gdzie jest życie?

Jeśli sięgnąć by pamięcią do tego co było…
Co przez lata długie, towarzysząc człowiekowi się gdzieś tu i obok działo…
Odnaleźć to, gdzie jest życie… To gdzie sięgać? Co w pamięci przywoływać?
Co istotnym, a co mniej? Czy to co pamięć wciąż pamięta? Czy to co z pamięci już dawno uleciało?
Czy szukać w drobnych czy w wielkich sprawach?
Może należy dać obrazom samym w myśli nasze wlecieć?
Otworzyć przestrzeń w głowie jak okno się otwiera. Szeroko. I czekać.
W tych myślach nie przebierać. Brać wszystkie, jak nadchodzą.
Może właśnie te są życiem naszym? Skoro się jako pierwsze pchają?
Nie sortować. Swoimi dorosłymi wymaganiami nie odrzucać zbyt prędko. Albo wcale.
Dać tym myślom płynąć… Swobodnie.
Bez pośpiechu każdy szczegół w ręce złapać…

Kiedy pytam sama siebie? Gdzie jest życie moje?
Z czego składa się najbardziej?
Zupełnie absurdalne chwile do głowy mi wpadają.
A może właśnie tam najbardziej jest?

Może jest tam w tej kuchni odrapanej, bez kawałka sufitu. U Kamili mojej.
Siedzę na krześle, przez małe okienko wpada prosto na stół odrobina światła. Jej smukłe palce przewijają się pomiędzy moimi warkoczykami.
Jeszcze tylko sto – mówi Ona. Zabiję Cię jak je jeszcze raz zrobisz – dodaje ze śmiechem.
Potem w przeciągu kilku lat rozplątuje mi je jeszcze dwa razy.

Kiedy pozwalam wpływać myślom swobodnie, widzę mojego licealnego chłopaka Krzysia.
Jak rozkłada w moim wynajętym mieszkaniu wykładzinę, którą udało się kupić wyjątkowo tanio.
Swoimi niezwykle kościstymi kolanami klęka na podłodze i przycina nożykiem przy rurkach kaloryfera.

Widzę taras mojego rodzinnego domu spowity już wieczorną szarością.
Tym tarasem gęsiego, bo wąski, wchodzą siostry koledzy z klasy. Chodziła do Technikum Leśnego i byli prawie sami koledzy. Rodziców nie ma w domu, ale wiedzą, że koledzy są. Zawsze o wszystkim wiedzieli.
Stoję w drzwiach i się przyglądam. Mam może odrobinę ponad dziesięć lat.
Moja siostra nachyla się do mnie i mówi cicho z groźną miną – tylko proszę Cię zachowuj się i nie przechwalaj. Chyba uważała to szybkie pouczenie za wystarczające, bo potem mam wrażenie jakbym razem z nimi miała zdawać egzamin z siewnika do rozsiewania nasion drobnych.

Zaraz po tej myśli, która okazuje się być życiem prawdziwym, pojawia się obraz na naszym domowym ogródku. Przy stole siedzi liczna grupa naszych zbieranych latami przyjaciół i moi rodzice.
Zbliża się północ. Szymon śpi a Orson kładzie Mu, takiemu śpiącemu, kromkę chleba na głowę i mówi – Chudy, wstawaj, Ty masz chleb na głowie.
Chudego rodzice mieli piekarnię i rozwoził codziennie o czwartej rano chleb po okolicznych sklepach.
Śmiejemy się wszyscy równie mocno.

Pomiędzy wszystkimi wspomnieniami, które wpadają mi do głowy, jak krótka reklama na filmie przewija się wciąż ten sam obrazek. Jak Mama otwiera małe okienko w dużym korytarzu i woła do warsztatu Taty – Andrzej! Obiad!

Teraz stoję na boisku szkolnym a Pani Wuefistka robi mi reprymendę, że zanim zacznę ćwiczyć mam ściągnąć wszystkie rzemyki i zmienić obuwie z glanów na trampki.
Zanim to zrobię wymieniam wszystkie swoje przekonania, które utrudniają mi ten ruch.
W drodze powrotnej do domu psioczę na Nią pod nosem.
Wieczorem, przy prasowaniu na ławie, na którą układało się gruby koc a na to ręcznik, Mama mówi mi, że spotkała się z Panią Wuefistką. Doszło do spotkania na przystanku autobusowym, który mieścił się zaraz obok kiosku mojej Mamy.
Powiedziała – Ela, jak ja te twoją Julę lubię, co to jest za charakterne dziewcze.
I potem na każdym wuefie mówię o przekonaniach już mniej i lekko się uśmiecham.

Andrzej!Obiad!

