Wszystkie posty w kategorii słowa

  • z popielnika…

    Czasami nabieram w sobie śmiałości aby głośno wypowiadać pewne przypuszczenia. Brak tej śmiałości wynika najczęściej albo prawie zawsze, z niezwykłej miłości którą darzę swój święty spokój. Jeśli dostrzegam w rozmówcy duże zacietrzewienie ową śmiałość chowam do kieszeni i odchodzę z delikatnym, ledwo dostrzegalnym uśmiechem. Dzięki temu jestem człowiekiem, który ma pełne kieszenie. A pełne kieszenie świętego spokoju są w dzisiejszym świecie nader pożądane. Ze zdziwieniem i niedowierzaniem obserwuję ludzi, którzy szastają na prawo i lewo tym co mają w kieszeniach myśląc, że dzięki temu coś do nich na powrót włożą. Włożą, jednakże jedynie złość i poirytowanie. Czasami tak szastają, że pozostają na dnie tych kieszeni jedynie wielkie dziury. Zanim się zrozumie i zgromadzi ponownie owy święty spokój, trzeba najpierw nauczyć się dokładnie szyć. Kieszenie zszyte z dużą dozą cierpliwości, dają nadzieję na powodzenie przy kolejnych zbiorach i uzupełnianiu tego czym się szastało. Dzięki wysiłkom jakie włożymy w skrupulatne i staranne fastrygowanie poszewki na swój święty spokój, mocniej przypatrzymy się sprawie, dla której do kieszeni mielibyśmy sięgnąć i na nowo błogostan swojej duszy dać ludziom rozszarpać, zdeptać i spustoszyć.
    Jednak przychodzą takie myśli, które choć dni mijają, nie chcą ulecieć z mojej głowy, wtedy po dogłębnej kontemplacji nabieram w sobie śmiałości aby głośno wypowiadać pewne przypuszczenia.
    Mianowicie śmiem przypuszczać, że kuchenne piece jakie kiedyś stały w kuchniach naszych dziadków, były jednymi z ostatnich, które słyszały ludzkie rozmowy. Prawdziwe rozmowy. Te które miały swój początek. Te które doczekały się końca. Aż wreszcie też te, w których to co mówiono pomiędzy, nie ulatywało wraz z dopalającym się drewnem jak wygasający film na instastory.
    Z pogrzebaczem na palenisku. Z zapieckiem, który jak wizyta u psychologa leczył najrozmaitsze rany.
    Te wieczorne rozmowy, po obowiązkach w gospodarce płynęły wolno. Nikt się w rozmowie nie spieszył. Bo i spieszyć się nie miał gdzie. Jak jeden zapytał, to drugi zanim odpowiedz sformułował, zdążył otworzyć fajerkę. Małą, potem obręcze. Powoli, rozkładając na boki. Pooglądał szczapki drewna które pod piecem wcześniej ułożył, wybrał najwłaściwszą. Wepchnął do paleniska, a potem na powrót zasuwał po kolei fajerki. Usiadł i już miał odpowiedź. Odpowiedź do prawdziwej rozmowy.
    Bo jeśli rozmawiali o urodzie, to prawdziwej. Prawdziwych ustach i włosach. Jeśli o talentach, to autentycznych, które nie zdążyły jeszcze być wątpliwe.
    Nikt nie popędzał swoich myśli. Nikt słów nie poganiał. Wiedział bowiem, że tego co chce powiedzieć, nie przerwie dźwięk telefonu, nadchodząca wiadomość, konieczność pospiesznego wyjścia.
    I jeśli słuchacz stracił czujność, to tylko wtedy, gdy na nowo fajkę podpalał albo wrzącą wodę na bok pieca przekładał. Czasami przy cieple kuchni i po wieczornych oprzątkach się słuchaczowi oko przymknęło. Głowa opadła na bok, chwiejąc się i pochrapując. Machnął wtedy ręką ten co mówił. Wiedział, że jutro na nowo przy tej rozmowie się spotkają. Nikt jej nie odwoła, nie przełoży.
