Wszystkie posty w kategorii słowa

  • pod olchą.

    Na niebie leciał samolot. 
    W kierunku południa, ale jakby lekko na wschód.
    Ogólne było zdziwienie, że leci tak nisko.
    Może nocą sprawia takie wrażenie. Ale z tarasu też czasami na nie patrzę i nie zwykłe latać tak nisko.
    Iskry z ogniska smyrały wiszące nad nami liście olchy.
    Stała na środku wielkiej polany. Pod nią my, płomienie, rowery i plecaki.
    Garnek z pieczonkami w środku tego ognia. Potem ruszt z kiełbasą i grzanki z serem.
    Ciasto w pudełku, o jakim się marzy, kiedy mówi się o cieście.
    Gdyby zliczył nasz wiek, wspólnie lat mogliśmy mieć tysiąc.
    Nie, nie było nas wielu. Po prostu nie jesteśmy najmłodsi.
    A nasz sen przy palenisku taki beztroski..
    Niektórzy zapadali w niego jeszcze przed północą, inni zaraz przed wschodem słońca.
    Choć większość nie spała w ogóle..
    Czuwała nad ogniem, słońcem, które miało nadejść, cichą poranną rozmową.
    Koce, śpiwory, poduszki.
    Drewniane ławy, stoły .
    W pierwszym okręgu ogniska tańczyłyśmy z Madzią boso. Bo Madzia mówiła, że to „parket” jest.
    To z poszanowaniem. Złożony był z owych kocy właśnie i rozpiętych śpiworów. 
    Kiedy kręciłam się za bardzo, bo piosenka zdecydowanie skłaniała do szerszych kroków niźli „parket” nasz, czułam pod stopami poranną rosę. Wtedy można było zamknąć oczy, rozłożyć ręce i napawać się tą chłodną trawą. Po ich otwarciu, czekało spotkanie z sarną, która wnikliwie patrząc, wolnym krokiem przemierzała polanę.
    Prześpiewałyśmy zwrotki piosenek, które ostatni raz w naszych ustach brzmiały ponad trzydzieści lat temu… „Mydełko fa” , „Biełyje Rozy”. Idealnie trafione każde słowo przy „rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem”..
    Myślę, że każdy z nas widział wtedy odpusty pod kościołem i stragany pełne kaset. Stronę A i stronę B.
    Która piosenka zajmowała którą pozycję na liście.. Może jeśli Ktoś dalej popłynął myślami, zobaczył te wciągnięte kasety, nawijane później na ołówek.. Wyrwane guziki z magnetofonu. Ktoś nie miał najważniejszego „play”, inny „pause”, a najgorzej było zgubić „rec”.
    Bo jak nagrać nowe kawałki z piątkowej listy przebojów?
    Ewa mówi.. „Patrzcie, to dopiero czerwiec. Jeszcze całe lato przed nami.”
    I jej akcent, entuzjazm i nasza na te słowa reakcja, taka, jakby przed nami był cały świat.
    Jakby wszystko, o czym marzymy stało na wyciągnięcie ręki. Dzięki zaledwie tylko temu czerwcowi u schyłku, a niedoszłemu jeszcze lipcowi i sierpniowi..
    Płonąca torebka Oli, żarzyła się w kształcie serca. Kiedy położyła ją na kolanach, każda z nas widziała inny obraz. Ewa zastanawiała się czy te cekiny ma ruchome i jak przejedzie ręką w dół albo w górę, to czy zmienią blask. Ja zastanawiałam się czy to świecące serce, na torbie kobiety po czterdziestce, jest zasilane jakąś baterią w środku. Drugą moją myślą był fakt, że niepotrzebnie te baterie marnuje. Jest środek nocy, siedzimy pośrodku pustkowia, a to serce tam w trawie tyle świeci..
    Nie wiem czy ktoś pomyślał, że taka torba z płonącym sercem nie pasuję do końca dorosłej kobiecie z klasą.. Ale po tych przemyśleniach, chórem krzyknęłyśmy „torba Ci się pali!”
