Wszystkie posty dodane przez julia

  • co mi piszczy…

    Można zapytać, co mi w telefonie piszczy, gdy Madzia pisze…
    Ale gdy pisze, to jak wiadomości pt „co w trawie piszczy…”
    A trawa u Madzi jest przepiękna.

    „A Żuka takiego też mieliśmy. I w domu u mnie było czarne nowiuśkie volvo xc90. A z Tatą załadowaliśmy złom na żuka i pojechaliśmy wywieźć do Czerwionki. Idę do kasy odebrać całe 73zł za złom, a Pan na kasie mi mówi „Pani taka teraz licha cena, że niedługo i my i Wy będziemy musieli te interesy zwijać…”
    Myślałam, że padnę, za złomiarzy nas wzięli, bo Tata w swoim waciaku w kolorze ecru z apaszką  jakąś od Mamy, bo to listopad był i dmuchało jak pieron, więc wziął coś na kark, co by mu nie zawiało.
    A tam mój kolega co autobusem razem jeździliśmy w takim pięknym wranglerze. Pyta się co u mnie, a ja nawet słowa nie umiałam powiedzieć jak kurna słyszał przy kasie, że „złom zbieramy”. Co za wstyd. :))”

    „Tata mi mówi  – Madzia, zobacz coś mi tu chyba ktoś pisze coś na ten telefon. Powiedz, co to mogą tak pisać przez telefon?
    Otwieram skrzynkę – ilość wiadomości 1.
    Taka wiadomość  „Zarząd Koła Łowieckiego przypomina o terminie wykładania siana i marchwi w paśnikach i karmikach. Darz Bór”
    Czytam Tacie o On – co za technika.”

    „Oj Julia, co ja wczoraj porobiłam!
    Sluchaj, koło południa byłam u kur. Pokarmiłam, pszenicy nasypałam i poszłam nalać wodę ze studni do beczki. Wygląda to tak, że takim szlauchem strażackim lejemy te 200 litrów więc wiesz, w mig się to napełni. Ale że mi ta chwilka jest za długą chwilą, to włożyłam ten szlauch i pojechałam do domu.
    Potem koło 14 ej pojechałam po Lolkę i jadę z Mikołowa, koło Mamy widzę z podwórka rodziców woda się wylewa. Dzwonię do Mamy i mówię Jej – Mamuś, chyba dolewałaś wodę do ryb, bo wypływa na drogę.
    Mama mi – o kurdę, tak, lecę wyłączyć.
    A sama na śmierć zapomniałam, że na folwarku załączyłam te wodę. Mało tego, nawet jak widziałam tę wodę wylewającą się z podwórka rodziców, mi się o tym nie przypomniało.
    Wieczorem koło 23 ej, mnie coś tknęło i mówię Jarkowi – kurdę tak sobie myślę, czy ja aby wodę w studni wyłączyłam. Jarek mi – a kiedy? w południe? nieee, no to na pewno już tam Twoja Mama była, albo Justyna dla koni nalewała. Więc mnie uspokoił.
    Rano jadę do Mamy skubać gęsi, wychodzę z auta a Mama mi -fajnie, że mi zadzwoniłaś, bo ja zapomniałam.
    a ja Jej – Mamo, a na folwarku wodę wyłączyłaś? Nieee? A Justyna?
    No to pięknie. Setą do auta i na folwark. Tam oczywiście woda leciała od dwunastej, całą noc i ranek takim grubym strażackim wężem. Dwustuletnia studnia wypompowana. Masakra.
    Wracam do Mamy i mówię – przecież Ty tam byłaś, Justyna…
    A Mama na to – nie, nikt nie nalewał wody, bo Justynce powiedziałam, że Tata te wodę do ryb potrzebuje i ma na razie nie brać ze studni.
    Ja pitole, Julka, wyobraź sobie, zakaz wybierania wody, nawet dla koni, a ja załączam o 12 ej w południe i o 8 ej rano wyłączam. Myślałam, że zawału dostanę. Tu będą jutro tony ryb do przechowania!
    A Tata ze stoickim spokojem – będziemy liczyć na to, że ta woda z placu szybko wpłynie do tej studni.”