    Przy piecu łatwiej było o gawędzenie. Wszyscy bowiem gromadzili się dookoła niego. Zimą przy cieple jaki dawał, latem przy stawie, jaką jego ogień spód garnka ogrzewał. Nikt po zimnych izbach nie latał. Nie rozchodził się na boki za szczelnie zamkniętymi drzwiami. Chciał czy nie chciał to życie i potrzeby pod palenisko go gnały. To wtedy i o pogodzenie łatwiej było. Jak już się obok siebie z wymogu natury siedziało.
    Potrafił człowiek przy tym ogniu wyrzucić to co najgłębiej w nim siedziało. A i skrywać potrafił też tak, że nikt tego co miał w środku, nie zauważył. Potem nocami sam do popieloka jak do ucha spowiednika wypowiadał o tym co go dręczy.
    To co spać nie dawało, usypiał potem dźwięk jednostajnie strzelających iskier pod żeliwną płytą. Pomruk ognia i zwęglającego się drewna. Przez szpary pieca migotał ogień, który tańczył po ciemnej, zakrytej nocą kuchni. Skakał po ścianach, oknach, firanach. Stole, tapczanie i krzesłach. Można się było w ten nocny ogień zapatrzeć i rozmówić z samym sobą. Rozmówić dogłębnie. Bez odrywania myśli i wzroku do migoczących, kuszących nas ekranów. Nad ranem, gdy dogasał ogień, głowa była wolna. Poukładane nocą myśli pozwalały z większą lekkością dźwigać na barkach kolejny dzień. Ogień koił nocami wiele ludzkich zmartwień. W dzień natomiast, choć palił te same drwa, nadawał zupełnie innego rytmu. I choć chodzić koło niego było trzeba nieustannie, nikomu nie przyszło do głowy na niego labidzić czy biadolić.
    Ogień pod kuchenną blachą dawał życie. Nie tylko pod postacią ugotowanej strawy. Nadawał domowi rytm. A i od niego samego nie raz rozmowy wychodziły. „Weź no zobacz tam do pieca, może do cna nie wygasło.” „Dorzuć do pieca, bo się ledwo tli.” „Weź tam dołóż więcej, bo do piekarnika wkładać będę.” Dorzucali, na nowo rozpalali i z piekarnika ciasto wyciągali i buty ogrzane. A nad nim ludzkie rozmowy. O polu, o zwierzynie, plonach, chorobach. O tym na czym opierała się kiedyś ludzka egzystencja. A o czym teraz, wraz z brakiem ognia w kuchni, tak często zapominamy.
    Nad ogniem kuchennym, na rozciągniętym od ściany do ściany sznurze, wisiało pranie. Kapiąca na niego woda, skwierczała niezmiennie. Odnoszę wrażenie jakby te odgłosy kołysały kiedyś ludzkie dusze i ich żywota. Nadawały im rytm, który nieświadomie nosił ich po ziemskim padole. Jakby ogień pod kuchenną płytą był jednym z ostatnich, które wskazywały ludziom prawdziwą wartość życia i jego sensu.
    Dźwięk pogrzebacza rozgarniającego nad ranem popiół,  uświadamiał człowiekowi, że jest on życiu, a życie jemu zwyczajnie potrzebne. A kiedy dopadało go zwątpienie, to niespiesznie się przy tym piecu z życiem rozmówił. Prawdziwą rozmową.

