Wszystkie posty w kategorii słowa

  • „bilet”

    Cytując Hagrida – „Co ma być to bedzie, a jak już będzie to trzeba sie z tym zmierzyć .”
    Cytując moją Mamę – „Przyjdzie czas, będzie rada.”
    A w tym czasie mam Was i Wasze wsparcie, które przerosło jakkolwiek moje wyobrażenie…
    Wszystkie zostawione przez Was komentarze, ciepłe myśli, dobrą energię chowam głęboko w sobie.
    I biorę je na podróż tego co nadejdzie.
    Od dziewięciu lat idę z Wami przez moje życie, zupełnie nie spodziewając się te kilka lat temu, że tak się ten los blogowy potoczy… Nie jesteście moimi anonimowymi czytelnikami. Jesteście częścią, jedną z najpiękniejszych części mojej historii. Tworzycie mnie i moje słowa. Dla Was powstaje i siadam przed ekranem aby napisać kolejny post czy książkę. Dla moich dzieci i dla Was.
    Jesteście moim filarem motywacji, wiary, chęci, poczucia sensu tego co robię.
    Dziękuje za każde Wasze słowo.
    Choć czy słowo „dziękuje” nie wydaje się być zbyt małym i kruchym przy Waszej sile jaką mi ofiarowaliście…?
    Oddaje Wam więc moje serce.

    Nie chciałabym zaniedbywać bloga.
    Dlatego dziś zostawię Wam coś, co napisałam jakiś czas temu.
    Chciałabym pracować nad zbiorem opowiadań. Stworzyłam dwa. Ale teraz pójdzie mi to wolniej niż przypuszczałam. Jednak czy coś to zmienia? Zupełnie nic. Widocznie jeszcze nie ich czas. Albo będą sobie płynąć spod moich palców powolutku. I to też ma sens. Może i większy.
    Jedno z owych opowiadań nosi tytuł „bilet”. Zostawiam Wam jego początek…

    „bilet” (przed korektą redakcyjną.)

    Lód jaki zebrał się na chodniku, uniemożliwił całkowite otwarcie głównych drzwi prowadzących do hali dworca centralnego. Każdy kto nimi wchodził, musiał mocno się natrudzić, aby przecisnąć przez nie siebie jak i nieraz grubszy od siebie bagaż. Patrzyłam długo na tę tworzącą się kolejkę do wąskiego przesmyku.
    Dopiero zapowiedź pociągu do Warszawy spowodowała, że ludzie przyspieszyli i zrobiło się cicho.
    Wtedy też pojawił się sokista z ostro zakończonym szpadlem i zaczął rozbijać lód.
    Nie czekając aż skończy, przecisnęłam się jak wcześniej pozostali i weszłam do budynku.
    – Poproszę jednej ulgowy do Gdańska. – powiedziałam i zaczęłam szukać w bocznych kieszeniach plecaka portmonetki z legitymacją i pieniędzmi.
    – Proszę. – kasjerka przesunęła bilet w moją stronę, po czym zimnym tonem dodała – opóźniony dwie godziny.
    – Dwie godziny?
    – Dwie. Przecież powiedziałam.
    Złożyłam bilet na pół i wsunęłam do kieszeni. Widać było, że zima sparaliżowała nie tylko mój pociąg, bo poczekalnia była pełna. W powietrzu unosiła się woń wilgotnych kożuchów i płaszczy, które latami zbierają zapachy swoich właścicieli i szaf. Unosiła się też para z otwartych termosów.
    Wypatrzyłam wolne miejsce na ławce, pomiędzy śpiącą kobietą, której broda zatopiła się w wysokim kołnierzu i kraciastym szalu, a starszym mężczyzną, który natomiast siedział bardzo przytomnie wpatrując się w swój bilet.
    – Pociąg do Warszawy odjedzie z peronu drugiego. Proszę odsunąć się od torów – słychać było nawoływanie z głośników.
    Zaczęłam kręcić się i rozpychać w celu wyciągnięcia książki z dna plecaka. Kto pakuje na podróż książki na samo dno? – pytałam siebie w myślach.
    Kiedy już usadowiłam się wygodnie, włożyłam plecak pod ławkę i otwarłam książkę, na jej wysokości ukazał mi się bilet, który starszy pan trzymał w dłoniach.
    – To jest Pana pociąg! – krzyknęłam przestraszona, a on aż się wzdrygnął. Pani z boku nie wzruszyło to ani odrobinę, a jeszcze bardziej zapadła się w szal.
    – Ach Panienko, pociągów to ja nie mam jeszcze swoich, a do tego miałem jedynie wsiąść. – odpowiedział spokojnie, nie spuszczając wzroku z biletu. Po czym dodał – Choć gdyby tak się zastanowić, to można by patrząc z boku powiedzieć, że pociąg to ja miałem do kobiet. Szkoda tylko, że wciąż się wykolejał.
    – Ja pomogę Panu zanieść te walizkę, zdąży Pan jeszcze! – znowu krzyknęłam rozgorączkowana, jakby co najmniej rozchodziło się o mój pociąg do raju.
    – Ja się w życiu tyle nadźwigałem, że i te torbę bez wysiłku uniosę.
    – To czemuż Pan nie jedzie?
    – Bo tyle głupstw w życiu zrobiłem, że boję się kolejnego. A życia mi nie za wiele już zostało, to może udałoby się jako dożyć do końca w tym względnym spokoju.
    – No ale bilet jest, torba spakowana, na co to czekać? Trzeba jechać! – Nie odpuszczałam.
    – Jechać to trzeba było w dwudziestym dziewiątym. – mówi i siedzi niewzruszony.
    – A nie pojechał Pan? – pytam bez sensu, bo już przecież mi odpowiedział, ale mój mózg stoi na peronie i widzi ten odjeżdżający pociąg do Warszawy…
    – A trzeba było. – stwierdza i pierwszy raz odrywa wzrok od biletu i spogląda mi w oczy.
    – To może teraz też trzeba?! – nieświadomie podnoszę głos i siebie, jakby gotowa do poderwania, złapania tego bagażu i krzyku, aby jeszcze moment się wstrzymali z tym odjazdem…
    – A ja wiem? Czy to tak jedna rada na każdą sytuację pasuje…
    – Odjechał. – stwierdzam fakt widząc przez szybę mlecznego baru, jak ostatni wagon ginie za łukiem.
    Czuje się pokonana. Co najmniej jakbym otwarła tę książkę, którą wciąż trzymam na kolanach i brała udział w spektakularnym pościgu z ostatnich stron.
    – Odjechał. – potwierdza nadal spokojnie – tak myślałem, że zabraknie mi odwagi.
    – No cóż. – jest mi przykro i sama nie wiem dlaczego. Mało tego, mam wrażenie, że czuję do niego żal.
    Jakby nie wykonał mojego zadania.
    Wciąż siedzi nieruchomo i nadal patrzy w ten cholerny bilet. Widząc, że nie spieszy mu się do domu, zaczynam czuć natychmiast współczucie. Boże! Co za huśtawka nastrojów spowodowana nieznajomym starcem w tym zimowym dworcu kolejowym.
    – Przyniosę herbatę. Napije się Pan? – pytam, mając świadomość, że jego pociąg już odjechał, a mój będzie za dwie godziny. Mam wrażenie, że nikomu z nas się już nie spieszy.
    – Poproszę. – odpowiada i znowu na mnie patrzy.
    Kiedy próbuję się wydostać spod śpiącej Pani z prawej, On wyciąga w moim kierunku rękę i na tej otwartej dłoni podaje mi drobniaki na herbatę.
    – Nie trzeba, ja zaproponowałam i ja płacę. – uśmiecham się do niego i chyba robię to pierwszy raz.
    – Stawia mnie to w niezręcznej sytuacji, ale podobno kłócić się o płatność nie wypada. Zatem zostawię ten temat. Za to proszę – wyciąga do mnie tym razem banknot – aby do tych herbat po seteczce nam wlali. Pije Panienka? Może tak na rozgrzanie chociaż? – i teraz on też pierwszy raz się do mnie uśmiecha.
    – Niech będzie. – Biorę banknot i całą drogę idąc w stronę baru uśmiecham się dość szeroko i szczerze.
    Kiedy czekam na zamówienie, przechodzi mi przez głowę myśl, że może  ta rozmowa wniesie więcej ciepła niż ta setka wódki i para oddychającej, pełnej poczekalni…

