Wszystkie posty w kategorii słowa

  • zakupy.

    Na drzwiach sklepu wisi tabliczka:
    „Jeśli Twoje życzenie nie zostało spełnione, to znaczy, że jeszcze nie zapłaciłaś.”
    Na peryferiach Wszechświata znajduje się mały sklepik. Szyldu dawno już nie ma, został zdmuchnięty przez kosmiczny huragan. Nowego szyldu właściciel sklepu nie powiesił, ponieważ wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą przecież, że sklep sprzedaje marzenia.
    Asortyment jest bardzo bogaty – można tu kupić praktycznie wszystko. Jacht, dom, małżeństwo, posadę prezesa korporacji, pieniądze, dzieci, dobrą pracę, duży biust, medal olimpijski, samochody, drużyny piłkarskie, władzę, sukces i wiele innych dóbr.
    W sprzedaży nie ma jedynie Życia i Śmierci – ich dystrybucją zajmuje się Centrala znajdująca się w innej Galaktyce.
    Każdy klient, który wchodzi do sklepu (bo są też tacy, którzy ani razu nie weszli i do tej pory siedzą na tyłku i zajmują się chceniem) w pierwszej kolejności pyta o cenę swojego marzenia.
    A ceny są różne…
    Wymarzona praca na przykład, kosztuje rezygnację ze stabilności i przewidywalności, gotowość do samodzielnego planowania i organizowania własnego życia, wiarę we własne siły oraz pozwolenia sobie na taką pracę, jaką kochasz, a nie taką, jaka się nawinie.
    Władza ma nieco wyższą cenę: trzeba zrezygnować z pewnych swoich przekonań, nauczyć się znajdować do wszystkiego racjonalne wytłumaczenie, umieć odmawiać, znać swoją wartość (a powinna ona być wysoka), pozwalać sobie na mówienie „ja”, wyrażać własną opinię, niezależnie od akceptacji czy dezaprobaty otoczenia.
    Niektóre ceny wydają się dość dziwne: małżeństwo można otrzymać w zasadzie za bezcen, natomiast szczęśliwe życie kosztuje bardzo drogo – wymaga osobistej odpowiedzialności za własne szczęście, umiejętności cieszenia się życiem, znajomości swoich celów, rezygnacji z dążenia by wszystkim dogodzić, doceniania wszystkiego co się ma, pozwolenia sobie na bycie szczęśliwym, świadomości własnych zalet, rezygnacji z bonusu „ofiary”, ryzyka utraty niektórych znajomych…
    Nie każdy klient, który wchodzi do sklepu, jest gotów, aby od razu kupić marzenie.
    Niektórzy, gdy widzą cenę, natychmiast wychodzą. Inni stoją w zadumie, licząc swoje zasoby i zastanawiając się, skąd wziąć więcej środków.
    Czasem ktoś skarży się, że ceny są za wysokie i prosi właściciela o rabat albo pyta, kiedy będzie wyprzedaż.
    Są też tacy, którzy wyciągają z kieszeni wszystkie swoje oszczędności i odbierają marzenie, zapakowane w piękny szeleszczący papier.
    Są zawsze odprowadzani wzrokiem przez zazdrosnych klientów, którzy szepczą złośliwie, że właściciel sklepu to na pewno ktoś z rodziny i marzenie dostali pod ladą, po znajomości.
    Właściciela sklepu dawno już proszono, aby obniżył ceny, co zwiększyłoby liczbę klientów.
    Ale takie postulaty za każdym razem spotykały się z odmową, bowiem właściciel uważa, że to obniży jakość marzeń.
    Kiedy pytano go, czy nie obawia się bankructwa, mówił, że nigdy nie zabraknie śmiałków, gotowych ryzykować i zmieniać swoje życie, rezygnując z nawyków i bezpiecznej przewidywalności, zdolnych do wiary w swoje marzenia, mających dość sił i środków, by zapłacić za ich realizację…
    Stephen King „Sklepik z marzeniami”