    Żarzyła się pięknym szlakiem który wyciął serce, a początek wziął od tlącego się postrachu na komary.
    Jakże dobrze, że portfel ocalony… choć później każdy dopytywał o potrzebę pieniędzy i dokumentów pośrodku nocnego pustkowia..?
    Poranek pachnie najpiękniej. Jakby noc pozwoliła odpocząć całej naturze i ze zdwojoną siłą perfumowały świat. 
    Zamknięta w różowym śpiworze czułam ten zapach ziemi, trawy i kropli rosy tak intensywnie jak nigdy dotąd..
    Może będąc dzieckiem i nastoletnią dziewczyną, zapach i smak tych przeżyć był na tyle codzienny, że trudno było się nimi zachwycać.. Codzienność przyzwyczaja. Staje się oczywista.
    Sięgnęłam po telefon i łącząc go z głośnikiem, wprawiłam w dźwięki Stare Dobre Małżeństwo..
    „czwarta nad ranem, może sen przyjdzie…
    Śpiewamy bluesa, bo czwarta nad ranem
    Tak cicho żeby nie zbudzić sąsiadów…”
    Była 3:54
    Choć słońca jeszcze nie było. Niebo na wschodzie zaczynało się rumienić.
    Jasno. Jak w dzień. 
    Kiedy nadchodził sen, przykładali do ogniska, wciąż nie przestawali się śmiać. 
    Choć chyba łagodnie i nie burząc spokoju poranka.
    Opowiadali, wspominali.
    Madzia wyrecytowała cały epilog z Pana Tadeusza. Idealnie. Nie zwracając jednak uwagi na przecinki czy kropki. Nabieranie tchu uznała za zbyteczne.
    Przeszła zgrabnie do recytowania na pamięć treści swojej matury. Mnie to niezwykle zadziwiało i byłabym słuchała z wielką wnikliwością, ale tłum skandował ku zaprzestaniu.
    Ostatnie zdanie jakie usłyszałam nim zawładną mną błogi sen wypowiadała Madzia…
    „Jarek, tam na ganku, na parapecie. Weź dwadzieścia tych jaj.”
    A potem gdy był już daleko krzyknęła.
    „I jeszcze może kawę”.
    Obudziłam się o szóstej. Słońce grzało już wysoko. Latem o tej porze, jest prawie na szczycie nieba.
    Koło mnie stał talerzyk. Papierowy. Z jajecznicą na kiełbasce. Obok czarna kawa.
    Rozejrzałam się dookoła. Po twarzach, po ich krzątaniu się przy dogasającym palenisku..
    I pomyślałam, że to ognisko na które zjeżdżaliśmy się wczesnego wieczora, a może i późnego popołudnia, będące piękne nocą, świtem i późnym porankiem, jest moją wymarzoną wycieczką, która dzieje się pod samolotem lecącym tak nisko…
    Bo choć czeka nas wszystkich wspólna podróż za granice kraju, piękne hotele i plaże z przezroczystą wodą, to wiem, że żadna kawa nie smakuje tak, jak czarna z paleniska pod starą olchą.
    Pole obok, przez które wracalibyśmy szybciej, nie zrobiło technicznej drogi przez kukurydzę.
    Na rozstaju dróg Jarek mówi…
    „Jula, jakby Was spotkali we wsi, to mów, że wyjechałaś po Adama. Bo On wygląda jakby wracał z K2”
    Tak, dziwiło mnie to, że ten wielki plecak, zdecydowanie zbyt mocno na lewo, mógł być zaledwie wyprawą do wsi obok.
    Na palcach weszliśmy do domu. Babcia z dziećmi spała spokojnie.
    Kiedy obudzili mnie po godzinie, mówiąc cicho do uszka „Mama, w biurze są mrówki” otwarłam oczy i rozpoczęłam ochoczo dzień…
    Zamykając je jedynie jeszcze na chwilę. Aby wypowiedzieć marzenie…
    Oby dane było im w życiu doświadczyć jak najwięcej prostych, zwykłych przyjemności..
    Które z każdym dniem, brnąc w XXI wiek, stają się rarytasem.

