Wszystkie posty w kategorii słowa

  • życie, zdrowie i ludzie.

    Moja przyjaciółka pisała ostatnio…

    Najlepsza lekcja pokory, spacer po cmentarzu. Jakub odczytał wiek zgonu z każdego nagrobka. Od 9 miesięcznego dziecka do 95 letniej babci. Wszyscy tam są. 16 i 14 letni chłopiec, którzy zmarli w tym samym dniu- 2/8/ 1965 roku i ojciec i syn, pochowani w tym samym wieku w 30-letnim odstępie czasu, 57 letnia kobieta uśmiechająca się ze zdjecia. Taki przekrój twarzy i dat. Aniołki pucate modlące sie w skupieniu na krawędziach nagrobków, kwiaty, lampiony. I cisza. Niezwykła cisza, bo przecież za murem odgłosy silników, krzyki dzieci, sapnięcia autobusu, zapach obiadu, szczekanie psa i pośpiech, i zakupy, i praca, i telefon. Pranie powiesić, łóżko zaścielić, umyć łazienkę. Dokładniej, lepiej, szybciej. Ubrać się ładnie, modnie, wyjść tu, iść tam, zabłysnąć. A tu pod drzewami starymi, wszyscy uśmiechnięci na porcelanowych fotografiach jakby ktoś im zdjął wreszcie z pleców ten ogromny ciężar spełniania oczekiwań, dostosowania się do wymogów, uczestniczenia, perfekcyjności, bycia zawsze gotowym, zorganizowanym i przygotowanym, odnoszącym sukcesy. Nie mają przymusu bycia szczęśliwym. Mają za spokój, towarzystwo kotów cmentarnych i tę wolność, którą wydawałoby się mamy i my, dopóki nie przyjdzie rachunek za prąd.

    I choć pisze ona o lekkości jaką wydają jej się mieć ci, którzy odeszli, w pierwszej chwili po przeczytaniu pomyślałam o pięknym fragmencie z książki Joanny Jax. Pisze tam, że najważniejsze jest życie. Przede wszystkim trzeba walczyć o życie. Aby żyć. Bo kiedy nie ma życia to wszystko inne jest zupełnie nieistotne.
    Ludzie zaprzestali doceniać fakt samego życia. Jakby miał być niezaprzeczalny i wieczny.
    Choć ze wszystkich stron słychać o jego ulotności i kruchości, to tak jakby czytać zaledwie książkę.
    Zamykasz. Z hukiem i przerażeniem składasz wielką i grubą oprawę, aż wznosi się kurz. Odkładasz i powracasz do swojego życia, które prawdopodobnie przecież nigdy się nie skończy. Bo choć tego nieuniknionego faktu obawiamy się mocno, wręcz z nerwowością, to nie przekłada się ono na jakość bytowania póki życie jest…
    No bo przecież przyjdzie czas… Czas na odpoczynek, na spokój, na książkę, na film, na ogródek, na spacer, na wyjazd, na wiosenne porządki… Czas na spotkania, dawno umawianą kolację, wino.. Przyjdzie czas na ludzi przecież… Już zaraz. Jak tylko dokończę pracę, jak posprzątam dom, jak znajdę siły na upieczenie ciasta, jak tylko będę bardziej wypoczęta…
    Życzyliśmy sobie ostatnio wiele. Na święta, na Nowy rok. Dużo było o najważniejszym zdrowiu. Było o spokoju, celebracji, spełnieniu… Mało jednak było o ludziach.
    Bo kiedy jest już to życie – najważniejsze, a zaraz po nim zdrowie. To każde inne życzenie staje się ważne zaledwie na moment, jeżeli nie mamy wraz z sobą ludzi. Człowieka jeśli mało.
    Prawdziwego, szczerego, bezkonfliktowego.