    Nie pamiętam już czy pierwszy sklep do którego weszłam miał długą i szeroką ladę. Czy miał niezliczoną ilość półek i było z czego wybierać. Wielki, złoty szyld. A może stał na rogu, wciśnięty między duże kamienice. Niezauważalny. Mały. Skromny. Jedynie z tabliczką zamiast szyldu, wystawianą każdego ranka przez sprzedawcę przed drzwi. Z wypisanymi od myślnika marzeniami jak na drewnianej sztaludze.
    Nie pamiętam też czy weszłam do tego sklepu jako mała jeszcze dziewczynka, z dosyć skromną wiedzą o życiu i pragnieniach. Czy jako dorosła kobieta, która z pokaźnym bagażem doświadczeń już od drzwi wiedziała czego w życiu chce.
    Dość dobrze znam dźwięk dzwoneczka tego sklepu. Kiedy naciska się klamkę i popycha delikatnie drzwi, wtedy uderzają one o zawieszony na górze dzwonek. Informuje on sprzedawce o wchodzącym kliencie. Nie wiem czy jego pojawienie się tam, było spowodowane tym, że ludzie wykradali marzenia, gdy sprzedawca był na zapleczu, czy kupujący są coraz bardziej zniecierpliwieni oczekując na zakup, podczas gdy sprzedawca zajmuje się np. inwentaryzacją. No bo przecież w marzeniach też jakiś porządek być musi. 
    Dźwięk tego dzwonka jest mi dobrze znany, bo dość często tam zachodzę.
    Nierzadko kupuję marzenia. I bez wahania płacę. Nawet dużą cenę. Mam na to.
    I nie boję się, że stracę. Że zapłacę, a towar okaże się nietrafiony.
    Nawet gdy czasami wydaje mi się, że być może przepłaciłam, szybko okazuje się, że przy następnym zakupie płacę dzięki temu mniej.
    Ach, nie, może pamiętam jedno z pierwszych wejść do sklepu z marzeniami.
    Miałam piętnaście lat i marzyłam o liceum w Krakowie. 
    Zapłaciłam tęsknotą za domem, obawami i strachem w świecie wielkiego miasta. W drobnych też zapłaciłam. Były to popłakiwania na parapecie korytarza, gdy nie dogadywałam się ze współlokatorką jaką mi przydzielili do pokoju.
    Przyspieszonym kursem odpowiedzialności i racjonalnego myślenia też zapłaciłam grubo.
    Jak rzuciłam na ladę, to aż załomotało.
    I to marzenie było warte swojej ceny. 
    Dużo razy odwiedziłam sklep w celu zakupienia wymarzonej miłości. Tej jedynej i już na zawsze.
    Oj! Za to szła gruba zapłata. Ale w młodości nie należy oszczędzać na zakupie miłości, gdyż im więcej doświadczenia i orientacji w cenie zbierzesz, te rozrachunki dobrze poznasz, tym lepiej potem w życiu wydatkami będziesz rozporządzać… Kiedy płacić warto, a kiedy trzeba w pośpiechu co swoje zbierać i czym prędzej uciekać..
    Pamiętam też jak poszłam kupić marzenie o książce…
    Za to płaciłam już dużo wcześniej. Zatem jak weszłam do sklepu i poprosiłam akurat o ten sprawunek, to do dopłaty było już niewiele. Płaciłam czasem, obawą, ryzykiem, podminowaniem.
    Wcześniej do sakiewki uzbierałam sobie cierpliwość, zarwane noce, wytrwałość, odwagę, chęci, siły, wiarę… I się uzbierało na owe wydawnicze marzenie. Pięknie zapakowane było. Pamiętam. W naturalny, szary papier. Przewiązany bambusowym sznurkiem. Z wielką starannością. Jak dawniej pocztowe paczki.
    Jednak ten najważniejszy zakup jest całkiem świeży. W sklepie byłam kilka lat temu. Ponad osiem.
    Weszłam zdecydowanym krokiem, dzwonek przy drzwiach jak się rozbujał, to chwilę przed moim wyjściem jeszcze pobrzękiwał.
    Ale po prawdzie mówiąc byłam tam dosyć krótko. Nie przebierałam. Nie dopytywałam. 
    Marzenie było jasne i rzeczowe. Żyć w zdrowiu i spokoju z tym oto mężczyzną. Mieć z Nim dzieci i dom.
    Do dziś uważam, że to marzenie było warte każdej ceny.
    Bo cóż ja za nie płacę… 
    Bezustannym myciem dziecięcych kaloszy. Postojami przy kuchennym blacie i piekarniku.
    Nocnymi przebudzeniami. Ciągłym podnoszeniem przedmiotów.
    I to są takie wydatki, których się nie czuje. Portfel wciąż jest tego pełny. Na dzień kolejny i kolejny…
    Jest tylko jedna cena za to marzenie, która kosztuje najwięcej – troska. 