    „No Lola jest bardzo grzeczna i pracowita. Od czwartej rano zasuwa dzisiaj. Najpierw jagody, potem plewiłyśmy w cebuli. Nazrywała ogórków i zakisiła je, a potem czyściła basen i skosiła cały ogród.
    Bardzo bym chciała żeby te dzieci były dobre dla innych, prości i pracowici. To najważniejsze. Bo wiesz, praca fajnie kształtuje człowieka.
    Teraz leży w wannie, a za pięć godzin jedzie zaś na jagody, bo lubi…
    Ciężko mi to zrozumieć.”
    (info od Julii: Lola ma 16 lat)

    ” Julia, czy Ty pytałaś już swoich czytelnikow co dla nich jest luksusem? Czy czym dla nich jest luksus?
    Pytam, bo ostatnio myślałam, czytałam i widziałam. I czuję, że słowo luksus to znaczy przepaść.
    Dla niektórych i dla mnie luksus to spokój, cisza i rodzina na trawie czy sprawnym rowerze… A dla innych to moda, kosmos, lans i głupota pociskana głupotą!
    Zapytaj proszę kiedyś, bo wiesz chciałabym wiedzieć czy jest jeszcze coś po środku czy tylko te skrajności.
    No czy większy luksus ma ten co siedzi na meblach najlepszej kolekcji, patrzy teraz na mecz na najnowszy full telewizor podpięty złotym kablem co by wizja i dźwięk były krystaliczne.
    Czy ma się kurde bardziej luksusowo od tego co leży pod orzechem i słucha relacji meczu w charczącym radio i wyobraża sobie tylko jak nasi chłopcy teraz tyrają po boisku robiąc wszystko co mogą i popija to jakimś winkiem co ma przygotowane na wypadek wygranej, ale wypije za nich już teraz… To luksus i to luksus tylko w innym wymierza czy co?”

    „Jak będziesz w okolicy to podjedź, bo mam nadmiar cebuli i sałaty. A jak masz chęć na ruch, to dziś będę plewić na polu koło 20 ej. To tak jakbyś chciała gdzieś do ludzi wyjść.”

    „Julia, muszę Cię zabrać na fajne widowisko. Tata mówi, że na futersztele, tam gdzie dokarmia chlebem i pączkami, to przychodzą trzy lochy z młodymi pasiakami. Podobno widok cudowny!!!”

    „Jak wróciłam od Ciebie i leciałam szybko do kur to stajenny jak zwykle mi z gnojoka woła – cudny ten maj.
    A ja mu na to – mógłby ten maj trwać cały rok.
    A On – gdyby nie było tego szarego, smutnego listopada to może ten maj nie byłby taki cudny…
    Jaki mądry!! uwielbiam prostych ludzi. W nich największa mądrość.”

    „Pamiętasz te stare wesela? Te krążące namioty. Cały tydzień to stawiali. Wiadomo było gdzie wesele będzie. A my w nich cały tydzień siedzieliśmy i patrzyliśmy.
    Cudowny klimat i kilkanaście stołków pod gruszą było wystawionych i w stodole materace dla gości przyjezdnych. Na stole w zależności od kwiatów kwitnienia. Było w maju bzy, pelargonie. Potem jaśminy i tak do jesiennych nawłoci…”

    „Dałam Omie cztery paragony, bo Ona uwielbia studiować paragony. A ja jutro szykuję gościnę, więc wiesz jak przed imprezą wyglądają paragony z Lidla i Biedronki. Będzie miała robotę na popołudnie.”

    „Wiesz co, i my też nigdy nie byliśmy na wakacjach z rodzicami. Za dziecka raz jeden tak z siostrą płakałyśmy, że postanowili nas wziąć do Koszarawy nad rzekę, na dziko pod namiot. I uciechy, pakowania, pożyczania, bo my nic nie mieliśmy do tego i pojechaliśmy… Tata rozstawił namiot składający się z tysiąca rurek. Trwało to większą połowę dnia. I jak go postawił, to dziadek zadzwonił do Jeleśni na pocztę i kazał przekazać, że się krowa cieli.
    A mieliśmy być całe trzy dni!!”