    Rok który minął był dla nas niezwykle łaskawy. Dał nam dużo dobrego. Wręcz wspaniałego.
    Ale to co pokochaliśmy wszyscy bezsprzecznie i co okazało się w życiu jedną z wartości największych, to życie z sąsiadami.
    Czasami pytamy siebie nawzajem kto mógłby odebrać dziecko ze szkoły. Wszystkie jesteśmy chętne. Potem jeszcze konkurujemy między sobą obiadami, która zrobi lepszy, aby przejąć dziecko.
    Dzieci odbieramy sobie często. Po szkole, z zajęć. Wystarczy zapytać i któryś z sąsiednich domów, a najczęściej wszystkie, są gotowe do pomocy.
    Kiedy wracam z pogotowia, pytają od razu czy wziąć mi dzieci, abym mogła poleżeć i odpocząć. 
    Wigilię sąsiedzką robimy na osiemnaście osób. Każdy wygląda pięknie. Niosą przez pola gary pełne zupy, ryb, kapusty. Kiedy wychodzą po północy, okazuje się, że nie ma co sprzątać, bo zanim zamknęli nasze drzwi to sprzątaliśmy wszyscy. 
    Kiedy sąsiadka ma urodziny, których nie wyprawia, wchodzimy dzięki ukrytemu przez męża kluczowi, dmuchamy balony, nastawiamy piekarnik, kroimy ciasta, wieszamy transparenty.
    Między tym wszystkim plączą się dzieci. Które żyją swoim sąsiedzkim – zżytym światem.
    Ociera łzę kiedy otwiera drzwi i nas widzi. Mamy sztuczne ognie i świeczki w torcie.
    Latem przy ogniskach Tatowie zasypiają z dziećmi. W piątkowe wieczory nasi mężowie oglądają filmy do piątej nad ranem. Choć od dwudziestej trzeciej już śpią… Ale podobno oglądają. Niech Im będzie.
    Wiemy gdzie u którego sąsiada pochowane są talerze, sztućce, formy na ciasto i worki na śmieci.
    Wiemy, które dzieci co lubią jeść, które na co są uczulone. Które są doskonałe w danej dziedzinie, a w której czują się gorzej. Kiedy siedzimy w tej swojej sąsiedzkiej licznej rodzinie przy stole i woła dziecko, wstaje ten kto ma najbliżej, niekoniecznie ten kto urodził..
    Wspólnie wracamy z balu Andrzejkowego. I choć droga powrotna ma kilometr, idziemy dwie godziny.
    Niesiemy głośnik i tańczymy. „Mówiono o nim King” śpiewamy wszyscy.
    Na bal z Koła Gospodyń Wiejskich też idziemy wszyscy. Na nogach przez pole. Muszę zapytać dziewczyn co ubierają…
    W letnie wieczory, bez umawiania zbieramy się na podwórkach. Ktoś przyszedł po swoje dziecko, Ktoś akurat przywiózł pływak do basenu, Inny wracał ze spaceru.. Z niczego zawsze robi się nam coś wspólnego..
    Z niczego ogniska i grille. Każdy przynosi co akurat ma. Czasami wystarczy pyszna kawa i popcorn dla dzieci. Siedzimy na tarasach, na schodach, w kuchniach, salonach, podłogach dziecięcych pokoi..
    Rozmawiamy codziennie. Pomagamy sobie codziennie. Jesteśmy razem codziennie. Choć każdy z nas tak zupełnie inny. Nie łączą nas interesy, nie łączy nas przeszłość, nie łączą więzy krwi. Łączą nas bliskie łąki pomiędzy naszymi domami. Czasami mężowie wykoszą, innym razem lecimy po wysokich trawach..
    Nie ma kurtuazyjnych pytań, podziękowań… Wszystko jest szczere, prawdziwe i bezpośrednie.
    Dzieci jedzą tam gdzie akurat w porze obiadu ich poniosło. Wspólnie trzymamy kciuki za swoje sukcesy, wspólnie biadolimy nad porażkami.
    Słyszę z którego podwórka śmieją się akurat nasze dzieci.
    Taczki, drukarka, pudry, bus, sanki, brytfanki są wspólne. Ale wspólne przede wszystkim stają się ręce.
    I nie ma tak pięknego spokoju, którego nie chciałabym aby zmącił mi Ktoś z moich sąsiadów.
    Mogę stać wtedy w podartym, brudnym dresie. Bez makijażu i niezbyt urzekającą cerą. Mogę mieć przepełniony zlew i piach w przedpokoju.
    Razem obchodzimy urodziny, święta, uroczystości, karnawał…
    Wiemy kiedy nas nie ma i gdzie wtedy jesteśmy.
    Kiedy w sylwestra mój mąż pracuje do północy, nasze dzieci świętują u sąsiadów. Bo mięliśmy iść zaledwie na chwilę.. Ale w tych tłustych włosach i koszulce brudnej od masła zostałam, bo wyjść nie pozwolili.
    Rozchodzimy się często po północy. Wtedy niesiemy te nasze śpiące dzieci na rękach. I idziemy wspólnie przez pola. Czasami w miejscu rozstania stoimy jeszcze długi czas.
    Wszystkich nas bawi to samo. Wszystkich nas to samo przeraża. Każdy z nas o to samo dba, zabiega i czasami walczy. Kiedy zaczynamy się śmiać na którymś z tarasów naszych domów, to śmiech niesie się przez łąki i między drzewami…
    Potem wracając do domu zbieramy z tych łąk i drzew tę radość. Starcza na kolejne dni i na każde wyzwanie… Bo dajemy sobie siłę. Kiedy masz świadomość ludzi, przy których możesz być prawdziwa, ludzi, którzy zrobią wszystko aby Ci pomóc, wesprzeć, albo po prostu obok być, to okazuje się, że wielkie przygody tego świata tracą na swej barwie i sile…
    Odprowadzamy się i o dziwo zawsze mamy po drodze.
    Może są na tym świecie piękne miejsca, w których z okna rozciągał by się widok ujmujący moje serce..
    Ale moje serce już wie, że ludzie, których ma się obok siebie, to największa wartość i najbardziej niezwykły widok na tym świcie… Kiedy otwieram drzwi i widzę Ich twarz, albo gdy stukają w kuchenne okno..
    Lub gdy machają na powitanie.
    Teraz już wiem, że życie jako pierwsze. Potem zdrowie. I ludzie.
    Kiedy piszę te słowa widzę jak sąsiadka idzie z psem. I uśmiecham się sama do siebie. Lubię ten widok.
    Ktoś powie, masz szczęście. Tak, dużo tego szczęścia. Ale przede wszystkim aby ich mieć, trzeba do tych ludzi wyjść. Wyciągnąć rękę. Powiedzieć słowo. Jeden okaże się zupełnie nie tym kogo szukamy, a drugi zostanie nam na życie..
    Więc zanim przyjdzie nam do nagrobków cmentarnych, to aby znośniej było..
    Trzeba wyjść. Niedaleko. Czasami wystarczy przed płot.
    Póki jest życie…