    Mnie się wydaje, że w celu tego zakupu odwiedziłam ten sklepik kilka lat temu, ale pamiętam taką scenę…
    Siedzę w pociągowym wagonie. Przy oknie. W kierunku jazdy.
    Podjeżdżając do peronu, jedynego, na stacji Dubidze, widzę czekających rodziców.
    Koło już dawno zamkniętego budynku dworca, w cieniu, stoi zaparkowany nasz niebieski Suzuki Carry.
    Kiedy pociąg się zatrzymuje, rozsuwam te ciężkie drzwi, schodzę po dwóch stopniach i kiedy już stoję na peronie, witam się z Mamą. Tatą. Tata bierze moją torbę podróżną i idziemy razem do auta.
    W domu czeka Justynka. Jedziemy powoli w stronę domu. Ja z nosem pomiędzy przednimi siedzeniami opowiadam Im jak mi minął tydzień w Krakowie…

    Albo tę…
    Jak odbijam się nogami o ziemie i wzbijam do góry na czerwonej huśtawce..
    Za każdym razem uderzając butami w piach robię coraz większy dołek w ziemi i wznoszę się coraz wyżej.
    Jest letnie popołudnie. Słońce już pomarańczowe, wielkie. Zachodzi nad domem sąsiada.
    Z podwórka wychodzi Mama i niesie na talerzyku kawałek ciasta. Podchodzi do okienka w Taty warsztacie i puka wołając – Andrzeeeej!
    Po czym stawia na parapecie tego okna i idzie dalej pielić do ogródka.
    Kiedy jestem na tej huśtawkowej górze, gdzie chowamy nogi pod siebie, a nie wyciągnięte z przodu, widzę jak Tata odchodzi od maszyny i idzie po ciastko, które przyniosła Mu na talerzyku Mama…

    Tak, wydaje mi się, że chyba wtedy zdecydowałam o zakupie tego najważniejszego marzenia, który stoi na półce „szczęśliwy dom”.
    Bo mnie się każdego dnia wydaje, że ja płacę właśnie tym ciastkiem.

  • moje Legendy.