  • przystanek

    Ten czas. Ten teraz. Będzie dla wielu chwilą zrozumienia, przypomnienia sobie, jak żyje się bez pośpiechu. Pośpiech potrafi zniszczyć wszystko. Intensywność życia którą bierzemy z każdym dniem, na nowo niszczy podstawowe szczęście. Zapytać można – co zrobić by przestać biec, skoro świat tego od nas wymaga, abyśmy mogli normalnie żyć?. Na to pytanie odpowiedzieć musi sobie każdy z nas sam, gdyż życie każdego jest zupełnie inne. Jednak można przestać biec choć odrobinę, jeśli cztery obite jabłka obierzemy, wykroimy i zmienimy na mus albo kompot, zamiast je wyrzucić i biec by zarobić na kolejne.
    Każdy z nas, ma coś, co może wyeliminować ze swojego życia, a tym samym odzyskać więcej spokoju i zacząć żyć dla życia i radości z tego płynących. Z obserwacji świata, spokoju, ciszy, lekkości myśli, bezczynności, zamykania oczu w środku dnia bez stresu, że coś przegapimy. Gdyż na dzień dzisiejszy przegapiamy najważniejsze – życie. 
    W związku z powolnym, nieśpiesznym funkcjonowaniem i bogactwem jakie owe życie niesie, przyszło mi do głowy takie wspomnienie… Z lat osiemdziesiątych. A i pewnie wielu innych lat. Bo czy ciepło jest dla nas wartościowe jeśli wychodzimy z nagrzanego auta do nagrzanego domu?
    Nie… Doceniamy je zbyt krótko i zbyt słabo… 
    Człowiek zatracił prawdziwą wdzięczność i dogłębną zdolność odczuwania prostych przyjemności.
    Aby żyć dla życia. Po prostu. 

                                                                                    ***

    Śnieg skrzypi pod nogami. Odgłos łamiącej się, zamarzniętej w nocy, wierzchniej tafli tego, co napadało.
    Co napadało wczoraj, i tego co pada od miesiąca. Mróz nie odpuszcza nawet w dzień. Gdy w południe przyświeci słońce, odbijając się od białej, grubej warstwy, mocno razi w oczy.
    Odśnieżone drogi pozwalają na ruch w jedną stronę. Wąskie korytarze pomiędzy zepchniętymi na boki górami śniegu. Gdzieniegdzie zrobione miejsce na mijanie. Zapędzając się w bardziej nieuczęszczane miejsca, nogi w zaspach wpadają po kolana. Wpadałyby i głębiej, ale śnieg na dole jest już tak twardy i zbity mrozem, że zatrzymuje stopę. Tam gdzie życie toczy się intensywniej i można iść po lżejszej nawierzchni, nadal istnieje wiele utrudnień. Na dachu przystanku autobusowego wielka czapa śniegu. To co się ukruszy, spada poprzez przechył na tyły konstrukcji. Rozkład jazdy pomimo utrudnień nadal ten sam. Każdy przychodzący zerka odruchowo na rozkład. Choć doskonale zna godzinę odjazdu swojego autobusu. Stoi przy tej tabliczce zadziwiająco długo. Czyta wtedy wszystkie zapisane tam godziny. Miejscowości. Z wnikliwą dokładnością przypatruje się każdemu uszczerbkowi tej tabliczki. Wie bowiem, że ten na którego czeka, odjechać ma za minut dziesięć, ale w tych warunkach, czekać przyjdzie ponad godzinę. W tym czasie podejdzie do tabliczki na której nic nie zmienia się od lat, jeszcze klika razy.
