Wszystkie posty w kategorii zdjęcia

  • „Gucio” Joanna P. Zygadło


    Kiedy wydaję swoje książki dziękuję tym, którzy mi w tym pomogli, piszę jakie uczucia mi towarzyszyły…
    I to Wam wtedy oceniać jak wyszło, czy miało sens…
    Dziś to ja mogę chwalić… 
    Gucio jest książką, która nakreśla językiem dzieci jakiś właściwy tor. Pokazuje poprzez kolorowy tydzień i porównania, największe wartości. Nam dorosłym, przybliża świat postrzegany przez małe oczy.
    Są książki o których mówimy „na nich się wychowaliśmy”. Chciałabym aby „Gucio” stał się takim wspomnieniem dorosłego.
    Joasia będąc terapeutą rodzinnym, połączyła cudowną opowieść dla dzieci z latami nagromadzonej wiedzy.
    Kasia, słowa te, idealnie przełożyła na swoje farby. Ponownie zachwyca nas dziecięcą ilustracją..
    No cieszę się jak dziecko…
    Zapraszam Was do Gucia – TUTAJ


    Dziękuję Wszystkim tym, którzy chcieli wziąć z nami udział w tej przygodzie…
    CutItNow – mam wrażenie, że przejęła ode mnie tę radość dziecka z okazji tej publikacji…
    Bambooko – którzy mi zaufali…
    ekopolka – uwielbiam takie stałe, dobre relacje.
    asoa – którzy idą w dym i na ślepo w każdy mój pomysł.
    KuraD – wielki mam sentyment do Kury. To uświadamia mi, że są firmy i kontakty, które nie upływają wraz z pędzącym czasem..
    Enduro24 – dziękuję Ci mężu mój za wszystko.
    nastópki.pl – nie mogło zabraknąć firmy od córki autorki Gucia :*

  • majówka


    Bez dwóch zdań – oszalałam… Ile można dodać zdjęć…
    Jednak tak dawno nie robiłam zdjęć aparatem. Tak zwyczajnie, codziennie. Zatęskniło mi się..
    A potem – masz! 500 zdjęć. I wybierz z tego 30. No trudno. Bo zwyczajnie mi szkoda ich wyrzucać..
    Tu się cudnie radują, tutaj przed burzą, a tu jeszcze coś… 
    Tak serducho nie pozwala mi się z tymi fotografiami rozstać..
    I tym sposobem powstała obszerna fotorelacja z naszej domowej majówki…
    A to była chyba majówka stulecia.. Tak długa i tak ciepła, wręcz upalna. 
    Opalanie zatem było codziennie…


    Biesiadowanie od wschodu…
    Z pizzą i pięcioma litrami kapuśniaku..


    Zrobiliśmy sobie wycieczkę do wsi obok..
    Madzia z siostrą i Kacprem zabrała nas na konną przejażdżkę..


    Madzia jak to Madzia, jest zawsze załadowana. Ma ze sobą wszystko. Lemoniadę i koktajl. Sernik z rana upieczony… i jabłuszko dla konika..


    Tosia wspina się wszędzie. Mam czasami wrażenie, że to Jej życiowy cel i misja…
    Sztyblety Tosi dostaliśmy od bambini manufaktura.


    A On idzie za Nią. Jak w dym. Jest Jego Boginią.


    A moim idolem od kilku dni jest ten chłopczyk…
    Będę wysyłać Benia do Kacpra na szkółki przetrwania.
    Imponuje mi niezwykle. Swoimi pomysłami, ciekawością świata, energią (po Mamie ma na bank!), zwinnością… Jest fantastyczny!
    W swoim plecaku ma wszystko. Łącznie z przenośnym piecykiem zrobionym własnoręcznie z puszek…
    W plecaku było też sianko i kora na podpałkę…


    Ach! I oczywiście Bella!


    Do lejcy rwał się każdy… Koniuszych było wielu…


    I dni pełne Taty…


    Można mieć w życiu wszystko, ale jak się nie ma rewelacyjnych sąsiadów, to jakby życie nie było pełne…


    I moja przyjaciółka licealna – Madzia – przyjechała z mężem i córką…


    Tata przywiózł oponę żeby zrobić córce tor crossowy… Jak widać stała się najlepszą atrakcją do sąsiedzkiej zabawy..