     

  • droga do życia – listy od czytelniczek.

    „Cześć Julka,
    Chciałabym Cię o coś zapytać. Tak ciągle się nad tym zastanawiam. Mam częste poczucie winy z powodu tego, iż malo czasu spędzam z dziećmi, ale w takim sensie twórczym. Tzn. jestem z Nimi, ale często robię inne rzeczy w tym czasie lub najzwyczajniej siedzę obok bez aktywnego zaangażowania.  Wtedy wydaje mi się że jestem beznadziejną matka, że mogłabym wiecej dla Nich,  że może łatwiej byłoby Im.  Wiesz o co mi chodzi… Mam często wrażenie że jestem średnią matką, ale te sytuacje mnie trochę martwią. Jaki Ty masz na to sposób, co o tym myślisz?
    Dziękuje z góry za odpowiedź.
    Wierna czytelniczka…”


    Ach, to nasze społeczne parcie i idące za tym wyrzuty sumienia…

    Myślę, że nie wszystko co było, było jedynie dobre albo złe. Nie wszystko co nadejdzie będzie tylko lepsze albo gorsze. Myślę, że do wszystkiego trzeba przyłożyć swoją miarę. Ale swoją, nie społeczną. I wybierać to co właściwe dla nas aby odpowiadać sobie na wiele ważnych życiowych zagadnień.
    Zetem sięgając do wychowywania dzieci poprzez nasze mamy czy babcie, teraz dostrzegamy wiele udogodnień, uproszczeń które dla nas nadeszły. Ale… niby mamy pieluchy jednorazowego użytku, pralki, zmywarki, jednak mniej czasu, gdyż na te wszystkie „ułatwiacze” życia trzeba zarobić..
    Choć, czy gdyby trzeba nam było iść w pole, oprzątkę o piątej rano zrobić to mielibyśmy czasu więcej? Niekoniecznie. A nawet chyba mieli go mniej… Czyli kobieta, czy mężczyzna, niezależnie od czasów, kiedy chce wieść w miarę przyzwoite życie – jest zapracowany.
    Żyjemy w czasach w których jesteśmy mocno roszczeniowi.
    Mamy pretensje do życia jeżeli nie udaje się nam znaleźć wystarczająco dużo czasu na swoje hobby, pasje, odpoczynek, filmy itp… Choć ja uważam, że tego czasu każdy z nas miałby mnóstwo, gdyby nie internet. Gdyby nie telefony, tablety… Bo nawet gdy czas jest, to nie potrafimy w nim właściwie odpocząć, gdyż jesteśmy zbyt mocno „nabodźcowani” ilością informacji, szybkością życia..
    Kiedy nadchodzi czas wolny , mózg nie potrafi tak nagle wyhamować.
    Kiedy ostatnio w kolejce sklepowej, dość długiej, otworzyli kolejną kasę, zrobił się popłoch. Zaczęli zmieniać miejsca, zbierać te zakupy z taśmy. Przekładać, latać… I Ktoś mówi do mnie – tu Pani będzie szybciej.. Na co odpowiadam – ale mnie się nigdzie nie spieszy..
    I w tym momencie dziesięć par oczu skierowało się i zastygło patrząc na mnie..
    Kosmitka! Nie spieszy jej się.
    A na mnie czekały obowiązki, plany, faktury, maile, obiad do wstawienia… Ale pomyślałam, co mi to pięć minut da? Tylko się w sobie umęczę, ustresuję.. Kiedy ten organizm ma wypocząć kiedy ciągle w biegu?
    Postanowiłam zatem odpuszczać pośpiech, kiedy pociąg do raju ze stacji nie odjeżdża. Bo się może okażę, że jak zwolnię to wcale do pociągu wsiadać nie trzeba…
    Ale do czego zmierzam… Bo jak zwykle schodzę z tematu chcąc złapać milion myśli w jedno wręcz zdanie, a do tego już kiedyś to wszystko pisałam…
    Jak Wam się udaje to czytać? – szok i niedowierzanie 🙂
    Tak to często z człowiekiem bywa, a już z Matkami najbardziej zagorzale, że chciałby się zbliżyć do ideału. Trochę na modłę swoich pragnień i trochę na tę, co zaobserwował między innymi ludźmi, czy w świecie.