    Zanim usiądę na swoim miejscu podaję mu kubek pełen wrzątku. Swój odstawiam na podłogę.
    Odwijam zbyt długi, czerwony, wełniany szalik z frędzlami na końcu i wciskam pod klapę plecaka.
    W końcu siadam, umęczona tymi ruchami w grubej kurtce tak, że czuję ogromny przypływ ciepła.
    – Gdzie Pan nie pojechał? – pytam już śmiało i bez ogródek. Raz, że mnie zdenerwował i czuje jakby był mi coś winien, dwa, że pije właśnie z nim wódkę w herbacie na środku dworca centralnego, a to więcej niż robiłam z połową moich znajomych.
    – Załatwić kilka starych spraw. – bierze pierwszy łyk i zamyka oczy kręcąc przy tym głową i chcąc ukazać jaka to wielka przyjemność.
    – Hmm… -komentuje jakże bystro, bo nie wiem w którą stronę podążać. Czy ciągnąć go za język… bo historia może okazać się miłą na te dwie godziny oczekiwania, ale też i taką, która stanie się udręką pomiędzy chrapaniem tej z prawej, i wyciąganiu spraw spod obrusu tego z lewej. I już nie wiem gdzie chcę być. I jak chcę aby historia ta się potoczyła. Zatem naprawdę bystro upijam wielki łyk wódki z herbatą. Odpowiedź na moje poszukiwania aktualnego bytowania staje się mniej istotna.

    (cdn… w książce.) 

  • oczy

    Jeśli jest na tym świecie wartość, prawda i wyznanie, w które wierzę bezgranicznie , któremu najbardziej
    pragnę podporządkować swoje życie, to karma. Prawo karmy.
    Ile dobrego rozdasz – tyle zbierzesz. Ile dasz 
    światu i ludziom – tyle otrzymasz. Wierzę też, że owa karma może przenosić się z poprzednich wcieleń na te, które mamy teraz, a także to, co uzbieramy w tym życiu, może zostać nam oddane w następnym.
    Wyobrażam sobie, że te dobre uczynki, zbierane podczas żywota, wkładamy do takiego koszyka, który bez wysiłku i niezauważalnie niesiemy wraz ze sobą przez drogę życia. Kiedy zachodzi taka potrzeba, płacimy tym co nazbieraliśmy, za to czego potrzebujemy. Nie wiem ile miałam w swoim koszyku nazbieranej karmy. Ale mam wrażenie, że po tym co mnie spotkało, jest on do cna opróżniony, a co więcej, nadszarpnięte jest nawet jego dno. Wydaje mi się, że w poprzednim wcieleniu musiałam być samym dobrem, bo za tego życia, aż na tyle szczęścia nie zdołałam zapracować… Dlatego muszę jak najszybciej zdrowieć, aby móc uzbierać choć kilka dobrych uczynków na początek, bo z takim pustym koszem karmy, strach rano nogi na podłogę postawiać, a co dopiero głowę za drzwi wychylać…
    Historia ta nie będzie zabarwiana smutkiem i rozpaczą. Będzie okraszona niezliczoną ilością cudów oraz
    opowieścią o wielkich ludziach i Ich ogromnych sercach…

    Od dziecka paliłam w kuchennym piecu. W żeliwnym, a potem kaflowym. W moim rodzinnym domu w ten 
    sposób rozpoczynał się dzień. W zimowe wieczory biegało się do piwnicy dołożyć do pieca centralnego albo rozpalić jeśli było się pierwszym wracającym do domu. Miałam może dziesięć lat kiedy na łopatę nabierałam węgla i wsypywałam do pieca. Na wyrywki wiedziałam, które okienka otwierać, na ile centymetrów aby był  większy cug, luft, czy aby tliło się już spokojnie i szło na grzejniki.