    Wracaliśmy polną drogą. Dokoła mieniły się w słońcu młode kłosy pszenicy, żyta…
    Podmuch upalnego powietrza niósł jak fale na morzu długie liście kukurydzy i poplątanego jęczmienia…

     

  • obóz.

    Tak, żyjemy w obozach koncentracyjnych dobrobytu, gloryfikacji ideału, skrajnego samozniszczenia.
    Stoimy w sobotnich kolejkach przed niehandlowymi niedzielami jak wygłodniałe zwierzęta, pełne agresji i gotowe do ataku. Z charakterystycznym już dla człowieka poczuciem stresu, czy aby wszystko zapewniające przetrwanie, znajduje się na pewno w zakupowych koszykach. Czy idealny plan nadchodzącego dnia nie zepsuje nam brak jednego z rodzajów sera.
    Stoimy jak charty w boksach startowych, gotowi do wyścigu w przededniu nadchodzących upałów.
    Stelażowe, z deski ryflowanej obudowy, rozporowe i pompowane z ławeczką.
    Każdy pazurami trzyma swoją siatę z chlorem w tabletkach i dolewanym z butli, materacach, kołach, siatkach na wpadające tam owady. Nierzadko siaty pełne pasków wskaźnikowych do pomiaru pH.
    Nieistotne w tym biegu ostrzeżenia o tragicznie skrajnych zasobach wodnych. Idziemy jakby sami domknąć sobie bramy naszego Auschwitz.
    Stoimy uwięzieni w misach kosmetycznych z wodą na rozmiękczenie skórek. Z rękoma jak w kajdanach w lampach UV. Uciemiężeni czasem, który odliczany jak w zegarku. Minuty tykają. Dziś, za dwa tygodnie. Za cztery i za sześć. Oczekiwanie od koloru do koloru. I modlitwy. Aby złamanie niefortunne nie nastąpiło w sposób głupi i niewybaczalny. Bo wtedy podciąć trzeba może wszystkie. Ideał zostanie zagubiony. A wizyta za dni całe pięć.
    Stoimy uwięzieni w swej głupocie. Przy skrawkach materiału, jak przy sztabkach złota.
    Z wbetonowanymi nogami bez możliwości uwolnienia. Próbujących rozłupać owy cement z kruszywem uspokajają nowymi modnymi fasonami, kolorami lub koniecznością zmiany garderoby na minimalistyczną i eko.
    Nie wychodzimy z betonowych form. Jedynie dokupujemy kolejny napój z dużą ilością cukru, aby oczekiwanie na rozłożony towar stawało się znośniejsze.
    Miliony szmat, na milionach wieszaków, w milionach odcieni budują w nas każdego dnia milionowe potrzeby ich konsumowania. Choćby miało stanąć w przełyku. Choćby miało udusić. Choćby ramiączko, pasek, szlufka wystawał z gardła… Nikt nie chwyci i dla przywrócenia tchu nie pociągnie..
    Wszyscy się duszą, duszę się i ja.
    A na koniec zaciągnę mocniej linę samobójczą… aby nabywany towar w świecie szmat zanieczyszczał 20% wszystkich wód na świecie. Aby ich produkcja wytwarzała więcej CO2 niż wszystkie linie lotnicze tego wszechświata. Oby wyprodukowanie kolejnego t-shirta mogło zużyć 2700 litrów wody pitnej, czyli równowartości zapotrzebowania człowieka na 2,5 roku. Do tego uwięzieni dokupimy parę nowych jeansów, niechaj kolejne 10 000 litrów wody pójdzie w pizdu!
    Stoimy w klatkach wygłodniali prestiżu i samozachwytu. Więzi nas posiadanie bez względu na cenę. Zbierane baty, upokorzenia, pełznięcie na czworakach z wyczerpania, osłabienia. Do celu.
    Jakże często w owych obozach, zanim ujrzą cel, wywożą ich o wiele za wcześnie. Zawały. Raki. Depresje. Samobójstwa.
    Nikt nie ucieka. Uzależnieni od psychicznej przemocy świata konsumpcji i pokazu.
    Wchodzimy głębiej i mocniej. Za każdym razem pamiętając o dociśnięciu za sobą drzwi.
    Żeby choć odrobina świeżego powietrza, nie zanieczyszczała nam do cna zepsutego wnętrza potrzeb.
    Każdego dnia jak przykładni więźniowie wydalamy swoim istnieniem tony plastiku i śmieci.
    Piętrzymy kosze, wypieprzamy las. Może ktoś spodziewa się za to nagród i jak dureń zbiera punkty ilością plastikowych butelek po wodzie.