    Trawy urosły tam tak wysokie, że gdyby przyszedł kto obcy, nie z naszej czy pobliskiej wsi, to nie wiedziałby gdzie się tam wchodzi. Albo bardziej wchodziło gdzie się.. bo taki gąszcz, że nogi nawet nie postawisz. Brama do Jankowego podwórka zamknięta i gdyby poruszyć nią, to rdzy odpadnie niemało.
    Albo może w tym czasie już ktoś poszedł plądrować i brama wywarta na oścież straszy. Może  z zawiasów urwana, bo ta rdza przeżarta do reszty i się to wszystko pokruszyło doszczętnie.
    Bo dachy w budynkach cegielni już dawno dziurawe, krokwie i kominy pozawalane. To już działo się od dawna. Każdy przywykł. Ale to podwórko i ścieżka, że takie zarośnięte, to trudno uwierzyć..
    Trudno się pogodzić, bo jakby przed chwilą…
    Szło się przez pola na ognisko do Janka. Z koszem wiktuałów. Kiełbasą. Czasami niosło się patyki na ognisko, ale najczęściej były. Z mojego domu cegielnię mieliśmy na wprost. Tylko przez pola. Od nas na północ. Drogą dookoła jechało się sporadycznie. Jak autem trzeba było coś dowieźć.
    Na cegielni kilka stawów. Przy jednym z nich pomost. Stolik z ławkami i zadaszeniem. Tato mój robił.
    A jak Tato, to byle jaki nie był. Ostatnia na nim farba, zaraz przed tym jak spróchniał -pamiętam – pomarańczowa była.
    W latach świetności, na torach stały jeszcze wagoniki. Woziliśmy się w nich.
    Moja Mama miała wtedy taką dużą grzywkę. I kurtkę kreszową. Biało niebieską.
    Kiedy przeglądam stare albumy, zdjęć z cegielni jest chyba najwięcej.
    A to z gośćmi z Częstochowy, a to z gośćmi z Mykanowa, z Pruszkowa… 
    I na każdym Jasiu. Każdy pytał.. Czy idziemy do Jasia? A Jasiu będzie?
    I ten stół pełny jedzenia. Nawet na jednym zdjęciu stoją te musztardy i ketchupy poodkręcane w tle.
    Dzieci biegały po groblach, lasach, między zawalonymi budynkami.
    A w środku tych budynków był dziecięcy raj. Pomiędzy zwaliskami z cegły, korytarzami ciemnymi i zawiłymi. Po drewnianych pomostach. 
    Nikt za nami nie wołał „uważajcie na kleszcze” czy „nie wchodźcie tam, bo spadniecie”.
    A spadliśmy nieraz.
    Ale cegielnia nie była pięknym terenem, choć była. Cegielnia nie była przepięknymi budynkami po manufakturze cegły. Nie była też idealnym miejscem na wędkowanie czy letnie kąpiele w stawach.
    Cegielnia to był Janek. I gdyby Janka tam nie było, to śpiew który niósł się przy ognisku byłby zaledwie zawodzeniem.
    Z Jankiem wszystko stawało się historią wartą opowiedzenia.
    Sposób jego bycia, charyzma, donośny głos, śmiech, dowcip, bystrość umysłu, spostrzeżenia…
    Kiedy Janek wjeżdżał rowerem w centrum wsi, to z daleka było słychać. Jak opowiada, zagaduje..
    Zawsze miał w sobie pogodę ducha. Nawet gdy pogody nie było. Ani na niebie ani ducha…
    Janek był legendą.
    Choć my, mieszkańcy uważaliśmy go za postać oczywistą w naszym otoczeniu.
    Ale Jaśkowy kolor nadał barwy nie tylko mojej wsi i wsiom obok.. Jasiu był historią.
    W swoim białym garniturze, gdy jeszcze życie go nie dopadło, czy przebrany za kobietę w autokarze wycieczkowym…
    Życie dookoła Janka.. ach! Każdy chciał gdzieś obok się znaleźć. Być obecnym w niezwykłym świecie jaki dookoła siebie tworzył. Janek był Idolem. Choć nigdy nikt tak o nim nie myślał i nie powiedział.
    Wtedy był po prostu Jankiem z Cegielni. 

    Henryk mawiał sam o sobie, że mieszka na Błoniach. Bo to obrzeża wsi były. Zielone. Piękne. Za rzeczką. Za młynem.
    Henryk potrafił o zwykłych rzeczach opowiadać z takim patosem, dykcją i gestykulacją, że miało się wrażenie bycia widzem w teatrze jednego aktora.
    Ja byłam tym widzem zza kioskowej lady. 
    I najczęściej mówiłam, weź se Heniu jeszcze jedno piwko na zeszyt. Nie idź jeszcze. No bo gdzie Ci się spieszy? A to fakt był, że Heniowi się nigdzie i do niczego nie spieszyło. Mawiał, że Mama na niego nakrzyczy. A lat miał pięćdziesiąt. Nie żeby się tą Mamą przejmował. Czasami chyba na wiadomości czy do oprzątki chciał się zrywać. Ale tylko chciał.. Się końcowo nie zrywał. A bo to przyszedł ktoś i postawił, a to w fajną dyskusję żeśmy weszli.
    Bo choć gazet pełne półki Mama w kiosku miała, tak nie było takiej, która mogłaby mi rozmowę z Heniem zastąpić.

    Garnitur miał piękny ten brązowy. 
    W niedziele rano gdy przychodził do nas na taras po piwko, bo kiosk zamknięty. Ubierał go przy dniu świątecznym. Mama Mu żuru z kiełbasą i jajkiem nalewała.
    Heniu w młodszych latach sekretarzem partii był. Zatem Jego elokwencja, zasób słownictwa i krasomówstwo pomagało Mu tworzyć historię i opowieści godne felietonów czy książkowych stron.
    Dziś już nie pamiętam ich szczegółów. I aż żal, że człowiek nie zaczął wcześniej pisać..
    Ileż można by dziś sobie przypomnieć. Ile od zapomnienia ocalić.
    Miał w sobie coś takiego, że uwodził. Wzrokiem, gadką. Amant.
    Kiedy szedł naszym wiejskim dziurawym chodnikiem, miało się takie wrażenie, że idzie Ktoś.
    Legenda. Historia. 
    Wystarczyło czasami, że powiedział jedno zdanie i to było to, które tę legendę tworzyło.