    To był przepiękny dzień. Bezwietrzny. Promienie słoneczne kładły się po górach, wzniesieniach i szczytach i 
    odbijały swój blask na świeżo naprószonym śniegu. W tej wędrówce miało się wrażenie idyllicznego połączenia z naturą. Pamiętam, że zamknęłam wtedy na moment oczy, aby zapamiętać tę chwilę. Później przemknęła mi myśl, że piękny obraz gór zabrałam na swoją podróż w ciemność, która zaczęła się kilka godzin później.
    Przez długi czas byłam pewna, że nie chcę opowiadać tej historii. Dziś wiem, że jest jedną z 
    najważniejszych części mojej życiowej opowieści.
    Ostatnio słyszałam, że najważniejsze w życiu, co człowiek 
    może mieć, to opowieść.
    A ta jest moją.
    Przeszła mi też taka myśl przez głowę, (bo miałam ich niezliczoną 
    ilość. Nie wiem nawet czy przez całe swoje życie zdążyłam przemyśleć więcej, niż wtedy, podróżując w swojej ciemności…) że może dobrze, iż zdarzyło się to akurat mnie… Znam swoją siłę i odporność na ból. Może gdyby wydarzyło się to którejś z dziewczyn, w ten babski weekend, historia byłaby o wiele gorszą…
    Nie byłam też pijana. Mam chorobliwy lęk przed utratą kontroli. Ta właśnie czujność i przezorność kazała mi sprawdzić kominek. Otworzyć wlot powietrza pod szybą, spojrzeć na boki komina, czy nie ma ich więcej. Dlatego to, co wydarzyło się tamtego wieczora nie było głupotą, a tylko zbiegiem pechowych okoliczności. Okoliczności, które mogły zakończyć moje życie. I żadnego z tych zdań nie wstukałabym, patrząc teraz na te swoją czarną klawiaturę.
    Skoro dobrze poszło mi w ten dzień z ogniskiem, to wzięłam się za kominek, w 
    którym tego dnia uparcie nie chciało się palić. Polałam płynną rozpałką, zamknęłam drzwiczki, a tam wytworzyły się gazy, niemające gdzie uciec i…
    Kiedy nastąpił wybuch, moja twarz była oddalona od niego piętnaście centymetrów. Kucałam i
    przypatrywałam się wnikliwie czy tam, za tą szybą wznosi się do góry płomień.
    Pamiętam każdą nanosekundę. Przez długi czas, leżąc w szpitalu słyszałam ten dźwięk naprężającej się
    szyby. A potem eksplozja. I ciemność.
    Kiedy analizowaliśmy okaleczenia mojej twarzy domyśliliśmy się, że ta mała odległość uratowała mi życie. Największy płat hartowanej szyby roztrzaskał się na moim czole i skroniach. Dopiero potem te małe kawałki szkła przecięły mi głowę i pokaleczyły twarz, szyję, dłonie.
    Przedziurawiły także szyby w oknach, kilka metrów za mną, jak naboje z wiatrówki.
    Przecięcie głowy, rana blisko tętnicy. Wszystko to w tę jedną sekundę układało się tak, aby nie zabrać mi
    mojego życia, a ja wyciągałam z mojego koszyka, uzbieraną karmę. Rozdawałam jej mnóstwo przez te dwie sekundy podczas wybuchu. Dziękuję losowi też za to, że miałam jej na tyle dużo, aby nikogo nie było obok mnie. Pomimo ogromnej ilości krwi, ran i oparzeń nie czułam żadnego bólu. Nawet przez moment nie interesowała mnie moja twarz i co się z nią stanie. Myślałam tylko o ciemności jaka pojawiła się przed moimi oczami. I ta niczym nie dająca się zatrzymać prośba, aby jeszcze kiedyś móc zobaczyć swoje dzieci. I ten czas. Czas, w którym nie chcesz otworzyć swoich oczu, bo wtedy będziesz już wiedzieć. Wiedzieć na
    pewno. Że jest ciemność. Póki były zamknięte, wciąż tliła się nadzieja. Odsunąć moment tej świadomości.
    I mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę swoje dzieci.
    Od pierwszej chwili wiedziałam, że muszę być oazą 
    spokoju i opanowania. Jestem zadaniowa. Choć w życiu codziennym borykam się z wieloma lękami, tak wiem, wtedy wiedziałam, że tylko moja wewnętrzna siła i brak paniki może mnie w jakikolwiek sposób uratować.
    Od tamtej chwili wszystko jest opowieścią głosów…
    Pamiętam każde zdanie, każdy dźwięk, 
    każdą rozmowę. To niezwykłe jak w jednej chwili, tracąc jeden ze zmysłów, zwielokrotnia się intensywność innego…
    Kilka straży pożarnych pojawiło się w trzy minuty. I to ich specjalne auto jakie zwiozło mnie z tej stromej, oblodzonej góry, na którą trudno było wejść.
    Gdyby nie Oni wciąż zastanawiam się jak dotarłabym do karetki, która czekała na dole.
    Choć minęło tyle czasu wciąż czuję wszystko, gdy zamykam oczy.
    Czuję na twarzy mokre ręczniki, jakie przykładają mi do ran dziewczyny. Czuję ich lęk, a w innych niezwykłe opanowanie. Słyszę moją siostrę, która dzwoni na pogotowie i straż.
    Czuję ich dłonie w moich dłoniach. Słyszę jak szukają moich butów, do kurtki wkładają portfel i telefon.
    Wciąż czuję jak wyprowadzają mnie z domu Strażacy. Zaraz po tym kiedy jeden z nich, pracujący w karetce, otworzył mi oczy i okazało się, że jedno widzi tylko światło, a drugie nic.
    Od tej 
    chwili uświadamiasz sobie, że skończył się czas, w którym wciąż możesz mieć nadzieję, że otworzysz oczy, a przed nimi będzie świat. I ten moment, w którym obcy mężczyźni trzymają cię za ramiona, a ty zdana jesteś tylko na ludzi, których od tej pory spotkasz. W ciemności. W samotności. Bo jest COVID i nikt nie może jechać z Tobą. Całkowicie bezradna. Z wielkim, przerażającym strachem. Idziesz w ciemność i masz
    świadomość, że z niej nigdy już nie wyjdziesz. I cóż z tego, że w kieszeni masz telefon, skoro nie wyciągniesz go i nie zadzwonisz. Bo istnieje tylko ciemność. Nie odblokujesz i nie wybierzesz numeru.
    Kiedy zamykam oczy, słyszę głos Ratownika z karetki z Cieszyna, który przejął mnie, tam na dole, od Strażaków.
    To 
    będzie głos, którego nie zapomnę nigdy w życiu, bez względu na to, ile dane będzie mi żyć. Liczę dni, kiedy będę mogła jechać, odszukać załogę z tej karetki i zamiast podać Im dłoń w podziękowaniu, po prostu z całych sił się do nich przytulić. Bo kiedy leżysz tam, zalana krwią i z podziurawioną twarzą nie masz żadnych atutów. Nie możesz być ładna, rozbrajająca, urocza, ciekawa, charyzmatyczna. Pozostaje tylko atut człowieczeństwa. A jak się okazało, dla Ratowników, którzy po mnie przyjechali, był to atut najistotniejszy z możliwych. Wystarczyło być człowiekiem, aby Oni oddali mi całą swoją empatię, troskę, wiedzę i zdolności… Pamiętam każdy szczegół, każde Ich pytanie. Czy mnie światło nie razi? Zgasili je od razu. Czy mi nie zimno? Przykryli w sekundę. Niezauważalnie wbili wenflon. Z największą delikatnością podpinali sprzęty do badań. I to jak się ze mną pożegnali zostawiając na SORze w Bielsku. Nie zabrakło Im też poczucia humoru. Dobrego poczucia humoru.
    Czasami myślę, że wiara w odzyskanie zdrowia nie zaczyna się od chwili, w której słyszymy podpięty
    pulsoksymetr czy ekg, a od aury Pracowników Służb Medycznych.
    Od Ich zaangażowania. Bo Oni tamtej nocy stanęli na głowie, robiąc rzeczy niemożliwe, abym ja, obcy dla
    nich człowiek, znalazła się jak najszybciej w szpitalu. I choć wtedy, w tej karetce powiedział mi jeden z Nich, że jest pod wrażeniem mojego opanowania i spokoju, tak teraz, gdy Ich odnajdę i się do Nich przytulę, wypłaczę wszystko to, co wtedy powinnam wypłakać.
    Ale wtedy jeszcze nie mogłam. Pierwsza łza spłynęła mi po północy…
    Lecz zanim ona wybiła, zszyto mi głowę, zrobiono testy, zastrzyki. Poklejono na szybko twarz.
    I tam w tym Bielsku, usłyszałam drugi głos…
    Zapamiętujemy ludzkie twarze. To One towarzyszą nam, gdy 
    Ktoś szczególnie zapada w naszej pamięci.
    Ja pamiętam głosy. I dotyk. Widziałam ludzi słuchem.
    Chyba była 
    niska. Jej głos pamiętam blisko, gdy stała przy moim łóżku. I drobna, bo dłoń jaką mnie głaskała wydawała się taka delikatna. Ilość ciepła jaka płynęła z tej kobiety potrafiła zatrzymać na chwilę mój cały lęk i strach. Potrafiła zatrzymać choć na chwilę galopujące moje myśli. Nie wiem ile trzeba mieć uzbieranej karmy, aby akurat taki Okulista miał nocny dyżur, kiedy Ty znienacka pojawiasz się ze swoją ciemnością.
    W tym Bielsku pamiętam też Pielęgniarki. Myły mi ręce, naciskały mydło.
    Jedna z nich, sadzając mnie na toalecie, urwała papier toaletowy, poskładała w kosteczkę i podała do ręki. Wiecie jak ceni się taki czyn, kiedy nie masz pojęcia, w którym kierunku wyciągnąć dłoń…?
    Tydzień przed tym wydarzeniem pisałam na swoim blogu, że pieniądze mogą załatwić wiele, ale to ludzie
    mogą załatwić wszystko. Ta Pielęgniarka, tamtej nocy załatwiła mi papier toaletowy. A wtedy to było
    wszystko.
    Kiedy po badaniach wieźli mnie do izolatki, podeszła moja Okulistka, i jak za każdym razem,

