Wszystkie posty dodane przez julia

  • Eko laboratorium


    Coraz bardziej jesteśmy świadomi. Nie da się nas oszukać pod względem zawartości tego co jest w „zdrowym” jedzeniu dla dzieci jak i również w 93% mięsa w parówce z kurczaka. W zdrowych dziecięcych ciasteczkach zbożowych jest około 3-4 produktów powodujących rozdrażnienie, otyłość, uzależnienie od cukru itp… Ale trzeba poświęcić jakiś czas żeby to wiedzieć.
    Straszne jest to jak manipulują nami wielkie firmy produkujące żywność, które mają pieniądze na to aby robić kolejne pieniądze, dając nam do spożywania niewyobrażalny skład, powodując katastrofalne szkody w naszym organizmie, oraz aby zamykać buzie tym, którzy chcą powiedzieć prawdę.
    Oczywiście bez przesady. Moje dzieci piją czasami Tymbarka i jedzą czasami loda kaktusa.
    Ale bardzo, bardzo zwracam na to uwagę.
    Mieszkam na wsi i moi rodzice mieszkają na wsi, więc mam łatwy dostęp do jajeczek od wolnej kurki, do mięska z kureczek co biegają i ziarenka skubią, do indyczków, króliczków i kaczuszek.
    Do marchewek, zieleninki, pomidorków i kabaczków…
    Ale mieszkając na wsi, daleko mam do sklepu z eko żywnością. Są produkty, które muszę kupić przez internet. I wtedy jak większość sugeruję się ceną. Myślę zawsze, że to droższe będzie porządniejsze. Na pewno z lepszych produktów… ano właśnie nie zawsze. Jak się już coś tam poczytało, coś się wie, to w butelkę i trąbę łatwo już nie jest człowieka zrobić..
    Dlaczego to piszę? Bo kosmetyki eko do niedawna również kojarzyły się z o wiele większymi cenami.
    A tu pojawia się niespodzianka. Ukłon w stronę tych, którzy chcą zdrowo i ekologicznie, ale nie za cenę z najwyższej półki.
    Rosyjska marka Eco Laboratorie zwana też Ecolab, po kilku latach testów i prób doszli do tego co dziś możemy kupić w Ich produktach.
    Organiczne oleje i ekstrakty. 95% składników roślinnych. Bez parabenów, silikonów, SLS, SLES i EDTA.
    Przepiękne zapachy, trafna konsystencja. Ale przede wszystkim ta cena!
    Antyperspirant z Ecolab to pierwszy eco, który mnie nie uczulił i nie szczypał.
    Genialny pomysł z mydłem (jakby takim gęstym żelem) który jest mydłem do ciała i szamponem do włosów, co idealnie nadaje się na podróż. Bierzesz jedno i masz dwa.
    Długotrwałe zapachy masła do ciała. Pianka do mycia twarzy delikatna i skuteczna.
    Piękne komplety prezentowe, w estetycznych opakowaniach tekturowych.
    Kule do kąpieli, które czynią wodę „mleczną”.

    I przede wszystkim linia kosmetyków dla dzieci. Krem, mydło, mus, szampon.
    Wszystko to również pod konkretne cery czy ulubione zapachy.
    Cała dostępna oferta tutaj.

    ___________________________________

    szlafrok – Yellow Meadow
    książka – nie tylko o raku piersi, ale o zagrożeniu rakiem w ogóle. Bardzo dobra i ważna pozycja książkowa. – wydawnictwo otwarte.

  • kiedy byliśmy tacy mali… (film)

    Za każdym razem gdy publikuję film, piszecie do mnie z zapytaniem o możliwość nagrania takiego dla Was, u Was.
    To miłe. Dziękuję.
    Ale po filmie Oli w ciąży, to w tym miesiącu jestem operatorem :). 
    Myślę, że jak kiedyś zakończę blogowanie, to zajmę się robieniem filmów właśnie. Nie dlatego, że czuję się w tym temacie dobra, a dlatego, że robienie ich przynosi mi mnóstwo satysfakcji.

    Do końca października piszę książkę dla dzieci. I kradnę każdy moment na pisanie pomiędzy innymi zleceniami. Dlatego musicie wybaczyć mi, że piszę ostatnio na blogu trochę mniej. 
    Za chwil parę książka idzie do korekty i druku, wtedy powracam z pisanymi postami. Obiecuję.