    I choć Janek czy Heniu, każdy powiedziałby, że ten co wypić lubi, leżą już w ziemi. 
    Już czas skruszył trumny. 
    Już trawy porosły ich podwórka.
    To tamte lata, w których każde popołudnie dłużące się w kiosku Mamy, spędzał ze mną siedzący na taborecie Heniu… Z piwem w dłoni, często pieśnią na ustach. Z właściwym, często gęsto ironicznym słowem dla tego co w próg kiosku wchodził. Heniu jak nikt potrafił dogryźć z taką lekkością, a zarazem trafnością, że często trafiany pojęcia nie miał nawet, że to w niego, i w śmiech bądź potakiwanie wpadał.

    Są częścią mojego dzieciństwa. Najpiękniejszego dzieciństwa. 
    Legendy naszej wsi. Postacie, które nieraz potykały się na swojej drodze, przez swój niezwykły sposób bycia, poprzez bogate wnętrze jakie Im towarzyszyło.
    Ile smutków musieli utopić w wódce. Ile wycierpieć w pogłębiających się nałogach.
    Jle razy upaść, śmierdzieć. Ile obelg usłyszeć. By kiedyś pewnego dnia, przez te nałogi się już nie podnieść.
    Nie musicie się już podnosić. Nie musicie wstawać. Chwiać się na nogach. I znów upadać. 
    Nie musiscie czuć bólu. Zbierać siniaków i zadrapań.
    Już możecie spać w spokoju. 
    Tylko musicie wiedzieć, że to wszystko nie było na nic. A mocno po coś.
    Może we wsi stać remiza. Może kościół czy mleczarnia.
    Mogą być modlitwy przy kapliczkach. Marzanne dzieci topić wraz z wiosną mogą..
    Ale moją wieś buduje przede wszystkim Heniu co z Błoni na rowerze jedzie. Na piwko. Koło szesnastej.
    Jasiu, który wchodzi i puka tak, że drzwi z futryny wyskoczyć chcą, albo nie puka wcale. Ot, Jego właśnie charakter. Od drzwi zabawne słowo ma. I ten co idzie go przywitać, wychodząc z kuchni już się uśmiechać zaczyna.

    Mam nadzieję, że tam w niebie, gdzieś gdzie poszliście, gdy te trumny zgniły, zjeżdżacie się pod sklepem.
    Jak pod kioskiem latem. Rowerami. Pod oknem i przy płocie opieracie. A potem bez końca opowiadacie.
    Kto po wsi przejdzie to śmiechy z niego robicie, starszej Babci proszek do prania z górnej półki podacie.
    Młodej pod spódnice zajrzycie, gdy do zamrażalki po lody się schyli.
    A potem, tak jak i mnie, tej podniebnej sklepowej zamknąć pomożecie. Klapę od okna zamkniecie, skrzynki po piwach do środka wniesiecie..
    Tylko czy tam będziecie mieć piwo?
    Jakby nie, to dajcie znać. Kiedyś do Was się przyłącze to przywiozę. Tylko czekajcie, bo niezbyt prędko. Dzieci odchować muszę.
    Usiądziemy jak za dawnych lat. 
    Poczekajcie. Jak na ławce przed kioskiem, gdy leciałam do Pani Basi się wysikać, a Wy pilnowaliście mi kioskowego kramu.

    I gdy do Was dołączę, Ty Jasiu powitaj mnie jak wtedy gdy miałam kilka lat i wjeżdżałam na Cegielnię przez Twoje podwórko. Ze zgrają dzieciaków, a potem simsonem..
    Tak jakbyś z tego podwórka nigdy nie odszedł.