    Obserwujemy dookoła nas świat pełen zła, nienawiści, okrutności, ale do tego normalny człowiek zbliżać się nie chce. Jednak zmysł obserwacji pozwala nam obserwować każdy ze światów.
    I przypatrując się również temu pełnemu dobra, pełnego w kreatywność, obfitego w rozwój, w jakimś sensie  chcemy się do niego choć zbliżyć. Człowiek jako jednostka myśląca chce się rozwijać, dać z siebie więcej i lepiej.
    I tak jak pisałam najbardziej dotyczy to Matek. Ponieważ tylko one posiadają miłość bezinteresowną.
    Żadna inna miłość na świecie nie może się równać miłości Matki do Dziecka.
    Zatem owa miłość każe nam stać się Matkami doskonałymi. Nie dla nas samych, a dla naszych dzieci.
    Chciałybyśmy by czuły się kochane, zadbane, akceptowane, najedzone, szczęśliwe, lubiane, mądre, elokwentne.
    I o ile żylibyśmy na tym świecie sami i łatwo udałoby się to osiągnąć nam i naszym dzieciom, tak żyjąc pomiędzy ludźmi jest o wiele trudniej. Rodzi się nieświadomie chęć rywalizacji, ścigania ideałów.
    Bo powiedz mi czy normalna matka, która dba o dom i która gotuje zdrowe, pełnowartościowe obiady, sprząta, pierze, piecze, pracuje, prasuje, pomaga przy lekcjach, ma jeszcze niezwykłą ilość czasu na zabawy z dzieckiem?
    Bo ja jak odbiorę moich z placówek szkolnych,  zjemy razem obiad, chwilę się pobawią/odpoczną/odrobią lekcję, ja upiekę chałkę i ogarnę kuchnię oraz powieszę pranie to jest godzina 19:30. A odbieram o 14:30!
    Zatem jak leję im wodę do wanny to machnę z nimi jedną partyjkę gry memory, gdzie często w połowie Benio wpadnie w zagniewanie, że zgarnęłam jego ulubioną parę. Wtedy rozwala całą resztę i płacząc idzie się myć. Ot wielka kreatywna zabawa z dzieckiem.
    Istnije kult bycia idealną, a do tego u kobiet istnieje od zawsze to niewyjaśnione pragnienie rywalizacji..
    Ach, czy ja jestem lepszą Mamą czy Ty…
    A prawda jest taka, że każda z nas jest najlepszą Mamą dla swojego dziecka.
    Ja nie mogę być Tobą a Ty mną. Dobrze, że jesteś świadoma, że chcesz się rozwijać. Być Mamą fajniejszą czy działającą na ich większą korzyść.. Ale nigdy nie jest dobrze, gdy zaczyna to dręczyć.
    Nie, nie mówię tu o skrajnych przypadkach i o tym by takim myśleniem zrzucać z siebie poczucie winy czy wyrzutów sumienia. Mówię o tym by będąc wspaniałą Mamą nie zadręczać siebie bardziej.
    Bo Mama najczęściej w domu jest Mamą w kuchni, przy desce od prasowania, w ogródku czy ze ścierką przy zlewie. Mamą co wyciąga pachnące ciasto z piekarnika, która polewa sosem ziemniaki.
    Tak, ta Mama jest najwspanialszą Mamą na świecie. I właśnie to pozwala wyrosnąć Twojemu dziecku na wspaniałego, empatycznego człowieka. Przykład. Zwyczajne obserwowanie.
    Dziecko może bawić się w przedszkolu, na świetlicy, z rodzeństwem, z dziećmi sąsiadów, z dziećmi przyjaciół, z Dziadkami, kuzynostwem… Dziecko może się bawić również samo! I to pozwala Mu na wprost trudne do uwierzenia rozwijanie wyobraźni i kreatywności. Aż wreszcie, czasami wieczorem, czy może w wolniejszy dzień, dziecko może pobawić się z rodzicem. Może w sobotnie popołudnie…?
    Może wtedy gdy jest na to spokojny, nie wytargany życiu czas? Spontanicznie?