    zaczęła głaskać mnie po ręce. Powiedziała: „Stop! Stop! Dzwonili z Katowic. Biorą Cię do swojego szpitala!”
    To była północ. Wtedy popłynęły mi pierwsze łzy. Bo usłyszałam nazwisko Doktora, który mnie do tych
    Katowic ściąga i wiedziałam już, że mój mąż o wszystkim wie. A dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych…
    Wtedy poczułam się jakby Ktoś powiedział: „Jesteś w domu.”
    To piękne uczucie. Choć spowija cię ciemność, czuć odrobinę spokoju.
    Bo bez względu na to, co nadejdzie, z czym przyjdzie nam się mierzyć, mój mąż mawia, że jak jesteśmy
    razem to wszystkiemu podołamy. I ja do tej pory w to wierzyłam. A teraz jeszcze to wiem.
    Kiedy moje dzieci dziś mówią o superbohaterach w pelerynach, ja wtedy widzę mojego Doktora, który zrobił wszystko, aby pomimo Jego nieobecności na dyżurze, w niedzielę rano operowali mnie najlepsi.
    Było też śmiesznie. Nawet wiele razy podczas tej nocy czy kolejnych dni, ale nie jestem jeszcze w stanie
    tego wszystkiego napisać. Już teraz piszę tego posta trzeci dzień. Muszę zakrywać jedno oko, aby trafiać w litery, w które chcę trafić. A oka zakrywać nie powinnam, bo mózg wyklucza je z patrzenia. A my chcemy je do życia przywrócić, a nie wykluczyć.
    Jako, że mam mdłości po całkowitym uśpieniu, to moja Anestezjolog 
    chciała stanąć na wysokości zadania i uśpić mnie tylko miejscowo z dodatkiem „głupiego jasia”.
    I jak już 
    błogo mi było i widziałam jakby w oku rozpadające się żółto – czerwone klocki, zaczęłam krzyczeć, że boli…
    Czy mnie to bolało? Nie wiem. Ale to dziwne uczucie kazało mi tak krzyczeć.
    Zatem darłam się:
    – Boli, kurwa, boli!
    – Jak boli? – dopytywał z uśmiechem Chirurg (czułam to, że się uśmiecha).
    – A w chuj boli! – odparłam z przekonaniem, praktycznie nieprzytomna.
    – No to kurwa usypiamy – uśmiechnął się ponownie i poczułam maskę na twarzy.
    Tam podczas operacji moich oczu, pewna Pani Doktor zszyła mi najpiękniej na świecie moje łuki brwiowe. I choć smaruję te wszystkie blizny maścią, to chciałabym aby odrobina tych blizn została. Bo one są dobrym wspomnieniem. Wspomnieniem kwintesencji życia – bez ludzi nie ma nic.
    W mojej sali naprzeciwko pielęgniarek, stały cztery łóżka. Ale byłyśmy we dwie. Jeszcze wtedy.
    I kiedy położyli mnie tam o szóstej rano w tę sobotnio – niedzielną noc, a zaraz potem otworzyli drzwi, aby szykować mnie do operacji, usłyszałam z łóżka na przeciwko głos:
    – Cześć, ja jestem Ania, a Ty?
    Wydawałoby się, że koszyk z moją karmą jest już pusty, ale on jeszcze nawet w połowie nie został opróżniony – można by myśleć – biorąc pod uwagę, ile jeszcze dobra na mnie czekało.
    Ania była cudownym człowiekiem, już Babcią.
    Nie wiem, nie wiem naprawdę co uczyniłam w poprzedni wcieleniu, bo trudno mi uwierzyć
    w to, że nie był to film i podstawione anioły.
    Ania powiedziała w niedzielny wieczór tak:
    – Wiesz, mieli mnie operować w czwartek. Z czwartku przełożyli na piątek. A potem z piątku na
    poniedziałek. Wkurzyłam się, ale ja już wiem dlaczego tak się stało. Tak miało być. Ja tu miałam na Ciebie czekać, aby móc się Tobą opiekować Kwiatuszku.
    A opiekowała się mną najpiękniej. Jakby była moją Mamą. A w chwili, w której zaczęła się o mnie troszczyć wiedziała tylko tyle, że mam na imię Julia. Bo nadal nie miałam żadnych atutów. Tylko
    swoje człowieczeństwo. A Ona miała swoje. I to wystarczyło, aby troszczyć się o moje życie.
    Bo choć dziś widzę mniej wyraźnie, to świat widzę o wiele lepiej. Więcej w nim dostrzegam 
    szczegółów. Pielęgniarki zmieniały się zdecydowanie zbyt szybko. Nie udawało mi się nimi wystarczająco
    nacieszyć. A od każdej chciałoby się spod fartucha wyciągnąć kawałek Ich serca i wziąć ze sobą do domu. Bo te serca miały ogromne.
    To jest morze opowieści. Nie! To ocean opowieści o Ich cierpliwości, wytrwałości, chęciach i niesłabnącym zaangażowaniu z dowcipem w tle…
    Ten szpital to czas zasłyszanych rozmów. To czas, w którym godziny odmierzały kroki i dźwięki.
    A potem moje myśli.
    Pamiętam chwilę przed operacją, jak Ktoś stanął w naszej sali przy oknie i powiedział:
    – Co za pogoda?? Taka śnieżyca!!!
    Pomyślałam wtedy jak bardzo chciałabym na tę śnieżycę patrzeć. I że nic, a nic by mi ona nie
    przeszkadzała. Mogłoby padać nawet do lipca. Oby tylko widzieć to, co za oknem.
    Myślałam też o tym, że zaledwie kilka dni wcześniej zastanawiałam się jak to będzie, gdy mojemu synowi
    przyjdzie zaczynać pierwszą klasę w trybie on-line…? Jak mu wytłumaczyć, że trzeba się skupić. Ileż
    samemu dopomóc w nauce… I w tym szpitalnym łóżku, leżąc w ciemnościach zapragnęłam jednego, abym mogła przeczytać mu zadanie z podręcznika. To było moje jedyne, największe marzenie. Móc przeczytać polecenie w podręczniku dla pierwszoklasisty.
    Czy mnie coś w tym szpitalu przeszkadzało? Nie. To było wspaniałe miejsce. Ciepłe.Bezpieczne.
    Myślałam o tych, którym na wojnie wybuchały bomby i raniły tak samo twarz i oczy. Potem z tym bólem, strachem i kalectwem zabierani byli do niewoli. Tam w mrozach, głodzie, pogłębiających się
    cierpieniach umierali, wcześniej dogorywając w nieludzkich warunkach. Albo jakimś cudem dochodzili do siebie, aby potem w swojej nieuleczonej ślepocie tkwić w tej wojnie nie tylko pomiędzy krajami, ale i w
    osobistej walce z codziennością.
    Ja leżałam w wygodnym łóżku, w czyściutkiej pościeli. Pod dwoma kołdrami, bo po operacji było mi zimno. Miałam podawane kroplówki, zastrzyki, krople. Obok była Pani Ania. I cały sztab znakomitej Służby Zdrowia. I choć wciąż leżałam w ciemności, czułam się bezpiecznie.
    Mój mąż wykupywał mi audiobooki, a ja nie mogąc spać całe noce, wsłuchiwałam się w te opowieści.
    Pod 
    ciepłą pościelą, serdecznego, skąpanego w nocnej ciszy szpitala.
    Głosy Pielęgniarek podpinających mi o świcie kroplówki mogłabym przyrównać do jednego
    z najpiękniejszych, wiosennych ptasich koncertów przy naszym lesie. To takie dźwięki, które dają podobne odczucia – błogości, spokoju i wdzięczności.
    Tu gdzieś należałoby zamykać tę historię. Łapać w klamrę. 
    Powoli tworzyć zdanie, które nada tej opowieści przesłanie.
    Ale choć była to moja opowieść, tego gdzie byłam wtedy ja, druga działa się tutaj. W domu.
    I nie wiem jak mogła taka powstać, bo koszyk z karmą ma już wydarty na dnie ratanowy splot.
    Tę opowieść zacznę od tego, gdy nagrałam wiadomość na telefonie…
    „Madziu, dziś wychodzę ze szpitala. Marzą mi się dwie rzeczy. Pierwsza to zobaczyć swoje dzieci, a druga to zjeść Twoje tiramisu z truskawkami.”
    Za dosłownie minutę dzwoni mój mąż i mówi, że przed chwilą była Madzia i przywiozła mi pełno pyszności.
    I możecie mi wierzyć albo i nie, ale tak dosłownie wygląda moje życie.
    Potem siedziałam wygodnie na kanapie z tą wielką misą tiramisu i jadłam wielką łyżką.
    Ale ta część historii zaczyna się jeszcze wcześniej.
    Zanim nastało południe po nocy feralnego wybuchu, moja Mama była już w moim domu.
    Tuliła moje dzieci, przed którymi wszyscy ukrywali wtedy jeszcze prawdę.
    A wtedy prawda była najgorsza. Rokowania mojego wzroku dramatyczne.
    Nasz Okulista w pelerynie bohatera informował o wszystkim bezpośrednio mojego męża.
    Ale ja żyłam w swoim świecie. W którym miałam rozrysowany cały plan życia i tego jak żyć, aby nie być dla dzieci kulą u nogi. W pierwszej fazie swojej ciemności myślisz o tym, że nie zobaczysz Ich w odświętnych strojach na szkolnych uroczystościach. Nie zobaczysz jak się zmieniają. Nie będziesz grać z nimi w piłkę i w chowanego. Ale potem przestajesz myśleć o tym co wzrusza, a zaczynasz twardo stąpać po ziemi. Myślisz, kto odbierze ich z popołudniowych zajęć, a kto ze szkoły. Kto ugotuje im obiad. Myślisz tylko o tym, jak nauczyć się żyć w takiej formie, aby Twoje dzieci nie przestały być szczęśliwe.
    Moja siostra opowiadała mi potem, że gdy zabrała mnie karetka, wpatrywała się całą noc
    w dachowe okno i myślała, że to niemożliwe, że miałabym już nigdy nie ujrzeć nocą gwiazd?
    Ale ja o tym co miałabym zobaczyć myślałam mało, a może wcale. Myślałam tylko o dzieciach.
    W opowieści jaka toczyła się w moim domu jest ogrom miłości i wsparcia.
    W moim domu kiedy ja jestem w szpitalu, jest rodzina, są moi sąsiedzi, przyjaciele. Niezliczona ilość ludzi.
    Kiedy wracam, dom lśni czystością i tonie w kwiatach. Moja Mama wyszykowała mi wszystkie skrzynki
    ogrodowe na wiosenne sadzenie. Zanim wróciłam Mama zapytała mnie czy chce pokazać się dzieciom czy
    wolę, aby zabrała je do siebie przed moim powrotem…
    Bardzo chciałam je zobaczyć i chciałam, aby One zobaczyły mnie.
    Mój wygląd przerażał. I kiedy spostrzegłam strach w oczach syna, przeszła mi przez głowę myśl, czy decyzja owa była słuszna. Dziś wiem, że tak. Codzienność moich dzieci jest wielką sielanką, a ja chcę aby wiedziały o życiu coś więcej. Że bywa i takie. Nie tylko w przestrogach czy telewizji.  Aby wiedziały, że nasz świat nie jest tylko spokojny i beztroski. Aby wiedziały, że choć Ich rodzice mają wielką siłę i moc, tak nie są nieśmiertelni. Że nic nie jest nieśmiertelne.
    Ale chce też, aby wiedzieli, że póki śmierć nie przyjdzie – mamy wybór.
    Mamy wybór pomiędzy siłą, wiarą i wdzięcznością, a zniechęceniem, rezygnacją i żalem.
    Dostałam w tej chorobie piękną paczkę i list od mojej czytelniczki. Pisze Ona w nim, że spotkała kiedyś
    księdza, który wkurzał się gdy ludzie życzyli sobie zdrowia. Nie dlatego, że go nie cenił, tylko powtarzał, że cóż z tego, że człowiek ma zdrowie, a nie ma nadziei…
    A ja zawierzam właśnie tylko nadziei. W niej 
    pokładam swoją siłę.
    Nasz Okulista w pelerynie bohatera mówi, że jeśli wzrok wystarczająco nie odbuduje 
    się do roku, to czeka nas plan b, czyli przeszczep.
    A ja mówię: „No i dobra! Czekamy. I czas pokaże co dalej. Razem damy radę ze wszystkim.”
    Każdego dnia budzę się rano i odnajduje w sobie nowe pokłady siły i humoru. Zaraz po nocy, w której
    nachodzą mnie lęki i budzę się co chwila, aby otworzyć oczy i sprawdzić, czy coś widzę…
    Po tym doświadczeniu rodzą  się w człowieku dwojakie uczucia. Pierwsze z nich to wielka gloryfikacja życia. Każdej jego chwili. Z większą uwagą zakładasz dziecku włosy za ucho i dłużej przytrzymujesz usta na jego czole. Natomiast drugą jest przerażający lęk. Uświadamiasz sobie, że tragedia i utrata zdrowia nie jest już tylko powtarzanym frazesem, a faktem który przychodzi znienacka. Wszystko to staje się namacalne. I ulotność życia nie jest już tylko przypominaną sobie myślą, która sprowadza Cię do pionu, kiedy zbyt mocno rozbestwiasz się wobec życia.
    Był jeden dzień. Jeden jedyny kiedy pękłam. Pozwoliłam sobie na słabość. Wypłakałam wszystko to, co
    przez ten czas wypłakać chyba powinnam, ale moja siła i pozytywne nastawienie to przyduszały.
    I kiedy spadła mi ostatnia łza, w objęciach męża i sąsiadów, uświadomiłam sobie, że to niezwykły przywilej móc płakać nad swoją chorobą.
    Moje dzieci były najszczęśliwsze u Dziadków i Cioci Justynki. Nie odczuwały tam strachu ani lęku.
    Nie było chwili, aby nie otworzyć drzwi i nie znaleźć przed nimi obiadu, kwiatów, ciast i tortów. Nowych
    ciuchów, które podziurawił mi wybuch, torebek na telefon, abym miała go przy sobie, naturalnych kosmetyków do pozszywanej twarzy i głowy, wód ze srebrem, paczek, listów i kartek od czytelników. Niektórzy potrafili przyjechać sto kilometrów po to, aby postawić mi pod drzwiami kosz z kwiatami i krakowskimi smakołykami.
    Moja rodzinna lekarka dzwoniła i pytała: „Co mogę dla Ciebie zrobić? Jestem do Twojej dyspozycji.”
    dołączyła serce.
    I wciąż, niezmiennie nasz bohater w pelerynie, który odpowiadał na każdy nasz lęk.
    Ale przede wszystkim niewyobrażalne wsparcie. Ilość telefonów jakie odbierał mój mąż każdego dnia z
    troską o moje zdrowie i zapytaniem „ Co możemy dla Was zrobić?” było trudne do uwierzenia.
    Nie było i 
    nie ma wciąż dnia, żebym przed snem nie płakała. Potrafię zalać połowę poduszki łzami. Cichutko, gdy nikt nie słyszy. Nie. Nie z rozpaczy. Z wdzięczności. Wciąż tak trudno mi uwierzyć w to szczęście. Że to życie jest moje. Jak jeden człowiek może mieć tyle dobrego, tyle ludzi dookoła siebie? Jak?
    I kiedy mój mąż mi kropi 
    dziennie dziesiątki razy te moje oczy, to pomiędzy każdą kroplą całuje mnie w czoło i mówi: „Skoro Cię to tak szczypie, to żebyś miała w tym odrobinę przyjemności.”
    To wielki przywilej móc płakać nad swoją 
    chorobą. Bo to znaczy, że mam tylko to jedno zmartwienie. Jeśli  miałabym większe w życiu problemy, niezapłacone rachunki, pustą lodówkę, choroby dzieci, niedołężnych rodziców, męża skurwysyna, to może nie miałabym czasu jako Matka, płakać nad sobą. A ja mogę. To wielki przywilej. Bez względu na diagnozę. 