    Dookoła nie wisi ani jeden sopel. Choć wiszą wtedy wszędzie. Każdy kolejny czekający rozgląda się za nowo powstałym, bo wielką ma ochotę strącić choć jeden. Można wtedy zająć jakieś pięć minut. Poszukać długiego kijka, albo podskakiwać do skutku, co też mocno rozgrzeje. A potem gdy wreszcie upadnie, rozgniatać butem, aż pokruszy się doszczętnie. Śnieg dookoła przystanku wydeptany jest na amen. Widać nawet poszczególne historie tego deptania. Nikt nie depcze byle jak. Ten kto siada, składa stopy blisko siebie i odchylając jedynie palce przy złączonych wciąż piętach, rzeźbi w śniegu coś na kształt skrzydeł ptaka albo litery V. Powracające buty, podczas odbijania się o siebie i uderzania powodują poruszenie stóp i choć na chwilę ogrzewają przemarznięte palce. Wtedy marznie reszta ciała i ponownie wstaje, aby przejść się dookoła przystanku albo chociaż wzdłuż niego. W tę i z powrotem. A potem tak jeszcze dziesiątki razy. Grube rękawice których nie sposób zdjąć nie pozwalają na wyciągnięcie gazety z plecaka lub torby. Przeszywające zimno i tak nie pozwalałoby skupić się na czytanej treści. Dłonie w wielkich watowych rękawicach, biją głuche brawo. W takt tego dźwięku, miarowo, stopy wystukują równie głuchy, śnieżny tupot.  Po godzinie oczekiwania, można z zamkniętymi oczami opowiedzieć o okalającym krajobrazie. Można też kopiąc w zamarzniętą bryłę śniegu przemyśleć wszystko to co gnębi. W ramach większej chęci pozbycia się owych natrętnych myśli, można rozważyć je kilkukrotnie. Bryła, która zamarznięta leży od miesiąca, na pewno się nie rozpadnie i co ważniejsze autobus też na pewno nie nadjedzie. Bez pośpiechu można ułożyć w głowie plan na nadchodzący czas. Choć to zajmuje krótką chwilę. W planie jest powrót do domu, kolacja, obmycie ciała i sen. A nawet gdyby powrócić o dużo wcześniej, więcej obowiązków by nie doszło. Może wyszorowanie jeszcze kuchennej podłogi.
    Czeka zatem człowiek. W styczniowych mrozach. Na pustym przestanku autobusowym. Godzinę. Czasem dwie. Bywa, że trzy. Choć miał czekać dziesięć minut. Nigdzie mu się nie spieszy i nic go nie nagli. Tylko chęć, ogromna chęć wyciągnięcia z butów zziębniętych stóp. 
    Ten kto dołączy do oczekiwań na autobus przynosi wraz z sobą dialog. Bardzo ważny dialog, który pozwala na „przyspieszenie” czasu. Taki dialog jest wyczekiwany. Nawiązywany natychmiast. Stoją wtedy razem. Obok siebie. Każdy stuka butem o but, kołysząc się przy tym jak rosyjska Matrioszka. 
    Wyglądający nos nadjeżdżającego autokaru jak nieopisana ulga, która zanim ogrzeje całe ciało, ogrzewa już myśli. 
    Mijane budynki, które widać od połowy w górę zza pobocznych zasp, wraz z podskakującym autobusem, kołyszą intensywnie, pozwalając nie myśleć już o niczym, a jedynie wyglądać domu. 
    Czasami bezwiednie przymykają się powieki. Głowa kiwa się na boki. Na przystankach mijanych po drodze i głośnym otwieraniu drzwi, oczy otwierają się na chwilę. „Jeszcze nie mój” – myśli człowiek w duchu i przymyka na powrót. Trudno odgadnąć czy poliki są bardziej czerwone na mrozie, podczas oczekiwania, czy w autobusie w którym lekko próbują odtajać. W autobusie czerwone poliki mają wszyscy. Zza czerwonych siedzeń, widać gdzieniegdzie brązowe i kremowe kożuchy. Wysoko stojące kołnierze. Na siedzeniach obok stoją torby. W niektórych autobusach z ust nadal wychodzi para.
    Swój przystanek wcale nie oznacza kresu podróży. Zanim dojdzie się do domu i otworzy drzwi, nie raz trzeba pokonać dwie miedze. Nieodśnieżone i ciężko iść, ale o tyle krócej. Idąc za to normalną drogą, można się czasami ślizgać, co znacznie urozmaica podróż. Przy największym szczęściu uda się spotkać kogoś, kto jedzie w te samą stronę autem. Kiedy zahamuje trzeba sporo podbiec, bo lód drogi daleko koła niesie. Dym z rury w takim mrozie, widoczny jakby podwójnie. Taki zatrzymany czerwony duży fiat, kremowy polonez, żółty maluch potrafił sprawić, że się tej zimy do cna nie przeklęło.