Siedzę na miejscu pasażera w naszym niebieskim aucie Suzuki. W niedzielę. Dziwne było to auto. Teraz można spotkać je w Egipcie. Mocno zdezelowane. Wtedy było ok. Tylko może nadkola odrobinę zgniłe.
Czekamy z Tatą aż nadjedzie autobus z Łodzi do Częstochowy. Tam przesiadałam się na pociąg do Krakowa. Tata wyciąga pieniądze z tylnej kieszeni, odlicza i mówi – Tylko proszę rozważnie, nie tak łatwo jest zarobić pieniążki. Mówi to w każdą niedzielę przez te moje cztery lata liceum.

Andrzej!  Obiad!

Siedzimy z moją siostrą obok siebie w kościelnej ławie. Ja jestem mała, Ona pięć lat większa.
Przychodzi spod ołtarza, klęka i potajemnie wyciąga z buzi opłatek, który ja biorę i wkładam do swojej buzi.

Andrzej! (Wiadomo co…) – Obiad!

Ilość kart do telefonu, które miała moja Mama w kioskowej szafce była ogromna.
Raz, że je kolekcjonowałam, to mi zbierała, dwa, jak ktoś zostawiał w budce, a był jeszcze jeden impuls to moja Mama brała, bo wiadomo, szkoda. A taki jeden impuls akurat wystarczał aby zadzwonić do domu.
– Mamo, mogę zamknąć na chwilę kiosk? Idę do Magdy siku.
– Idź dziecko. – tu przerywała się rozmowa, która była na długość jednego impulsa właśnie.
Siedzimy z Magdą na trzepaku za Jej domem. Palimy papierosa na pół.
Nie chce się palić i gaśnie. Nie zaciągnęłyśmy się ani razu, ale kaszlemy mocno.
Bierzemy po dwie gumy do żucia.
Zeskakuję z trzepaka i mówię – muszę iść, tam już pewnie kolejka.
Kiedy idę do drzwi kiosku, mijam te kolejkę najdalej jak się da, bo wydaje mi się, że już cała wieś czuje, że paliłam.

Trzymając wciąż w sobie pytanie – gdzie jest życie – wlatuje mi ta myśl, jak przestraszony przez otwarte okno ptak. Kotłuje się po głowie jak zwierzę szukając choć małej dziurki do ucieczki.
Śpię na dużym materacu. W rodzinnym domu. W pokoju na górze. Czarnym, bo na czarno pomalował go Tata.
Piękny, choć niektórym ludziom we wsi się nie widział. Taki czorny pokój – mówili.
Słyszę jak na dole krząta się Mama. Jest wczesny poranek. Słyszę jak wchodzi do łazienki. A potem następuje taki dziwny dźwięk. Nie głośny. Nie huk. Ale przerażający. Staje na baczność i garściami rwę włosy z głowy. Wiem, że interferon Ją wykańcza. Ona nikomu się nie skarży.
Jak już przeniósł Ją Tato na łóżko, taką wpół omdlałą od uderzenia, schodzę powoli na dół. Z wyrwanymi pomiędzy palcami włosami.
Zanim postawię nogę na ostatnim stopniu, słyszę z pokoju głos Mamy – Przestańcie robić ceregiele. Wstaje i idę.
Wstała wtedy i poszła.

Andrzej! Obiad!

– Czekajcie! Zrobię Wam wszystkim zdjęcie – krzyknął Adaś.
Stoimy na tle esioka z przyczepką, który dostał Tato na 70’te urodziny.
W przyczepce koce i poduszki. Torba z wałówką. Siadamy wszyscy. Tata kręci korbą i jedziemy.
Z komina leci dym. Dzieci mówią – ale wstyd – kiedy przejeżdżają obok Audi a coś tam i Mercedesa klasy jakiejś tam. Na twarzy Taty maluje się to, co chciałby nam powiedzieć, a nie do końca potrafi. Nie musi mówić. Każdy z nas to widzi.
Zdjęcie jeszcze robimy koło starej obórki, na ukochanej przez Tatę ziemi, którą odszykowaliśmy Mu również na te 7o’te urodziny. Piec koza, leżanka. Dwa fotele i stół. Ma tam swoją samotnię.
Justynka mówi – patrz Tato, nie każdy na siedemdziesiąte urodziny dostaje wóz i mieszkanie.
Na gniazdo obok wyszykowanej obórki jak co roku przyleciał bocian.
– Dobra robię! – mówi Adaś wymierzając w nas telefoniczny aparat.
– Czekaj, ściągnę opaskę z oka. – odkrzykuję bo wieje i wiatr słowa porywa.
– Zostaw, będziesz miała pamiątkę. – dopowiada z boku Tata.

Kiedy pozwolimy tym wspomnieniom swobodnie przepływać przez nasze ciało, bez segregacji i stopniowania, okazuje się, że odpowiedź na pytanie – gdzie jest życie? – jest zupełnie nie tam gdzie byśmy go szukali..
Prawdziwe życie jest pomiędzy.

Andrzej! Obiad!