    „Jadę na giełdę do Katowic, po jakieś nasionka dla nas i ptaków. Pytam się Omy czy coś potrzebuje, bo tam jest i niemiecka chemia i słodycze..
    A Ona mi – a kup mi co, co tam mi kupisz to będę miała.
    Cudowne jest to u starszych osób. To już jest wolność i prawdziwość absolutna!!
    Jak Jej kupię czekoladę to będzie się cieszyła z czekolady. Jak kupię coś do prania firan, to będziem miała bielsze firany. Jest tyle powodów do radości codziennie!
    Uwielbiam te zderzenie się tych światów. Młodych, rozpędzonych i starszych.
    Ach, jak mnie to przywołuje do porządku i przemyśleń.”

    „A poza tym u nas spokojna niedziela. Takie lenistwo. No oprócz akcji sztalowania stu pięćdziesięciu zegarków i zegraeczków Omy i szukania zębów, które straciły jej się po kościele i zapadły się pod ziemię!
    I szukanie winnego. Kto mógłby być zainteresowany Omy zębami?
    No i nie ma do teraz. Właśnie byłam u Niej, a Ona – Magdeczko, ale co Ty mi na te zęby powiesz i co wymyślisz?.  Nosz, swoich nie oddam.
    A wiesz, że wszystkich świętych za chwilę, a tu złota keta na szyi, kołnież z lisa, kolczyki takie depne a zębów nie ma! Tak mi powiedziała. I te kolczyki pokazuje, oczy smutne, a zębów nie ma.
    Już nawet w spiżarce, w lodówce i w popielniku przy piecu patrzyłam, bo czasami zbiera patyki na placu  i wkłada do popielnika. A w tym piecu nie paliła już 7 lat! No nie ma.
    Już się poddałam, ale od jutra rana zaś będzie akcja zęby.
    Z zębami jeszcze nie koniec jednak na dziś.
    Zeszła Karolina i mówię Jej, że Omie się zęby straciły, czy nic nie widziała..
    A Ona mi – o kurdę, a ja tam wczoraj u Niej okna myłam, to jestem pierwsza podejrzana
    A Kacper na to – no Ty i Kościelny to główni podejrzani, bo mogły jej jeszcze w kościele wypaść jak komunie przyjmowała. Jak w czwartek miałem służbę, to już jej tak klapały.
    Dom wariatów.”

    „W tym stawiku za chlewem (równolegle do gnojoka jest stawik) zielony od rzęsy, ale i prawie wyschnięty, wpadła kura. I się w tym mule zakleiła. Nogi i pióra całe.
    Więc my ją grabiami i do brzegu z Mamą popychałyśmy i wyjęłyśmy ledwo żywą i wystraszoną.
    Potem kąpiel w dwóch wiadrach, bo taka była czorna, a z natury biała.
    Ciekawe czy przeżyje, bo Mama mówi, że kury to są zmarzluchy i może się wychłodziła.”

    „Lubię jak piszesz, że siatki nosisz z zakupami, a nie parkujesz samochód pilotem, zakupy robisz wpisując w komputerze i Ci to w złotych tytkach wnosi facet nasmarowany olejkami, a ty w tym czasie leżysz w jedwabnym szlafroku na skórkowej białej kanapie i modnego mopsika głaszczesz.
    I nie masz pojęcia czy dzieci są teraz na gimnastyce artystycznej, balecie czy robotyce z nianią.
    No i chodzisz w laciach, a nie w szpilkach od LB.”

    „Teraz skończyłam robić z cebulą. A od środy będziemy u mamy kartofle przebierać i workować. Muszę u kur zrobić porządek, bo aż się prosi. Ale z tym poczekam na brzydką pogodę. To w chlewie spędzę dwa przedpołudnia na ciepaniu gnoju. Wczoraj Tata mi mówi – szczupaka trzeba Madzia złapać z sadzawki.
    Dynie koniem zawieźć, bo na stawach porosły nam dynie giganty. No i grzyby obzbierać.
    Jeszcze te pieroństwo ćmy bukszpanowe zeżarły mi bukszpany i obcięłam. Dziś rano o 6 ej obcinałam i teraz muszę to na stawy wywieźć i spalić, żeby się te gąsiennice nie przepoczwarzyły i nie rozprzestrzeniły.”

