Wszystkie posty dodane przez julia

  • „koszyk” – już jest!

    Dużo już Wam napisałam w poprzednich postach. Ile to dla mnie radości i co w „koszyku” gości. 🙂
    Zatem pozwólcie, że dziś napiszę już tylko konkrety związane z jego pojawieniem się.
    Tak, zdążymy przed mikołajem. Książki zamówione do 02.12 dotrą na 100%.
    A potem na bieżąco, na instagramie będę pisać jak mają się wysyłki.
    Książka kończy się Bożym Narodzeniem tego roku. A ja Boże Narodzenie kocham. 
    Pomimo dorosłego wieku, wciąż czuję jego magię i doświadczam świątecznych cudów.
    Jest zatem też coś świątecznego oprócz książki. Taki świąteczny zestaw.
    Są różne kombinacje książek. koszyk i liść. koszyk i gucio. koszyk, liść i gucio.
    Zestaw ilustracji oraz zestaw pocztówek. Żeby napisać Komuś coś ważnego.
    Do każdej książki dodawana jest jedna z pocztówek. Niechaj idzie w świat, albo niech światem jej będzie męża torba z pracy, albo plecak koleżanki ze szkoły. Niech pocztówki te niosą dobre słowa. Ważne. 
    A jakby miały iść pocztą to miejsce na znaczek jest. Niechaj będzie coś więcej od listonosza niż rachunki.
    I dajcie znać proszę kiedy do Was dotrą. Bo do każdej zaklejonej koperty dołożę odrobinę serca.
    Pewnie będziecie pytać o dedykacje. Tak, są możliwe. Proszę podczas zakupu w okienku „uwagi” napisać dla Kogo ma być dedykacja. Jednak książki z podpisami będą wychodzić nieco później. To znaczy będą mieć kilkudniowe opóźnienie w stosunku do tych wychodzących bez wpisów. I bardzo ważne, niestety nie podpisuję książek „za pobraniem”, czasami te książki wracają i zostają bez właściciela. A przecież do właściciela przypisane. Takie stają się bidulki bezdomne.
    Książka ma 62 strony i 28 ilustracji. 
    Jest tego samego rozmiaru co „liść” i „Gucio” – 20 x 22 cm.
    Koszyk jest w sklepie – sklep.juliarozumek.pl
    Czy coś jeszcze powinnam napisać? 🙂

  • drukarnia – „koszyk”


    Z Panem Andrzejem, przy maszynie drukarskiej, ostatni raz widziałam się rok temu. 
    Teraz spotkałam Go drugi raz. Spotykam różnych Panów operatorów. Zależy od zmiany czy dnia, albo maszyny.
    Podchodzę a Pan Andrzej mówi – Dzień dobry, jak tam Wasz spokój pod lasem?
    Każdego dnia, drukują tam kilka, kilkanaście tytułów. Zatem ludzi, którzy przyjeżdżają zatwierdzać druk – mnóstwo. A On mnie pamięta. No wiecie co? Wiecie jak to się miło robi?
    Wyciągnęłam ciasto. Pan kierownik przyniósł nóż i talerz. Kawę, cukier, mleko.
    Kilka godzin rozmów przy szumie drukowanych arkuszy.
    Kiedy było już ciemno ja ruszyłam do domu, a książki drukowały się jeszcze pół nocy.
    Te książki dla dzieci dają mi ogrom satysfakcji. Bo to jest taka prosta prawda.
    I choć piszę je dla dzieci, to z myślą o dorosłych. Bo przecież nie ma nic przyjemniejszego, niż położyć się wieczorem z dziećmi pod kołdrę i czytać Im. A wtedy i czytać samemu sobie.
    Bo życie nie składa się z niczego innego niż z prostych prawd. Prostych rozwiązań.
    Jak za każdym razem, do książki będzie mały dodatek. Zostawię to sobie do wtorku w tajemnicy.
    Bo każda niespodzianka, nawet najmniejsza cieszy człowieka.
    Od kilku miesięcy pytacie mnie o dodruk „Liścia”. Tak, będzie. Również od wtorku.
    One się tak szybko rozeszły, że ja nie zdążyłam zareagować, a na terminy w drukarni się troszkę czeka.

    Kiedyś myślałam, że jak wszystko może to spowszednieć. Może nie wywoływać już takich emocji czy radości…
    O jak się myliłam. Wciąż tyle samo uciechy, niecierpliwego oczekiwania na tę książką jak przy poprzednich.
    Zawsze najlepszym moim „doradcą” jest mój mąż. Jemu pierwszemu czytam to co napisałam.
    Nikt nigdy nie dał mi tak trafnych uwag jak On. Jako że zna mnie doskonale, to wie jak skonstruować uwagę, aby dodać mi skrzydeł w ulepszaniu, zamiast zniechęcić.
    Kiedy przeczytałam Mu ostatnią już stronę, powiedział – To jest dla mnie Twoja najlepsza książka. Myślę, że Im więcej piszesz, tym lepiej Ci to wychodzi..
    Nawet nie wiecie jak ciężko mi to było Wam napisać, bo to nie jest ani pokorne, ani skromne.
    Nie do końca Mu wierzę. Jest może nieobiektywny bo mnie kocha. Ja sama wciąż mam do siebie tyle zażaleń w kwestii pisania. 
    Ale tak bardzo, bardzo chciałabym aby się Wam spodobała, bo włożyłam w Nią swoje myśli, a przede wszystkim serce.

  • reflektory i sobota.

    Nie. Zupełnie nie nadaję się na takie rzeczy. Blogować to ja kocham. Pisać, Robić zdjęcia. Te filmy.
    Ale najlepiej w swoim domowym biurze przy lesie..
    No bo tak…
    Znaną blogerką na ściankach i z gwiazdami w kwadratowych selfikach to ja nie zostanę.
    Piszą do mnie dziewczyny, znaczy piękne oficjalne zaproszenie dostaję drogą mailową.
    Na event do Warszawy. Apart robi spotkanie z okazji 90′ lecia Myszki Miki. A Oni mają z nią swoją kolekcję.
    Pierwsza moja myśl – jak fantastycznie. Będzie extra. Przecież uwielbiam te dziewczyny, które tam pracują. Uwielbiam blogerki, które z nimi współpracują (genialne dziewczyny z Pica Pica).
    No bo samo picie szampana i chodzenie z owym w dłoni mnie nie pociąga. Mnie pociągają rozmowy z fajnymi ludźmi. Ludzie mnie zawsze interesują najbardziej.
    No super! Jadę. W tym pociągu przecież posiedzę. W ciepełku, na spokojnie poczytam książkę.
    Spotkam się w Warszawie z moimi znajomymi. Pójdziemy na dobrą kolację. Bez pośpiechu.
    No będzie w końcu pretekst żeby umyć głowę i ubrać coś innego niż dwie pary jeansów na zmianę, wyjeżdżając po dzieci do placówek szkolnych…
    Już sobie w głowie układam zestawy ubraniowe. Co założę żeby było inaczej. 
    No bomba.. Jadę!
    A potem przychodzi rzeczywistość. I myślę, co dzieciom tu muszę naszykować na te dwa dni.
    I że to wolę pociągiem niż autem. Trzeba mnie na ten pociąg zawieźć do miasta. Tam na peronie czekać. Zmarznąć. Tam po mieście w ten mróz się przemieszczać. 
    Trzeba jakoś może wyglądać. Wszystko co zaplanowane na wtorek i środę zrobić w poniedziałek.
    Ba! Nawet w niedzielę pracowałam żeby nadrobić te robotę i jechać.
    Ale z każdą chwilą myślę.. nie, chyba nie jadę.. i wtedy czuje jakąś taką lekkość.
    Ale jak to?! Wyrwij się w końcu! Julka! 
    I tak ten dialog kilkudniowy w mojej głowie trwał. Rozbudowywał się na role dodatkowe nawet.
    Dzwonie do siostry. Ona zdziwiona pyta o co mi chodzi, i dlaczego miałabym w ogóle nie jechać?
    Myślę zatem tak. Niech będzie, że to moja Mama przesądzi o wszystkim.
    Jak może przybyć do dzieci to jadę! No jadę i już.
    – Hej Mamuś, co robisz we wtorek?
    – No patrz dziecko, a co potrzebujesz mnie? A my widzisz na bal Emerytów idziemy. (Se myśle, to jest życie! We wtorek na bal!) A co chciałaś?
    – A wiesz, bo do Warszawy miałam jechać. Na event. I się waham. Ale to dobrze. Jak macie bal to idźcie na bal. Koniecznie Mamuś idźcie. (a w duchu myślę- jest odpowiedz!)
    – Córciu, nie wiem czy już nas zapisali. Ty jedź, a ja odwołam. Ja chcę żebyś Ty jechała.
    – Nie, nie Mamuś, ja się nawet cieszę, bo tak nie wiem co robić.
    Dzwoni po pół godziny i mówi, że odwołała. Sobie myślę – Matko Boska! Czyli co? Mam jechać?
    No przecież mogłoby być, a na pewno by było – pięknie. Śmiesznie, ciekawie, inspirująco.
    Ale czy mnie się chce? Wyjść z tego komfortu dresów. Kawy przy moim starym biurku.
    I kiedy wyszłam w niedzielę na dwór na ten już przymrozek, i kiedy złapał mnie atak kaszlu po mojej grypie i trzymał mnie całą noc, to stwierdziłam, że ze zdrowiem nie ma żartów.
    I to zdrowie, a raczej jego brak, uratował mnie przed trudną odpowiedzią na to pytanie.
    Bo ja te wyjazdy bardzo lubię. Wyczekuję. Ale ten dres. Ten codzienny dres… 
    Dlatego nigdy nie będę znaną blogerką w świecie reflektorów, bo jakbym miała iść w te wszystkie miejsca w których warto się pokazać, to bym nie doszła.
    Zatrzymałyby mnie dresy, moja kawa, święty spokój, ukochana rutyna, brak zapału do mycia włosów, brak werwy do wymyślnej stylizacji ubraniowej i wszystko to co człowieka zatrzymać może, aby nie wychodził z codzienności..
    Jakby jutro miał być koniec świata, i dziś miałabym robić coś, co da mi szczęście, to mogłaby być to moja ostatnia sobota. Ach, co to była za sobota! Marzenie!
    Wstałam rano z dziećmi. Nigdzie nie szliśmy, nikt nie przychodził. W domu ciepło. W piżamach dzieci do południa. Świetnie się bawią. Ja sobie od rana sprzątam. Kurze, lustra, pranie składam, odkurzam, łazienki szoruję. Szafkę pod zlewem dawno niemytą. Chodniki na dwór wyrzucam i pod nimi myje.
    Te chodniki na płocie trzepię. W międzyczasie robię herbatę z cytryną i miodem. Dzieci podjadają drożdżówki. Trochę się bawią, trochę leniwie sprzątają ze mną. Nikt mnie nie goni. Na twarzy zmieniam maseczki. Mąż na motorze i wcale mi ten fakt nie przeszkadza.
    Coraz bardziej błyszczy. Koce równo, czysto. Lekko. Zlew się bieli. Pralka gra to idę z koszem po wyprane i rozwieszam. Pachnie.
    Potem wstawiam obiad. Kurczakiem z podwórka od Madzi pachnie. W piekarniku skórka robi się chrupiąca. Dorzucam tam ziemniaczki i pieczarki. Robię sałatę tzatziki.
    Żurek mam od wczoraj. 
    I wtedy myślę o tych sobotach w rodzinnym domu. Gdzie się sprzątało od rana.
    Kołdry i poduszki na barierkę na werandzie wieszało. Potem wieczorem każdy się kąpał jakoś tak szczególnie. Te mokre włosy, świeże piżamy. W kuchni Justynka Mamie układała fryzurę na szczotkę. Potem dużo lakieru. 
    To była taka sobota co wprowadzała w życie taką pewność. Taki konstans. Poczucie spokojnego żywota. Powtarzalność upewniająca człowieka w myśli i odczuciu, że jest dobrze. Właściwie.
    I ja, która często sprząta w tygodniu, żeby weekend był wolny, powróciłam do soboty z rodzinnego domu. Tamtego dnia. I poczułam taką radość. Taką błogość. Nieznośną lekkość bytu.
    Wrócił mąż. Zjedliśmy obiad. I kiedy grał z dziećmi w planszówki, ja poszłam poleżeć do wanny z książką. Tak, to jest dzień po którym mógłby być koniec świata.
    Bo piękniejszego sobie wyobrazić nie potrafię…