    Oko lewe już prowadzi mnie przez życie. Pięknie daje rade.
    A to o nie bano się najbardziej, bo nie dało się go zobaczyć przez to, że całe było zalane krwią.
    I dlatego też ja przez te krew nic nie widziałam.
    Oko prawe, po pięknej operacji, zszyciu rogówki, wyciągnięciu tęczówki (czy cokolwiek to było) będzie goić się pół roku. Po tym czasie ściągnięcie szwów. A potem pół roku obserwowania czy jest lepiej. Jeśli osiągniemy 60% widoczności to ja będę szczęśliwa. Jeśli nie będzie poprawy to szykuję się plan b czyli przeszczep. Dziś na oko prawe, jeśli siedzielibyście dotykając mnie kolanem, wiedziałabym, że siedzi obok mnie człowiek, ale nie potrafiłabym określić nawet Waszej płci. Zostanie też prawdopodobnie mniejsze.
    Kiedy nożyczkami tnę sznurek, patrząc na niego prawym i lewym okiem, to robię to kilka razy, bo nie
    trafiam. Kiedy łyżką wkładam śmietanę do garnka, to trafia dopiero czwarta, bo trzy wrzucam obok. Śmieję się z tego, gdy to opowiadam, bo jeszcze chwilę temu miałam ten strach, że nigdy Im nic nie ugotuję…
    Zatem czym są trzy łyżki śmietany na kuchence? Tylko wielkim szczęściem od losu.
    Twarz i rany na ciele goiły się, mieliśmy wrażenie, z godziny na godzinę. Może to kwestia ogromnej ilości sterydów, antybiotyków. Choć na mnie zawsze goi się jak na psie.
    Dostałam jeszcze jedno życie. Jeszcze raz zasadzę coś z moją Mamą w ogródku, uprzątnę taras przed latem, otworzę szeroko okna, gdy nadejdzie wiosenny dzień. I zobaczę swoim jednym okiem, co za tym oknem mam. A mam wszystko. Mam Cały Świat.
    Najbardziej  płaczę ze wzruszenia. Nie ze smutku czy strachu.
    I załkałam najmocniej w drzwiach. Przytulając moją Mamę, gdy odjeżdżali z Tatą i moimi dziećmi, abym ja mogła chorować. Bo mam 37, zaraz 38 lat, a wciąż mogę być dzieckiem, któremu gdy dzieje się krzywda przychodzą z pomocą Rodzice. Pełni siły, wiary, oddania. 
    Bo kiedy przyszłam ze szpitala powiedziałam:
    – Wiesz Mamuś, wstawicie pranie, ja Wam powiem co i jak. I Ich spakujemy.
    (Jechali tam w końcu na ponad dwa tygodnie.)
    To ona odparła:
    – Wszystko jest poprane i pochowane do szafek Córuś.
    Mamy w domu cztery kosze na pranie. Odnalazła wszystkie.
    Kiedy byłam jeszcze w szpitalu, nie mogłam zadzwonić do rodziców. Wiedziałam, że jeśli usłyszę Ich głosy w słuchawce, to nie tyle zacznę płakać, co łkać nieprzytomnie i godzinami nie skończę.
    Przypomina mi się wiele rzeczy. Choć zapiszę ich tu zaledwie garstkę.
    Kiedy byłam w szpitalu, zadzwonił mój mąż w niedziele wieczór i powiedział:
    – Wiesz Puszku, umyłem dzieciom włosy i rozczesałem. Składam Ci wielkie pokłony. 
    Tosia spała z Babcią. A Benio z Tatą. Pewnego wieczoru mówi:
    – Tato, mógłbyś spać po stronie Mamy? Żebym choć we śnie myślał, że ona tu jest…
    Kilka dni temu, zadzwonił do mojego męża nieznany numer. Odebrał. Z drugiej strony ten głos…
    – Dzień dobry, Pana numer był podany do kontaktu, pozwoliłam sobie zadzwonić. Chciałam zapytać jak
    Pana żona? Jestem Okulistką, która przyjmowała ją w szpitalu w Bielsku.
    Kiedy napisałam to mojej siostrze, odpisała mi… 
    „No nie wierzę!?! To się nie dzieje naprawdę!!! Ja rozumiem mieć szczęście do ludzi, ale kurwa aż takie??? Julka przeginasz!!!”

    W mojej teraźniejszej codzienności muszę nauczyć się ogarniać rzeczywistość w odrobinę innej formie. Ale to mój jedyny problem, więc będę go dźwigać tak, żeby wcale go nie czuć.
    Bo dźwigać to z żalem, byłoby grzechem. Nie mieć nadziei byłoby natomiast przestępstwem.
    Bo ilość dobroci, serdeczności, myśli i modlitw bliskich i moich czytelników jest tak ogromna, że starczy nie tylko na moje oczy, ale i na oczy jeszcze innych potrzebujących. A ja się tym szczerze podzielę.

    Cudów tej nocy zdarzyło się kilka.
    Pierwszym z nich był kształt i kurs wybuchającej szyby i to, że nie odebrała mi życia i nie ofiarował mi
    całkowitej ślepoty.
    Drugim Straż Pożarna, która pojawiła się w przeciągu pięciu minut i Ich pojazd, który 
    ściągnął mnie z góry.
    Trzecim ogromnym – karetka. Podobno gdybyśmy zadzwonili trzy minuty wcześniej 
    czy później, nikt by po mnie nie przyjechał przez najbliższe kilka godzin. Jest czas COVIDA i nie ma karetek.
    A ona była w ciągu  kilku minut.
    Myślę, a nawet wiem, że cudem byli Ratownicy, którzy na mnie w tej 
    karetce czekali.
    Piątym głos 
    i ciepło niezwykłej Okulistki.
    Szóstym wszystkie Pielęgniarki jakie dane było mi na tej drodze spotkać.

    Siódmym Okulista w pelerynie bohatera, który uratował mi życie.
    Talent Chirurga i Jego załogi.
    Cudem była moja Ania. Wciąż dźwięczy mi w głowie: „Cześć, jestem Ania, a 
    Ty?” I to jak miesza mi herbatę. Jej poczucie humoru.

    Tamtej nocy zdarzył się jeden pechowy zbieg okoliczności i niezliczona ilość cudów.

    Zatem czy ja miałabym prawo mieć żal do losu? Nie…
    Bo żal może wszystko zabrać, za to wdzięczność może wszystko człowiekowi dać.

  • o gościach, samotności i lękach.

    Od kiedy pamiętam w moim rodzinnym domu skrzypiały drzwi wejściowe. 
    Nie tak zaraz pierwsze, ale drugie, już po małym korytarzyku, w którym ściąga się buty.
    Dziś sobie myślę, że to skrzypienie było pewnego rodzaju dzwonkiem, który choćby był naprawdę, i tak nikt by go nie zauważał, a już na pewno nie pragnął naciskał. Oni wszyscy traktowali te drzwi jak dzwonek, a jak skrzypiały za mało, to od progu nawoływali – Elaaaaa!
    Jako dziecko nie zauważałam tego, że dom nasz jest pełen ludzi. Było to dla mnie czymś nadzwyczaj oczywistym. Ludzie w domu, tak jak i w domu stół i łóżko. Nieodłączna część tego budynku.
    Nigdy nie dorobiliśmy się nowego auta, ani nawet w połowie nowego. Zawsze coś rdzewiało i huczało.
    Ale za to nigdy nie brakowało obiadu czy kolacji dla pełnego ludzi domostwa. A i na śniadania nie raz przychodził kto ze wsi, albo przejazdem, co rano wcześnie w mleczarni coś załatwiał.
    Materacy było kilka. Bo ileż to razy w jedną, dwie chwilę, kilkanaście osób się na tę noc nazbierało.
    Nie pamiętam aby mojej Mamie to kiedykolwiek przeszkadzało. A przecież to Ona szykowała jedzenie, pościele, a i po siódmej rano do pracy wychodziła. Kiedy ten dom pełen gości budził się rano, w kuchni już śniadanie stało gotowe. Dziś wiem, że pewnie nie raz w środku nie wiedziała jak połapać koniec z końcem tych obowiązków, ale nigdy nie dała po sobie poznać. No chyba, że przeganiała nas z kuchni, żeby zdążyć z obiadem z dwóch dań i deserem podczas dwugodzinnej przerwy w swoim sklepiku.
    Obiad dostawał każdy Kto nadjechał w sprawie pilnej lub błachej. Ksiądz co to po listewki do warsztatu Taty podjechał i głosiciele świadków Jehowy się na strawę wołało, bo jak chodzą cały dzień to na pewno wygłodnieli. Kompot ze szklanką na stole stał zawsze. I drzwi otwarte. Żeby ten kto przez te skrzypiące drzwi wejdzie, a nikogo nie zastanie, mógł pragnienie ugasić. Nie dziwiło zatem, gdy się do domu wbiegło, a tam kto przy stole w kuchni siedział i czekał aż domownicy wrócą…

    Myślę, że nawet wojny nie oddalały ludzi od siebie tak, jak oddziela dziś strach, jaki został przy pandemii nam podany…
    Ludzi goniący za dobrobytem już i tak czasu na spotkania i drugiego człowieka mieli mało…
    Dziś często wygodnym staje się wytłumaczenie o izolowaniu. Strach nam zasiany.
    W Ameryce rok temu na wizytę lekarską u psychologa czy psychiatry czekało się tydzień, dziś czeka się cztery miesiące. Odważę się stwierdzić, że o wiele więcej śmierci owa pandemia zabierze przez ludzki strach niż przez wirusa, który wraz z sobą niesie. Ilość ludzi jaką dookoła znam i która bierze leki na nerwicę wywołaną pandemią jest przerażająca…
    Częścią tej choroby duszy nie ciała jest dodatkowo owa samotność.
    Nie możliwość wyjścia do restauracji i kina. Nie. To owa samotność. Kolację można zjeść i przy swoim stole. Film obejrzeć na swoim monitorze. Jednak jednego zastąpić się nie da… Ludzi.
    Ich nie zastąpią aplikacje i komunikatory.
    Moje poglądy na temat wszystkiego co się teraz wokół dzieje są dość kontrowersyjne, a kontrowersja to ostatnie o czym chciałabym pisać… Dlatego  szanując wszystkie poglądy i obostrzenia chcę powiedzieć, że wciąż można zaprosić sąsiada na lampkę wina wieczorem. Że do dzieci mogą przyjść inne dzieci po lekcjach. Że można zrobić babski spacer wieczorem z grzanym winem w termosie.
    Bardziej od strachu przed spotkaniami przeraża mnie lenistwo! Ileż ja się napatrzyłam na tę Mamę moją, która o trzeciej w nocy sprzątała ze stołu, a o szóstej wstawała do pracy. Ona zawsze miała uśmiech na twarzy! Dziś goście umówieni mają przyjść na osiemnastą i nerwy! W moim rodzinnym domu nikt nigdy nie był umówiony. Do dziś nie jest. Ludzie już dawno zaprzestali czerpać czystą radość z odwiedzin innego człowieka… Poprzez pandemię zaniechali tych rytuałów całkowicie.
    Klęska. Klęska człowieczeństwa wisi nad nami. Samotność. Rozdzierająca od środka samotność tłumaczona obostrzeniami. Wygoda. Egoistyczna wygoda, która niepostrzeżenie prowadzi nas do rozszarpywania ciała i ducha na strzępy. Bo w wysprzątanym domu, z samym sobą można tylko czekać na powolną śmierć… Tłumaczymy się latami swoimi rodzajami osobowości, które trzymają nas na dystans… Nie wiedząc, że ten dystans pogrąża nasze nerwice i depresje jeszcze głębiej… I głębiej…