    Choć brak nad nami SS-manów, czujemy potrzebę złotych baraków. Gdyż baraki nie są tworzone dla człowieka duszy, a dla obcych oczu, które z rozszerzonymi źrenicami patrzą przez szczeble w płocie.
    Te źrenice jak lasery stawiają nam granice naszego więzienia. Uzależnieni od ich opinii i poklasków.
    Wystające pośladki, smukłe łydki, wysportowane uda. Identyczne twarze, pod linijkę tworzone w fabryce stolicy.
    A potem pośpiesznie przenoszone na każde najmodniejsze wybrzeże, huśtawki na linach przy skrzywionej palmie.
    Niewolnicy smaku poprzez obraz zamiast otwór gębowy. Źle skadrowane zdjęcie zabiera całą rozkosz jedzenia.
    Ograbieni ze snu i  nadziei na rozwój, bez właściwego filtra na karierę w sieci. Na daremno godziny poszukiwań i płatności kartą kredytową, gdy wciąż układanka całości nie tak doskonała ja być powinna.
    Uwięzi posiadacze dwóch boho kątów i trzech insta modnych kolorów. Bez możliwości życia bez ciągłego napięcia, podminowania i bolącego kciuka od przesuwania setki zdjęć obcych dzieci, w zdobytych basenach na najlepszych aukcjach w sieci.
    Stoimy w rozpaczy jak cieśla bez dłuta. Bo otrzymaliśmy zwyczajne życie, a pokazać trzeba idealne.
    Nawet w potknięciach i błędach mamy być śmieszni albo „swój człowiek”. Nie możemy nigdy być zwyczajni. Ale przede wszystkim, nie możemy być nigdy dla siebie, a wciąż musimy być aby być. Aby przetrwać w naszych obozach dobrobytu i gloryfikacji ideału…
    Jak na porannej zbiórce, uwięzieni pobudką i gotowością do skrolowania.
    Nie wyłączamy systemów odpowiedzialnych za istnienie. Wciąż tylko oliwimy, wykupujemy wizyty u mechaników, modląc się o jak najdłuższy czas bez napraw…
    Niby każdy więzień wie, że przyjdzie moment w którym żadna oliwa i nawet najdroższy oraz modny mechanik ze stolicy, systemu nam nie odbuduje…
    Jak uciekać skoro czujemy się nieświadomie uzależnieni, tłumacząc sobie, że to przecież szczęście…
    Jak psy całujemy swoich władców po stopach, aby bram nie otwierali.
    Czasami przy barakach słychać rozmowy, o ucieczkach, które się marzą. 
    Gdyby się marzyły naprawdę, ktoś kiedyś wsiadłby do furgonetki z transportem potrzeb w obozach.
    Gdyby się marzyły prawdziwe ucieczki, byłyby w ogrodzeniach dziury.
    Słychać byłoby czasami strzały strażników.
    Ludzie obozów dobrobytu i gloryfikacji ideału oraz samozniszczenia, są zbyt leniwi aby uciekać…
    Choć mają „za suto na stole, żeby dało się zjeść”. 
    Może nadal nie uciekają bo mają „za mało wszystkiego co można by mieć…”
    Koncentracyjne obozy jednakże różniły się od istniejących dziś. I nigdy nikt by nie pomyślał, że będą gorsze…
    W czterdziestym trzecim, ludzie potrafili odnaleźć tam, w tym najgorszym z możliwych światów – swoje głowy.. W obozach dobrobytu, ludzie do reszty je stracili.

    _____________________________________________________

    Jako, że nigdy na moim blogu nie chcę kontrowersji i przepychanek, informuję, że post jest stworzony dla ludzi z dystansem, autoironią i potrzebą większej samoświadomości poprzez rozmyślania o sobie i świecie z właściwą temu emfazą.

  • piąta

    Kilka drobnych, niepozornie połączonych zdań, spowodowało ten ruch. Te decyzję. Nagłą. Choć mieszkającą we mnie od tak dawna.
    Postanowiłam wstawać w wakacje o świcie. Zazwyczaj wstaje o 7ej. Pewnej soboty, musiałam nastawić budzik na piątą i okazało się, że świat jest wtedy zachwycający. Choć, czy okazało?
    Przecież ja to doskonale wiedziałam.. Jednak co innego wiedzieć, a co innego – przypomnieć sobie..
    W tym samym dniu powiedziałam o tym rodzicom. Przy wieczornej rozmowie.
    Tata stwierdził, że wieczorów w życiu ma aż nadto, ale tych właśnie poranków mu zabrakło.
    Nie chcę aby czegokolwiek mi w życiu zabrakło, gdy zależy to tylko ode mnie i nic ale dosłownie nic, nie stoi na przeszkodzie realizacji tego pragnienia.
    Nastawiam budzik na piątą. Siadam, patrzę za okno na las i schodzę na dół. Otwieram na oścież drzwi kuchenne. Na wschód. Już wiem, o której minucie jakie drzewo zasłania słońce.. a o 6:10 jest już nad drzewami i widzę je w całej okazałości…
    Biały żagiel powiewa na wietrze jak na nadmorskim plażowym barze, z drinkami z wyciskanych owoców. Wystarczy tylko zamknąć oczy i widać wszystko…
    Jak poranni spacerowicze, najczęściej emeryci, chodzą już po wodzie. Biegających przyjezdnych i tych tutejszych z psami, przed pracą. Panią, która otwiera kiosk z pamiątkami…
    Otwieram oczy i sięgam po swój ulubiony kubek z kawą. Piję wolno. Lubię jak wystygnie. Zimną lubię bardzo. I siedzę z laptopem bo…