    Dziś zostawiam Wam film z niezwykle piękną rodziną.
    Pełną miłości. Nie tylko do dzieci, ale przede wszystkim do siebie nawzajem.
    Zawsze kiedy złożę filmik, wysyłam do kilku moich najbliższych osób z zapytaniem o uwagi.
    Moja siostra napisała wtedy „Piękny film, aż się popłakałam. Super! Ale ta rodzina przepiękna!!! Dom, życie. Tacy fajni i Ona bez sztucznych paznokci! No wcale Mu się nie dziwię, że się w Niej zakochał.”
    Kiedy nagrywam taki film mówię zawsze „żyjcie normalnie, funkcjonujcie jak na co dzień, a ja sobie będę sama coś nagrywać.” 
    I nagrałam…

  • „Kuna”

    Kilka lat temu był taki blog… „Tylko spokojnie”…
    Chyba nigdy przedtem, i nigdy potem, nikt nie zachwycił mnie tak swoim pisaniem jak Agnieszka.
    Jest coś w tych słowach, zdaniach, prowadzeniu historii co mnie fascynuje.
    To tak jak filmy Smarzowskiego, oglądasz i myślisz „Boże, jak można mieć taki talent? Robienia czegoś z taką wnikliwością, spostrzegawczością. Te poboczne obrazy i te główne. Pokazane tak prosto, a tak przenikliwie.” Myślę, że to taki dar którego nie można się nauczyć.. Można wyuczyć się przecinków we właściwych miejscach (ja nadal tej umiejętności nie posiadam), można zdań złożonych i ortograficznych zasad.. Ale stylu? Wątpię.
    Agnieszka pisze w sposób, który jest moim ulubionym. Trochę w tym jakiejś ironii z życia, poważnego żartu, luzu i zarazem powagi branej niby nic nieznaczącym słowem…
    Mam dzisiaj dla Was tekst od Niej. Nie publikowany dotąd.
    Wielki to dla mnie zaszczyt. Dzięki Aga.
    A powiem Wam w sekrecie, że Aga pisze scenariusze do seriali, które dobrze znacie i oglądacie 🙂

    Oto „Kuna”, autorstwa Agnieszki Jelonek.

                                                                                  „Kuna”

            – Jak to nie ma  n i c  do roboty?! – zapytałam wstrząśnięta.

            – Później coś się znajdzie. – wymijająco odpowiedziała mama.

    Świetnie! Ściągnęła mnie tutaj, używając sztuczki „wszystko mam zrobić sama?”, ale okazało się, że naprawdę wszystko zrobiła sama, a goście będą na szesnastą.

    Było dopiero południe. Ojciec w skupieniu konstruował pułapkę na kunę. Zwierz podkradał się pod dom od tygodni, planując przegryźć kable w dwunastoletnim subaru. Mama powiedziała, że nie jest pewna, czy ojciec w ogóle zauważy gości. 

    Chciałam uciekać. Moje życie właśnie legło w gruzach, bo ktoś zrezygnował ze mnie na rzecz kogoś innego, wbrew przysiędze, że mnie nie opuści aż do śmierci. Byłam całkiem skupiona na swoim cierpieniu i świadoma podwójnego podbródka, jak nigdy wcześniej. Nie chciało mi się żadnych ludzi, żadnych rozmów, nic. 

    – Jak zapytają, co słychać, po prostu zmień temat. – zaproponowała odkrywczo mama.

    – Błagam, mamuś, daj mi coś do pokrojenia. 

    – Nic nie mam – zmartwiła się – Może ojciec coś ci da do roboty.

    Ojciec nic nie dał, zakładał żywołapkę, n i k t nie mógł mu pomagać. Ostatecznie mogłam potrzymać drabinę, kiedy sprejem na kuny potraktował dach. 

    – Widziałaś odciski łap? – sapał – Wielka ta kuna jak pies. 

    Słońce grzało, w grządkach zalegała cisza. Wszystko, oprócz mnie, było syte, zrównoważone i spokojne. 

    Postanowiłam umyć wszystkie szklanki z mikro-pyłków kurzu i wypolerować je na połysk. Językiem wciąż dotykałam bolącej piątki na dole. Powinnam się umówić do dentysty, ale się nie umówiłam. Być może teraz wszystko należało zostawić własnemu biegowi, być może zęby powinny się zepsuć, a kuny przegryzać kable, Może nie należy nic naprawiać. Byłam tak strasznie zmęczona naprawianiem, tak się starałam i nic z tego nie wyszło. Przyszła dziewczyna z piegami i wszystko się spierdoliło.

    Pierwsi goście pojawili się punkt szesnasta, jakby czaili się za drzewami z zegarkiem. Zaraz potem kolejni. Nadjeżdżali parami. Parami siadali za stołem. Na pierwsze pytanie, co u mnie, od razu powiedziałam, że kuna się skrada i podgryza ojcu kable. 

    – Jaka kuna? – pytali wujkowie ciekawie. 

    Ojciec się uruchomił, zaczął pokazywać ślady, mama przyniosła kieliszki do wódki, więc zaczęliśmy zdrowie ojca od razu. I kuny też, na drugą nóżkę. 