    Bo dla dziecka liczy się czas bycia razem. Nie tylko „dziecięca” zabawy.
    Pamiętam kiedy moja Mama prasowała. Pamiętam kiedy moja Mama gotowała obiad. Pamiętam kiedy piekła co piątek. Pamiętam popołudnia w ogródku. Pamiętam jak grabiła i zamiatała podwórko.
    Pamiętam jak na tarasie robiła weki. Pamiętam jak sprzątała kuchenne szafki i kryształy z szafy w dużym pokoju. Pamiętam jak odrabiała ze mną lekcje. Pamiętam jak w sobotę wynosiła chodniki i myła podłogi.
    Pamiętam tego niewyobrażalną ilość… To nie były kreatywne gry i zabawy. Moja Mama pokazywała mi jak pięknie żyć. A jak nadchodził zimowy wieczór to graliśmy w karty.
    Pamiętam jak budowałam na podwórku bazy. Wszędzie. Do Mamy leciałam po coś z kuchni, żeby mieć do piaskowych potraw, do Taty leciałam do Warsztatu aby zbił mi dwie deski.
    Oni się ze mną nie bawili, ale byli. Zawsze przychodzili, aby potem tych potraw z piasku spróbować i zachwycać się nad kolejną moją podwórkową konstrukcją. Te ich wizyty nie trwały długo. Może piętnaście minut. Ale były. A Oni przez te piętnaście minut byli bardzo zaangażowani.
    Zawsze kładli mnie spać z jakąś opowieścią. Choć potem już Justynka mi śpiewała na naszym piętrowym łóżku…
    Każdy może prowadzić swoje życie według własnego wyobrażenia, planu, wymagań..
    Ale mój ideał dziecięcego popołudnia jest na podwórku. Z gromadą innych. Biegających po polach, lub między blokami. Zimą ze znudzoną miną chodząc między pokojami, pokładając się na dywanach. Wyciągając zapomniane już z nudów klocki.
    A w tym wszystkim Mama wyrabiająca ciasto na bułki.
    To mój obraz życia jakie jest dla mnie wartościowe. Dla innych może być stratą czasu, zmarnowanym potencjałem, brakiem rozwoju… Oczywiście, że może.
    Ale moim życiem żyję ja, nie ten Kto myśli inaczej.
    Być, przede wszystkim być obok. Rozmawiać, śmiać się czy nawet złościć czasami.
    Po prostu być obok. Kiedy Ich kąpię to robię sobie w tym czasie maseczki i gadamy.
    Kiedy robię coś w kuchni to bawią się sami i czasami przylecą po szklankę kompotu, czy owoc.
    Latem organizują zabawy podwórkowe, gdy Tata pracuje na dworze. Benio widzi jak dba męską dłonią i swoją pracą o dom. Widzi tatę, który myje Mamie auto, który odśnieża schody żeby nikt nie złamał nogi. Widzi jak stawia płot i sprząta piwnicę.
    Bo w karty i planszówki też gramy. Robimy też Tosi slalomy, aby jeździła między nimi na motocyklu. Wieczorami latem gramy w piłkę. Badmintona.
    Ale przede wszystkim jesteśmy tak zwyczajnie obok. Kiedy Oni ustawiają klocki na tarasie, ja czytam książkę.
    Moja dobra znajoma, kiedy była mała, miała niezwykle kreatywną Mamę. Niezliczone ilości wyjazdów, sportów, zajęć. Dziś jest kłębkiem nerwów. Bo całe życie myślała i myśli, że nie jest wystarczająco dobra. Bo marzyła w dzieciństwie aby nic nie musieć, aby móc po prostu zwyczajnie z innymi dziećmi – być.
    Bo w życiu można nauczyć się wszystkiego Do wszystkiego dojść. Stać się w czymś doskonałym i wyjątkowym. Można posiąść wypracowane talenty. I może takie częstsze kreatywne spędzanie czasu z dziećmi mogłoby w tym pomóc… Może… Ale pewne to nie jest, co już nie raz życie pokazało.
    Ale wiem na pewno i wierzę w to, że życia i tego jak dobrze żyć, można nauczyć się tylko raz.
    Będąc z rodzicem, który zwyczajnie jest obok. I swoją pracą, czynami, buduje życie swoim dzieciom.
    Bo jeżeli nie nauczy się jak żyć od rodziców, potknie się niezliczoną ilość razy. Te upadki czasami mogą być bardzo groźne…
    Może Ktoś rzec – ach, nie samym gotowaniem i stawianiem płota człowiek żyje i nie w tym esencja życia – może tak rzec. I to może być w jego życiu prawdą.
    Ale moją prawdą jest zwyczajne życie. Ogródek, podwórko i piekarnik.
    W nim upatruję moje największe szczęście. A jeżeli moje dzieci pewnego dnia będą chciały zaznać innego szczęścia, to zrobię wszystko by im pomóc…