    Chodzimy między podwórkami. Grile, ogniska, urodziny… 
    I te nasze dzieci biegają razem…
    Kiedy przyszła wieczorna burza, obserwowaliśmy ją z tarasu, dzieci pod kocami oglądały bajkę…
    Weszłam na moment i patrząc na ten obrazek uświadomiłam sobie, że jestem już naprawdę dorosła…
    Bo teraz to kolej naszych dzieci na zbieranie fantastycznych wspomnień…
    Choć nie ukrywam, że na tym „dorosłym” tarasie, spełniam swoje życia tak, jak nawet mi się nie śmiało marzyć…


    Słońce pozwalało już o poranku, na lanie wody gdzie popadnie… Prawdziwe lato na początku maja..

    I dzięki tej wodzie, tak mi pięknie mój miłorząb rośnie…


    Bez tej huśtwaki nie ma życia w tym domu…
    Zakręcanie…


    Kontrola czy głowy nie ściska…


    I jazdaaaaaaaa……!!!!!!!!!!!


    Było leniwie i błogo…


    Idzie dwóch sąsiadów…
    Jeden z autem i różwym miśkiem..
    Ale coś im te trawy za wysokie były w tym sąsiedztwie…


    I stwierdzili, że jak wykoszą, to jakby bliżej się nam do siebie zrobi…
    Krótko myśleli… 🙂
    (żadne drzewo nie ucierpiało).


    I tą ścieżką – dawaj! – dwieście razy dziennie w tę i nazat 🙂
    Moja Mama nazywa nasze sąsiedztwa Dziećmi z Bullerbyn..
    Dwóch chłopaków od zachodu, dwie dziewczyny od południa, dziewczyna od zachodu i my po środku..
    A dalej za zachód chłopak i dziewczyna i dwóch chłopaków.. 
    Taką mamy ekipę!


    Jak na dworze za mocno wieje, to jest czas na konstrukcje wrotek z lego dla brata…


    Przymiarka rozmiaru…


    I biesiadowanie na biurku…
    A globus – lampka dostaliśmy od sklepu „dobrezabawki.com”.


    Piach jest niezawodny… Tylko nie za bardzo wiem jak ten piach wymyć z włosów..
    Wczoraj myłam pół godziny… Nie udało się..


    Chyba Ktoś tu Komuś wyznaje miłość, a młodszy brat podgląda…


    I dwóch długowłosych Tatów… 


    Jak On mnie denerwuje! Czego się nie chwyci to mu się udaje!!


    I myślę sobie, że samotność może być wspaniała…
    Ale tylko wtedy, gdy życie jest wypełnione ludźmi…
    Mamy najlepszych sąsiadów na świecie..!

  • a na lato…


    Nie mogę być Mamą hipokrytką. Skoro od ósmego roku życia jeździłam motocyklem po polach, a do tego nie dosięgałam nogami do ziemi i mi na to pozwalali… to jak mogę zabronić…?
    Choć serce matki ściska, bo się zwyczajnie boję o Nią, to nie mogę powiedzieć ani słowa… i doskonale wiem co wtedy czuli moi rodzice…
    Post będzie o kosmetykach, ale jak robiłam zdjęcia to się tutaj to wszystko działo i się poobracałam dookoła z obiektywem. Bo pogoda piękna. Z okna tarasowego w kuchni widzę jak Tosia do Rozalki przez pola mknie, Benio auta z Tatą naprawia.. 
    Och jak ja kocham takie życie z oknami pootwieranymi na oścież, jak się na bosaka cały dzień lata po dworze… Bo ja z tych co latem tylko na boso. Po trawie, po ziemi, po kamieniach, po kostce brukowej.. Od wiosny do późnego lata…
    No a potem trzeba te stopy umyć. Dziecięce ręce trzeba umyć.
    Choć Benio zeżarł to jabłko umorusanymi 🙂
    Od jakiegoś czasu przykładam ogromną wagę do jedzenia. Do wybierania zdrowszych przekąsek, zdrowszego mięsa, nieprzetworzonych produktów..
    To potem przechodzi na inne kwestie w życiu.
    Jak na przykład na zwykłe mydło. I nie jest to mydło za miliony złotych. Ma normalną cenę. A przy tym o wiele bardziej wydajne. Nie, nie jest to mydło co się pięknie pieni, tylko zdrowo myje.
    Nie wchłaniamy na każdym kroku substancji sztucznych i drażniących.
    Ostatnio moja znajoma po kilku latach borykania się z cerą doszła dzięki podpowiedzi lekarza do przyczyny.. Jedzenie i picie z plastikowych pojemników. Okazało się, że szkodzi Jej plastik, który przenika w głąb produktów. 
    Ale na ten temat zrobię kiedyś osobny post. Bo to ważne. Świadomość człowieka.
    I to nie jest trudne ani drogie, tylko kwestia przyzwyczajenia.
    Myjemy ręce na co dzień kilka razy, jak nie kilkanaście. To wszystko wchłania się w naszą skórę.
    Pięknie pachnie, pieni się doskonale, ale posiada najczęściej składniki rakotwórcze.
    Jak np 90% słodyczy. Dlatego jeżeli mogę mieć mydło dla siebie czy dzieci, z naturalnych składników, to ja się nad tym nie zastanawiam. Tym mydłem dziecięcym kąpię ich całych.
    YOPE zrobiło cudną kolekcję dla dzieci. Na dwójkę dzieci starcza mi to na długie tygodnie.
    Duża pojemność 400ml za 18zł. 
    YOPE dla dorosłych stosujemy już od bardzo, bardzo dawna…
    Robią też płyny do mycia naczyń czy podłóg. Uzupełnienia mydeł za 12zł – 500ml.
    To są bardzo dobre i zdrowe produkty. W bardzo dobrej cenie.
    Mój ulubiony błyszczyk ochronny. Stosuję już od jesieni i dopiero pół słoiczka zużyłam.
    Cudnie nawilża, usta błyszczą maliną i zdrowiem. Również z naturalnym składem, zatem używamy razem z Tosią. MOKOSH. Podbija naturalny kolor ust. Jedyny błyszczyk w moim życiu, który pod względem wizualnym i zdrowotnym jest na najwyższym poziomie. Ani razu od czasu stosowania nie miałam suchych ust, popękanych i ściągniętych. 
    Maseczki to ja lubię na szybko. Nakładam, idę poodkurzać podłogi i zmywam. Jak z czymś jest więcej zachodu to ja już pędzę, lecę, czasu nie mam… 
    A to się okazało, że jak się temu czas poświęci to efekty są też większe.
    Nie jest prosto, ale skóra po niej, nawilżenie, gładkość… Warta trudu.
    A ten zapach i kolor.
    Ważne jest żeby zmieszać odpowiednią ilość proszku z wodą. Po nałożeniu na twarz nie można dopuścić do wyschnięcia. Trzeba psikać wodą albo hydrolatem najlepiej. Można kupić saszetkę na próbę.
    CHIC CHIQ – maseczki
    Hydrolat z Mydło Stacji.
    Phenome ma to do siebie, że przede wszystkim kładzie nacisk na działanie i konsystencję.
    Te kosmetyki mają swój specyficzny zapach. Nie drażniący, ale taki naturalny. Jakby może zbliżony do jakieś rośliny/zioła. Lekki krem do rąk. Bardzo mleczny i błyskawicznie wchłania się w skórę.
    Momentalnie czuć po nim bardziej gładką skórę dłoni. Piękne opakowanie, aż zachwyca, że to nasza polska marka.
    Skład całkowicie naturalny. 
    NATURATIV  to również polska marka. Mam wrażenie, że zadali sobie jako cel zrobić coś najlepszego.
    Jak już robić to z najlepszych składników, nie iść na kompromisy.
    Mam skórę, która bez balsamu jest po kąpieli jak taka popękana ziemia na pustyni.
    I mało co sobie z nią radzi. Używam tylko masła do ciała. Balsamy najczęściej nie działają.