    A Staszek dzień wcześniej złowił kilka karasi. Czy to na pewno nie były karpiki? – podśmiewała się z niego siostra cioteczna Olka. Sama jesteś karpik – wkurzył się Staszek – karasia od karpia odróżniam. Zdrowie solenizanta po raz kolejny. Okoni nikt nie łowi, głupie to takie, haczyk połyka tak głęboko, że, żeby go wyjąć, trzeba całą rybę rozbebeszyć. 

    Jestem okoniem.

    Wnuczek Bożeny będzie miał dziecko, będą pradziadkami. Córka Olka też w ciąży, trzeci raz. Na krajowej siódemce rozbił się samochód, cztery trupy na miejscu. Tak to się kończy. Sto lat, sto lat, ktoś śpiewa z sercem i gładko wchodzi w sokoły. Na razie wstępnie, na rozgrzewkę. 

    – Na Białorusi to śpiewają, jakby cały ból swój chcieli wyśpiewać – zamruczał Staszek. 

    To poetyckie, tandetne spostrzeżenie, zawisło nad moją sałatką warzywną. Cały ból wyśpiewać w Mińsku na ryneczku chcę.

    Pijemy. Ktoś ma starszą matkę, która oskarża opiekunkę o kradzież zdjęcia ślubnego; ktoś wypisał się ze szpitala na własną prośbę; ktoś udaje, że jeździ rowerem, bo lubi, ale wiadomo, że go nie stać na samochód. Ktoś miał krótkie włosy, które odrosły, po tym jak wypadły, chociaż to podobno nie było takie oczywiste, że chemia zadziała. Ogólnie na  zdrowie. 

    Mama trochę narzekała, że ojciec odpadł z tą kuną zupełnie. Z drugiej strony ta bestia zażarła już dwa hamaki. Jak ruszy te róże mamy, to chyba ją gołymi rękami ukatrupię.

    – A gdyby tak stanowisko strzelnicze zbudować? – pada pomysł z prawej, tam, gdzie do tej pory cicho, siedział Roman. Domek na drzewie mojego syna doskonale się nadaje na ambonę. Już wujek z ciocią ruszają chwiejnym krokiem po drabinie w górę, sprawdzają, czy gałęzie nie przeszkadzają, czy na punkt obserwacyjny się nada. 

    – Tylko niech nie spadną – zaklina mama cicho. Ciocia, której włosy odrosły, macha nam z góry energicznie. My też jej machamy. Niech żyje nam.

    Tak naprawdę dziwi mnie, że ojciec chce tę kunę zabić. Przecież chyba widzi, że ta relacja jest już głęboka i potrzebna. To znaczy nie wiem, czy kunie potrzebna, ale ojcu raczej tak. I mnie już też. Ta kuna jednocząca, odwracająca uwagę od wszystkiego, co zostawiłam dziś rano przy smutnym śniadaniu. Może mama to przewidziała?

    Tymczasem zachowujemy się tak głośno, że żadne zwierzę nie jest tak głupie, żeby się pojawić w okolicy. Chyba, że jest komarem. 

    – Oglądałem wczoraj nagrania z kamery i wiem, że ona przychodzi między trzecią a czwartą rano. 

    – Nagrania z czego, przepraszam?! – pytam z niedowierzaniem.

    – Na podczerwień – mówi, dokładając szynki myśliwego. – Tam.

    Na brzozie wisi pudełko z oczkiem. Może on ją jednak złapie, myślę. 

    Ciemność zwija się wokół domu, jak wielka anakonda. Towarzystwo się rozjeżdża. Nie powinnam pić, wydaje mi się, że jestem drapieżnikiem, mogę rozszarpać gardło piegowatej, roznieść ich oboje na strzępy, zostawić padlinożercom na kolację.

    O piątej rano wychodzę przed dom. Coś się dzieje, coś się telepie w ciemności. W żywołapce, trzęsie się ze strachu  taka jakby mała wiewiórka. 

    – To ty, głupku? – pytam. 

    Mama, jako jedyna z naszej trójki może prowadzić auto. Jedzie nie za szybko, jest jeszcze ciemno, las czai się po obu stronach drogi. W bagażniku, w klatce, na którą zarzuciliśmy koc, drży nasz piętnastocentymetrowy potwór. Wypuścimy ją trzydzieści kilometrów od domu, żeby zgubiła trop i nie znalazła już nigdy subaru ojca. 

    Kiedy w końcu podnosimy wieko pułapki, kuna śmiga przez szarą łąkę, do lasu. Rośnie w biegu, wydłuża się, znowu jest sobą. Stoję z mamą i ojcem jak te sieroty na poboczu i patrzymy za nią. Dziką i nie tak straszną. 

    A potem ojciec mówi, że w drodze powrotnej zatrzymamy się na kawę i śniadanie.  Wszystko będzie dobrze, mówi, a ja nie pytam, o co właściwie mu chodzi.