    „I jeszcze Karolka mi tu z Krynicy wiadomość pisze – Mamooo!! Uważajcie, bo u nas cyganie grasują, na fejsbooku ludzie ze wsi udostępniali. Powiedz Omie, bo Ona taka urna!
    Taka ufna nie urna!!! Ten słownik mnie po prostu nie rozumie. Jak pisze świniobicie to mi uparcie Świnoujście proponuje!! I tak bym mogła wymieniać bez końca. Mój słownik nie jest ze mną kompatybilny i za cholerę nie wie o czym pisze czy myślę.”

    To zaledwie kropla w wielkim oceanie tego co Madzia do mnie pisze…
    Myśle sobię, że Madzi telefon Jej nie rozumie, bo taki człowiek jak Madzia to wyjątek.
    Ach, jaki wyjątek… Takich ludzi już prawie nie ma.. Żyje lat 35. Znam Ich mnóstwo. A taką Madzię tylko jedną. Czasami mam wrażenie, że żyje w Niej kilkadziesiąt niezwykłych kobiet. Bo jak w jednym ciele i umyśle może się zmieścić tyle energii, charyzmy, dowcipu, ciepła, mądrości, talentu, urody…
    Jak to te człowieka losy się toczą…
    Kto by pomyślał, że pobudujemy się akurat tutaj, że pójdę na fitness do wsi obok i Ona tam będzie…
    Madzia to człowieka, z którym jedzie się zimą w zaprzęgu konnym. W saniach. Po lesie. Mróz pod butami skrzypi. Powozi Jej siostra. Ja z Ewą pod jednym kocem w tych sankach ciała sobie grzejemy.
    A potem jest ognisko i bulion z czosnkiem. Grzane wino w termosach mamy.
    Z ostatnich sanek co rusz spadają dziewczyny.
    Madzia systematycznie dowozi mi ziemniaczki, marchewki, mięsko z tego „Świnoujścia”. Dżemy, kompoty, powidła, smalec, kapustę, pietruszki, kwiaty, czereśnie, jabłka, gruszki… I wymieniać by całe setki dobroci.
    Mam nadzieję Madziu, że może w przyszłym życiu uda mi się „zarobić” na tę przyjaźń z Tobą, bo w tym na pewno nie zdążę…
    Jesteś moją inspiracją, wzorem, motywacją, objawieniem…
    Najbardziej wtedy, gdy podjeżdżasz pod fitness rowerem przy mrozie – 10, a w koszyku masz 60 jajek.
    Albo wtedy, gdy widzę Twoje dzieci i marzę o tym, by moje choć w połowie były tak dobre, mądre, pracowite, pomysłowe…
    Kiedy patrzę na Ciebie, widzę najpiękniejszy ze światów, jaki człowiek może sobie stworzyć dzięki temu jaki jest.

    Wysyłam Ci te wybrane Twoje wiadomości na maila, z zapytaniem czy mogę opublikować i idę robić zupę meksykańską. Z Twoich marchewek.

  • życie, zdrowie i ludzie.

    Moja przyjaciółka pisała ostatnio…

    Najlepsza lekcja pokory, spacer po cmentarzu. Jakub odczytał wiek zgonu z każdego nagrobka. Od 9 miesięcznego dziecka do 95 letniej babci. Wszyscy tam są. 16 i 14 letni chłopiec, którzy zmarli w tym samym dniu- 2/8/ 1965 roku i ojciec i syn, pochowani w tym samym wieku w 30-letnim odstępie czasu, 57 letnia kobieta uśmiechająca się ze zdjecia. Taki przekrój twarzy i dat. Aniołki pucate modlące sie w skupieniu na krawędziach nagrobków, kwiaty, lampiony. I cisza. Niezwykła cisza, bo przecież za murem odgłosy silników, krzyki dzieci, sapnięcia autobusu, zapach obiadu, szczekanie psa i pośpiech, i zakupy, i praca, i telefon. Pranie powiesić, łóżko zaścielić, umyć łazienkę. Dokładniej, lepiej, szybciej. Ubrać się ładnie, modnie, wyjść tu, iść tam, zabłysnąć. A tu pod drzewami starymi, wszyscy uśmiechnięci na porcelanowych fotografiach jakby ktoś im zdjął wreszcie z pleców ten ogromny ciężar spełniania oczekiwań, dostosowania się do wymogów, uczestniczenia, perfekcyjności, bycia zawsze gotowym, zorganizowanym i przygotowanym, odnoszącym sukcesy. Nie mają przymusu bycia szczęśliwym. Mają za spokój, towarzystwo kotów cmentarnych i tę wolność, którą wydawałoby się mamy i my, dopóki nie przyjdzie rachunek za prąd.

