Wszystkie posty w kategorii słowa

  • Mela i Knefel.

    Kiedy piszę do Niej…
    Krótko. 
    – Leje deszcz. Chyba bez sensu jechać.
    Ona odpisuję.
    -Teraz patrzę też, że na razie mży. A ma mocniej lać. To umówmy się, że jeśli by się do ósmej wypogodziło to pojedziemy, a jak dalej będzie siąpić to nie. Bo to niewiele zobaczysz w tych kapturach a i poprzykrywane wszystko. Ale o szóstej niebo różowiutkie i słońce. Patrzę teraz tak uważnie, że niebo nie ma ciężkich chmur, może to tak tylko żeby nas wystraszyć. Idealna pogoda na rozrzucanie gnoju. Z balkonu widzę taki iście jesienny widok. Kopiasta fura za lichym traktorem. Wujek Gienek rozrzuca widłami, w traktorze siedzi wnuczek i co chwila na komendę pociąga do przodu. Para z tej naruszonej fury gnoju taka jakby się paliło. Do tego mgły i trochę pokazujący się zza nich las.
    Leje u nas.

    Tak. Kiedy Madzia do mnie piszę, to biorę kawę i siadam. Czasami to całe opowieści.
    Pełne akcji, szczegółów. Życiowych przemyśleń.
    Lać przestało i pojechałyśmy. Na giełdę staroci. Wyszło nawet piękne słońce.

    Jakby to zatytułować…? Z wiadomości od Madzi. Kiedyś to by tak pięknie brzmiało – Z listów od Madzi.
    Ach, tylko gdyby Madzia miała mi list napisać, to nawet już dając listonoszowi z naklejonym znaczkiem, jeszcze by sobie przypomniała o dziesięciu ważnych szczegółach, których nie dopisała. A mogła. I by gotował była Mu z tej pocztowej torby wyrwać i na kolanie dopisać..
    Pisane rozmowy z Madzią.

    – Oma wróciła z kościoła. Przemoczona do suchej nitki. Ona się tak powoli rusza, że zanim z garażu do sieni weszła to caluśka przemoczona. Taki gruby stary mantel z kołnieżem z tchórza – namoknięty. I ciężki, że chyba dwadzieścia kilo waży! Jak tam polecę to go zważę, bo to extremalny ciężar.
    Ale nowe buty miała ubrane dziś. Umie sobie je założyć, tylko zdjąć nie umie. No i dziś generalnie cała do przebrania.
    – Se dzień wybrała. Jutro ma być słońce to jej na płot powieś. Wysuszy się.
    – Nieeee, wtorek to jest dzień klachów u siostry. To nieomżliwe żeby wtorkowe klachy przenieść na środę. Z takimi wiadomościami po wszystkich świętych, nie można ani dnia czekać! Nie znasz tych mechanizmów, tyle rzeczy do obgadania. A co najśmieszniejsze, obie, ani Oma, ani siostra (dziesięć lat młodsza od niej, ale czasami jeszcze mniej sprawna) nie były na cmentarzu.

    – Tak naprawdę to wcale mi się na te ryby nie spieszy, ale wiesz jak tak w skupieniu na tej drodze maluję, to się tyle dowiem o życiu na naszej ulicy. Wiem na przykład któremu z sąsiadów w niedziele gołębie z lotów nie wróciły, wiem co gotują z drugiej strony, bo Ona zawołała przez pole do męża „chcesz mizerie do ziemniaków czy kalafior ugotować”? No cudownie. I ta Oma, która przed obiadem idzie spać, po też, i całą noc prześpi z chusteczką na głowie żeby fryzura jako taka była.
    To ważne wyjść na te drogę, a nie tylko zajechać autem pod bramę garażową, pilotem otworzyć sobie i zamknąć się na cztery spusty w swojej bańce mydlanej. Tak naprawdę fascynujące jest to co i kto koło nas, a nie tylko czubek własnego nosa i świat kolorowych monitorów.