    Były jeszcze dwa zdania które popchnęły mnie do tego..
    Oba wyszły z ust Oli. Pięknej, mądrej Oli.
    Stałyśmy przy regale z moimi książkami i Ona pokazując na jedną z książek mówi..
    „Czytałaś? To historia pianisty, który nigdy nie grał, bo brzmiała mu w głowie melodia idealna.”
    Obie porozumiewawczo spojrzałyśmy na siebie. Bo odczucia mamy podobne.. Gdy siadam do pisania, czuje ogromną obawę. Zawsze. Moje wyobrażenie o tym co chcę napisać, stworzyć jest zawsze o wiele piękniejsze niż moje możliwości..
    Ale mam też taką cechę, że lubię rządzić swoim życiem. Nikt i nic, a szczególnie ja nie będę stała na drodze do czegoś co sprawia mi przyjemność.
    A okazuje się, że pisanie, spisanie myśli, zdarzeń jest dla mnie największą na tym świecie przyjemnością. Kiedy kończę nabieram tak mocno i głęboko powietrza myśląc „Boże, jak dobrze..”
    I nie chodzi o to jak przyjmie czy polubi to świat, chodzi o moją wewnętrzną ulgę. Mój spokój, poczucie spełnienia.. I choć dalekie od idealnej melodii, która w duszy mi gra, to cieszy mnie fakt, że choć idealnie przezwyciężam swój strach… Bo tylko to pozwala spełniać marzenia.

    Drugie zdanie Oli, choć powiedziała je wcześniej, było o czasie. Czasie na pisanie..
    Bo któż dziś czas ma? Nikt. Każdy gna i gna.
    A okazuje się, że czas jest. Tylko wtedy gdy naprawdę czegoś pragniemy. Kiedy zobaczymy już, że daje nam to tak nieopisane szczęście.
    I Ola mówi, o kochanku, o którym ktoś kiedyś jej powiedział..
    Że z pisaniem jak z kochankiem. Zawsze znajdujesz dla niego czas. Wykradasz go światu i jesteś cała dla niego… Myślisz w każdym momencie dnia o chwili w której możesz się skryć i napisać, wymyślić dalszą historię.. Zanurzyć się w niej..

    Ja od czasu gdy wstaje o piątej spotykam się z pisaniem. Umawiam się z nim na randki gdy cały dom śpi…
    Czasami zdarza mi się napisać cztery strony a czasami pół.. Bo zamknę oczy i się zamyślę, albo zapatrzę na świat, na las…
    Innym razem nie mogę przestać pisać i odrywa mnie tylko godzina w której muszę obudzić dzieci…
    Bo ileż to razy pytaliście mnie kiedy w końcu coś dla dorosłych..
    A ja zawsze odpowiadałam, że czasu brak ale tak bardzo chce… 
    Gówno prawda, jak się coś bardzo chce, to czas nagle się znajduje.. I ja już to wiem.
    Piszę zatem i okazuje się, że o niczym innym nie marzę jak zostawać sama i pisać.. 
    Nawet jeśli skreślę tylko kilka zdań w ciągu dnia…
    Nie wiem, kiedy jest za dużo opisów, a kiedy tracę jednolity ton narratora..
    Tylu rzeczy nie wiem.. Ale wiem jedno, kieruję się tym co bardzo chce tam schować. Co chcę tam zawrzeć, co zamknąć w tej historii.. 
    Chcę napisać proste rzeczy. Proste zdarzenia. Proste życie i proste dni. Nic ponadto.
    Czuję się jakbym była uzależniona.. Bo ja sama nie wiem co będzie dalej, dopiero gdy siadam i zaczynam pisać, tworzy się historia. Bo jak to kiedyś powiedział Myśliwski „gdybym wiedział jak się skończy moja książka to po cóż miałbym ją pisać?”
    I ja sama jestem taka ciekawa.. Bo ich historie tworzą się bez mojego udziału… Jakby wymykały się spod moich palców i same chodziły po klawiaturze opisując swe uczucia, zdarzenia, cechy wyglądu…
    Czekam na to pisanie jak na kolejny odcinek dobrego serialu..
    A czy się to komuś spodoba…? Nie wiem. Ale wiem już, że szczęście gdy pisze jest tak wielkie, że warto poświęcać temu czas.. Choćby dla świata miało być zupełnie po nic…