    W sobotę wróciłam ze spotkania urodzinowego mojej czytelniczki. Prezent od męża. Obiad niespodzianka ze mną. Fantastyczni ludzie. Nie mogliśmy się rozstać.
    Kiedy wróciłam zobaczyłam, że kosz z praniem (zebranym), który stał w garderobie, jest pusty.
    Moja siedmioletnia córka postanowiła mi zrobić niespodziankę. Idealnie porozkładała koszulki, spodnie, bluzy, bieliznę do szafek i na swoje miejsca. Idealnie poskładała.
    Nie, nie pragnę by została kurą domową. Pragnę by została kim zechce.
    Ale wtedy, gdy ujrzałam ten rozłożony z praniem kosz, pomyślałam sobie, że ta droga do nauki o życiu jest chyba właściwa…
    Właściwa dla mnie. Twoja może być zupełnie inna.
    Bo ja mam takie niczym nie zmącone wrażenie,”że poskładane pranie i stabilny płot dookoła domu” jest kluczem do szczęśliwego życia. Naszego i naszych dzieci.

  • ulica Mysia.

    Nikt nie może nam uwierzyć, że mieszkamy w środku pola, w drewnianym domu i nie mamy myszy.
    No całe lato drzwi pootwierane, a tu żadna nie przemyka.
    Dlatego zamieszkały u nas miłe gryzonie z ulicy Mysiej. Bo zamiast rozgryzionych orzeszków niosą wraz z sobą historię. Mają imiona, profesję..
    Ilustratorką tych przepięknych stworzeń jest Katya z Rosji.
    A pomysłodawcą i realizatorem firma dekornik.pl
    Pewnie doskonale Wam znany z najpiękniejszych ścian w dziecięcych pokoikach.
    I każdy może znaleźć coś ze swojej wyobraźni i na miarę swoich potrzeb.
    Może być słodko i bajkowo, może być vintage.. Ale zawsze pozostaje oryginalnie, na lata (nie jest to chwilowa postać z modnej bajki, która po dwóch latach dziecku i domownikom się znudzi.)
    Może być dla niemowlaka, dziecka i nastolatka..
    Choć powiem Wam, że ja te myszy miałam ochotę naklejać sobie w kuchni, że mi ta Babcia mysz, ziarno sypie do thermomixa.
    Jestem zwolennikiem pomysłowych, oryginalnych rzeczy. Lubię mieć coś co nie jest popularne. Mieć coś, co zawsze będzie miało urok i z miłą chęcią się człowiek z tym zżywa zamiast denerwować „kiedy to zamalujemy/zmienimy/przemeblujemy). I nie mam tej chęci z racji posiadania, a wpojonego przez Tatę i zebranego w genach braku akceptacji na bylejakość.
    Myszy są naklejkami na takiej jakby gumie, którą bardzo wygodnie się nakleja. Można też przeklejać, oczywiście niezbyt często, a gdy zachodzi konieczna potrzeba.
    Zanim trafiły do nas te myszy, ja już od dawna upajałam się asortymentem dekornika.
    Zdjęcia z Ich aranżacjami w dziecięcych pokoikach zachwycają.
    Lubię marki w których każdy najdrobniejszy produkt, sposób pokazania go, strona, są dopracowane do granic możliwości. Jest w tym wszystkim przy tym taka lekkość. Widać, że płynie to z Ich poczucia piękna. Zapewniam Was, że wchodząc w dział inspiracji można przepaść. TUTAJ.
    A już mnóstwo zdjęć znajdziecie TUTAJ – na instagramie.
    Lubią też robić dobre filmy instruktażowe 🙂 TUTAJ.
    Ich produkty to tapety, miarki, mapy, zwierzęta, miasta i mnóstwo innych.
    I gdybym stawiała murowany dom, to bym w tych produktach się rozkoszowała. Ale jak się okazało, w drewnianym domu myszy też z wielką przyjemnością zamieszkały.. A dzieci je pokochały.
    Sklep dekornik można pooglądać TUTAJ – dekornik.pl

