Wszystkie posty w kategorii słowa

  • reaguj właściwie..

    Spotykam czasami starsze kobiety. Po sześćdziesiątce. Przed siedemdziesiątką.
    Często opowiadają jak było Im ciężko.
    Ile to było pracy z tymi pieluchami. Prania, gotowania, prasowania. Wieszanie i zbieranie. I tak codziennie.
    Moja Mama opowiada jak podwórko pięknie bielało od tych pieluch porozwieszanych i jak wiatrem pachniały.

    Opowiadają często jaka to bieda była. Jak się w ciuchach starych chodziło. Po starszych dzieciach zdzierało i nogawki były przykrótkie.
    Moja Mama opowiada jaka zdolna była Babcia Adela. Jak umiała po nocy na maszynie ze starej kołdry przydartej spódnice uszyć. I jak rano wstawała do szkoły, to na stole w kuchni leżała i czekała na nią. Bo Babcia już poszła krowy oprzątać.

    Opowiadają czasami te kobiety jak to ciężko się bez łazienki żyło. Jak trzeba było na mróz wychodzić.
    Moja Mama opowiada jak w piecu kuchennym ogień skakał, gdy Ona Justynkę w misce przy tym piecu kąpała.

    Mówią często te kobiety jak to w tamtych czasach chłop lubił wypić. I Ci Ich ojcowie wieczorami alkoholu nadużywali.
    Moja Mama opowiada jak Babcia Ją rowerem wysyłała po Dziadka wieczorami. A gdy wchodziła po Niego to On kolegom mówił „patrzcie to moja córeczka Elusia”.

    Opowiadają jak do szkół daleko trzeba było chodzić, dojeżdżać, o świcie wstawać. Ile to było trudu aby do tej nauki się dostać.
    Moja Mama opowiada ile to się w tych pociągach o świcie z koleżankami uśmiały. Jak się po tych zaspach szło po kolana i w rowy pełne śniegu się wrzucali.

    Opowiadają jak to było mieszkać z Teściami czy rodzicami okropnie, jaka to udręka i zmora. Jak ciasno było.
    Moja Mama opowiada jak z Justynką się na niedziele szykowały bo Tatuś wtedy przyjeżdżał do nich.

    Moja Mama pochodzi z bardzo skromnej rodziny. W małym zielonym, drewnianym domku nigdy nie było łazienki. Było dużo pracy w polu i w gospodarstwie. Przez pięć lat mieszkała daleko od męża, bo mąż budował dom, a Ona w tym czasie była z córką u swoich rodziców. Pracowała jako pielęgniarka.
    Było dużo trosk i biednie było. Ale zawsze szczęśliwie. Bo Babcia była pracowita i niepotrzebnym się nie zamartwiała. Nie traciła czasu na narzekanie. Jak była siła do pracy to znaczyło, że jest wszystko.

    Nasze życie nie zależy od tego co nam się przytrafia, tylko jak na to reagujemy…

    Napisała kiedyś czytelniczka…

    „Tak Julia. Tak. Uwielbiam jak piszesz. Uwielbiam Twoje zdjęcia. Na prawdę. Są cudowne. Ale wiesz…. Tak fajnie te wszystkie mądrości, te wszystkie złote rady, te ckliwosci nad którymi rozpływają się tłumy, wzruszają matki, zadumaja ojcowie, tak fajnie jest pisać o sobie która w życiu doznała zero trosk. Która ma kasy po kokardki, dom którego wszyscy zazdroszcza, zabawki dla dzieci na które mało kogo stać. Wtedy jest łatwo. Wtedy można usiąść zachwycić się pięknem nieba śpiewem ptaków. Żyć pełnia życia. I oczywiście Julia, nikomu nie ukradła , miałas po prostu w życiu fuxa którego wiele z nas nie miało. Ja miałam fajnie w życiu kochająca rodzinę kochanego męża mądrego synka, ale nie mam czasu na delektowanie się śpiewem ptaków czy liczenie chmur na niebie. Bo o 5:50 wstaje do pracy wracam o 17:30 ledwo żywa. O własnym domu mogę pomarzyć o kredycie mogę pomarzyć i tak mi minie życie na narzekanie Ale nic Julia nie mogę Zmienić. Nie trafili mi się bogaci rodzice bogaci tesciowie ani nawet bogaty maz. A więc owszem na początku te twoje teksty ma blogu dawały do myślenia Ale teraz są według mnie oderwane od rzeczywistości. niestety. Przeczytamy podumamy polewamy głową i pójdziemy dalej. Bo nie ma czasu na nic. To smutne i bardzo prawdziwe”

    Mieszkaliśmy kiedyś na starej dzielnicy Śląska. Na pierwszym piętrze.
    Znosiłam ten wózek i wnosiłam. Ale bardzo krótko, bo zawsze towarzyszył mi uśmiech na twarzy.
    Zawsze zagadywałam do młodzieży na klatce. I bardzo szybko okazało się, że ja czasami nie zdążyłam otworzyć drzwi od auta, a już miałam zakupy wniesione pod drzwi. Wózek dźwigali.
    Bo mnie lubili. Gdybym miała ponurą minę obrażoną, to może i by splunęli za mną.
    Kiedy mój mąż wynajął to mieszkanie, było ruiną. Kompletną.
    Przez rok, codziennie po pracy brał brata i Tatę i pracowali do późnej nocy. Kuli ściany, kładli prąd, ogrzewanie, robili łazienkę od podstaw, bo w tych kamienicach łazienek nie było.
    To mieszkanie było piękne. Nie dzięki bogactwu, a ciężkiej pracy.

    Kiedy mój mąż wynajął od miasta budynki, aby założyć firmę, to były resztki ścian. Bez okien, podłóg i dachów. Jak ja zobaczyłam to po latach na zdjęciach, to nie wierzyłam…
    Razem z kolegami i Ich ojcami pracowali po 16 godzin na dobę. 

    Nie mam bogatych rodziców, nie mam bogatych Teściów i nie mam bogatego męża.
    Oni wszyscy są bardzo pracowici, dokładni, z wielką nadzieją, siłą i chęcią do życia..

    Moja siostra często mawia, że Ona nie chciałaby mojej pracy za żadne pieniądze świata.
    Bo będąc blisko widzi jak wygląda, na czym polega, jakie są jej minusy.
    Ale wiesz, ja chce widzieć plusy.. Mnie to co złe nie interesuje. 
    A jak mnie nie interesuje, nie skupiam tam swojej uwagi, nie roztrząsam, to wtedy jakby ich nie było.
    Chyba, że chce je zmienić, to wtedy przystanę koło tych problemów. Inaczej szkoda czasu..
    Ten dom jak piszesz, którego wszyscy zazdroszczą jest dzięki ciężkiej pracy mojego męża, Taty i Teścia.
    Nie dzięki Ich pieniądzom, a dzięki pracy. Naszych pragnień i braku narzekania.

    Ludzie tak często mam wrażenie są w jakiś sposób ograniczeni w swojej wyobraźni i ocenie sytuacji. Brakuje im już zdolności własnego myślenia.
    Patrzą powierzchownie i myślą, że wiedzą…

    Ludzie, którzy słuchają o młodości mojej Mamy myślą – raj…
    A Ona dostała takie samo życie jak wszystkie kobiety wtedy, tylko inaczej na nie reagowała.

    Czytam w tej wiadomości, że są kochający rodzice, kochający mąż i mądry syn. Myślę, Boże Drogi, tyle dostać, więcej niż większość ludzi na świecie i być nieszczęśliwym? Narzekać?
    Mało tego, dostać zdrowie, aby móc jechać do pracy i narzekać?
    Ludzie powariowali!!

    „Fuxa” o jakim piszesz, w życiu się nie dostaje, na „fuxa” się samemu pracuje.
    Jeżeli odłożymy na bok najważniejsze problemy takie jak choroby czy śmierć, to wszystko inne jest takie jakie chcemy aby było…

    Jest taki bardzo znany dowcip.. Już kiedyś gdzieś o nim wspominałam..
    „Jedzie chłop tramwajem i myśli – ta praca do dupy, szef skurwysyn, żona marudna, dzieci nieznośne..
    Stoi za nim anioł stróż i myśli – dziwne te życzenia, ale skoro takie ma to mu spełnię…”

    Zatem droga autorko wiadomości… 
    Twoje słowa są skrajnie dalekie od prawdy. Nawet się o nią nie otarły.
    Ale wiesz dlaczego moje życie jest rajem…?

    Kiedy pracowałam wstając o 5:30 do pracy, zakładałam słuchawki z muzyką do uszu, plecak na plecy i uśmiechałam się do przechodniów w tramwaju, na przystanku, w kiosku z biletami…
    Ten uśmiech zbudował mi to życie.

    Każdy z nas ma takie życie jakie chce mieć…

    Kiedy chodziłam do Liceum wynajęłam z koleżanką mieszkanie. O Boże, jakie ono było okropne.
    Brak słów by je opisać. Koszmarne. Ale było tanie.
    Miałam wtedy ogromną kolekcję komiksów Kaczora Donalda. Całą sobotę obklejałyśmy z Magdą albo Andzią te kuchnię tymi kartkami z komiksów. Ściany, szafki… Każdy Kto wchodził mówił „o rany!”..
    Ani ja, ani nasi goście nie widzieli jaka ta kuchnia jest brzydka.
    Bo wiesz, w życiu licealnym jak i dorosłym czasami wystarczą kartki z komiksów..
    Ale tego trzeba chcieć.

    Jakiś czas temu napisałam do bliskiej mi osoby, która pięknie pisze – napisz książkę, a ja Ci ją wydam.
    Pisz codziennie po dwie strony, a do końca lipca oddasz mi 300 stron.
    Cały zysk Ci oddam. Tylko błagam zrób coś w tym kierunku. Mija Ci życie, czas leci. Ciągle jest Ci żal, że niczego nie dokonałaś… Pisz. Jak dzieci pójdą spać. W pracy jak masz chwilę. W kolejce zapisuj w telefonie.
    Jest koniec kwietnia, a ja dostałam pół strony.
    Nie znam nikogo Kto pisze piękniej. Tylko każdy ma w życiu to co chce.
    Gdyby chciała napisać książkę, to miałabym dziś na mailu 150 stron.
    Dlatego narzekając nie szukajmy przyczyn w tym co od życia dostaliśmy bądź nie.
    Nie szukajmy w braku czasu czy złym dniu.
    Przyczyną naszego niezadowolenia z życia i miejsca w którym jesteśmy – jesteśmy tylko my sami.

    Przez te 6 lat blogowania były setki nocy kiedy świat błogo spał a ja pisałam, przebierałam zdjęcia czy odpisywałam na maile. 

    Jeżeli czytasz mojego bloga. A na nim świat jest piękny, ludzie niezwykli, mąż cudowny, dzieci mądre… to wcale nie znaczy, że nie spotykam złego świata, ludzi skurwysynów, mąż mnie nie doprowadza do szału, a dzieci nie są męczące… Wszystko to w moim życiu jest..
    Problemy które otwarłyby niejednemu japę ze zdziwienia…
    Tylko wyznaję zasadę, że życie jest takie jakie chcemy aby było…
    Jeżeli Ktoś ma rodzinę, męża, syna, pracę i ciepły kąt, ale pragnie być nieszczęśliwy to musi wiedzieć, że on sam jest źródłem swojego nieszczęścia.. Nie kredyt którego nie dostanie na dom..
    W ostatnim poście dodałam pewien cytat..
    „o jak dobrze byłoby dla niektórych ludzi, gdyby mogli uciec od siebie samych! Cóż pomoże wyprawa zamorska czy przeprowadzka do innego miasta? Jeżeli chcesz umknąć przed tym co cię gnębi, trzeba ci być innym, nie gdzie indziej.”
    Autorko słów  do mnie, zacznij pracować nad sobą, nad tym jak widzisz swój świat.

    Nawet się nie obejrzysz gdy zaczną rosnąć mury Twego domu, który nazywasz marzeniem.
    Jeszcze nigdy nie widziałam aby nieszczęśliwemu człowiekowi spełniły się marzenia..
    A kiedy już nawet się spełniły, choć sporadycznie, to nie zauważył..
    Czytam w tej wiadomości „i tak mi minie życie na narzekanie”…

    Wiesz, czemu napisałaś do mnie taką wiadomość?
    Nie dlatego, że mamy inne życia, bo podstawy mamy takie same.
    Podstawą jest zdrowie i kochająca rodzina..
    Napisałaś do mnie, bo ja nie narzekam, a Ty tak…
    Muszę Cię zaskoczyć, choć mi pewnie nie uwierzysz… Różni nas tylko to.
    I to co brak narzekania u mnie spowodował i pobudował, a co narzekanie właśnie powoduje u Ciebie.

    Przez ostatnie prawie trzydzieści lat moja Mama wstawała o szóstej rano.
    Chodziła spać grubo po północy. 
    Pracowała siedem dni w tygodniu. Do pracy wychodziła po siódmej i wracała po osiemnastej.
    Potem ogródek, dzieci, pranie, dom, weki…
    Moja Mama nigdy nie była na zagranicznych wakacjach. Może w Bułgarii autokarem w kreszowej kurtce i niebieskim cieniem na oku trzydzieści pięć lat temu.
    Moja Mama nie narzeka i jest najszczęśliwszym człowiekiem jakiego znam.
    Moja Mama przeszła masę operacji, śmiertelną chorobę i dużo innych problemów ciężkiej codziennej natury…

    Dlatego byście się wstydzili narzekać i diagnozować życie ludzi których nie znacie…

    Jeden wstanie do roboty o 5:50 i łeb Mu będzie wisiał zatroskany, a inny wykorzysta tę najpiękniejszą porę dnia i głęboko wciągnie powietrze z rosą do płuc.
    Ten drugi wygrał życie. I pobuduje dom. 

  • po prostu mądre.

    Ludzie i społeczeństwo ma to do siebie, że dość szybko wynajdują to co złe. Co się nie udało. Co poszło nie tak.. Cechuje Ich dość często zjednywanie się, poprzez wspólne niezadowolenie.. Niestety rzadziej poprzez zadowolenie…
    Afera ma niezwykle prędki proces międzyludzkiego przebiegu.
    O tym co dobre i wzniosłe ludzie mówić kochają, lecz nie jest to aż spektakularne..
    Choć mam wrażenie, że powoli zaczynają zachodzić zmiany i świat dąży do wciąż większego ulepszania samego siebie i tego co wokół niego.. Że Go to cieszy i buduje..
    Zatem, dlaczego piszę… Wszyscy Ci, którzy pocili się na egzaminach, stresowali, obgryzali ołówki lub poszli bo wypadało, wiedzą co było.. Wiedzą Mamy tychże uczniów. Wiedzą nauczycielki. Myślę jednak, że pozostaje mnóstwo ludzi, którzy nawet nie zauważyli uczniów w granatowych spódniczkach zmierzających ku egzaminom gimnazjalnym..
    Chciałam Wam pokazać, bo o tym warto.
    Jestem zachwycona tekstami na jakich pracowali nasi gimnazjaliści zdając język polski.
    Mam wrażenie, że idealnie dobrane do czasu w jakim żyjemy, do uwikłań z własną osobą, wymaganiami społecznymi, ludzkim zagubieniem..
    Przypaliłam obiad. Zadzwoniłam do siostry z pytaniem jak poszło naszym dziewczynkom..
    I Ona mówi – przeczytaj sobie arkusz egzaminacyjny, piękne cytaty…
    I wtedy przypaliłam obiad, bo tak się zaczytałam.
    Takie testy mogłabym zdawać..
    Myślę, że to nie był egzamin z języka polskiego… to był egzamin z człowieczeństwa.

  • żyć.

    Znam takich ludzi co mówili – zacznę więcej gotować jak się przeprowadzimy. Ta kuchni już taka mała, zagracona…
    I gotowali więcej, i bardziej wymyślnie w nowym domu… Ale tylko przez chwilę.
    Znam takich co mają w kartonach pochowane, bo to na nowy dom. I mnie się podoba jak ludzie szacunek do rzeczy posiadają. Tylko żeby to się nie okazało, że na dom czekali zbyt długo i to co w tym kartonie nie cieszy już tak, jak mogło cieszyć w małym mieszkaniu.
    Znam też takich, co więcej na spacery wychodzić będą, gdy zamieszkają bliżej zieleni lub wymarzonego parku w wielkim mieście.
    Czasami sama łapię się na tym, że jakbyśmy mieszkali na ciepłej wyspie to może robiłabym to czy tamto..
    Że na pikniki na plaży chodziła częściej z dziećmi.. A potem szybko ganię się w myślach, że w lesie na przeciwko, w samym środku jest tak piękna polana, iż powinniśmy piknikować tam nieustannie..
    Nie ma takiego miejsca na świecie gdzie człowiek będzie więcej gotował i spacerował jeżeli nie ma tej potrzeby w sobie.. W sobie trzeba odnajdywać źródło problemu, nie w okolicznościach..
    Przeprowadzałam się w życiu naście razy. Nie były to małe przeprowadzki, a takie, że bus załadowany po dach.. I w kolejnym miejscu malowałam ściany, tapetowałam, dekorowałam i stroiłam aby poczuć się znów jak u siebie. Bez względu gdzie to było.. Czasami było pięknie, czasami obskurnie. Jak było pięknie to dokładałam coś od siebie. Jak odrapane i brzydkie to szorowałam po nocach i wygładzałam ściany.
    W każdym z tych miejsc odnajdywałam ludzi. Nawet gdy trafiałam do miasta w którym nie znałam nikogo.
    Bo w każdym miejscu na tym świecie można odnaleźć bratnią duszę, dobrego sąsiada (bliższego bądź bardziej odległego), ulubiony sklepik, najlepszy chleb. Trzeba tylko wierzyć, że to będzie dobre miejsce.
    Bo skoro los nas gdzieś już w tym życiu lokuje, tu czy tam. Tu gdzie chcemy, czy tam gdzie być nie chcieliśmy, to czy z tym losem walczyć? Może delikatnie modyfikować, zmieniać, formować aby dojść tu gdzie być pragniemy.. Ale nie walczyć.. I na czas wyczekiwania otworzyć te kartony zakurzone co czekają na nowy dom, zapoznać się z sąsiadem z którym wydaje nam się, że sąsiadować będziemy zaledwie chwilę..
    Płakałam tylko raz w nowym miejscu. W Warszawie. Miałam lat 21. A potem zaprzyjaźniłam się z ludźmi z nowej pracy, poznałam najlepsze połączenie tramwajowych przesiadek.
    Ale płakałam zawsze przy wyprowadzkach.. Bo każde z tych miejsc stawało się w jakiś sposób moim domem. Miałam tam swoje ulubione panie w sklepikach na osiedlu, sąsiada komendanta Policji co dzielił się karnetami na lodowisko i wieczorem stukał w kaloryfer żeby przyjść pograć na gitarach, ulubione stacje benzynowe, i miejsca na spacery.. 
    Dzięki temu, że nie czekałam tylko żyłam tym co tu i teraz, odnalazłam masę dobrych ludzi.
    W każdym z tych miejsc odnalazłam najlepszą kosmetyczkę, fryzjera, miejsce na kawę…
    Tu gdzie mieszkam teraz, mam już chyba wszystko..
    Ukochanych lekarzy, ulubioną piekarnię, kosmetyczkę, sklep gdy przepis dziwny i składniki niespotykane…
    I mam też ukochaną dentystkę…
    Nigdy w życiu nie miałam potrzeby wielkich nauk. Nie miałam w sobie chęci zgłębiania zjawisk tajemnych.. Zawsze bardziej interesowało mnie życie. Zwykłe.
    Ale z niezwykłym podziwem obserwuję tych, którzy swą wiedzę zgłębiają…
    Nie tych, którzy studiują przy okazji i pobieżnie przeglądają podręcznik, choć ich rozumiem..
    Ale wtedy po co studiować…? Dla posiadania potwierdzenia wiedzy, której de facto  nie posiadamy..?
    Jakaż to szkoda czasu..
    Zarówno w nauce jak i w życiu wychodzę z założenia, że robić coś całym sobą, ale po prostu wcale.
    Nie przepadam za półśrodkami… Choć czasami i niestety mnie towarzyszą…
    Przez ostatni rok obserwowałam rodzinę.. Kochającą, mądrą, pracowitą i piękną kobietę, która jest Mamą, żoną, córką…
    Jej męża i dwójkę dzieci. Jej wielkie pragnienie bycia tam z Nimi. Jej pragnienie rodzinnych spacerów, niedziel, lub chociaż wspólnych wieczorów.
    A z drugiej strony pragnienie bycia doskonałym w tym co robi.. Nauki po nocach, czytanie, praktyki w szpitalu, egzaminy… I to zwykłe kobiece rozdarcie. W pragnieniu bycia kobietą w swoim domu jak i człowiekiem nauki. Bo do nauki przystąpić może każdy. Naukę posiąść może wielu. Jednak zrozumieć ją dogłębnie i dzięki temu móc rozwijać świat, mogą tylko nieliczni..
    Trzeba być człowiekiem o tak wielu cechach.. Upartym, pracowitym, wytrwałym, mądrym, skupionym, cierpliwym, konsekwentnym, zdecydowanym, wytrzymałym, odpornym…
    Trafiłam na kobietę z pasją i wiedzą. 
    Pamiętam dzień gdy broniła swój doktorat, ilość ludzi jacy tym żyli.. Bo to mówi jakim jest człowiekiem..
    A potem tę pierwszą niedzielę, w którą z wolną już głową, zaczęła być ponownie Mamą i żoną za jaką tęskniła być… Dziś wie więcej, a dzięki zaangażowanemu mężowi, nic w domu i rodzinie nie uciekło..
    Żaden czas i żadne uczucie..
    Pięknie się patrzy na ludzkie sukcesy.. Na ludzką wiedzę i mądrość.
    Kiedy ostatnio od Niej wychodziłam zapytała mnie „napiszesz o naszym gabinecie?”…
    Gabinet miły, przytulny. Czerwone sofy na poczekalni.
    Ale ja chciałam napisać o człowieku… którego można spotkać, gdy nie żyje się aby przeczekać tylko aby żyć.

    ______________________________________________

    dr n.med Karolina Walczyńska Dragon – PRODENTIN  (zobaczcie zakładkę „o nas” jaka jest piękna).