Napisz komentarz...
  1. Mop says:

    Chyba pierwszy raz w życiu potrzebuję coś napisać , ale nie wiem co – mętlik w głowie , gonitwa myśli . ..

    Odpowiedz
  2. Ewa says:

    Cudowne! Trafione w punkt! Wzruszyło mnie najbardziej ze wszystkich Twoich opowieści.
    Niezwykle poetyckie ujęcie życia. I ten rytm w narracji, i puenta …Nie mogę bez Ciebie żyć :)!
    Bądź zdrowa!

    Odpowiedz
    • julia says:

      Ewo, to zdrowie dzięki Wam, bo tak jak Wy – moi czytelnicy, mobilizujecie mnie i dodajecie wiary, to nikt nie ma.
      Dziękuję.

      Odpowiedz
  3. katarynianka says:

    Julka! Ty rozbrajaczu emocjonalny, zegarmistrzu słów i sensów ! W pracy siedzę se, no czytam – bo jak zawsze czekam na Ciebie w internecie – i juz czuję, że trzeba się chować, bo na zmianę się śmieje i łzy mi się w kolejce ustawiają, a przecież w pracy to nie wypada tak do siebie monodramów wyczyniać 😂 u mnie było,, Basia ! Kasia! Leszek ! Obiad”. I tak to zostawię, bo mi przecież wodospadem wspomnień leci dużo więcej tych życiowych chwil 😉. Dziękuję za ten poranek .

    Odpowiedz
    • julia says:

      Kasiu, wiesz, zawsze sobie wyobrażam jak to tam jest w tej pracy kiedy to czytacie?
      Widzę te czubki Waszych głów znad monitorów. Tylko w tej wyobraźni widzę takie grube, stare monitory białe, a nie laptopy.
      Chyba zatrzymałam swoją wyobraźnię w czasie 🙂
      Dziękuję Kochana :*

      Odpowiedz
  4. Ewa says:

    Obśmiać się do łez i zaraz te same łzy smutku mieć w tym samym oku,to tylko u Ciebie można…Andrzej!

    Odpowiedz
  5. anna says:

    Wiem, że mama chorowała, ale dlaczego brała interferon? Ja w lipcu zaczynam na stwardnienie rozsiane i panicznie się boję ;(

    Odpowiedz
    • julia says:

      Mama miała żółtaczkę typu C. Brała rok i na początku powiedziała sobie – nie złamie mnie to.
      Czasami ledwo wstawała, ale wstawała zawsze. Na siłę. Pomimo osłabienia.
      Wyzdrowiała. I Tobie Aniu mnóstwo siły życzę i wiary.

      Odpowiedz
  6. B. says:

    To prawda… Jak już dzielimy się wspomnieniami to chcemy żeby było to coś spektakularnego.
    A moja Córka, już dorosła mówi ostanio: – Tato, chora jestem… A Ty nie zrobiłeś syropu z cebuli. A lubisz?? – pytam. Nie wiem – odpowiada Ona. Ale pamiętam, że jak byliśmy mali i chorowali to taki syrop Tata robił i stał na kaloryferze…
    Może z takich wspomnień zbudowany jest człowiek? Może z takim wspomnieniem łatwiej wyruszyć w dorosłość?

    Chyba nie lubili tego syropu…😉

    serdeczności Julka przesyłam. Piękny wpis. Prezent dla Taty wyjątkowy!
    B.

    Ps. Kiedy obiad? Jak się ugotują ziemniaki…

    Odpowiedz
    • julia says:

      Dokładnie z takich i nigdy nie z innych. U nas na kaloryferze w chorobie stał kubek taki blaszany z herbatą z sokiem malinowym.
      Jak dobrze czytać, że ten Wasz dom z tym syropem, którego nie lubili tworzy piękne życie.
      ściskam Cię mocno. A ziemniaków tak mi brak, bo u mnie nikt nie lubi i nie robię na obiad. A tak kocham.

      Odpowiedz
  7. Ania says:

    Pięknie napisane.
    Kiedy czytam twoje teksty, życie wydaje mi się piękniejsze. Budzisz we mnie nadzieję i entuzjazm do czynienia życia lepszym. Dla siebie samej, dla męża, dla dzieci. Czasami sobie myślę, że robię za mało. Ale w to mało wkładam całe serce. Ostatnio syn w szkole na dzień matki miał narysować mamę. I ten rysunek został w szkole, ale opowiadał mi jak mnie narysował. W rozpuszczonych wlosach, choć przewaznie mam w domu zwiazane, w spodniach, choć w lecie chodzę w domu w sukienkach i w żółtej bluzce, choć wcale takiej nie mam. Stojącą w kuchni i gotującą obiad, choć jest niejadkiem i z tego obiadu zjada okruszki. I trafił w sedno, bo nieważne jak wyglądam, ale w gotowaniu przelewam na najbliższych swoją do nich miłość.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz.