Wszystkie posty w kategorii słowa

  • „sierpień” rozdział drugi.

    Jak co roku już, zrobiłam sobie urlop blogowo-internetowy na czas świąt, z przedłużeniem do 6-go stycznia.
    W święta dużo zamieszania, potem też spotkania, goście. I obiecałam sobie, że zanim nastanie ten szósty, to ja wygospodaruję dwa dni tylko dla siebie. Na czytanie, oglądanie filmów, niespieszne picie kawy, patrzenie w okno… Padło na piątek.. Udało mi się tylko do 10-ej, bo potem już myślałam że oszaleje 🙂
    No nie potrafię tak. Nosi mnie. Usiadłam więc z zimową herbatą i zaczęłam pisać dalszą część „sierpnia”, którego to pierwszy rozdział napisałam rok temu. Jeżeli się Wam spodoba, to myślę, że będę siadała częściej do kolejnych rozdziałów… Ale już nie będę ich publikować, a po prostu zamknę w książkę.
    Bo powiem Wam, że już się z tymi bohaterami zaczęłam zżywać…
    Gdyby Ktoś chciał sobie przypomnieć, albo w ogóle przeczytać rozdział pierwszy, to można go znaleźć TUTAJ (klik).


    Sierpień, rozdział drugi. Pod tytułem „Remiza” 
    Janina miętosiła w palcach tasiemkę od sukienki. Owijała nią palec wskazujący, by po chwili jednym pociągnięciem wyprostować ją i nakręcać ponownie. Oparta plecami o okazały dąb, patrzyła na drzwi remizy.
    Na z trudem już wchodzącego Pana Zdzisia, który późnym popołudniem był jeszcze całkiem trzeźwy, gdy podjechał do Taty umówić się na koszenie. Na owdowiałą Panią Celinę, która co sobotę miała nowe pończochy, gdyż w niedzielny świt były już mocno podarte lub jakże często królował całkowity ich brak. I jak nikogo nie dziwił zapał do romansów wiekowej już wdowy, tak każdy wciąż cmokał i uwierzyć nie mógł w te cotygodniowe nowe rajstopy…

    W tle słyszała mówiącą nieustannie Basię. Która leżąc bokiem na trawie, podpierała się na łokciu i wyciągała ziarna słonecznika z wąskich szczelin astrowego kwiatu.
    Co jakiś czas przerywała dość głośnym chichotem, który był zwieńczeniem jej opowieści o przybywającej gawiedzi pod sobotnią salę wiejskiej rozrywki.
    Janina pomyślała, że z człowiekiem jak chociażby z radiem. Rodzisz się, a potem musisz wiecznie szukać odpowiednich fal. Ktoś przestawi cię w inne miejsce i już nie odbiera tak czysto, starzejesz się i słychać coraz gorzej.. Wciąż na nowo trzeba odnajdywać najwłaściwsze fale, aby móc dostosować się do miejsca w jakim się znaleźliśmy. Kręcić korbą od regulacji głosu.. Pod wieczór gdy dzień cichnie, gwar i rozmowy – ściszyć trzeba.. W dzień gdy traktor po dziurach terkocze – podnieść ton nieco. Gdy przebój zapuszczą, to odkręcić pokrętłem najmocniej, aby z Basią pod depo się chwycić i po kuchni kręcić, kurz z podłogi wznosząc.
    A gdy wyłączy ktoś na długie lata, na strych odstawi, to zanim na półkę do kuchni powróci – każdy element przetrzeć, zdechłą mysz ze środka wyjąć… Bo i człowiek kiedy przez lata jakby na strychu siedział, niejedną mysz zdechłą w sobie chowa. Kurzu na powiekach, włosach, w nosie i na ustach mu się nazbiera…
    A z Basią było inaczej. Basia od razu znajdywała fale. Właściwie Ona ich nigdy nie gubiła. I jakby ta głośność u niej jednakowa. Nawet gdy ciszę należało zachować, to dźwięk Basi i Jej zbytnia donośność każdego radował. Miała w sobie coś nieodgadnionego, co zwykła nazywać „na zmartwienie przyjdzie czas”. Ale ten czas u niej nie nadchodził. Choć z boku się niejednemu wydawało, że powinien. Chociażby jak Im stodoła z dymem poszła. I ludzie stali i płakali. Za głowy się łapali jojcząc „co to teraz Panie Władziu?” A Basia jak z falami, które zawsze miała – wiedziała co. Gumioki od Ojca oblekła i po mokrych jeszcze zgliszczach porządkować zaczęłą..
    – Chcesz trochę? – zapytała Jankę wyciągając w Jej stronę kwiat słonecznika.
    – Już mam tak od pola te ręce brudne, że jak jeszcze posukubię to już ino do kieszeni się te ręce będą nadawać. A ja kieszeni nie mam a i potańczyć bym chciała.
    – Jak chcesz. Po oranżadę pójdę. – wstała by po chwili zniknąć za pomarańczowymi drzwiami remizy..

    Jankowego Junaka słychać było z daleka. I wtedy pomiędzy dziewczynami robił się cichy gwar. Poprawiały włosy, szczypały policzki. Prostowały się jak struny, choć chwilę wcześniej stały niedbale i byle jak.

    I chociaż Janek był jeden, tak zanim podjechał pod budynek straży, szykowały się wszystkie..
    I tak co tydzień, te wszystkie panny, w nocnych tańcach lądowały w objęciach innych kawalerów. Kołysząc się w takt muzyki, kładły głowy na ramion partnerów, i zamykając oczy rozmyślały wciąż o tym jedynym.
    A Janek galanty był kawaler i z każdą zatańczył. W obroty umiał, aby kiecki dziewczynom wirowały.
    I co jedną w rączkę cmokną, to i następną obtańczył. Dziewczyny przed snem o czym rozmyślać miały, a Jankowi spokojniej na duszy, że serc nie połamał.
    Jednak potem już po północy, najczęściej z chłopami stał. I żadnej na większe podrywanie nie brał.
    -Mam. Jeden smak. Ale inny niż tydzień temu. – Baśka wyrwała Jankę z zamyślenia.
    I kiedy ta podniosła głowę aby wziąć od przyjaciółki butelkę z oranżadą zobaczyła ponownie w oddali ten wianuszek dziewcząt dookoła Janka. Zatrzymała się na dłuższą chwilę w tej obserwacji.
    Wtedy, choć siedziała dość daleko, w mroku dębowych gałęzi, zobaczyła jak Janek rozgonionym wzrokiem znajduje ją i zatrzymuje swoje oczy.
    Ktoś pociągnął go za koszulę, bo nie reagował na pytanie, a On wciąż patrzył nieustannie.
    I choć skubać Janina nie lubiła, zamaszystym ruchem wzięła koło słonecznika i ugryzła ziarno aby móc z tej niemej rozmowy – uciec.

    ***
    Przy „Augustowskich nocach”, które najczęściej były jedną z tych piosenek, które mówiły o rychle zbliżającym się świcie i powrocie do domu, Jerzyk objął ramieniem Basię.
    – Ja Cię Basiu przyprowadziłem to i pod bramę odprowadzę. Choć tyś to w parze chyba z moją Janką przyszła – powiedział puszczając do niej oko.
    I jak Jurka z Basią więzy krwi nie łączyły żadne, tak przez tę przyjaźń dziewczyn, jak rodzeństwo byli. Żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszło nic co zwykło łączyć kobietę i mężczyznę.
    Pomimo tego, że Jurek słyszał kiedyś opowieść podpitego Taty, jak o swym uczuciu młodocianym do Mamy od Baśki koledze opowiadał, to Basi z zauroczeniem swym nigdy nie wiązał. Ale jak to na wsi, nikt za dużo nosa zza granice wioski nie wystawiał. Po sąsiedzku się żenili. Albo kto pole obok siebie miał, to rodzice ich do ożenku pogonili. Miłości nikt po świecie nie szukał. Czasami ktoś kilka wsi dalej się zakochał. Ale to jeździć daleko na zaloty, a i potem we wsi nowa to na języki brali.
    Wśród swoich się szukało.. A i nawet nie szukało, a samo jakoś tak życie układało. I albo żyli jak pies z kotem, albo się tam jako dogadali. Ale i dobroć, szacunek i miłość po sąsiedzku też się potrafiła zdarzyć.
    – Czy Wyśta słyszeli jak Kazik rowerem do domu wczoraj wracał? – z rubasznym śmiechem opowiadał ktoś przy barze – Wracał z próby, z puzonem przez ramię. A ożarty taki. Ledwo pedałował. Jak go w rowie połamanaego nad ranem znaleźli to zdziwiony był, bo on to przecież między dwa motory wjechał. – zapowietrzył się ze śmiechu i dodał – a to auto było i mu puzon wgnietli!
    – A co Ty będziesz się tu z mojego Kazika śmiał? – wyskoczył bordowy ze złości Kazikowy brat.
    I dawaj go szarpać i popychać.
    Jurek butelki do baru pośpiesznie odłożył i wołając ręką Jankę z parkietu oddalali się od donośnej muzyki i coraz głośniejszego krzyku pijanych mężczyzn.
    Objąwszy obie dziewczyny prowadził je środkiem pustej drogi i zaczął śpiewać co sił..
    „i Ty tylko Ty będziesz moją panią, i Ty właśnie Ty, będziesz moją damą” – mrucząc dalszą część piosenki zapytał – a Ty siostra? Czyją panią jesteś?
    – Ja? – zapytała hardo Janka podkopując kamień – pola. W sierpniu jestem panią pola. Żniw, sadów i obornika.
    – A widzisz! Jednak nie jesteś niczyja! – po czym wszedł znowu w melodię – „Będą Ci grały nocą sierpniową, wiatry strojone barwą i słońcem. „ – przyciągnął je ramionami mocniej do siebie – Wy jesteście moje słońca, dziewczyny moje…
    – Ty tam Jurek przy samej tylko oranżadzie chyba nie stałeś – z uśmiechem popatrzyła na niego Janka – ciekawe jak jutro na mszę wstaniesz.
    – A Ciebie Janka to Jasiek odwieźć do domu nie chciał? – wychyliła głowę z zapytaniem Baśka
    – Chciał – zamilkła na chwilę – Zawsze chce. Zawieźć i odwieźć.
    – To czemu żeś nie pojechała? Już byś pod ciepłą kołdrą w domu spała.
    – A ja nie wiem czy ominąć bym chciała te nocne powroty z Wami. I przegapić jak Jurek pod kapliczką przy lipie przysiada, na papierosa i filozoficzne swoje opowieści – tłumaczyła się Janka.
    – A Ty głupia Ty – roześmiała się Baśka – Jakbyś powiedziała, że Tobie o powrót na nogach się rozchodzi, to On gotów tego Junaka na stracenie w rowie zostawić. Ale Tobie się nie o to Janka rozchodzi. A ja to wiem. 
    Może i Baśka już wiedziała, ale Janka jeszcze nie…
    I gdy doszli do kapliczki, a Jurek odpalił papierosa, położyli się wszyscy w rowie i popatrzyli w niebo.
    Wydmuchiwany dym z Jerzykowych ust kreślił w powietrzu różne figury.
    – Daj się zaciągnąć Jurek – wyciągnęła rękę Baśka i podała też Jance. Po czym zaczęły kaszleć i śmiać się na zmianę.
    – oj dziewczyyyynyyy, dziewczyyyynyyy – mruczał Jurek przeciągając samogłoski przez lekkie upojenie alkoholowe. I nie wiedząc jaką drogą w Jego głowie przetoczyły się myśli, doszedł do swoich życiowych przemówień…
    – A bo czy kto w takiej remizie inaczej kocha? Inne ma prawa do miłości?
    Czy to w wyglancowanych butach czy w dziurawych majtach? 
    Czy to na piechotę co przyjdzie po robocie spracowany, czy podjedzie wozem silnikowym z włosami od fryzjera prawdziwego?
    Albo ta Pani Celina, co rajstopy gubi podczas miłosnych uniesień. Czy Ona inaczej kocha? Czy mniej? Tak samo przecież, ino na swój sposób, bo może inaczej nie nauczona. Albo inaczej nie chce. 
    Serce przecie u każdego takie same. I wcale od naszego nie lepsze ani nie gorsze. 
    I w tej remizie jedna w rączkę chce muśnięta być, a inna rajstopy podrzeć i zgubić.
    – Wiesz co? W miłość ludzką to ja nie wnikam, no ale majty to zeszyć by se każdy mógł – skomentowała Baśka, po czym wstała i otrzepała tyłek – idziemy, bo już słońce by wstać chciało, a my się polach smykamy.

  • kundel


    Nie wiem ile to było lat temu… Tak na oko licząc piętnaście.
    W moim domu rodzinnym. Boże Narodzenie. Choinka. Zapachy. Ciepło. Ktoś zapukał do drzwi.
    Wychyliłam głowę ze swojego wtedy małego pokoiku i ujrzałam Jej twarz.
    Stała w tych drzwiach. W moich drzwiach. Naszego domu. Choć przecież mieszkała już na Cyprze.
    To był jeden z najpiękniejszych prezentów świątecznych w moim życiu.
    Moja Kama z nami w święta. Choć wydawało mi się wtedy, że jest trzy tysiące kilometrów stąd.
    Prezentem, który mocno pamiętam była też skrzynia zrobiona przez mojego Adasia w nasze pierwsze Boże Narodzenie. Szlifował, malował, w środku wykładał materiałem. I przymocował tabliczkę „czapki, szaliki, dodatki”, bo tak miałam nazwane tekturowe pudełka z Ikea.
    Pamiętam też maila zaraz przed  Wigilią od czytelniczki. Że dzięki temu blogowi, wycofała pozew o rozwód. Stałam na środku parkingu pod supermarketem, spadały z nieba wielkie puchate płatki śniegu.
    W tym ciemnym już wieczorze, mnóstwo świateł aut. I ja czytałam tą wiadomość…
    I choć te święta jeszcze nie przyszły, to ja już najpiękniejszy prezent otrzymałam. 
    Ponownie od mojej Kamili. Otrzymałam Jej czas, piękną pamięć i odrobinę talentu, którego ma bardzo dużo a nie ma zapału się nim dzielić… 
    Pozwolę sobie przytoczyć początek Jej wiadomości…
    „Juluś, w związku z tym, że paczka się spóźni, a nawet kiedy już dojdzie to ani w 1/5 nie będzie taka  jakbym chciała i jest  mi zwyczajnie smutno z tego powodu, aby nadrobić trochę, napisałam głównie chyba dla Tosi, bo Benio jeszcze za mały 🙂 opowiadanie o psie, które jest też trochę opowiadaniem o naszej przyjaźni. Jeśli uznasz, ze jest jeszcze za mała możesz przeczytać jej za rok czy kiedy. Mam ogromną nadzieję kiedyś jeszcze spędzić święta z wami. „

    Tosi i Beniowi przeczytałam przed snem. Tosia obcierała rękawem łezki.
    A paczka, która ma nadejść? Bez względu na to co zawiera, lub co zawierać by mogła, nie da mi pamięci o tym darze na całe życie, jak to o kundlu opowiadanie..
    Poprosiłam Gosię Gibas Grądman aby zrobiła mi choć jedną ilustrację do tej historii.

    Zostawiam Wam tę opowieść Mojej Kamili na święta. Myślę, że to jedna z tych, gdzie pojawia się świąteczna magia, choć rzecz się dzieje w wakacje…

    Życzę Wam moi Kochani, aby każdy z Was odnalazł szczęście i spokój w prostym życiu. I aby uwierzył, że tylko proste życie może to szczęście dać.

          „Od kiedy sięgam pamięcią byłam na łańcuchu. Lato, zima, słońce czy deszcz byłam tylko ja i moja zapchlona buda. Te pchły to gryzą tak niemiłosiernie, za uszami miałam jeden wielki strup od drapania. Zamiast miski stary garnek, oblepiony resztkami jedzenia, to jedzenie też rzadko bywało psie, zazwyczaj chleb namoczony w wodzie z łyżką smalcu dla zapachu. Może być. Ważne żeby w brzuchu nie burczało. Nikt nigdy mnie nie bił, ale też nikt nigdy nie pogłaskał. Ostatni raz ktoś mnie dotykał kiedy zakładali mi obrożę z łańcuchem. Nerwowe ruchy człowieka szarpały moją szyję,  choć ja merdałam ogonkiem i lizałam po rękach próbując zachęcić go do zabawy. Nie udało się. Trudno było przełykać .Pierwszej nocy w budzie było ciepło. Pachniało świeże siano. Przyśniła mi się mama, jej ciepły, puchaty brzuch, i zapach mleka. Rano ucisk obroży przypomniał  smutną rzeczywistość.
    Tak mijały mi pory roku, siano przestało pachnieć, buda przemakała w największe ulewy i coraz bardziej zapadała się w ziemię. Kiedy przychodziły największe mrozy, razem ze mną spały koty z sąsiedztwa. Było miło grzać się nawzajem, choć czasem zapominały się i wbijały pazury w bok podczas snu. Lepsze to niż mróz. Gospodyni wołała na mnie Aza. Tak miała na imię ta piękna pani z serialu, który oglądała czasem po południu. 

             Pewnego dnia w odwiedziny do syna gospodarzy przyszła Iśka. O tej Iśce to baby wiele razy mówiły, słyszałam na własne uszy, że jej ojciec to nie był Polakiem, tylko żabojadem.
    -Fuj-pomyślałam- nawet w największym głodzie nie zjadłabym żaby, ten jej tata to musiał być bardzo biedny człowiek.
    Gospodyni nie podobało się, że ta Iśka do Wojtka zachodzi. Bo ta dziewucha, to nic dobrego. Włosy farbuje na rudo! Kto to widział żeby na rudo się farbować! Mahoń to się rozumie! Ale rudy???
     No w każdym razie Wojtek zdaje się lubił tę Ines. Często latem pod gruszą siadali i zajadali się owocami aż ich brzuchy bolały. 
               Razu  jednego jak tak w ogrodzie siedzieli, Iśce zachciało się siku, a że w domu matka Wojtka porządki robiła na Wniebowzięcie, nie chcąc świeżo pastowanej podłogi zadeptać,  poszła za stodołę i tam zobaczyła mnie. Wtedy też pierwszy raz pokłócili się z Wojtkiem. O mnie. „Kto to widział żeby psa na łańcuchu trzymać?!!” Krzyczała ona, on próbował się bronić, ale nie bardzo mu to szło. Wtedy też pierwszy raz ktoś znowu mnie dotknął. Tej nocy Ines przyszła do mnie z prawdziwym jedzeniem. Przymiosła mi ryż z wątróbką. Tak mówiła. Zjadłam tak szybko aż dostałam czkawki. Potem ugłaskała mnie do snu. Tak przychodziła co noc. Ze smakołykami i kojącą dłonią, nie przeszkadzało jej, że moja buda śmierdzi, że pchły skaczą po mnie jak po trampolinie. W świetle księżyca wypatrywałam pomarańczowej poświaty jej rudych włosów. Ostatniego dnia wakacji długo nie przychodziła. W końcu pojawiła się, ale bez jedzenia. Myślałam, ze to koniec naszej przygody, że przyszła się pożegnać.
    Zamiast tego odpięła delikatnie moją starą, zbutwiałą obrożę i założyła mi nową, mięciutką, która zamiast łańcucha miała ładny czerwony sznurek na końcu. Tą starą zapieła na powrót, żeby wyglądało jakbym sama uciekła. Na początku nie bardzo wiedziałam co robić, Iśka mówiła „chodź, chodź” najciszej, najdelikatniej jak tylko można. Nigdy nie odchodziłam od mojej budy, wokoło niej była tylko uklepana ziemia. Pierwszy raz moje łapy poczuły trawę, potem asfalt żeby w końcu dotrzeć do domu Ines i jej rodziny. Mama czekała na nas w kuchni, kiedy weszłyśmy do domu staneła w drzwiach i patrząc na mnie załamała ręce – „co to za siedem nieszczęść!” – krzyknęła.
    Potem obie wykąpały mnie i nakarmiły. Tata- żabojad wrócił z pracy późno, ale zamiast żab jadł kiełbasę z wody. Kiedy mnie zobaczył, poklepał mnie po łbie i powiedział – „No, witaj w rodzinie kundlu”.
    Tej nocy po raz pierwszy spałam w domu, na miękkim posłaniu, pchły przestały gryźć. Pachniało gotowaniem i praniem. Ludzie pod tym dachem naprawdę się kochali, a teraz i ja dzieliłam tę miłość. Los się do mnie uśmiechnął, bo ta szalona dziewczyna o rudych włosach nie brzydziła się mną, moją biedą. Zobaczyła we mnie przytulną, puchatą sierść, miłość i lojalność jakie we mnie siedziały czekając by je uwolnić. To zadziwiające ile łaskawy dotyk i czuła dłoń potrafią zdziałać cudów.
    Jestem najszczęśliwszym psem świata. Kundlem z rodowodem można powiedzieć. „
  • droga do świąt.


    Mieliśmy wielką przyjemność „spędzić” swoje święta również z Apartem

    Stanąć przed obiektywem Asi. I choć nie było śniegu, i choć do świąt jeszcze trochę czasu zostało, to atmosfera była iście świąteczna.
    Odpowiadałam ostatnio na pytania dla Wirtualnej Polski, który można przeczytać i zobaczyć TUTAJ, na temat świąt…
    I pamiętam z tamtej rozmowy jeden wątek wyjątkowo… O tym skąd się bierze miłość do Bożego Narodzenia… Do cieszenia się tym czasem, strojeniem, gotowaniem… I nie mówię tu o względach religijnych, a rodzinnych..
    Z moich obserwacji i rozmów z ludźmi najczęściej wynika jedno… Zarówno tutaj jak i we wszystkich innych kwestiach życiowych.. Z braku pięknych wspomnień. Jak można polubić święta, jeżeli w domu rodzinnym były kłótnie, brak uczuć, obojętność…?
    Nie mówię o pośpiechu czy zamieszaniu, bo to jest w świętach w kochającym się domu – piękne.
    Jak można uwierzyć w dobre małżeństwa, jak można zaufać drugiemu człowiekowi, jeżeli w rodzinnym domu tego brakowało?
    Ludzie dzielą się wtedy na dwie postawy… Na tych, którzy żyją w tym przeświadczeniu, którzy powielają przez kolejne lata to co „dostali”. Nie mają w sobie zbyt dużo siły, nie mają motywacji, aby zmienić, aby żyć inaczej… Najczęściej nie potrafią.. Choć czasami pewnie marzą aby było inaczej.. Choć głośno mówią – nie znoszę świąt.
    Są też tacy, którzy pomimo tych braków wspomnień o magii świąt, chcą je stworzyć. Sobie, mężowi, dzieciom… Budują wtedy historię i zwyczaje od początku. I to są dla mnie prawdziwi bohaterowie…

    Bo mnie jest przecież tak prosto.. Wszystko to co dostałam, daję dziś moim dzieciom..
    Wiem jak. Przez lata pokazywała mi to Mama. Przecież to oczywiste, że jeśli przyjdzie Ktoś i powie jak złożyć kartonowe pudełko, to idzie o wiele szybciej i prościej niż jakbyś sam miał do tego dojść.
    Na początku długo mu się przyglądać, potem nie raz, nie dwa złożyć niewłaściwie… Wtedy też takie zagięcie, choć jest już złożone prawidłowo, zostaje na długo odkształcone. 
    A jeżeli przez długie lata widzisz jak Ktoś te pudełka kartonowe składa, do tego nuci sobie coś radośnie, to robisz takie rzeczy odruchowo…
    Kiedy dostajesz przez całe życie miłość, troskę, tolerancję, wsparcie, rozmowę, zrozumienie… to nie zastanawiasz się jak kochać, jak się troszczyć czy jak rozmawiać…
    Bierzesz tę miłość i z nią idziesz… 
    Często gdy Ktoś mnie złości swoim zachowaniem, gdy zostawi niegrzeczny komentarz, lub gdy zadzwoni z niegrzecznym tonem, bo dostał pomylone książki, to złoszczę się chwilę..
    Wiem już, że On pomimo dorosłego wieku, dopiero po tę miłość idzie, a to jest jego droga. 
    Jak wiemy drogi są pełne pomyłek…
    Ja na przykład wciąż idę drogą po większy altruizm, po spokój, cierpliwość..
    Chciałabym aby każdy, Kto skrycie marzy o świątecznej magii odnalazł w końcu swą drogę..
    Tylko musi zrozumieć, że droga nie zaczyna się i nie kończy na choince w domu i opłatku z najbliższymi…
    Ta droga, to wyrozumiałość dla Pani na kasie w sklepie, to wyrozumiałość dla firmy wysyłkowej, to praca nad sobą i swoim zachowaniem w stosunku do otaczających nas ludzi, natury i świata…
    Ta droga, to dialog, to wyobraźnia i domyślność o tym czego nie wiemy, a co powoduje zachowania innych, zupełnie dla nas niezrozumiałe.

    Ta droga, to tolerancja, choćby nie wiem jak bardzo nie mieściło nam się w głowie, że można być tak innym, że można tak zupełnie inaczej czuć, widzieć, reagować…
    Ta droga, to czyste myśli. Pozamiatanie tych wszystkich zbędnych analiz i małostkowych ocen wobec innych, wielką ryżową szczotą ze swojej głowy. Posprzątać tę głowę jak się sprząta izbę przed świętami. Z każdego kąta, z każdego rogu. Nawet ten brud od dawna mocno przyklejony, do którego zdążyliśmy przywyknąć, jak do plamy na kuchence..
    Inaczej nię będzie świątecznej magii i wielkich cudów w naszych domach, przy naszych stołach…
    Będzie tylko namiastka tradycji. Próba dostosowania się do społeczeństwa i zwyczajów.
    Droga do pięknych świąt zaczyna się w nas.
    Bo Boże Narodzenie, bez względu na to w co kto wierzy, jak wierzy i czy w ogóle wierzy, może być prawdziwe tylko wtedy, gdy jesteśmy pełni miłości, zrozumienia, tolerancji, ciepła, dobroci i wybaczenia do drugiego człowieka… Nic innego Ich nie stworzy… choćbyśmy skradli z wystawy, tę najpiękniejszą z choinek…