    **************************************************************************

    Do siedmioosobowej Mysiej gromady napisałam Wam małą opowieść.
    Opowieść ta będzie dołączana do Myszowych paczek, wychodzących z firmowej norki dekornika.
    Może idealna na nadchodzący Dzień Babci i Dziadka..
    Na początku przedstawię Wam bohaterów..

    Na ulicy Mysiej małe były tylko myszy i ulica. Wszystko inne było wielkie

    Wielkie były serca i uczucia. Wielkie uśmiechy i zdziwione oczy. Wielkie okrzyki radości i podskoki szczęścia. Niestety wielkie też bywały łzy. Przeciskały się te krople wzdłuż całego oka, aby spłynąć po czubku nosa i na koniec zrobić wielkie „kap!”, gdy spadały na ziemię.

    Posłaniec Miki miał wielki pośpiech i dlatego najlepiej ze wszystkich roznosił paczki, wiadomości i listy. Był zawsze na czas. Stawał w drzwiach i wesoło wołał:

    – Poczta! Mysia poczta!

    Babcia Greta miała wielkie wspomnienia. Miała też głębokie kieszenie swetra, w których zawsze było coś słodkiego. Krówki, landrynki, galaretki.

    Uczennica Mela miała wielką chęć do nauki. Do poznawania świata. Miała grube i ciężkie książki o zdrowiu, przyrodzie, historii. Zawsze siedziała w pierwszej ławce, patrząc uważnie na swoją mysią panią nauczycielkę.

    Piekarz Paul miał wielki dryg do pieczenia chleba. Drożdżowe babki rosły mu jak potężne, rozłożyste góry, bagietki jak wysokie drabiny, bułki jak okrągłe słońca, a rogale jak księżyce. Kolejki do jego piekarni ciągnęły się przez kilka ulic, bo poranny zapach pieczonego chleba wabił wszystkie mysie nosy.

    Złota rączka o imieniu Mario miał na ulicy Mysiej wielkie zasługi. Pomagał swoimi zręcznymi rękami w szkole, w ośrodku zdrowia, mleczarni i w domu kultury. Dokładnie i z dużym zapałem malował ściany, dokręcał rury, łatał dziury w dachu. Mario potrafił zrobić wszystko. A kiedy pytali, ile do zapłaty, odpowiadał:

    – Wielki uśmiech się należy.

    Marzyciel Elon miał wielką wyobraźnię i wielkie nadzieje. Kiedy zamykał oczy, widział się na odległych wyspach, na których był groźnym piratem. Innym razem ratował piękne królewny ze szczytów wież. Był też muszkieterem, kosmonautą, piosenkarzem i malarzem. Elon zawsze mawiał, że gdy się marzy i czyta dużo książek, to wtedy wszystko staje się możliwe.

    Sportowiec Max miał wielki spryt. Był szybki, zwinny, giętki i prężny. Chciał być dobry w tym, co kochał. A kochał sport i swoją deskorolkę. Nawet gdy padało, brał pod pachę deskę z kółkami i szedł z uporem ćwiczyć. 

    Na ulicy Mysiej czas płynął tak samo, tak samo słońce szło przez niebo i deszcz kropił w ten sam sposób. Na ulicy Mysiej nie działo się nic innego niż w naszym człowieczym świecie. 

