Wszystkie posty w kategorii słowa

  • samotność – listy od czytelniczek.

    „Julio muszę Cię przeprosić. Muszę Ci się do czegoś przyznać. Głupio mi. Ale Ty to Ty. Ty chyba zrozumiesz.  Przepraszam, bo przestałam Cię czytać. Przestałam zaglądać. Przestałam zachwycać się Twoimi zdjęciami. Przestałam czekać na każdy post.
    I nie dlatego że przestałam Cię lubić. Albo wkurzały mnie reklamy.
    Julio masz cudowna rodzinę. Jako ktoś kto nie ma właściwie nikogo, z każdym Twoim postem i zdjęciem łamało się moje serce. Wiesz. Kiedy wszyscy wokół zdecydowanie nie są samotni. Kiedy wszyscy planują śluby, wspólne mieszkania, dzieci, domy, życie, wydatki, wakacje. Wszystko Julka. A Ty jesteś sama. Całkiem sama. Zawsze sama. Wszędzie. Sama w tłumie. Sama w firmie która znasz od podszewki. Sama w rodzinie którą kochasz ale wśród tych wszystkich cudownych par jesteś jedyną osobą bez pary. Sama z każdą decyzja. Sama nocą w pustym łóżku. Sama na niedzielnym spacerze. Sama. Nie ważne co zrobisz. Nie ważne czy o siebie zadbasz czy nie. Sama nie ważne czy jesteś dla ludzi mila czy oschła. Sama nie ważne jak bardzo się starasz. I patrzysz na Twoje zdjęcia. Na Ciebie taka piękna i mądrą. Na Adama dbającego o Ciebie. Na Tosię i Benia. Nie chcę Ci zazdrościć. Ale nie potrafię na to patrzeć. Nie potrafię. Przepraszam. Wybacz mi Julio. „

    Zacznę od – dziękuję.
    To jeden z najpiękniejszych wirtualnych listów jaki dostałam.
    Wiesz dlaczego?
    Bo po pierwsze, daje mi wiarę w człowieka. Że nie jest on do końca obdarty z myślenia i zapatrzony w zaraz znikające migawki modnych aplikacji.
    Że jest w nim jeszcze samoocena sytuacji, analiza siebie, swoich zachowań, a wreszcie przyznanie się do swoich słabości.
    Bo wiesz, że dziś modnym jest, jedynie obraz bycia niezwykle szczęśliwym, bogatym, podróżującym, zaangażowanym i aktywnym.
    A zaraz potem równie modnym, lecz już niezbyt często pokazywanym, bycie skrajnie narzekającym, obgadującym, leniwym hipochondrykiem.
    Jednak ze wszystkim w życiu jest tak, że nie lubi skrajności. 
    Gdyby więc wziąć człowieka i pokazać na nim radość, ale też zwątpienie i bezsilność. Pieniądze, ale też wysiłek o nie i rachunki czy kredyty. Zaangażowanie jak i zrezygnowanie oraz niechęć. Aktywność i apatyczność czy rozleniwienie..
    Wtedy otrzymalibyśmy człowieka idealnego.
    Kiedy spotykam się z ludźmi, którzy odnoszą same sukcesy, a mąż ich nigdy nie denerwuje (w opowieściach, bo prawda taka nie bywa), to jestem taką rozmową niezwykle zmęczona.
    Kiedy siadam do stołu z kimś kto we wszystko nie wierzy, wszystko się nie uda, świat jest męczący, zachowania innych są jedynie irytujące, to już do tych rozmów najczęściej nie wracam.
    Od pierwszych chwil moją sympatię budzą w sobie ludzie, którzy potrafią przekląć rzeczywistość, niedomyślnego męża, dzieci ciamajdy, aby potem też pochwalić swą Teściową, docenić pogodę, ugotować obiad, który lubi mąż i powiedzieć synom, że Ich prace plastyczne są przepiękne, po czym przypiąć je na lodówkę. 
    Lubię ludzi, którzy nie udają. O dobrym powiedzą, ze złego się pośmieją. Czasami rozpłaczą z bezsilności. Do porażki przyznają.
    Tacy ludzie powodują, że człowiek się przy nich otwiera. Może być sobą, a nie musi starać się aby w tej rozmowie doprowadzić do balansu.
    Ta równowaga z człowiekiem „pośrednim” czyli normalnym i szczerym przychodzi sama.
    Powoduje, że nawiązują się prawdziwe relacje między ludźmi. Nie grają przed sobą idealnych. Nie topią się w rozmowach pełnych negatywnych myśli i uczuć.
    Kocham mojego męża i moją rodzinę nad życie. Rozmawiam z moją siostrą przez telefon codziennie. Czasami po kilka razy.
    Ale jak się kłócimy to też z charakterem. I ktoś kiedyś powiedział, że zazdrości. Tych kłótni. Bo one świadczą o naszej zażyłości, bliskości, wielu tematach wspólnych, niezliczonej ilości rozmów i czasu razem. Tylko wtedy, albo przede wszystkim wtedy rodzą się powody do kłótni.
    Kiedy żyje się obok siebie to nie ma się o co kłócić.
    Moja siostra jest najwspanialszym prezentem jaki rodzice mogli mi dać. Do samej starości i śmierci chce z nią rozmawiać, wkurzać się na nią, a ona na mnie i wiedzieć, że zawsze, ale to zawsze możemy na siebie liczyć. 
    Choć bardzo się martwię, czy uda mi się w zdrowiu wychować moje dzieci, tak zmartwienie jest mniejsze gdy myślę, że jak mnie zabraknie to Ona będzie dla nich najwspanialszą Mamą.
    Dlaczego o tym pisze? Bo najwspanialszy mąż denerwuje, bo najwspanialsza rodzina wkurza, bo najmądrzejsze dzieci są męczące i robią głupie rzeczy.
    Przykładaj swoją miarę do obrazu jaki u mnie widzisz.
    Musimy być ludźmi. Dopatrywać się dobrego i tworzyć dobro, ale nie ukrywać słabości.
    Jednak bardzo ważne, aby przyglądać się ludziom. Nie wszystkim można powiedzieć wszystko.
    Dobierać tych, którzy chcą z Tobą żyć, ale nie karmić się Tobą. 
    To o czym napisałaś mi moja droga, to wielka dla mnie mądrość i odwaga. 
    Mnie nauczył tego w dorosłym życiu mój mąż. To On pokazał mi drogę w której przyznawanie się do swoich słabości pomaga w przezwyciężeniu ich. Można się z kimś bliskim im dogłębniej przyjrzeć. Rozłożyć na części pierwsze. Po kolei reperować. I wyjść z tego bez szwanku.
    Ale czemu Jemu udało się to zrobić?
    Bo mój mąż w kłótni nigdy nie chce wygrać, a dojść do zgody. (to ważne! każdy człowiek powinien powtrzać to jak mantrę)
    Bo ktoś chcący w kłótni wygrać i wyjść ze swoim na wierzch, Twoje przyznanie się do słabości weźmie jako szablę.
    Będzie dzięki temu wojował dłużej, bardziej. A Tobie odejdzie ochota na przyznawanie się do „winy”.
    Dlatego świadomość swoich słabości jest piękna. Ona daje nam możliwość aby z nich wyjść. 
    Kiedy już znamy kierunek, łatwiej ruszyć.
    Mój mąż nauczył mnie również, aby dać Komuś możliwość wycofania się. Nieraz mówimy rzeczy pod wpływem chwili i emocji.
    Potem próbujemy to cofnąć. Nieudolnie. Przez półsłówka.
    Dajmy rozmówcy swoją mądrość. Nie zawsze wygrana w dyskusji jest wygraną. Najczęściej i zawsze tylko chęć dojścia do zgody jest wygraną.
    Schodzę z tematu. Przepraszam.
    Ty nie musisz mnie przepraszać. Nie masz za co mnie przepraszać.
    Za słabość ludzką, którą ma każdy z nas? Przecież każdy z nas ma podobne uczucia względem innych ludzi czy zdarzeń.
    Ale o tym nie mówią. To ja Ci dziękuję. Bo człowiek, który pisze tak pięknie jak Ty, a mógłby wylewać hejt w komentarzach i dawać sobie upust swojemu „nieszczęściu” jest dla mnie moim najmądrzejszym i najpiękniejszym czytelnikiem. 
    I choć teraz mnie nie czytasz, to ja jestem dumna z tego, że kiedyś tutaj byłaś, że do mnie piszesz o swoich uczuciach.
    Bo przecież taki hejter, który pisze mi  jaka jestem beznadziejna, to Ktoś, kto ma takie uczucia jak Ty, ale nie ma odwagi analizować siebie i o tym mówić. Woli obrazić mnie i tym polepszyć swoją samoocene. Bo gdyby był mądry i świadom siebie, to miejsca które działają mu na nerwy omijałby z daleka (jak Ty teraz) zamiast wlewać w nie swoje frustracje. 
    Piszesz mi „A Ty jesteś sama. Całkiem sama. Zawsze sama. Wszędzie. Sama w tłumie. Sama w firmie która znasz od podszewki. Sama w rodzinie którą kochasz, ale wśród tych wszystkich cudownych par jesteś jedyną osobą bez pary. Sama z każdą decyzja. Sama nocą w pustym łóżku. Sama na niedzielnym spacerze. Sama.”
    Jak taka dziewczyna może być sama? Jeszcze z cudowną rodziną jak piszesz? Prawdą jest, że przyciąga się to, co daje się od siebie.
    Może Ty stałaś się tą samotnością, może wierzysz w nią, trzymasz się kurczowo. 
    Czasami gdy myślę o czymś zbyt długo, zaczyna to stawać się prawdą, rządzić moim życiem.
    Może lata w których byłaś sama, stały się już Twoim strachem, że oto trwać będzie wiecznie owa samotność..?
    To tak jak często z kobietami, które nie mogą zajść w ciążę.. Ten strach i rozpacz, że nie mogą zajść w ciąże powoduje, że w nią nie zachodzą.
    Gdy odpuszczają i żyją swoim życiem. Już nawet się cieszą, że mają spokój, wtedy zachodzą w ciążę. 
    Wolna głowa pozwala na pozbycie się tych demonów.
    Nie da się rzecz jasna przy kawie powiedzieć „a sio demony”, wstać od stołu i znaleźć drugiego człowieka czy wsadzić dziecko do brzucha.
    No nie da się. Choć wielu by chciało.
    Jednak da się te demony wypędzić. Długą drogą. Czasami kiedy pogodzi się człowiek z długą drogą, ona okazuje się być bardzo krótka.
    Tylko kiedy pewne rzeczy zaakceptujemy będziemy potrafili je zmienić. Choć brzmi przewrotnie.
    Zaakceptuj swoją samotność i zacznij żyć dla siebie. Czytaj, chodź na basen, pielęgnuj ogródek, maluj, pisz, leć na Sycylię…
    A może nasiona będzie sprzedawać dziewczyna z którą się zaprzyjaźnisz, może na basenie ten kto zastawi Ci auto uśmiechnie się jakoś inaczej i ty będziesz już wiedziała… że samotności czas powiedzieć „weź spadaj, już nie jesteś mi potrzebna”..
    Jednak to wszystko zdarzyć się może tylko wtedy, gdy zwyczajnie ją polubisz i oswoisz.
    Kiedy będziesz miała do niej żal i złość, nie opuści Cię nigdy. Bo przyciągasz żal i złość.
    Dostajesz w życiu to czym jesteś.
    Napisałaś też, że wszyscy wokół zdecydowanie nie są samotni… Och moja Droga.. Nawet nie wiesz jaką samotność można mieć w sobie, mając mnóstwo ludzi wokół siebie.
    Uwierz mi, odpisuję na dziesiątki maili tygodniowo. Do kobiet, które mają problemy. 
    Można mieć świat u stóp. W pracy wianuszek przyjaciółek, rodzinę fajną. A być niewyobrażalnie samotnym. Samotność to nie brak ludzi wokół. Samotność nosi się w sobie.
    I jak kiedyś może faktycznie było to zjawisko gdy brakowało ludzi wokół, tak teraz jest to zawsze stan ducha. Takie okropne czasy. Można mając jedną przyjaciółkę nie być nawet przez moment samotnym.
    Jak myślisz, czemu te wszystkie gwiazdy estrady i kina popełniają samobójstwa?
    Przecież oni mają miliardy ludzi, którzy daliby się za nich pokroić… Oni zawsze umierają z samotności.
    Jest coś co można mieć i nigdy nie być samotnym. Trzeba polubić siebie. I nie potrzebować nikogo by wierzyć w swoje możliwości czy wartości.
    Wtedy obojętne kto przyjdzie, kto odejdzie.. Mając siebie i dobrze się ze sobą czując, nie jest się samotnym nigdy. A lubiąc siebie, świat będzie lgnął do Ciebie.
    Nie, nie.. lubić siebie, to nie jest pięć selfi w ciągu dnia. Lubić siebie, to zrobić sobie kawę, postawić fotel przodem do okna, i siedzieć w ciszy i milczeniu. Patrzeć na drzewa, trawy, dach bloku obok..
    Lubić siebie, to wtedy, gdy nie oceniasz swojej osoby opiniami innych ludzi o Tobie.
    Nie, nie, również nie wtedy, gdy masz w nosie ocenę jednej pani, bo masz i tak tysiąc lajków przy swoim zdjęciu. Najczęściej im więcej lajków, tym większy brak akceptacji siebie.

    Lubimy siebie bez lajków. Lubimy siebie, gdy obserwujemy ptaki na kablach między słupami i nie robimy temu zdjęcia. Obserwujemy dla siebie. Stąd nie mam instastories. Chce mieć chwile i życie dla siebie. Kolejna aplikacja kradnie mi te chwile.
    Musisz znać swą wartość. Samotność nie jest brakiem ludzi i rodziny, samotność to stan umysłu.
    Gdybyś usiadła obok i powiedziałabym Ci o swoich demonach, jak je wcześniej nazwałam, to byś powiedziała – a może wcale jej tak nie zazdroszczę…
    Bo każdy z nas, czy z ludźmi obok czy bez, ma swoje troski i problemy. 
    I tak, z dobrym człowiekiem obok, jest łatwiej w życiu. Z dobrym mężem, sąsiadem, rodzeństwem..
    Ale często tak jak i łatwiej, tak i trudniej. Nie jedna mężatka dzieciata powie Ci – daj mi dwa dni samotności. Nawet sporo Ci za to zapłaci.
    Musisz porzucić samotność w swojej głowie, a wtedy odejdzie ona również w świecie poza nią.
    Wyjdź. Zrób coś. Dla siebie. Nie dla ludzi i samotności. Polub czas ze sobą. Wtedy zobaczysz, że Ktoś będzie chciał ten Twój czas skraść dla siebie. Ludzie dziś mają deficyt fajnego czasu, choć wydaje im się, że są ciągle czymś kreatywnym zajęci..
    Po tym liście wnioskuję, że jesteś mądra, refleksyjna, odważna…
    Jesteś świetna dziewczyna. Weź już strzepnij ze spódnicy ten kurz samotności. Wiosna idzie. Wyjdź na rower.
    Wiesz jak mi się marzy pojeździć samej rowerem?
    A tu wiecznie Ktoś u dupy się wlecze… A to dzieci, mąż, koleżanki…
    Jak mnie by to psychicznie pomogło… 😉 
    ściskam Cię mocno.
    i nigdy nie przepraszaj za swoją mądrość.
      
  • co mi piszczy…

    Można zapytać, co mi w telefonie piszczy, gdy Madzia pisze…
    Ale gdy pisze, to jak wiadomości pt „co w trawie piszczy…”
    A trawa u Madzi jest przepiękna.

    „A Żuka takiego też mieliśmy. I w domu u mnie było czarne nowiuśkie volvo xc90. A z Tatą załadowaliśmy złom na żuka i pojechaliśmy wywieźć do Czerwionki. Idę do kasy odebrać całe 73zł za złom, a Pan na kasie mi mówi „Pani taka teraz licha cena, że niedługo i my i Wy będziemy musieli te interesy zwijać…”
    Myślałam, że padnę, za złomiarzy nas wzięli, bo Tata w swoim waciaku w kolorze ecru z apaszką  jakąś od Mamy, bo to listopad był i dmuchało jak pieron, więc wziął coś na kark, co by mu nie zawiało.
    A tam mój kolega co autobusem razem jeździliśmy w takim pięknym wranglerze. Pyta się co u mnie, a ja nawet słowa nie umiałam powiedzieć jak kurna słyszał przy kasie, że „złom zbieramy”. Co za wstyd. :))”

    „Tata mi mówi  – Madzia, zobacz coś mi tu chyba ktoś pisze coś na ten telefon. Powiedz, co to mogą tak pisać przez telefon?
    Otwieram skrzynkę – ilość wiadomości 1.
    Taka wiadomość  „Zarząd Koła Łowieckiego przypomina o terminie wykładania siana i marchwi w paśnikach i karmikach. Darz Bór”
    Czytam Tacie o On – co za technika.”

    „Oj Julia, co ja wczoraj porobiłam!
    Sluchaj, koło południa byłam u kur. Pokarmiłam, pszenicy nasypałam i poszłam nalać wodę ze studni do beczki. Wygląda to tak, że takim szlauchem strażackim lejemy te 200 litrów więc wiesz, w mig się to napełni. Ale że mi ta chwilka jest za długą chwilą, to włożyłam ten szlauch i pojechałam do domu.
    Potem koło 14 ej pojechałam po Lolkę i jadę z Mikołowa, koło Mamy widzę z podwórka rodziców woda się wylewa. Dzwonię do Mamy i mówię Jej – Mamuś, chyba dolewałaś wodę do ryb, bo wypływa na drogę.
    Mama mi – o kurdę, tak, lecę wyłączyć.
    A sama na śmierć zapomniałam, że na folwarku załączyłam te wodę. Mało tego, nawet jak widziałam tę wodę wylewającą się z podwórka rodziców, mi się o tym nie przypomniało.
    Wieczorem koło 23 ej, mnie coś tknęło i mówię Jarkowi – kurdę tak sobie myślę, czy ja aby wodę w studni wyłączyłam. Jarek mi – a kiedy? w południe? nieee, no to na pewno już tam Twoja Mama była, albo Justyna dla koni nalewała. Więc mnie uspokoił.
    Rano jadę do Mamy skubać gęsi, wychodzę z auta a Mama mi -fajnie, że mi zadzwoniłaś, bo ja zapomniałam.
    a ja Jej – Mamo, a na folwarku wodę wyłączyłaś? Nieee? A Justyna?
    No to pięknie. Setą do auta i na folwark. Tam oczywiście woda leciała od dwunastej, całą noc i ranek takim grubym strażackim wężem. Dwustuletnia studnia wypompowana. Masakra.
    Wracam do Mamy i mówię – przecież Ty tam byłaś, Justyna…
    A Mama na to – nie, nikt nie nalewał wody, bo Justynce powiedziałam, że Tata te wodę do ryb potrzebuje i ma na razie nie brać ze studni.
    Ja pitole, Julka, wyobraź sobie, zakaz wybierania wody, nawet dla koni, a ja załączam o 12 ej w południe i o 8 ej rano wyłączam. Myślałam, że zawału dostanę. Tu będą jutro tony ryb do przechowania!
    A Tata ze stoickim spokojem – będziemy liczyć na to, że ta woda z placu szybko wpłynie do tej studni.”

    „No Lola jest bardzo grzeczna i pracowita. Od czwartej rano zasuwa dzisiaj. Najpierw jagody, potem plewiłyśmy w cebuli. Nazrywała ogórków i zakisiła je, a potem czyściła basen i skosiła cały ogród.
    Bardzo bym chciała żeby te dzieci były dobre dla innych, prości i pracowici. To najważniejsze. Bo wiesz, praca fajnie kształtuje człowieka.
    Teraz leży w wannie, a za pięć godzin jedzie zaś na jagody, bo lubi…
    Ciężko mi to zrozumieć.”
    (info od Julii: Lola ma 16 lat)

    ” Julia, czy Ty pytałaś już swoich czytelnikow co dla nich jest luksusem? Czy czym dla nich jest luksus?
    Pytam, bo ostatnio myślałam, czytałam i widziałam. I czuję, że słowo luksus to znaczy przepaść.
    Dla niektórych i dla mnie luksus to spokój, cisza i rodzina na trawie czy sprawnym rowerze… A dla innych to moda, kosmos, lans i głupota pociskana głupotą!
    Zapytaj proszę kiedyś, bo wiesz chciałabym wiedzieć czy jest jeszcze coś po środku czy tylko te skrajności.
    No czy większy luksus ma ten co siedzi na meblach najlepszej kolekcji, patrzy teraz na mecz na najnowszy full telewizor podpięty złotym kablem co by wizja i dźwięk były krystaliczne.
    Czy ma się kurde bardziej luksusowo od tego co leży pod orzechem i słucha relacji meczu w charczącym radio i wyobraża sobie tylko jak nasi chłopcy teraz tyrają po boisku robiąc wszystko co mogą i popija to jakimś winkiem co ma przygotowane na wypadek wygranej, ale wypije za nich już teraz… To luksus i to luksus tylko w innym wymierza czy co?”

    „Jak będziesz w okolicy to podjedź, bo mam nadmiar cebuli i sałaty. A jak masz chęć na ruch, to dziś będę plewić na polu koło 20 ej. To tak jakbyś chciała gdzieś do ludzi wyjść.”

    „Julia, muszę Cię zabrać na fajne widowisko. Tata mówi, że na futersztele, tam gdzie dokarmia chlebem i pączkami, to przychodzą trzy lochy z młodymi pasiakami. Podobno widok cudowny!!!”

    „Jak wróciłam od Ciebie i leciałam szybko do kur to stajenny jak zwykle mi z gnojoka woła – cudny ten maj.
    A ja mu na to – mógłby ten maj trwać cały rok.
    A On – gdyby nie było tego szarego, smutnego listopada to może ten maj nie byłby taki cudny…
    Jaki mądry!! uwielbiam prostych ludzi. W nich największa mądrość.”

    „Pamiętasz te stare wesela? Te krążące namioty. Cały tydzień to stawiali. Wiadomo było gdzie wesele będzie. A my w nich cały tydzień siedzieliśmy i patrzyliśmy.
    Cudowny klimat i kilkanaście stołków pod gruszą było wystawionych i w stodole materace dla gości przyjezdnych. Na stole w zależności od kwiatów kwitnienia. Było w maju bzy, pelargonie. Potem jaśminy i tak do jesiennych nawłoci…”

    „Dałam Omie cztery paragony, bo Ona uwielbia studiować paragony. A ja jutro szykuję gościnę, więc wiesz jak przed imprezą wyglądają paragony z Lidla i Biedronki. Będzie miała robotę na popołudnie.”

    „Wiesz co, i my też nigdy nie byliśmy na wakacjach z rodzicami. Za dziecka raz jeden tak z siostrą płakałyśmy, że postanowili nas wziąć do Koszarawy nad rzekę, na dziko pod namiot. I uciechy, pakowania, pożyczania, bo my nic nie mieliśmy do tego i pojechaliśmy… Tata rozstawił namiot składający się z tysiąca rurek. Trwało to większą połowę dnia. I jak go postawił, to dziadek zadzwonił do Jeleśni na pocztę i kazał przekazać, że się krowa cieli.
    A mieliśmy być całe trzy dni!!”

    „Jadę na giełdę do Katowic, po jakieś nasionka dla nas i ptaków. Pytam się Omy czy coś potrzebuje, bo tam jest i niemiecka chemia i słodycze..
    A Ona mi – a kup mi co, co tam mi kupisz to będę miała.
    Cudowne jest to u starszych osób. To już jest wolność i prawdziwość absolutna!!
    Jak Jej kupię czekoladę to będzie się cieszyła z czekolady. Jak kupię coś do prania firan, to będziem miała bielsze firany. Jest tyle powodów do radości codziennie!
    Uwielbiam te zderzenie się tych światów. Młodych, rozpędzonych i starszych.
    Ach, jak mnie to przywołuje do porządku i przemyśleń.”

    „A poza tym u nas spokojna niedziela. Takie lenistwo. No oprócz akcji sztalowania stu pięćdziesięciu zegarków i zegraeczków Omy i szukania zębów, które straciły jej się po kościele i zapadły się pod ziemię!
    I szukanie winnego. Kto mógłby być zainteresowany Omy zębami?
    No i nie ma do teraz. Właśnie byłam u Niej, a Ona – Magdeczko, ale co Ty mi na te zęby powiesz i co wymyślisz?.  Nosz, swoich nie oddam.
    A wiesz, że wszystkich świętych za chwilę, a tu złota keta na szyi, kołnież z lisa, kolczyki takie depne a zębów nie ma! Tak mi powiedziała. I te kolczyki pokazuje, oczy smutne, a zębów nie ma.
    Już nawet w spiżarce, w lodówce i w popielniku przy piecu patrzyłam, bo czasami zbiera patyki na placu  i wkłada do popielnika. A w tym piecu nie paliła już 7 lat! No nie ma.
    Już się poddałam, ale od jutra rana zaś będzie akcja zęby.
    Z zębami jeszcze nie koniec jednak na dziś.
    Zeszła Karolina i mówię Jej, że Omie się zęby straciły, czy nic nie widziała..
    A Ona mi – o kurdę, a ja tam wczoraj u Niej okna myłam, to jestem pierwsza podejrzana
    A Kacper na to – no Ty i Kościelny to główni podejrzani, bo mogły jej jeszcze w kościele wypaść jak komunie przyjmowała. Jak w czwartek miałem służbę, to już jej tak klapały.
    Dom wariatów.”

    „W tym stawiku za chlewem (równolegle do gnojoka jest stawik) zielony od rzęsy, ale i prawie wyschnięty, wpadła kura. I się w tym mule zakleiła. Nogi i pióra całe.
    Więc my ją grabiami i do brzegu z Mamą popychałyśmy i wyjęłyśmy ledwo żywą i wystraszoną.
    Potem kąpiel w dwóch wiadrach, bo taka była czorna, a z natury biała.
    Ciekawe czy przeżyje, bo Mama mówi, że kury to są zmarzluchy i może się wychłodziła.”

    „Lubię jak piszesz, że siatki nosisz z zakupami, a nie parkujesz samochód pilotem, zakupy robisz wpisując w komputerze i Ci to w złotych tytkach wnosi facet nasmarowany olejkami, a ty w tym czasie leżysz w jedwabnym szlafroku na skórkowej białej kanapie i modnego mopsika głaszczesz.
    I nie masz pojęcia czy dzieci są teraz na gimnastyce artystycznej, balecie czy robotyce z nianią.
    No i chodzisz w laciach, a nie w szpilkach od LB.”

    „Teraz skończyłam robić z cebulą. A od środy będziemy u mamy kartofle przebierać i workować. Muszę u kur zrobić porządek, bo aż się prosi. Ale z tym poczekam na brzydką pogodę. To w chlewie spędzę dwa przedpołudnia na ciepaniu gnoju. Wczoraj Tata mi mówi – szczupaka trzeba Madzia złapać z sadzawki.
    Dynie koniem zawieźć, bo na stawach porosły nam dynie giganty. No i grzyby obzbierać.
    Jeszcze te pieroństwo ćmy bukszpanowe zeżarły mi bukszpany i obcięłam. Dziś rano o 6 ej obcinałam i teraz muszę to na stawy wywieźć i spalić, żeby się te gąsiennice nie przepoczwarzyły i nie rozprzestrzeniły.”

    „I jeszcze Karolka mi tu z Krynicy wiadomość pisze – Mamooo!! Uważajcie, bo u nas cyganie grasują, na fejsbooku ludzie ze wsi udostępniali. Powiedz Omie, bo Ona taka urna!
    Taka ufna nie urna!!! Ten słownik mnie po prostu nie rozumie. Jak pisze świniobicie to mi uparcie Świnoujście proponuje!! I tak bym mogła wymieniać bez końca. Mój słownik nie jest ze mną kompatybilny i za cholerę nie wie o czym pisze czy myślę.”

    To zaledwie kropla w wielkim oceanie tego co Madzia do mnie pisze…
    Myśle sobię, że Madzi telefon Jej nie rozumie, bo taki człowiek jak Madzia to wyjątek.
    Ach, jaki wyjątek… Takich ludzi już prawie nie ma.. Żyje lat 35. Znam Ich mnóstwo. A taką Madzię tylko jedną. Czasami mam wrażenie, że żyje w Niej kilkadziesiąt niezwykłych kobiet. Bo jak w jednym ciele i umyśle może się zmieścić tyle energii, charyzmy, dowcipu, ciepła, mądrości, talentu, urody…
    Jak to te człowieka losy się toczą…
    Kto by pomyślał, że pobudujemy się akurat tutaj, że pójdę na fitness do wsi obok i Ona tam będzie…
    Madzia to człowieka, z którym jedzie się zimą w zaprzęgu konnym. W saniach. Po lesie. Mróz pod butami skrzypi. Powozi Jej siostra. Ja z Ewą pod jednym kocem w tych sankach ciała sobie grzejemy.
    A potem jest ognisko i bulion z czosnkiem. Grzane wino w termosach mamy.
    Z ostatnich sanek co rusz spadają dziewczyny.
    Madzia systematycznie dowozi mi ziemniaczki, marchewki, mięsko z tego „Świnoujścia”. Dżemy, kompoty, powidła, smalec, kapustę, pietruszki, kwiaty, czereśnie, jabłka, gruszki… I wymieniać by całe setki dobroci.
    Mam nadzieję Madziu, że może w przyszłym życiu uda mi się „zarobić” na tę przyjaźń z Tobą, bo w tym na pewno nie zdążę…
    Jesteś moją inspiracją, wzorem, motywacją, objawieniem…
    Najbardziej wtedy, gdy podjeżdżasz pod fitness rowerem przy mrozie – 10, a w koszyku masz 60 jajek.
    Albo wtedy, gdy widzę Twoje dzieci i marzę o tym, by moje choć w połowie były tak dobre, mądre, pracowite, pomysłowe…
    Kiedy patrzę na Ciebie, widzę najpiękniejszy ze światów, jaki człowiek może sobie stworzyć dzięki temu jaki jest.

    Wysyłam Ci te wybrane Twoje wiadomości na maila, z zapytaniem czy mogę opublikować i idę robić zupę meksykańską. Z Twoich marchewek.

  • życie, zdrowie i ludzie.

    Moja przyjaciółka pisała ostatnio…

    Najlepsza lekcja pokory, spacer po cmentarzu. Jakub odczytał wiek zgonu z każdego nagrobka. Od 9 miesięcznego dziecka do 95 letniej babci. Wszyscy tam są. 16 i 14 letni chłopiec, którzy zmarli w tym samym dniu- 2/8/ 1965 roku i ojciec i syn, pochowani w tym samym wieku w 30-letnim odstępie czasu, 57 letnia kobieta uśmiechająca się ze zdjecia. Taki przekrój twarzy i dat. Aniołki pucate modlące sie w skupieniu na krawędziach nagrobków, kwiaty, lampiony. I cisza. Niezwykła cisza, bo przecież za murem odgłosy silników, krzyki dzieci, sapnięcia autobusu, zapach obiadu, szczekanie psa i pośpiech, i zakupy, i praca, i telefon. Pranie powiesić, łóżko zaścielić, umyć łazienkę. Dokładniej, lepiej, szybciej. Ubrać się ładnie, modnie, wyjść tu, iść tam, zabłysnąć. A tu pod drzewami starymi, wszyscy uśmiechnięci na porcelanowych fotografiach jakby ktoś im zdjął wreszcie z pleców ten ogromny ciężar spełniania oczekiwań, dostosowania się do wymogów, uczestniczenia, perfekcyjności, bycia zawsze gotowym, zorganizowanym i przygotowanym, odnoszącym sukcesy. Nie mają przymusu bycia szczęśliwym. Mają za spokój, towarzystwo kotów cmentarnych i tę wolność, którą wydawałoby się mamy i my, dopóki nie przyjdzie rachunek za prąd.

    I choć pisze ona o lekkości jaką wydają jej się mieć ci, którzy odeszli, w pierwszej chwili po przeczytaniu pomyślałam o pięknym fragmencie z książki Joanny Jax. Pisze tam, że najważniejsze jest życie. Przede wszystkim trzeba walczyć o życie. Aby żyć. Bo kiedy nie ma życia to wszystko inne jest zupełnie nieistotne.
    Ludzie zaprzestali doceniać fakt samego życia. Jakby miał być niezaprzeczalny i wieczny.
    Choć ze wszystkich stron słychać o jego ulotności i kruchości, to tak jakby czytać zaledwie książkę.
    Zamykasz. Z hukiem i przerażeniem składasz wielką i grubą oprawę, aż wznosi się kurz. Odkładasz i powracasz do swojego życia, które prawdopodobnie przecież nigdy się nie skończy. Bo choć tego nieuniknionego faktu obawiamy się mocno, wręcz z nerwowością, to nie przekłada się ono na jakość bytowania póki życie jest…
    No bo przecież przyjdzie czas… Czas na odpoczynek, na spokój, na książkę, na film, na ogródek, na spacer, na wyjazd, na wiosenne porządki… Czas na spotkania, dawno umawianą kolację, wino.. Przyjdzie czas na ludzi przecież… Już zaraz. Jak tylko dokończę pracę, jak posprzątam dom, jak znajdę siły na upieczenie ciasta, jak tylko będę bardziej wypoczęta…
    Życzyliśmy sobie ostatnio wiele. Na święta, na Nowy rok. Dużo było o najważniejszym zdrowiu. Było o spokoju, celebracji, spełnieniu… Mało jednak było o ludziach.
    Bo kiedy jest już to życie – najważniejsze, a zaraz po nim zdrowie. To każde inne życzenie staje się ważne zaledwie na moment, jeżeli nie mamy wraz z sobą ludzi. Człowieka jeśli mało.
    Prawdziwego, szczerego, bezkonfliktowego.

    Rok który minął był dla nas niezwykle łaskawy. Dał nam dużo dobrego. Wręcz wspaniałego.
    Ale to co pokochaliśmy wszyscy bezsprzecznie i co okazało się w życiu jedną z wartości największych, to życie z sąsiadami.
    Czasami pytamy siebie nawzajem kto mógłby odebrać dziecko ze szkoły. Wszystkie jesteśmy chętne. Potem jeszcze konkurujemy między sobą obiadami, która zrobi lepszy, aby przejąć dziecko.
    Dzieci odbieramy sobie często. Po szkole, z zajęć. Wystarczy zapytać i któryś z sąsiednich domów, a najczęściej wszystkie, są gotowe do pomocy.
    Kiedy wracam z pogotowia, pytają od razu czy wziąć mi dzieci, abym mogła poleżeć i odpocząć. 
    Wigilię sąsiedzką robimy na osiemnaście osób. Każdy wygląda pięknie. Niosą przez pola gary pełne zupy, ryb, kapusty. Kiedy wychodzą po północy, okazuje się, że nie ma co sprzątać, bo zanim zamknęli nasze drzwi to sprzątaliśmy wszyscy. 
    Kiedy sąsiadka ma urodziny, których nie wyprawia, wchodzimy dzięki ukrytemu przez męża kluczowi, dmuchamy balony, nastawiamy piekarnik, kroimy ciasta, wieszamy transparenty.
    Między tym wszystkim plączą się dzieci. Które żyją swoim sąsiedzkim – zżytym światem.
    Ociera łzę kiedy otwiera drzwi i nas widzi. Mamy sztuczne ognie i świeczki w torcie.
    Latem przy ogniskach Tatowie zasypiają z dziećmi. W piątkowe wieczory nasi mężowie oglądają filmy do piątej nad ranem. Choć od dwudziestej trzeciej już śpią… Ale podobno oglądają. Niech Im będzie.
    Wiemy gdzie u którego sąsiada pochowane są talerze, sztućce, formy na ciasto i worki na śmieci.
    Wiemy, które dzieci co lubią jeść, które na co są uczulone. Które są doskonałe w danej dziedzinie, a w której czują się gorzej. Kiedy siedzimy w tej swojej sąsiedzkiej licznej rodzinie przy stole i woła dziecko, wstaje ten kto ma najbliżej, niekoniecznie ten kto urodził..
    Wspólnie wracamy z balu Andrzejkowego. I choć droga powrotna ma kilometr, idziemy dwie godziny.
    Niesiemy głośnik i tańczymy. „Mówiono o nim King” śpiewamy wszyscy.
    Na bal z Koła Gospodyń Wiejskich też idziemy wszyscy. Na nogach przez pole. Muszę zapytać dziewczyn co ubierają…
    W letnie wieczory, bez umawiania zbieramy się na podwórkach. Ktoś przyszedł po swoje dziecko, Ktoś akurat przywiózł pływak do basenu, Inny wracał ze spaceru.. Z niczego zawsze robi się nam coś wspólnego..
    Z niczego ogniska i grille. Każdy przynosi co akurat ma. Czasami wystarczy pyszna kawa i popcorn dla dzieci. Siedzimy na tarasach, na schodach, w kuchniach, salonach, podłogach dziecięcych pokoi..
    Rozmawiamy codziennie. Pomagamy sobie codziennie. Jesteśmy razem codziennie. Choć każdy z nas tak zupełnie inny. Nie łączą nas interesy, nie łączy nas przeszłość, nie łączą więzy krwi. Łączą nas bliskie łąki pomiędzy naszymi domami. Czasami mężowie wykoszą, innym razem lecimy po wysokich trawach..
    Nie ma kurtuazyjnych pytań, podziękowań… Wszystko jest szczere, prawdziwe i bezpośrednie.
    Dzieci jedzą tam gdzie akurat w porze obiadu ich poniosło. Wspólnie trzymamy kciuki za swoje sukcesy, wspólnie biadolimy nad porażkami.
    Słyszę z którego podwórka śmieją się akurat nasze dzieci.
    Taczki, drukarka, pudry, bus, sanki, brytfanki są wspólne. Ale wspólne przede wszystkim stają się ręce.
    I nie ma tak pięknego spokoju, którego nie chciałabym aby zmącił mi Ktoś z moich sąsiadów.
    Mogę stać wtedy w podartym, brudnym dresie. Bez makijażu i niezbyt urzekającą cerą. Mogę mieć przepełniony zlew i piach w przedpokoju.
    Razem obchodzimy urodziny, święta, uroczystości, karnawał…
    Wiemy kiedy nas nie ma i gdzie wtedy jesteśmy.
    Kiedy w sylwestra mój mąż pracuje do północy, nasze dzieci świętują u sąsiadów. Bo mięliśmy iść zaledwie na chwilę.. Ale w tych tłustych włosach i koszulce brudnej od masła zostałam, bo wyjść nie pozwolili.
    Rozchodzimy się często po północy. Wtedy niesiemy te nasze śpiące dzieci na rękach. I idziemy wspólnie przez pola. Czasami w miejscu rozstania stoimy jeszcze długi czas.
    Wszystkich nas bawi to samo. Wszystkich nas to samo przeraża. Każdy z nas o to samo dba, zabiega i czasami walczy. Kiedy zaczynamy się śmiać na którymś z tarasów naszych domów, to śmiech niesie się przez łąki i między drzewami…
    Potem wracając do domu zbieramy z tych łąk i drzew tę radość. Starcza na kolejne dni i na każde wyzwanie… Bo dajemy sobie siłę. Kiedy masz świadomość ludzi, przy których możesz być prawdziwa, ludzi, którzy zrobią wszystko aby Ci pomóc, wesprzeć, albo po prostu obok być, to okazuje się, że wielkie przygody tego świata tracą na swej barwie i sile…
    Odprowadzamy się i o dziwo zawsze mamy po drodze.
    Może są na tym świecie piękne miejsca, w których z okna rozciągał by się widok ujmujący moje serce..
    Ale moje serce już wie, że ludzie, których ma się obok siebie, to największa wartość i najbardziej niezwykły widok na tym świcie… Kiedy otwieram drzwi i widzę Ich twarz, albo gdy stukają w kuchenne okno..
    Lub gdy machają na powitanie.
    Teraz już wiem, że życie jako pierwsze. Potem zdrowie. I ludzie.
    Kiedy piszę te słowa widzę jak sąsiadka idzie z psem. I uśmiecham się sama do siebie. Lubię ten widok.
    Ktoś powie, masz szczęście. Tak, dużo tego szczęścia. Ale przede wszystkim aby ich mieć, trzeba do tych ludzi wyjść. Wyciągnąć rękę. Powiedzieć słowo. Jeden okaże się zupełnie nie tym kogo szukamy, a drugi zostanie nam na życie..
    Więc zanim przyjdzie nam do nagrobków cmentarnych, to aby znośniej było..
    Trzeba wyjść. Niedaleko. Czasami wystarczy przed płot.
    Póki jest życie…