    I aby powstał taki post, to ja nie testuję tylko tych produktów pokazanych tutaj, a dziesiątki z oferty tego sklepu.
    I z tych prawie wszystkich wybieram najlepsze dla mnie. 
    To jedyny balsam jaki daje radę mojej skórze. Nie jest tani, ale bardzo mocno wydajny.
    Wystarczy trochę by móc wsmarować w całą nogę. Bardzo wygodne dozowanie.
    Piękny delikatny zapach. Wchłania się bombowo. I drugiego dnia czuję ten jedwab na sobie.
    Zbliża się lato. Już zdążyło mi opalić czoło i dekolt 🙂
    Im jestem starsza tym mniej się maluję. Są dni gdzie nakładam tylko tusz, puder rozświetlający na policzki i błyszczyk. 
    Zatem będąc wielką miłośniczką kremu Make Me Bio (tego) w ciemno zaufałam kremowi z filtrem.
    I się nie zawiodłam. Niezwykle cenię sobie tę markę. 
    Myślę, że to najlepsze kremy do twarzy jakie spotkałam jeżeli chodzi o cerę suchą.
    Na noc używam nawilżającego, tego różowego, na dzień na lato wybrałam ten.
    Czy to na plażę, aby nie smarować się olejkami i kremami na opalanie, tylko specjalnym kremem do twarzy z naturalnym składem.
    Cała ich oferta kremowa jest warta polecenia, w zależności od cery. Wybór tutaj
    Również z Make Me Bio wzięłam krem dla dzieci. Na początki słońca. Kiedy jeszcze nie smarujemy całego ciała a twarz i ręce. Mały, wygodny pojemniczek. Fajny dozownik. Taki do dziecięcego plecaka właśnie.
    I naturalnie naturalny… 🙂
    Na wycieczkę szkolną, na rower, do kieszeni, do koszyka. 
    Krem posiada filtr, ale również wszystkie właściwości by stosować jako zwykły krem. Fajna cena.
    Ach!!! Marka MydłoStacja skradła tym razem moje serce!!
    W tych testach była to największa przyjemność!!
    Moim całkowitym numerem jeden, dla kobiety niecierpliwej jest peel-maseczka.
    Nakładasz na twarz, masujesz jak peeling a potem zostawiasz jak maseczkę.
    Dwa w jednym. I działa. Idealna konsystencja, idealne drobinki pilingujące, idealna gęstość maseczki.
    Zapach, kolor. Wszystko na wielkie tak!! Bardzo!!! Tutaj.
    Masło kawowe. Wiecie co jest najlepszą oceną? Jak sobie oszczędzasz. Ja sobie dosłownie to masło oszczędzam. Smaruję się nim na wielkie wyjścia, ważne dni. Szkoda mi żeby się skończyło. Często idę do łazienki, otwieram słoiczek by sobie wąchać. Ja kocham kawę. A zapach tego masła to najpiękniejszy zapach kawy jaki ja w życiu czułam. I jak to się smaruje na skórze, jak to działa…
    Można się w nim bezgranicznie zakochać. MydłoStacja zauroczyła mnie tym, że tam wszystko jest w tym produkcie bez zarzutu, a wręcz skradające serce użytkownika.
    Peeling całkowicie taki jak lubię najbardziej. Do ciała lubię grube, szorujące drobiny. Tłustą konsystencję, która nawilża skórę. Pozostawia na długo piękny zapach.
    A nic takiego nie upiększy naszej zniszczonej po zimie skóry jak porządny peeling pod ciepłym prysznicem.
    Zdecydowanie MydłoStacja zostaje moją kolejną ulubioną polską marką kosmetyczną.
    Rozumiem miłośników i zwolenników marki Phenome. Ta ich gładkość produktów ma w sobie coś uzależniającego. Takie lejące się mleko. Lubię rano nałożyć ten krem zanim zajdę do expresu z kawą.
    Ma w sobie coś takiego wygładzającego nierówności w skórze. Pięknie matowi.
    Kosmetyki do twarzy przetestowane i całkowicie godne polecenia.
    Bardzo lubię saszetki z Clochee. Szczególnie maseczkę z czerwonej glinki i peeling drobnoziarnisty.
    Lubię mieć też je w szafce na „zaś”. Na wyjazdy.
    Krem pod oczy – Make Me Bio. Ufam tej marce.
    Krem opuncja z Manufaktury Natury – bardzo podobny konsystencją do Phenome. Nawilżający.
    Oleiste serum na noc z iossi – lubię czasami nałożyć pod krem serum. To zdobywa moje uznanie poprzez zapewniające mi uczucie wyciszenia i relaksu. Bardzo wydajne, z pipetą do nakładania.

    Ostatnio w testach zrobiłam taką swoją top listę.
    Teraz także mogę. Ba! Chyba uważam za konieczne.
    1. Mydła YOPE – używam tylko tych i nie zamierzam zmieniać na żadne inne.
    2. MydłoStacja Peel-Maseczka – fantastyczne połączenie jakości, ceny i wydajności dla ludzi, którzy nie mają czasu. Bombowy produkt.
    3. MydłoStacja masło kawowe dla miłośników kawy. – kocham je!!
    4. Kremy do twarzy z Make Me Bio – z kremów zdrowych i przystępnych cenowo dla mnie marka mistrz!
    5. Błyszczyk malinowy Mokosh – bardzo wydajny i doskonały pod każdym względem.