    We wspomnieniach widzę Was też w rowach, z przewróconym rowerem. Z ubytkami w uzębieniu.
    Popuchniętymi rękami i złamaną szczęką.
    Bezzmiennie jesteście moimi idolami.
    Bo ja wiem, doskonale wiem co się pod tym przewróconym człowiekiem kryło.
    Dziękuję dziś rodzicom, że pokazali mi jak pięknie można Was z tych rowów podnosić.
    I że w największym Waszym potknięciu, dla moich rodziców zawsze byliście pachnącymi ludźmi, choć czuć było czasami z daleka..
    Mieliście w sobie kawał takiej inteligencji o jakiej dzisiejsze pokolenia mogą jedynie marzyć.
    Dystansu, pokory, klasy… Boże mój!! Ile w Was było człowieka!!
    To Wy nauczyliście mnie, Wasze istnienie,  że wartością największa jaką można mierzyć ludzi, nie jest jego zdolność odnalezienia się na wielkich salonach, czy dystyngowanych przyjęciach. Choć akurat Wy potrafiliście to doskonale.
    Największą wartością człowieka jest zdolność nawiązania dialogu i pochylenia się nad człowiekiem w rowie. Byliście klasą samą w sobie. Do samego końca.

    Dziś mielibyście prawie siedemdziesiąt lat. Tyle mogliście jeszcze pożyć..
    Tyle żartów zrobić. Tyle dni umilić.
    Ale może taki był Wasz czas. Może byliście już zmęczeni.
    Przecież pomarańczowy stół też spróchniał, a biały garnitur nie tyle zszarzały, co w ogóle nie wiadomo gdzie jest..

    Dołączę do Was. Czekajcie tam cholera na mnie!!
    Zacznijcie w tym czasie budować kiosk. Jakiś taboret tam skołujcie.
    Może pomost na stawie i miejsce na ognisko.
    Ja załatwię garnitury. Choć ten brązowy Heniu,  to za ciepły taki miałeś.
    Ogarnijcie tam to jakoś.
    Mama moja jak dołączy to Wam zamówienie zrobi. Na papierosy i na piwko.
    Tata nowy stół nad jeziorem z desek zbije.
    Tylko słuchajcie nie za prędko będziemy. 
    Wam się tak spieszyło. To czekajcie.
    O, w tym czasie może Heniu zaśpiewaj to co zawsze śpiewałeś…

    „Siedzieliśmy jak w kinie
    na dachu przy kominie,
    a może jeszcze wyżej
    niż ten dach, dach, dach.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Znalazłam cię w rynsztoku,
    bez szelek i widoków,
    za włosy cię wywlokłam
    spoza krat, krat, krat.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Kazałam cię wyczyścić,
    posłałam do dentysty,
    wsadziłam pół Cedetu
    na twój grzbiet, grzbiet, grzbiet.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Włóczyłam cię po sklepach,
    bo byłeś jak Mazepa,
    samego masz obuwia
    z dziesięć par, par, par.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Prosiłam godzinami,
    byś przestał jeść palcami,
    mówiłam co spasiba,
    co pardon, don, don.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Wbijałam w łeb,
    jak dziecku,
    po rusku, po niemiecku:
    nie na to jest perfuma,
    byś ją pił, pił, pił.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Przytyłeś mi – ty łotrze,
    bo miałeś według potrzeb,
    czy dziś obywatela
    na to stać?
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Ty jesteś kawał drania,
    to nie do wytrzymania,
    na diabła mi potrzebny
    taki chłop, chłop, chłop?
    Wystawię ci rachunek
    za wikt i opierunek,
    za każdy pocałunek –
    zapłać!
    Albo wróć.
    Wróć.”

  • Na razie bez tytułu… – książka

    No bo nie wiem, czy „Szczur”, czy „Kopalnia”, a może „Pod ziemią” ?
    Myślę.. Potem samo mi do głowy wskakuję i zżywam się z czymś wyjątkowo..
    Sztolnia Królowa Luiza obchodzi w tym roku 220 lecie.
    Z tej okazji powstaje książka dla dzieci, mojego autorstwa.
    Jako, że temat miał być kopalniany, ale treść pozostawiona w moich rękach, to uczyniłam z niej historię małego Szczura.
    Bohater ten postanawia podzielić rok pod ziemią na różne pory. 
    Potrafi przechodzić pod ziemią pomiędzy czynnymi kopalniami jak i tymi dla turystów.
    Jak to w każdej mojej książce być musi, każda z tych pór daje mu jakąś lekcję.
    Ilustracje tym razem robi Anna Pryć  – Futkowska.
    Książka zerknie na świat pod koniec maja. 
    Będzie ona do kupienia m.in. w Kopalni Guido, Sztolni Królowa Luiza (wszystkich Budynkach Obsług Ruchu Turystycznego) i u mnie również.
    Terminy w drukarniach i składach dobrane tak, aby zdążyć przed Dniem Dziecka.
    Dlatego wybaczcie mi jeżeli jest mnie mniej w świecie internetu.
    Bo choć samo pisanie nie zabiera dużo czasu, tak wymyślenie tej historii potrzebuje „wolnej” głowy.
    A zostało jeszcze kilka stron..
    I jak już ogólny zarys mam, tak muszę czasami zamknąć oczy i zobaczyć te drobnostki obok…
    Zostawiam Wam dziś jakiś „zaczątek” przed korektą właściwą. Taki zarys tekstu i kilka ilustracji.