    I choć pisze ona o lekkości jaką wydają jej się mieć ci, którzy odeszli, w pierwszej chwili po przeczytaniu pomyślałam o pięknym fragmencie z książki Joanny Jax. Pisze tam, że najważniejsze jest życie. Przede wszystkim trzeba walczyć o życie. Aby żyć. Bo kiedy nie ma życia to wszystko inne jest zupełnie nieistotne.
    Ludzie zaprzestali doceniać fakt samego życia. Jakby miał być niezaprzeczalny i wieczny.
    Choć ze wszystkich stron słychać o jego ulotności i kruchości, to tak jakby czytać zaledwie książkę.
    Zamykasz. Z hukiem i przerażeniem składasz wielką i grubą oprawę, aż wznosi się kurz. Odkładasz i powracasz do swojego życia, które prawdopodobnie przecież nigdy się nie skończy. Bo choć tego nieuniknionego faktu obawiamy się mocno, wręcz z nerwowością, to nie przekłada się ono na jakość bytowania póki życie jest…
    No bo przecież przyjdzie czas… Czas na odpoczynek, na spokój, na książkę, na film, na ogródek, na spacer, na wyjazd, na wiosenne porządki… Czas na spotkania, dawno umawianą kolację, wino.. Przyjdzie czas na ludzi przecież… Już zaraz. Jak tylko dokończę pracę, jak posprzątam dom, jak znajdę siły na upieczenie ciasta, jak tylko będę bardziej wypoczęta…
    Życzyliśmy sobie ostatnio wiele. Na święta, na Nowy rok. Dużo było o najważniejszym zdrowiu. Było o spokoju, celebracji, spełnieniu… Mało jednak było o ludziach.
    Bo kiedy jest już to życie – najważniejsze, a zaraz po nim zdrowie. To każde inne życzenie staje się ważne zaledwie na moment, jeżeli nie mamy wraz z sobą ludzi. Człowieka jeśli mało.
    Prawdziwego, szczerego, bezkonfliktowego.