    Z kombajnem to była historia.

    – Tata dziś wyjechał pierwszy raz i kombajn się zapalił na polu. Wiesz, ogień był już ogromny, alarm się załączył jak płomienie sięgały dwa metry nad kombajn. Kosił rzepak. Szczęście, że tyle co zbiornik. Wysypał, no i rzepak jest oleisty. No druga rzecz, że zbiornik paliwa nie wybuchnął. Był pełniutki. Około 200 litrów, albo więcej. Tata, jak filtr oleju palący się spadł na zbiornik paliwa, chciał to odrzucić żeby nie doszło do wybuchu , złapał ten filtr do ręki. Ma oparzenia drugiego i trzeciego stopnia. 
    Przyjechały straże, policja, karetka. Zabrała go. Ale Tata jak to Tata w stresie bólu nie czuł. Skoczyłam po opatrunki, bo on jest czorny i on nigdzie nie jedzie. Mówił – On musi tu być, żniwa są, on musi, to jego itd…
    A poza tym ma rozporek otwarty i jak mo jechać z takim otwartym, jak rękami zapiąć go nie umi.
    No i kto tacie rozporek na polu zapnie…

    Dwa tygodnie później.

    – Słuchaj, dzwonię do Taty, bo mieliśmy dziś chirurga i wizyta umówiona na 15:15. I Mu mówię, Tato jesteś już gotowy? Jedziemy? A On mi „Nie Madzia, słuchaj, albo zajedź tam Ty sama i Mu powiedz jak to wygląda, ta ręka, albo powiedz mu, że w razie niepogody przyjedziemy”

    Wizyty lekarskie w gospodarce rządzą się innymi prawami… 🙂

    – Ja czekam z tatą w poradni chirurgicznej. Stoimy w niekończącej się kolejce. 
    Już wiem za ten czas czekania, gdzie dziki w kartoflach szkody porobiły, koziołek wychodzi na stawach, że bielik na przelotach był w naszych lasach. Gdzie wiklinę na koszyk można będzie zimą zerwać…

    Mela i Knefel to kozy. A z folwarku do domu Madzia wraca wydeptaną ścieżką w polu kukurydzy.

    – Jula, ja nie jestem pewna czy zdążę. Jarek też, ale Mela i Knefel się chyba wybierają do Ciebie dziś.
    Jak nigdy korek w kukurydzy. Dwa konie stoją, ja z rowerem i koszykiem jajec, a za mną Mela i Knefel. I ani rusz nie dają się wygonić.. 
    Korek w kukurydzy.
    Jak mi u kur pójdzie raz dwa, to w kukurydzy utknę. Jak nie urok to sraczka.

    – Tak, i Mama na piecu węglowym grzała wodę i wiadrem emaliowanym nam co chwilę dolewała cieplejszej bo myśmy ciągle chlapały. No i sąsiadka co stała przy płocie i ostrzegała „Marta, one Ci się w nocy posikają od tej lodowatej wody ze studni.”.
    A na zdjęciach z Ameryki pokazywała nam jak jej wnuki w Chicago się kąpią w basenie kolorowym. I dużym. A my ledwie co dupy zamoczone. Do tej zimnej wody, wpierdzielałyśmy kwaśne porzeczki i piłyśmy kwaśny kompot z rabarbaru.  Potem te jej wnuki, a moi dalsi kuzyni, przyjechali do Niej na wakacje i patrzyli na nas jak na małpki w zoo. My po sianie skakałyśmy, a oni na trampoliny, my w misce czy wannie na dworze dupy moczyłyśmy, a oni baseny i plaże nad jeziorem Michigan. My wiśnie prosto z drzewa, mleko prosto od krowy, a u nich mycie i pasteryzacja..
    No już o kolorach ubrań nie wspomnę i bajecznych spinkach i gumkach do włosów. A my rozczochrane, albo jak Dziadek z dętki z roweru nam naciął gumek, to w koku.

    – Omie czytałam Twoją książkę. Teraz od Niej wyszłam, bo wydzwaniają dzwony i o piętnastej, to znaczy, że ktoś umarł ze wsi. Więc Oma już kombinuje ile to ludzi na umarciu.. Liczy ich. Kto kiepski, kto w szpitalu.. I mówi, że to już na nią pewnie kolej jest, bo taka stara a śmiertka po wsi łazi.
    I może jeszcze jakiego młodego wzięła co gotowy jeszcze nie ma.. A Ona gotowa już.
    Poślę Ci zdjęcie jak tam pójdę.. Upał, ja w samym stroju kąpielowym, a Oma siedzi w grubym swetrze wełnianym, nogi kocem przykryte, bo jej ktoś powiedział, że jak chałupa ocieplona, to teraz zimno będzie latem. I tak se to wzięła do serca.

    Wysyłam Madzi fragmenty książki którą piszę.

    – Kapitalne to za mało! Nie wiem czy Ty sobie zdajesz sprawę z tego, ale czytając, człowiek się caluśki przenosi w czasie! Tak obrazujesz niesamowicie, że ciarki przeszły jakbym koło tego nieboszczyka stała. I nasze historie raz jeszcze na oczy widziała. Bo gdy dziadek mój zmarł, też upał był okrutny. Mama przy trumnie pot ścierała rękami, bo chusteczki zapomniała. O wszystkim pomyślała. Żeby liliom wodę w kostnicy zmienić, żeby miski pod trumną schować, bo miały schłodzić trochę, o nas, co byśmy włosy spięte miały.. A sama w odpiętych sandałach i bez chusteczek.. 
    No i dziadek wygolony w dzień śmierci był pięknie, a tu w tym upale tak mu broda urosła…

    – We wsi do wypicia okazja jest zawsze. Bo albo weselicho, albo kto siano przed deszczem zdążył zwieźć, a to temu się krowa szczęśliwie wycieliła, a to króliki bez nosówki się uchowią. Ludzie szczęśliwi. A i śmierć sąsiada jakiego uczcić trzeba, z którym się w roku 1965 wykopki robiło..

    Ach, to jest jedna milionowa tego co mój telefon kryje tego, co Madzia do mnie pisze.
    Jakież to jest wielkie szczęście, móc czytać to co dzień.
    No to na koniec jeszcze o wakacjach Omy.

    – Hej, nasze trzecie dziecko wyjeżdża na wakacje. Jarek Omie załatwił wczasy tak szybko, że ani last second.
    – Kaj?

    – Przymusowe do siostry swojej. W centrum wsi mieszka. Bo u nas schody wejściowe, jedyne będą zalewać betonem. I Jej powiedział JArek, że od dziś będzie musiała ze dwa, trzy dni w doma siedzieć.
    To sie oburzyła. „Joo nie byda w doma siedzieć.” No to możecie kajś wyjechać, mocie pół godziny zanim beton namieszają.
    Gorzej niż swoje dzieci pakować. Na prowiant Jej dałam dwadzieścia jajek i litr maślanki. Kolanówki, kiecka i pampersy. Nic więcej nie zabrała.
    Jak wychodziła to chłopaki z budowy mówią „Ale się Omie wczasy trafiły, to ani last minut nie jest, ale wakacje są, wszyscy gdzieś wyjeżdżają to czemu Pani by miała nie wyjechać.”.
    Ale najlpesze jest to, że siostrze nie zdążyła przedzwonić, że do niej przybędzie na kilka dni. Ale już się martwi, że do odpustu nie zdąży. 
    Jaki to był express, ani piżamy nie wzięła, bo mówi, że siostra tam jej co da. 
    A tu w łazience woda nachytana z prania, fajne mydliny na cały tydzień na spłukiwanie w wc, w ilości sześć wiader! Zęby w szklance miały się sześć godzin moczyć,a tu po trzech trza było wyjąć. Jeszcze kolczyki se kazała założyć. I w połowie drogi mi krzyczy żeby chustkę na głowę donieść i jeden pampers.

    – Julka, popatrz jak uroczo księżyc jest przysłonięty chmurą. Coś pięknego!

  • zdrapka

    -i jesce to – wskazuje paluszkiem, i w tym samym czasie patrzy na mnie tymi czarnymi ślepiami. Patrzy wymownie. Dookoła twarzy kołyszą mu się jego jasne, cherubinkowe loki. Do swojego koszyka napakował już czekoladowy batonik, gazetkę z ludzikiem lego, herbatniki i sok. Rozgląda się za czymś jeszcze, choć przed wejściem obiecywał – tylko jedna zec. Obietnice szybko ulatują z pamięci pięciolatka w konfrontacji z taką ilością kolorowego cukru pod różnoraką postacią.
    Na ostatniej prostej pokazuje paluszkiem na kolorową zdrapkę. Szczęśliwy los. Wielka loteria.
    Pani sprzedawczyni widząc, że mnie nie namówi, ratuje sytuację tłumacząc, że zdrapki sprzedawane są tylko rano. Było popołudnie.
    Powoli, z koszyka wyciągam zakupy i kładę na taśmę.
    Zielona herbata. Mleko. Drożdże.
    On wciąż pilnie przygląda się kolorowym obrazkom obiecującym szczęście. Słoń. Czterolistna koniczyna.
    Wyciągam. Masło. Jabłka. Przyprawa Curry.
    Jeszcze raz zerka na mnie, aby upewnić się, że nie kupimy.
    Ryż. Imbir. Cytryny.
    Wszystko. Z dna koszyka wydobyłam swoją szmacianą siatkę na zakupy, kluczyk od auta i portfel. Patrzę trochę na Niego i trochę na to co pakuję do torby.
    – Wiesz synku, my w życiu wygraliśmy już wszystko. I nie ma w tych losach nic, co mogłoby się nam przydać.
    Kiedy podnosi swoją małą, chudą nogę na wysokość klatki piersiowej aby postawić ją na jeszcze wyższy próg auta, rozpoczyna się w mojej głowie myśl…

    Czy już wiesz synku jaki los trzymasz w ręku gdy zasypiasz obok Babci z daleka?
    Gdy słyszysz z okna kuchennego tej Babci z bliska  – „naleśniki do odbioru”?
    Gdy przemierzasz z Dziadkami leśne ścieżki, palisz ogniska wielkie jak do nieba?
    Czy już wiesz synku jaką zdrapkę Twe małe paluszki zeskrobały z wygraną, gdy biegniesz co noc ze swojego pokoju, wprost do naszego łóżka? Po sosnowej, gładkiej, ciepłej podłodze?
    Gdy oddech masz miarowy i nic snu Twego nie mąci…?
    Nad ranem otwierasz oczy i widzisz Mamę. Całą i zdrową. Za oknami kołysze się las. 
    Czy wiesz synku mój jak dużo wygrałeś wczoraj? Przy owsiance z bananami i syropem klonowym?
    A ten „złoty los”? Ten, gdy w domu gwarno? I ten gdy w domu cicho? 
    I gdy do piekarnika nos wkładasz, a ja mówię – uważaj, jeszcze gorące.
    „Deszcz nagród” w ciepłym aucie, bezpiecznym foteliku. Ściągniętych butach gdy zaśniesz i kocyku na tych wiotkich kolanach. I piciu zaraz po zbudzeniu.
    Ja wiem synku, i może Ty też kiedyś przypomnisz sobie ten los, w którym jest ten spokój i ciepło Twojego Taty, gdy tracisz cierpliwość, gdy masz ochotę się wściekać i krzyczeć. To taki los, który jeszcze nigdy nie był przegrany. Choćbyś nie wiem jak bardzo chciał i cokolwiek nie zrobił, to On przytula Cię mocno, głaszcze i mówi spokojnie i z czułością…
    I tutaj muszę Cię zmartwić… Zawsze w tej konfrontacji z Tobą wygrywa… Odpuszczasz i wyciągasz małe rączki na Jego szyję… Choć tak naprawdę to Twoja wygrana. To Ty otrzymałeś tego właśnie Tatę.
    Nie, w tej zdrapce na sklepowej wystawie go nie ma Synku…
    W losach „czterolistna koniczynka” otrzymałeś buziaki na dobranoc od swojej siostry.
    Gilgotki i te wygłupy od których cała łazienka wysmarowana jest malinową pastą do zębów. Ten los jakby zapachowy.
    Ten pod tytułem „złoty deszcz nagród” to chyba odpowiedzialny jest za te dwie zdrowe nóżki. I zwinne rączki. Za serduszko co dudni i stuka jednako. Za uszka co słyszą, za oczka co widzą.
    I nos, co czasami z niego gil zimowy leci. Za paluszków dwadzieścia. Za loków wielką chmarę. 
    „Mój pierwszy milion” to klocki, które jak wielkie wieże układamy… A gdy się wielka wieża przewraca, to bijemy wszyscy brawo. To rower, który na patyku Tata pcha. To autko, które gdy błogo śpisz, Tata z podwórka do garażu chowa, a rano mówi – musisz dbać synku o swoje rzeczy. Ten milion to pełne półki gier planszowych, gdzie graczy potrzeba czterech, a Ty ten skład zawsze masz.
    To Twoje zeszyty z ważnymi sprawami ….  M O T H P A B T M O 8 – które zapisujesz z tak wielką powagą…
    Twój los synku wygrany, to ta zielona herbata, mleko, drożdże, masło, jabłka, przyprawa curry, ryż, imbir i cytryny… 
    A po drodze wyciągniesz tych losów jeszcze dziesiątki, setki i jeszcze więcej… a potem kolejne.
    Jadąc rowerem już bez taty, grając w grę jedynie z dziewczyną.. Będąc w ciepłym górskim schronisku i z zepsutym autem w mroźną noc…
    Pamiętaj synku o każdym swym losie wygranym, trzymaj już zdrapane między grubymi księgami, równo, aby rogi się nie pozaginały. Czasami do nich wróć. Popatrz. Przypomnij sobie. Nawet gdy po wielu przeprowadzkach gdzieś zaginą,  zawieruszą się, to ja Ci powiem… to są takie losy, takie zdrapki Synku, których człowiek zgubić nie zdoła… Jeśli tylko swego serca i rozumu nie zatraci.
    Pamiętaj synku o każdym swym losie wygranym, a nie przegrasz nigdy.

    Chodź, rozpakujemy zakupy. Zrobię buchty i herbatę z imbirem.

  • alka pisze. „suteryny”

    Czytam. Ogólnie nie wiem czy dużo, ale biorąc statystyki to czytam jak wściekła. Ludzie obok też mówią, że fest (czyli sporo). No to dobrze. Chociaż czytaniem nadrabiam inne moje braki.
    Czytam różnie. Czasami lekkie powieści z wątkiem miłosnym jak z bajki. Zamki oczywiście i wielkie dwory też są w tych tomach. Innym razem zanurzam się w prozę pisaną językiem rzec by można „twórczym, oryginalnym i bogatym”. Chociaż staram się nie czytać na siłę. Nawet się nie staram, tylko nie czytam na siłę. To znaczy, nie czytam książek, które wypada, które dobrze jest znać, albo z którymi wygląda się mądrze. Nie mam potrzeby wyglądać mądrze, ale mam potrzebę poznawania nowych opowieści, nowych faktów, nowych historii. Mam potrzebę rozbudowywania wewnętrznego mojego świata o te właśnie zapiski. Przeżywania ich, rozmyślania. Ale nie mam pragnienia udowadniania sobie czy światu. Chodzi o czystą przyjemność dla mojej duszy, a każda z dusz sama wie co dla niej najlepsze, najwłaściwsze, najtrafniejsze.
    Zatem czytam. Wpadam w ciągi jednej autorki bądź autora. Częściej autorki. W 95% autorki. Nie wiem czemu. Teraz sobie to uświadomiłam. Albo mieszam tych pisarzy jak dania obiadowe. Raz na słono, raz na słodko. Żeby się nie znudziło, żeby dostosować pod potrzeby podniebienia.
    Jedna z moich czytelniczek piszę tak, że w tych krótkich formach, te słowa, zbiór tych słów, połączenie i odpowiednia kolejność staje się jak najlepszy z obiadów… Mam wrażenie, że czytanie staje się wielką ucztą i biesiadą okraszoną tańcami, alkoholem i aromatem zapomnienia.
    Zapraszam Was dziś na tekst wirtuoza słowa ukrywającego się pod pseudonimem „Alka”, na „Suteryny”. 

    Śnię barwnie, toteż jest pokusa wstać i, jeszcze będąc w stanie przejściowym, marę opisać. Na przykład tradycyjną manufakturę wyrabiającą makarony. Do której zakradamy się nocą, z załogą o pozornie zaskakującym czy przypadkowym składzie. Ale jakby się lepiej przyjrzeć, to zestawienia osobowości nie powstydziłby się Dostojewski ani Bułhakow. Szczerze a nieskromnie? Moglibyśmy śmiało obsadzić ekranizację Roku królika, skoro w kwestii Ciemno, prawie noc, już pozamiatane. I w tymże kolektywie, z potencjałem filmu grozy lub chociaż powieści szpiegowskiej, w szale twórczym, z pietyzmem i nabożeństwem lepimy warkocze ze spaghetti, wianuszki ciasta pierogowego i drożdżowe baby.

    Działamy w pośpiechu, żeby do świtu zdążyć, nie wiem z czym, może zeżarciem tego wszystkiego. Niestety jednak, przychodzą właściciele, na co ja, pierwszy chojrak Rzeczypospolitej, chowam się pod stołem, który jest wielką stolnicą, albo ja zmniejszyłam się do rozmiarów myszy. Czuję, że będzie chryja, przyjedzie policja, zadzwonią kajdanki, a tymczasem dwie samozwańcze wolontariuszki z naszej świty, jak umówione, podchodzą do gestorów, z anielskimi uśmiechami. Lica im nagle pojaśniały, bije z nich blask, rozciągają ręce jak rodzina witająca na lotnisku przybyszów zza oceanu lub jak chór archidiecezjalny wyśpiewujący Abba Ojcze i z tym gestem oraz ostrożnym acz przyjacielskim krokiem psiego behawiorysty, podchodzą do ofiar nocnej napaści. Tulą się oni, pławiąc w nagle wezbranym, na moje oko przejaskrawionym afekcie. Poddają radości spontanicznie zainicjowanej komitywy, charakterystycznej dla grup wyznaniowych. A ja z każdą sekundą coraz bardziej czuję się jak malkontent, degenerat, tchórz, osoba pozbawiona wyobraźni, a nade wszystko miłej powierzchowności.

    Z równą gorliwością śnię ucieczki dziejące się w podziemnych labiryntach, spotkania w piwnicach. W jednym z takich snów spotykam w klubie piwnicznym Annę Muchę i, być może rozochocona doświadczeniem z fabryki klusek, rzucam się jej na szyję, szczerze uradowana spotkaniem. Ale ona, zdjęta bogatą w gestykulację histerią, fuka na mnie i na nic usilne blagi moich tłumaczeń, że ją pomyliłam z kimś innym. Słowem, w piwnicach dzieją się sprawy namacalnie wstydliwe. Sceny kreślone pierwotnymi instynktami. Popędem, strachem, pożądaniem, ciekawością. Wyłażą ze mnie te suteryny, upominając się o atencję. Duszno tam, w kolorach sepii i zapachu własnego ciała: z niedomytym z perfum dekoltem, włosów z nadmiarem olejku argonowego z domieszką ingrediencji produkcji własnej, przesiąkniętą oliwką piżamą z disnejowskimi hiciorami AD 1990. Czasem może i obciach, ale, nie oszukujmy się, w chwilach grozy te atrybuty stają się solidnymi podwalinami poczucia bezpieczeństwa.

    Słowem, chętnie usiadłabym i poświęciła uwagę temu, co się jej domaga. Zgaduję, że są to podziemia jaźni, podpiwniczenia nietęgich konstrukcji samoświadomości, tożsamości lub, kto wie, emocjonalnej stabilności, samoregulacji. Jednak za dnia rwie mnie do czego innego. Gdy wyłonię się z kokonu, bezzwłocznie pociąga mnie natura. W niej chcę się regenerować, regulować. W dzieciństwie nie lubiłam wietrzenia kołder, bo bałam się, że mama wytrzepie mój nocny potencjał z marzeń sennych. Teraz wstaję i prawie bez żalu porzucam fantasmagorie. Natychmiast otwieram okno, folgując upierdliwej potrzebie zaopatrzenia domu w powietrze, zaciągania się zapachem wiatru. Jest rześko, choć już słonecznie. Na gałęziach drzew błyszczą zimne krople rosy. Jak co dzień doglądam, czy pąkom ma się ku eksplozji. Dwa tygodnie temu w Leuven podziwiałam magnolie w pełnym wzwodzie. Wracałam do domu po zaledwie kilku dniach przerażona, czy nie przeoczyłam rodzimej erupcji kwiecia. Ale spokojnie, obserwuję, że na Magii ledwo pączkująca golizna. Zielenią się jagody kamczackie, czerwienią wiśnie, mobilizuje lipa, śpi dąb. Trawa nabrała soczystości. Pełen rozkwit na razie jedynie w domu. Co rano biorę konewkę i z namaszczeniem sprawdzam nawilżenie ziemi w doniczkach oraz ile od wczoraj podrosły liście hibiskusa.

    Pobudzona wiosennym animuszem, prawie co dzień umawiam się z Kotem na nocne spożywanie nieobojętnych libido lodów, oglądanie niepruderyjnej selekcji filmów i popijanie chłodzącego się od miesięcy wina musującego. Piszę do niego z pracy SMS-y, posyłam foty i emotikony, w których jawię się niepozbawioną erotycznej fantazji, nie przebierającą w środkach, wymarzoną kochanką. Ale, niestety, mimo zarzekania się, obietnic i jak najszczerszych chęci, zasypiam o dziesiątej, niezależnie od tego, co robię, gdzie jestem i co mam na sobie. I śnię – niepowstrzymanie, nieprzerwanie. Nierzadko z soczewkami na oczach, nieumytym uzębieniem, w stroju sportowym, w turbanie na głowie czy sukience harmonijce. Zapadam w długie fazy reżyserowane z zacięciem iście burtonowskim. Kiedy to kierowana nieprzestępczą motywacją (lecz alarm, pies ni policja nie wierzą) włamuję się do domów sąsiadów, walczę z procederem handlu bliźniętami syjamskimi lub jestem uciekinierką z paryskiej burleski, która stopniowo, w miarę zbiegania (w scenerii ceglastych sklepień starych tuneli podziemnych), uświadamia sobie swój seksapil, by na koniec, opętana pożądaniem, gonić niczemu winnych abonentów klubu nocnego. Można usiłować postawić tezę, że za dnia wystylizowana na niedożywioną, cherlawą i układną, nocami czynię zadość niezaspokojonym a gargantuicznym potrzebom głodu, seksu i awantury.