    I babci też zdarzyło się podobnie, jak to u wielu babć na starość bywa. A było to tak…

    W poniedziałek przed południem Max zobaczył babcię Gretę, gdy rozpędzony jechał w dół ulicą. Stanął, zerka. Babcia płacze do fartuszka. Siedzi sobie na schodeczku, karmi motyle, pyłkiem sypie, a przy tym łzy łapie i ociera…

    – Co się, babciu, stało? Czemu ci tak smutno? – zapytał Max.

    – Bo już coraz trudniej chłopcze, coraz starsza jestem. Młodość i zdrowie mi umyka. – mówi babcia zachmurzona.

    Max pomyślał, że pomoże. Wziął pod nogi deskorolkę i szybko ruszył w drogę. Na początku spotkał Paula. Opowiada, mówi prędko. Piekarz podumał chwilę. Może babcia bez śniadania? Może głodna i sił nie ma? Wsadził bułki, butlę z ciepłym mlekiem do plecaka wielkiego i razem z Maxem do babci wyruszył.

    Babcia je powoli, gryzie dobrze, mlaska, chwali.

    – Dobra buła, wypieczona – rzecze piekarzowi. – Taki wypiek samo zdrowie.

    Max z Paulem patrzą uważnie na babcię. Czy pomogło?

    – Babciu, babciu, czy już lepiej? Młodziej teraz?

    Babcia myśli… Nie pomogło, choć śniadanie dobre było. A tu wciąż młodości nie ma.

    Wtem zjawił się posłaniec Miki z listami. Myśli i drapie się po głowie.

    – Wiem – oznajmił. – Tutaj leku trzeba.

    I pojechał do apteki. Wziął miłorząb, lecytynę. To pomoże naszej Grecie.

    Po drodze spotkał Elona. Zsiadł z roweru. Idą razem i o babci rozmawiają. A Elon, jak to marzyciel, mówi:

    – Tę młodość ktoś pożyczył. Taką młodość mieć każdy by chciał, choć na chwilę. Mieć siłę i witalność. Wziął ktoś w nocy i pewnie zapomniał zwrócić. Może odda jutro rano…

    – Ach, Elon, ty jak zwykle mówisz pięknie – westchnął Miki. – Ale leku trzeba pilnie. 

    I Miki, nasz dzielny posłaniec, popędził prędko przed siebie.

    Złota rączka już babci przyszykował plan i rejestr: jaki dzień dziś mamy i jak młodość pielęgnować. Co zapomni, to przeczyta, i już wiedzieć wnet powinna.

    Siedzą wszyscy. Babcia w środku. Na schodeczku, tym drewnianym. Motyle karmią i tak myślą, gdzie podziała się ta młodość… 

    Po chodniku pewnym krokiem sunie Mela – uczennica. Niesie książki i parasol, choć nie pada i nie leje. Patrzy na to zgromadzenie mysie, dosiada się i pyta:

    – Co wam wszystkim tak poważnie?

    Wysłuchała opowieści i spokojnie mówi:

    – Tak to bywa już w tym życiu, że się młodość gdzieś podziewa. Tak jest człowiek zbudowany, że czasami, gdzieś w tej drodze, moc umyka. Ruch i krzepa. Ale mądrość nieco większa, doświadczenie i świadomość. Babci teraz nas potrzeba. I to nasza w tym jest rola, żeby babci w codzienności pomóc. Chleba przywieźć, leku podać.

    Meli każdy wierzył szczerze. Mela była uczennicą. Świat już znała i człowieka.

    I choć dzień ten może się wydawać nieco zagadkowy, gdy już babcia zasypiała, przypomniało się jej, że młodość wprawdzie stracić można, ale jedno jest najważniejsze… I tego nikt jej nigdy nie ukradnie. Miłość myszy z jej ulicy. Wielka, piękna, szczera…

    *************************************************************************

    KONKURS
    Mam też dla Was jeden komplet Myszy. Zerknąć możecie sobie na nie bardziej szczegółowo TUTAJ.
    Naklejki polecą do wybranego osoby, która zostawi komentarz pod tym postem z odpowiedzią na pytanie… „Kim są dekornikowe Myszy w Twojej wyobraźni?”
    Wyniki 17.01.2019 – Dekornikowe Dziewczyny postanowiły nagrodzić „Czekoladową Lenę”.
    (proszę o kontakt na adres mailowy julia.rozumek@gmail.com)