    Otwierane w domu drzwi i ciepło bijące od pieca czy kaloryferów, powodowało w człowieku takie odczucia, których choć mijają lata, zapomnieć się nie da. Lekko odmarznięte stopy kładło się na otwartym piekarniku kafloka. Gorąca zupa czy herbata, powoli ogrzewała całe ciało. Czuć było przepływający i rozchodzący się po człowieku płyn. 
    Kiedy zamknął człowiek oczy przed snem, był szczęśliwy, spokojny i wolny. A na pewno szczęśliwszy, spokojniejszy i wolniejszy niż dziś.

    Mam wielką nadzieję, pracować nad sobą, aby nie dać się pochłonąć temu jak żyje teraz świat, i aby wyjść wreszcie na przystanek.

  • no wnerw po prostu

    Przedmowa:
    Na początku z góry przeproszę moich czytelników za słowa niecenzuralne.
    Rozumiem, że przez te lata już jakoś biorę odpowiedzialność za treści tu zawarte, ale dziś po prostu trzeba. Inaczej się nie uda. Jak w życiu, jak se czasami siarczyście nie zaklniesz to już nie to samo.
    O kulturę słowa muszę dbać. Jednak dziś zróbmy tak. A Wy mi wybaczcie.

    Do rzeczy:
    Mój Teściu mówi, że jak mocno wieje to człowiek jest od razu wkurwiony. Że wiatr powoduje w ludziach nerwowość.  Od czasu kiedy to usłyszałam (a staliśmy na tarasie i oglądaliśmy jak nam w pole wszystko wywiało), wnikliwie obserwuję te zależność. No bo wiadomo, że znaleźć usprawiedliwienie dla swojego wkurwienia to ważna rzecz. A jeśli jest ono logiczne i płynące prosto z natury, to już można pomyśleć, że porządnie zakląć to samo zdrowie. Choć ja tak uważałam i wcześniej, zanim o tym wietrze przyszło mi pogłębić swoją wiedzę. Ale musiałam chorować we wnętrzu swoim i te przekleństwa trzymać w ciele, w duszy, w umyśle jak na smyczy, choć wyrywały się jak harty czystej krwi, bo Mamusia mówiła, że przekleństwa w ustach dziewczynki to brzydko. I te harty latami w tych boksach stały, czekając aż otworzy się zawleczka, uwolni bramkę i ukaże się bieżnia po której można biec..
    Jakże ja w dorosłym życiu biegnę! Jak sunę po tym żwirze, przeskakuję te przeszkody. Ach, ja nawet daleko po mecie jeszcze nie zwalniam. Czasami jak się zapędzę to mam wrażenie, że wyjdę daleko poza boisko i z rozpędu trafiam na tor wyścigowy w sąsiedniej wsi. Tak mnie te przekleństwa niosą.
    Zwalniam oczywiście jak Mamusia z wizytą przyjeżdża. Wtedy na powrót przypominam sobie archaiczne kurka franc, o ja pierdziu, nosz jasny gwint, ja pitole… 
    Mamusia mówi, że przeklinać można jedynie w żartach. To chyba muszę Jej powiedzieć, że moje życie to jeden wielki kurwa żart. A! I jeszcze, że przeklinanie musi być w miłych sytuacjach. I Ona się do tego stosuje. Tak na przykład jak idzie odwiedzić nowo-narodzone dziecko, to nachyla tak głowę do wózeczka, łapie za stópki i mówi „no jakiś Ty kurwa śliczny”. I to jest wtedy bardzo na miejscu.
    Tatuś mój za to całe życie nie klną. Ale widzę ostatnio, że albo życie Go przytłacza, albo odkrył niezwykłą moc jaką kryje w sobie taka „kurwa” albo „popierdolony”. Ino Tatuś najczęściej stosuje w żartach, żeby dodać odrobinę więcej humoru swojej opowieści. I tak na przykład, mój Tato, stateczny, spokojny człowiek, tańczący dwa na jeden, pojechał do sanatorium. Tato, który nigdy wcześniej nie przeklinał. (Albo umiał się tak pilnować przy dzieciach. Ale z przeklinaniem nie da się pilnować. Wylatuje ta cholera z ust całkiem niepostrzeżenie). Dzwoni o 22 ej jak co wieczór opowiedzieć jak minął dzień..
    I relacjonuje. Nie to żeby żywo, rychle tak, nagle. Nie. Tato relacjonuje tak jaka Jego natura. Czyli przez telefon: wolno, głośno i wyraźnie.
    – Tańczymy, tańczymy i ta Pani mi mówi „Andrzejku, jak ty pięknie tańczysz”, no to jej powiedziałem, że ja się w tańcu nie pierdolę.
    Wszystko na pełnej powadze. I wolno, i głośno i wyraźnie. Wiadomo.
    Ci moi rodzice, dzieci chcieli wychować jak najlepiej, i w przekleństwa swoich dni nie ubierali.
    Bardzo to z moją siostrą doceniamy. No i doceniamy. Właśnie. Na docenianiu może zakończmy, bo o sukcesie w tym temacie trudno mówić.
    Ale wróćmy do tego wiatru. O to się rozchodzi głównie. Bo ostatnio napierdalało wiatrem i to bez opamiętania.
    Pomyślcie sami, przyobserwujcie. Wieje i od razu wszyscy podminowani. Naciągnięci jak struna. Jak mocniej pierdzielnie, to te struny lecą jak na hevy-metalowym koncercie. Ludzie jak ponaciągane, poskręcane, pourywane struny. Stoją potem tacy w kolejkach sklepowych, korkach ulicznych, na straganach i w urzędach. I człowiek nie ma do nich wybaczenia, zrozumienia żadnego.
    A tu teraz jest. Wieje i chuj. 
    No bo rozpoczynasz człowieku dzień. Czujesz jak belki stropowe chodzą. Praktycznie wióry po domu latają, jak burza piaskowa na Saharze. Trudno z pomieszczenia do pomieszczenia przejść w tym wirze.
    Dach prawie podnosi i niebo groźne ukazuje. A ty szykujesz ich do szkoły, do przedszkola.
    No i uświadamiasz sobie, że jesteś beznadziejną Matką! No kurwa beznadziejną.
    „Jedz no dziecko szybciej”, „Zęby umyj jeszcze”, „Prosiłam Cię już sto razy, pójdziesz umyć zęby?”, „spakuj sobie to jedzenie, przecież to już możesz zrobić”, „spakowałaś to jedzenie?”, „dziecko, rany boskie, wystarczy, że zrobiłam, to już do plecaka chyba umiesz włożyć”, „piórnik ze stołu weź. no jak matka nie spakuje to nie weźmie”, „ubierasz się czy nie?”, „jak żeś te spodnie założył?”, „jaki wy tu zrobiliście burdel to głowa mała”, „dziecko, żona Ci butów zakładać nie będzie”, „co ty miałaś na dzisiaj do szkoły wziąć?!?!”…
    I jak zamknę te drzwi za nimi, gdy Ojciec Ich własny do placówek rozwozi, to se myślę, że ze mnie jest beznadziejna Matka. 
    Marlena pocieszyła mnie ostatnio, że się nagra i mi przyśle, żebym wyszła z kompleksów chęci bycia Mamą idealną. No i ja też wiem, że winny jest temu wiatr. Bo ja się od razu na siebie wkurwiam. Złość mam do siebie, żal, pretensje. A przecież inną Mamą rok temu nie byłam. Ino tą samą.