    – Poszedł stąd! – Człowiek tupnął nogą ku przestrodze tak mocno, że wezbrany kurz doleciał do nosa jego kolegi i zmusił go do potężnego kichnięcia. – Wstrętne szczurzysko – dodał.
    – Jesień idzie – skomentował ów kolega, sięgając do kieszeni po chusteczkę i nie mając pojęcia, że to pył, a nie nadchodzące przeziębienie.
    Szczur słyszał o ludziach, którzy odwiedzają kopalnię na krótką chwilę, i o ich czasami skandalicznym zachowaniu. Niekiedy nawet ich widywał. Ci, z którymi żył tutaj od dawna, traktowali go zupełnie inaczej.
    Choć był jeszcze mały, wiedział już dużo o miejscu, w którym mieszkał. Szczurza rodzina przebywała tu od wielu pokoleń. Nigdy nie brakowało mu energii i dzięki temu znał każdą dziurę, norkę i wąski przesmyk, do których prowadził go jego różowy nos.
    Pierwszym i najważniejszym przewodnikiem po tej podziemnej krainie były wibrysy. To długie wąsy, które pomagają w poznaniu terenu, odkrywaniu nieznanych dotąd miejsc i poruszaniu się w ciemnościach.
    Drugim przewodnikiem była jego mama. Pilnie ją obserwował i starał się jej słuchać – nawet jeśli było to ciężkie zadanie dla młodego i pełnego werwy stworzenia.
    Ostatnim przewodnikiem po krainie, która nazywała się kopalnią, był człowiek. Ale nie każdy. Bo choć kopalnie nawiedzają różne postacie znane z legend – takie jak skarbnik, bebok i utopiec – to ojcem, stwórcą i siłą kopalni jest tylko jedna istota – górnik.

    A pomogła mu w tym ziemia.

     Podobno tam, na górze jest inaczej. Można poczuć i zobaczyć pory roku –  wiosnę czy zimę.Podobno tam, na górze są słoneczne promienie. Jakiś księżyc, który zdobi noc. I gwardia jego gwiazd.
    Podobno są oceany, morza i ich brzegi.
    Podobno…
    Wszystkie te zjawiska, o jakich dane było szczurowi zaledwie słyszeć z górniczych ust. Znał je tylko z opowieści. Na przykład o deszczu, wakacjach, żonach i bajtlach. Czasami zwyczajnie o musztardzie do kiełbasy, której górnik zapomniał z domu zabrać.

    A te bajtle to dzieci. Bo tu, pod ziemią, gdzie mu żyć przyszło, inaczej trochę gadali. Kopalnia to gruba, bajka to bera, piłka to fusbal, rower się koło zwie, a bułka nie inaczej jak żemła. Słów takich jest wiele. Mimo że to niby Polska, Śląsk na te rejony wołają. I tutaj gwarę, czyli mowę swoją, mają.
    Jednak już pory roku były takie same w całym kraju. Na wiosnę tak w górach, jak i przy morzu ku niebu wzbijały się pąki kwiatów i drzew. I na wschodzie, i na zachodzie zimą padał śnieg… Tylko pod ziemią było jednako. Mały szczur pomyślał, że kiedyś, gdy dorośnie, pojedzie tam. W górę. Szybem. Wraz z górnikiem…
    Jednak by nie tracić czasu w dążeniu do spełnienia marzeń, postanowił kolekcjonować przygody, doświadczenia i wiedzę.
    I stworzyć swój własny rok, pełen różnorakich pór.