    A recepta jest prosta.. Wystarczy wyjść do ludzi. Ale wcześniej zaprosić do siebie. Tak to działa.
    Czy mnie się chce? Czy mnie się zawsze chce? Nie. Zawsze się chce mojej Mamie. Jest moim niedoścignionym wzorem. Czasami Tosia pyta czy może zaprosić koleżankę, a ja odpowiadam, że od czterech dni każde popołudnie nasz dom jest pełen dzieci, dlatego dziś błagam o ciche popołudnie.
    Tak, to część życia. Spokój i potrzeba spokoju. Ale o wiele większą i konieczną częścią są ludzie.
    A ludzie jak wszystko potrafią udręczyć. Jeśli tylko uświadomisz sobie, że nie musisz ich zmieniać, nie musisz im udowadniać swojej racji, swojego sposobu na życie, zaakceptujesz ich wady, to stają się nie tyle znośni, co całkowicie piękni w swojej jakże indywidualnej aurze.
    Bo jeśli myślisz o wadach innych, pomyśl jakże Ty sam bywasz wadliwy…
    Mama mawia, że jeśli chciałaby w swoim życiu zostawić tych z małą ilością wad, to nie zostałby nikt. A ona od tego świata bez ludzi, woli ich miliony wad. I jak twierdzi,  nie zauważa ich jeśli nie poświęca im czasu na ich analizowanie.
    Mama też mówi, że z ludźmi się umawia konkretnie. Że jeśli masz na prędce rzucić słowo – spotkajmy się, albo musimy się zgadać – to lepiej nie wypowiadać tego wcale. Powtarza – z ludźmi konkretnie. Dzień i godzina.
    Czasami sobie myślę, że wysprzątam dom, tak na błysk, wykąpię się i położę na kanapie z książką.
    Odrywając od niej wzrok będę mogła cieszyć się tym widokiem lśniącego wnętrza…
    Ale prawda jest taka, że kiedy już skończę myć podłogi, to idę do mojego męża i mówię – Kogo by tu dziś zaprosić?
    I nagle te czyste blaty pokrywają się produktami i naczyniami…
    Potem rozlanymi przez dzieci napojami czy stołami pełnymi kruszek po pizzy kręconej w powietrzu.
    Kiedy zamykamy wieczorem drzwi naszego domu, który przed chwilą pełen był dźwięków, rozmów i ruchu, oboje wiemy, że po to go budowaliśmy. Aby żył. I ta myśl przez zaśnięciem – ależ było fajnie.
    Tego wieczora, zanim pójdę spać sprzątam sobie te kuchnię, salon i wiem, czuję, że zgromadziłam w swoim życiu takich ludzi, którzy w następną sobotę zaproszą mnie do siebie. Następną albo tę za miesiąc. Nie ma to znaczenia większego. Niebawem po prostu. I wtedy mnie się uda zachować względny ład po sobotnim sprzątaniu. Bo inaczej moglibyśmy wszyscy siedzieć w swoje soboty i niedziele w ciszy, spokoju i porządku. W tej samej wtedy ciszy i spokoju się potem umiera. 
    W tej ciszy najlepiej słychać swoje cierpienie. To cierpienie ma miejsce aby rozpościerać swoje ramiona tworząc Ci coraz szerszą klatkę. Jej szerokość daje złudzenie, że jesteś wolna. Kiedy zrozumiesz, że jest to zaledwie poczucie pozornej wolności a nie realna swoboda, jest już najczęściej za późno.
    W samotności człowiek rozkłada na drobne każde swoje potknięcie, każde nieszczęście, kompleks i tęsknotę. W samotności nie pozbędziesz się tego co boli. Tylko drugi człowiek może wziąć na kark Twój ciężar i pomóc Ci go nieść. Ludzie wciąż tego nie potrafią zrozumieć. Wszystko chcieliby zrobić sami.
    Oddzielić się od społeczeństwa. Być bez obowiązków wobec drugiego człowieka.
    A przecież badania w Szwecji udowodniły, że samowystarczalność prowadzi do rozbicia rodzin, do okaleczenia zmysłów odpowiedzialnych za uczucia. Tylko nierozerwalne połączenie zależnych od siebie istnień, pokoleń może uczynić życie pełnym i szczęśliwym.
    Wyłączając skrajności, w których oderwanie się od korzenia jest koniecznością aby przetrwać.
    To, że nie mamy dziś możliwości wyjścia na koncert, nie zabiera nam różnorakich okoliczności w których możemy posłuchać muzyki z drugim człowiekiem. Wystarczy wyjść przed dom z głośnikiem. I usiąść na ławce przy płocie z sąsiadem. U nas taka właśnie po to powstała. Czasami słyszę jak mój mąż z sąsiadami – najlepszymi kumplami zasiadają i śpiewają. Uwierzcie mi, że w organizmie człowieka zachodzą wtedy dokładnie takie same wybuchy hormonów szczęścia, co na koncercie na stadionie narodowym. Choć oni siedzą pomiędzy nawłocią i chodzącymi w tej nawłoci bażantami.
    Nie dajcie się moi Kochani. Nie tyle wirusowi co samotności, strachowi i wygodzie.
    Wirus kiedyś minie, a Twoje życie zostanie. Nie pozwól abyś został w zgliszczach społecznych, swoich nerwic, depresji i lęków.
    Nie, jeśli się boisz epidemii, nie musisz organizować wielkiego balu w swoim domu. Ale pamiętaj aby prawie codziennie zabiegać o ludzi. Pogadać przy płocie, iść z nimi na spacer, jechać nad rzekę.
    Mój dom od początku pandemii jest pełen ludzi. Głupota? Nie wiem. Co ma być to będzie.
    Jestem pewna, że zamknięcie drzwi przed ludźmi zabiłoby mnie szybciej i dotkliwiej niż wirus który krąży. Owa epidemia może mnie uśmiercić, co do czego pewności nie ma, albo odwiedzić (jesteśmy po), brak ludzi i samotność uśmierci mnie z pewnością…
    Uważajcie na siebie jeśli macie taką potrzebę, rozumiem ją. Sama mam w sobie ogromną ilość lęków i obaw w stosunku do życia, ale innych jego aspektów i kwestii. Szanuje Wasz lęk.
    Ale proszę o jedno. Nie uciekajcie przed ludźmi. Bo te cztery miesiące na wizytę u psychologa może okazać się terminem odrobinę za długim…

    Z moją Mamą ciężko pogadać przez telefon, bo gdy dzwoni to siada często na werandzie, a dom ich stoi na skrzyżowaniu dwóch dróg. Pomiędzy tą rozmową co chwila słyszę jak odsuwa słuchawkę od ust i nawołuje – Marynia, chodź no! (bo Marynia akurat jedzie na rowerze). Albo – Przywiózłbyś mi tam grzybów jak jedziesz (bo Marek na targ jedzie). Też – Justynka, przyjdź no do mnie jak będziesz wracać, dam Wam obiadu (bo Justynka do szkoły jedzie).
    Na tym tarasie nawet jak siedzi sama, to jakby w centrum dowodzenia siedziała. I mam wrażenie, że więcej potrafi tam załatwić niż najbardziej wpływowy polityk z układami.
    Wiecie dlaczego? Bo to od zawsze był dom pełen ludzi. 
    Pieniądze potrafią załatwić wiele, ale to ludzie potrafią załatwić wszystko.

    Moi rodzice nie chowają pieniędzy ani za obrazem ani w bankach, ale dorobili się życia, którego na łożu śmierci pozazdrości im każdy. Bo dopiero wtedy człowiek uświadamia sobie, co w tym życiu miał sens i o co warto było dbać…
    Moi rodzice dbają o kompot na stole i szklankę obok. O ilość gołąbków na patelni. Aby zawsze było dla tego, który stanie w drzwiach. Kimkolwiek jest i bez względu na to czy głodny. Jeśli nie głodny to Mama mu szybko wytłumaczy, że głodny, ale jeszcze tego nie czuje.
    A to prawda. Kiedy siada się przy Ich kuchennym stole, człowiek staje się głodny. Głodny Ich sposobu na życie…