    Tylko wiatr powoduje od razu, że człowiek zły. Że nagle mu bycie tą właśnie Mamą wadzi, przeszkadza, uwiera. Już by serio lato przyszło. Od razu człowiek się w macierzyństwie inaczej widzi. Dzieci cały dzień na podwórku i wołasz ino „naleśniki!”, „gofry!”, „kompot!”… Choćbyś chciał to nie masz se czego zarzucić.
    Zauważyłam (bo te obserwacje bardzo szczegółowo prowadzę), że te wichury oddziałują na wszystkich.
    No taki Benio, wziął i odciął Tatę ze wszystkich swoich rysunków! Kategorycznie, szybkim ruchem, zdecydowanie. Rzucił Mu pod nogi takiego Jego odciętego i powiedział:
    – będzieś chciał mnie ciałować, będzieś chciał mnie psitulić, nie poźwole ci. ziadnego ciałuśka ci nie dam. nigdy juś. ziobacisz. a ty lubiś mnie ciałować, a ja ci nie dam sie pociałować. i ziobać, opciołem cie z lysunków lodziny. 
    Odszedł do góry, dudniąc przy tym mocno stopami w schody, bo złość była wielka, gdyż Tatuś miło zasugerował Mu, żeby włączył sobie inną bajkę, bo te filmiki na jutubie to głupoty takie.
    Z sypialni wołam – Synku, przynieście piżamki, będziemy się kąpać.
    I chyba mocniej musiało zawiać, bo słyszę
    – Mamoooo! Bo ciebie tes odetne!
    Nie odzywałam się więcej, bo przyszła obawa, jakoby też odeszły mi w zapomnienie te jego ciałowania.
    A jak tego ryja pyskatego nie całować?!
    Nie ominęło nikogo, bo otwieram drzwi, a tam Pan kurier…
    – No Pani Julko, kto to widział, żeby tak jebało wiatrem. Łeb mi chce rozpierdolić! A jeszcze te ludzie! Ten nie odbiera, tamten skargę wniósł, że żem paczkę mu u sąsiada zostawił! A on się z sąsiadem nie odzywa. No to moja wina, że popierdolony?!
    Żadna jego. Wiatru wina.
    Moja siostra dołączając do moich badań, zaobserwowała, że te wiatry i stopień wkurwienia też trzeba rozróżniać. Wiecie, podzielić. Nie to, że wieje i już. Można być wkurwionym jak się chce. Nie, nie. Najgorzej jest jak wieje ze wschodu. Od stepów akermańskich. A Ona coś o tym wie, bo taras ma od wschodu. I tam ją ten stan nerwowy vel wkurw, dopada najczęściej.
    Zastanawiam się, prowadząc te badania, czy nie założyć stowarzyszenia zajmującego się stricte zależnością wiatru, jego mocy, kierunków a psychiką człowieka w owym czasie…
    Hula słuchajcie ten wiatr. Po kontynentach, krajach, miastach i wsiach. Po polach, sadach i między blokami. Wciska się na prędce przez drzwi, jak kto akurat ma na zachód, i domyka dłużej z trudem.
    I mój Teść, co siedemdziesiąt w tym roku świętuje, coś o świecie już wie. Wnikliwy obserwator z niego.
    A z przyrodą i naturą to już za pan brat . I skoro od dziesiątek lat on tego doświadcza, dostrzega ową zależność, to ja się sprzeciwiać temu nie będę. Mało tego, z wiatru na wiatr, czynię też te obserwacje i słuchajcie – to się zgadza. Bywają na świecie legendy, bajki, bory, przepowiednie i przysłowia… Ale jest też na świecie prawda. I te słowa do prawdy należą – Jak wieje, to człowiek od razu wkurwiony.
    Tylko czemu ja mam wrażenie, że u mnie napierdala wiatrem od urodzenia…?!