    Rok który minął był dla nas niezwykle łaskawy. Dał nam dużo dobrego. Wręcz wspaniałego.
    Ale to co pokochaliśmy wszyscy bezsprzecznie i co okazało się w życiu jedną z wartości największych, to życie z sąsiadami.
    Czasami pytamy siebie nawzajem kto mógłby odebrać dziecko ze szkoły. Wszystkie jesteśmy chętne. Potem jeszcze konkurujemy między sobą obiadami, która zrobi lepszy, aby przejąć dziecko.
    Dzieci odbieramy sobie często. Po szkole, z zajęć. Wystarczy zapytać i któryś z sąsiednich domów, a najczęściej wszystkie, są gotowe do pomocy.
    Kiedy wracam z pogotowia, pytają od razu czy wziąć mi dzieci, abym mogła poleżeć i odpocząć. 
    Wigilię sąsiedzką robimy na osiemnaście osób. Każdy wygląda pięknie. Niosą przez pola gary pełne zupy, ryb, kapusty. Kiedy wychodzą po północy, okazuje się, że nie ma co sprzątać, bo zanim zamknęli nasze drzwi to sprzątaliśmy wszyscy. 
    Kiedy sąsiadka ma urodziny, których nie wyprawia, wchodzimy dzięki ukrytemu przez męża kluczowi, dmuchamy balony, nastawiamy piekarnik, kroimy ciasta, wieszamy transparenty.
    Między tym wszystkim plączą się dzieci. Które żyją swoim sąsiedzkim – zżytym światem.
    Ociera łzę kiedy otwiera drzwi i nas widzi. Mamy sztuczne ognie i świeczki w torcie.
    Latem przy ogniskach Tatowie zasypiają z dziećmi. W piątkowe wieczory nasi mężowie oglądają filmy do piątej nad ranem. Choć od dwudziestej trzeciej już śpią… Ale podobno oglądają. Niech Im będzie.
    Wiemy gdzie u którego sąsiada pochowane są talerze, sztućce, formy na ciasto i worki na śmieci.
    Wiemy, które dzieci co lubią jeść, które na co są uczulone. Które są doskonałe w danej dziedzinie, a w której czują się gorzej. Kiedy siedzimy w tej swojej sąsiedzkiej licznej rodzinie przy stole i woła dziecko, wstaje ten kto ma najbliżej, niekoniecznie ten kto urodził..
    Wspólnie wracamy z balu Andrzejkowego. I choć droga powrotna ma kilometr, idziemy dwie godziny.
    Niesiemy głośnik i tańczymy. „Mówiono o nim King” śpiewamy wszyscy.
    Na bal z Koła Gospodyń Wiejskich też idziemy wszyscy. Na nogach przez pole. Muszę zapytać dziewczyn co ubierają…
    W letnie wieczory, bez umawiania zbieramy się na podwórkach. Ktoś przyszedł po swoje dziecko, Ktoś akurat przywiózł pływak do basenu, Inny wracał ze spaceru.. Z niczego zawsze robi się nam coś wspólnego..
    Z niczego ogniska i grille. Każdy przynosi co akurat ma. Czasami wystarczy pyszna kawa i popcorn dla dzieci. Siedzimy na tarasach, na schodach, w kuchniach, salonach, podłogach dziecięcych pokoi..
    Rozmawiamy codziennie. Pomagamy sobie codziennie. Jesteśmy razem codziennie. Choć każdy z nas tak zupełnie inny. Nie łączą nas interesy, nie łączy nas przeszłość, nie łączą więzy krwi. Łączą nas bliskie łąki pomiędzy naszymi domami. Czasami mężowie wykoszą, innym razem lecimy po wysokich trawach..
    Nie ma kurtuazyjnych pytań, podziękowań… Wszystko jest szczere, prawdziwe i bezpośrednie.
    Dzieci jedzą tam gdzie akurat w porze obiadu ich poniosło. Wspólnie trzymamy kciuki za swoje sukcesy, wspólnie biadolimy nad porażkami.
    Słyszę z którego podwórka śmieją się akurat nasze dzieci.
    Taczki, drukarka, pudry, bus, sanki, brytfanki są wspólne. Ale wspólne przede wszystkim stają się ręce.
    I nie ma tak pięknego spokoju, którego nie chciałabym aby zmącił mi Ktoś z moich sąsiadów.
    Mogę stać wtedy w podartym, brudnym dresie. Bez makijażu i niezbyt urzekającą cerą. Mogę mieć przepełniony zlew i piach w przedpokoju.
    Razem obchodzimy urodziny, święta, uroczystości, karnawał…
    Wiemy kiedy nas nie ma i gdzie wtedy jesteśmy.
    Kiedy w sylwestra mój mąż pracuje do północy, nasze dzieci świętują u sąsiadów. Bo mięliśmy iść zaledwie na chwilę.. Ale w tych tłustych włosach i koszulce brudnej od masła zostałam, bo wyjść nie pozwolili.
    Rozchodzimy się często po północy. Wtedy niesiemy te nasze śpiące dzieci na rękach. I idziemy wspólnie przez pola. Czasami w miejscu rozstania stoimy jeszcze długi czas.
    Wszystkich nas bawi to samo. Wszystkich nas to samo przeraża. Każdy z nas o to samo dba, zabiega i czasami walczy. Kiedy zaczynamy się śmiać na którymś z tarasów naszych domów, to śmiech niesie się przez łąki i między drzewami…
    Potem wracając do domu zbieramy z tych łąk i drzew tę radość. Starcza na kolejne dni i na każde wyzwanie… Bo dajemy sobie siłę. Kiedy masz świadomość ludzi, przy których możesz być prawdziwa, ludzi, którzy zrobią wszystko aby Ci pomóc, wesprzeć, albo po prostu obok być, to okazuje się, że wielkie przygody tego świata tracą na swej barwie i sile…
    Odprowadzamy się i o dziwo zawsze mamy po drodze.
    Może są na tym świecie piękne miejsca, w których z okna rozciągał by się widok ujmujący moje serce..
    Ale moje serce już wie, że ludzie, których ma się obok siebie, to największa wartość i najbardziej niezwykły widok na tym świcie… Kiedy otwieram drzwi i widzę Ich twarz, albo gdy stukają w kuchenne okno..
    Lub gdy machają na powitanie.
    Teraz już wiem, że życie jako pierwsze. Potem zdrowie. I ludzie.
    Kiedy piszę te słowa widzę jak sąsiadka idzie z psem. I uśmiecham się sama do siebie. Lubię ten widok.
    Ktoś powie, masz szczęście. Tak, dużo tego szczęścia. Ale przede wszystkim aby ich mieć, trzeba do tych ludzi wyjść. Wyciągnąć rękę. Powiedzieć słowo. Jeden okaże się zupełnie nie tym kogo szukamy, a drugi zostanie nam na życie..
    Więc zanim przyjdzie nam do nagrobków cmentarnych, to aby znośniej było..
    Trzeba wyjść. Niedaleko. Czasami wystarczy przed płot.
    Póki jest życie…

     

  • filmowy czwartek

    Ostatni raz zdarzyło mi się to w roku 2005. Pamiętam jak chwilę przed odlotem na Cypr pędziłam jeszcze do kina, aby obejrzeć piąty raz „Dumę i Uprzedzenie”. Wiedziała, że gdy wrócę to już w kinach go nie będzie.
    A to był film, który mnie zachwycił. To była wizualna rozkosz. To jak ta kamera płynęła, kadry, zwolnienia, spojrzenia.
    Od czasu tego kina i roku 2005 obejrzałam go może jeszcze z 20 razy.
    Znam każde zdanie, ruch prania na sznurkach, kroki po podwórkowym błocie…
    I tak też teraz pierwszy raz od tych 13 lat poszłam do kina kilka razy na ten sam film.
    Oczywiście w dzień premiery, bo czekałam na niego długo przed nią.
    Płakałam oczywiście ja, Beatka i Ewa. Rozdawałam tylko chusteczki.
    Na kolejny dzień poszłam z Adasiem, a potem jeszcze z Mamą, siostrą i siostrzenicami.
    Za każdym razem płakałam tak samo. Ale już pominąwszy kobiecy płacz…
    Tutaj również moje zmysły wzroku zostały maksymalnie zaspokojone.
    Ujęcia, ubrania, wnętrza, dialogi, muzyka, aktorzy..
    Ja byłam zachwycona każdym detalem.
    Wiadomo, że Bradley Cooper skradł moje serce. Jego włosy, zmarszczki i ten głos kiedy mówi!
    Miłość Taty do córki. I przede wszystkim miłość kobiety do mężczyzny. I „piękna” walka z nałogiem (scena gdzie Gaga próbuje go posadzić pod prysznicem).
    Mam swoje ulubione sceny, kiedy Bradley wodzi palcem po nosie Lady Gagi.
    Kiedy Ona pędzi na ten jego pierwszy koncert, to takie jak marzenie każdej nastolatki.
    Każdy kadr w tym filmie, zbliżenie, lub niedbale poprowadzona kamera jest dla mnie genialna.
    Lubię dialogi w tym filmie. Prawdziwie ludzkie rozmowy. Język życia.
    Lubię żart –  niewymuszony. I przede wszystkim lubię trzy rozmowy..
    Przytoczę mniej więcej. Mężczyzna, który ma szczęśliwą rodzinę mówi do swojego przyjaciela, wiecznego rock and roll’owca….
    „Wyruszasz w podróż. Wypływasz na wielkie morze. By dobić do celu jaki sobie wytyczyłeś.
    Po drodze zatrzymujesz się w jakimś porcie. Jest fajnie, więc zostajesz na dłużej.
    A po jakimś czasie okazuje się, że jest tak dobrze, iż nie pamiętasz jaki był pierwotny cel Twojej podróży.
    Zapominasz po co płynąłeś.”
    Tak jest często z życiem. Kiedy odkrywamy, że stabilizacja, spokojny dom, rodzina, to jest ten port. I kiedy się w nim znajdujemy, to nikogo już nie obchodzi co jest za wzburzonymi falami, następnymi klifami.. Ale tylko wtedy, gdy ten dom i ta rodzina jest szczęśliwa. Kiedy wszyscy w niej czują się dowartościowani, potrzebni, spełnieni, kochani.
    Drugi z dialogów mówi o karierze. Kiedy Ally grana przez Lady Gagę zaczyna gubić samą siebie i produkuje piosenki, które będą się aktualnie dobrze sprzedawać i których wymaga od Niej menadżer. Która zapomina o swojej wyjątkowości i oryginalności.
    „Musisz zajrzeć w głąb siebie, inaczej szybko się im znudzisz”.
    Bardzo dużo myślałam o tych słowach. Patrzę na wiele „gwiazd” mediów dzisiejszych czasów.
    I choć każdy może przeżyć życie po swojemu, gdy nie czyni drugiemu krzywdy, tak myślę sobie, że fajnie, gdzieś pod koniec, spojrzeć w tył i być dumnym i usatysfakcjonowanym z tego, co się tam w życiu dłubało i lepiło..
    Na koniec piękne zdanie, że muzyka to nic innego niż te same wciąż oktawy. Kończysz i zaczynasz od nowa. I każdy z muzyków posługujący się tymi samymi „narzędziami” może pokazać jak on widzi swoje…
    I tak jest ze wszystkim. Z alfabetem, który ma ograniczoną ilość znaków, a każdy z nas może pokazać jak te słowa widzi. Każdy z nas ma te same produkty a zupełnie inne ciasto upiecze…
    Narzędzia każdy z nas może posiadać te same. Tylko od nas zależy jak je ułożymy, połączymy, wykorzystamy….
    Zdecydowanie film, który porwał mnie bez reszty i zachwycił w całości. Zwariowałam swojego czasu na jego punkcie. Te kowbojki, skórzane kurtki, kapelusze… 
    Choć moja przyjaciółka stwierdziła, że najgorszy jaki w życiu widziała. No bywa i tak 🙂

    Czy Ktoś z Was czytał „Genialną przyjaciółkę” Eleny Ferrante? Ach! Wybitna powieść!
    HBO GO pokusiło się o zrealizowanie tej książki. A wiadomo jak bywa z realizacjami książek..
    Mało kiedy potrafią  sprostać wyobrażeniom czytelnika..
    Kłaniam się słuchajcie najniżej jak potrafię.
    Niewyobrażalne jak można zgromadzić do nagrania taki ogrom talentów?!
    Przecież te osiem odcinków to było dla mnie zjawiskowe widowisko.
    Neapol lata 50 te. Te auta, budynki, podwórka, sukienki, buty, książki, naczynia, sklepy, ulice, autobusy, plaże… Ja myślałam, że moje oczy nie nadążą. To tak jakby Ktoś postawił Ci miskę z pyszną zupą, ale powiedział, że czas jej jedzenia się skończy. I ty jesz łapczywie, szybko.. Tak moje oczy wodziły po ekranie. Chciałam zobaczyć każdy szczegół. Zapamiętać. Schować w głowie.
    Nie ma tam przypadkowych scen, rekwizytów.
    Aż nie do uwierzenia, że Ktoś stworzył to jako plan filmowy. Dla mnie to przeniesienie w czasie jest doskonałe, olśniewające i spektakularne w swojej prostocie.
    W morzu tanich produkcji, przelatujących przez nasze życie bez żadnej większej wartości, ta produkcja jest arcydziełem. Tylko ten film trzeba smakować. W spokoju. Ciszy. Tu każda scena jest ważna…


    A na koniec zostawię Wam wybitny spektakl Izabeli Cywińskiej z nieprzeciętną rolą Gajosa i Radziwiłowicza. Według powieści Myśliwskiego „traktat o łuskaniu fasoli”. Ich tembr głosu, walor językowy tej powieści, detale, czy nawet milczenie jest wyjątkową lekcją o życiu. Jakiej dzisiaj trudno szukać, bo mało już gdzie jest… A jak jest, to spieszy się nam aż nazbyt aby wysłuchać…
    Dlatego, polecam. Jeżeli Ktoś od życia chciałby więcej sztuki czy dobrego słowa, niż w najnowszym wydaniu plotkarskiego czasopisma…
    Saksofon. (kliknijcie w zdjęcie a przekieruje na film.)