują… Coraz częściej rezygnują.
    Z ziemi nie rezygnuje prawie nikt. Bo ziemia, choćby dawała same deszcze, lata nieurodzaju, powodzie, susze… Choćby powaliła człowieka i zmiażdżyła jego plany, to ma w sobie coś, że człowiek tę ziemię kocha. I jeśli pokocha raz, to nigdy nie przestaje.

    W Boskiej Dolinie nie ma luksusów. Jest swojsko. Stawy są stawami, które mają kolor jaki dała im natura. Nie ma klombików a piękne, dorodne stare drzewa.
    Zalani wakacjami all inclusive, sterylnie umytymi stołami, białymi pościelami popadamy w coraz większe znudzenie.
    Tam, przenoszę się do lat swojego dzieciństwa, do wędrownych obozów w czasach podstawówki.
    Harcerskie namioty, spacery po lesie.
    Boska Dolina w Dylągówce to Harcerska Stanica. Obozy połączone z nauką jazdy konnej.
    Wycieczki przyrodnicze, plastyczne, ekologiczne. Ścieżki edukacyjne.
    To 50 gotowych do nauki jazdy koni.
    Choć nie, prawie połowa z nich to konie hotelowe i mają swoich właścicieli.
    Wyczyszczone, zadbane.
    Mój mąż pyta, jak są wypuszczane na wybiegi? Wedle jakichś zasad? Codziennie inaczej, czy jak polecą?
    Pan Antoni opowiada nam zatem o grupach koni i ich pastwiskach.
    Między innymi historię o tym, jak wszystkie araby wychodzą razem, a w tym jeden hucuł, gdyż właściciel tego hucuła zażyczył sobie, by wychodził właśnie z arabami.
    Myślę, że to jak w życiu człowieka. Mawiają, ubieraj się i zachowuj jak przystoi na miejsce, do którego dążysz, a dojdziesz tam… 😉
    Ciągną go do góry, swoją klasą, prezencją, pochodzeniem..
    Choć z drugiej strony, każdego dnia musi im dorównywać, popisywać się, wpadać w kompleksy…
    A on może wolałby do hucułów? Być sobą i nikogo nie „doganiać”. 😉
    Pan Antoni kiedy opowiada, ma taką iskrę w oczach i ogromne serce do swoich zwierząt.
    Długo opowiada o swoich poglądach na temat „wychowywania” koni. Że siła nikomu i na nic się nie zda. Że do konia trzeba cierpliwie, spokojnie, dobrocią.
    Kiedy mijamy szczekającego, jednego z wielu burków, które mieszkają w Boskiej Dolinie, Pan Antoni mówi do niego łagodnie  „Pewnie, szczekaj, powiedz wszystkim, kto tu rządzi”.
    I widać, że te psy mają się tam faktycznie, jak gdyby były koronowane.
    Boska Dolina to miejsce w którym w nocy słychać rżenie koni, w którym można łowić ryby, przejechać się tyrolką nad poranną mgłą. Objechać włości wozem traperskim, odbyć przejażdżkę na ścieżce huculskiej, kupić karnet na jazdę konną. Wynająć salę na weekendowe warsztaty, obóz, kolonie. Zaopatrzona jest w pokoje, łazienki, kuchnie… (to ta z malunkiem z szablami).
    Boska Dolina to miejsce dla tych, którym tęskni się za naturą, którzy kochają konie, albo pragną je pokochać. Którym nie przeszkadza brak sterylnych łazienek, pościeli z modnym wzorem i dbałości o szczegóły.
    Boska Dolina jest samowystarczalna. Ma swoje maszyny, które obrabiają ogromne hektary.
    Ręce Pana Antoniego potrafią zrobić lampy, ze spróchniałego pnia drzewa.
    I jak sam często wspominał „To udało się zrobić metodą gospodarczą”.
    Przy wybiegu dla koni, ścianka wspinaczkowa, aby tym którzy czekają, się nie nudziło..
    Zatem oprócz gospodarności jest i pomysłowość.

    Na początku przyszła ziemia. Powoli. Kawałek po kawałku. Latami dokupowane, wychodzone, bo nie zawsze było na sprzedaż. Potem do uprawianej roli dołączyła stadnina. A na samym końcu miejsce dla młodzieży. I o tym Gospodarz opowiada z największą pasją. Jak weekendowe obozy harcerskie uczą prostego życia. Rozłożenia namiotu, rozpalenia ogniska, zrobienia dania kilkuskładnikowego nad ogniem. Podstawowych czynności, jakie kiedyś były konieczną umiejętnością.
    Opowieści Pana Antoniego na ścieżkach edukacyjno-przyrodniczych zaskakująco ciekawią młodych ludzi. To wiedza i doświadczenia jakich miejskie dzieci często nie doświadczają i nie znają.

    O świcie budzą mnie muchy. Nie dają spać, przez co wstaję, zakładam na piżamę kalosze, biorę aparat i idę w pola..
    Gdzieniegdzie, leniwie rozpościera się jeszcze mgła. Wygania ją wschodzące słońce, a ona jakby zbytnio zaspana…
    Na pastwiskach konie. Letnimi nocami skubią trawę i są poza stajnią, bo w tym nocnym chłodzie, bez owadów jest im o wiele spokojniej i wygodniej.
    Pan Antoni opowiada jak bardzo chciałby dążyć do natury, aby konie nie stały  w osobnych boksach, a wspólnie. Jedną stajnie wykorzystał już do tego i okazuje się doskonałym rozwiązaniem.
    Nad stawami, para jak chmury płynie w powietrzu.
    Lina od tyrolki nad poranną polaną, zdaje się prowadzić do krainy baśni.
    Gospodarskie burki robią poranny obchód swojego podwórka.
    Krząta się już Koniuszy.
    Moje umyte rosą kalosze, niosą mnie pomiędzy pastwiskami. Sierpniowe słońce ogrzewa mi twarz.
    Kiedy schodzę w dół, pomimo tego, że jestem dzieckiem wsi, rozumiem jeszcze bardziej miłość Gospodarza do miejsca, które stworzył…
    I może ten obraz o świcie powiedział mi najwięcej…

    Kiedy pytam Pana Antoniego, skąd miłość do koni, odpowiada…
    – Dziadek był Ułanem…
    Tak, jest coś w ziemi i galopie konia, czego z serca wyrzucić się nie da…