moja środa.

Kilka lat temu… dokładnie 7… Po całym dniu „wrażeń” usiadłam i napisałam maila do znajomego. 

Pochwalę się, że potem trafił on do Gazety Wyborczej, i napisał do mnie sam Mariusz Szczygieł…

Opowiadanie jest zupełnie inne niż to, co tutaj dotychczas piszę. Można powiedzieć, że jest lekko komediowe…

Zaznaczam, że to dla tych co czytać uwielbiają. Radzę też, jeżeli już ktoś się zdecyduje podjąć wyzwania, wygospodarować na to troszkę czasu, bo krótkie nie jest.

Wszystko wydarzyło się naprawdę.

Odkurzam więc te litery i przedstawiam Wam…

Moja środa…

 

 

Dzień jak co dzień.

 

Niby te same obowiązki, ludzie, pogoda…a jednak, każdy dzień różni się od drugiego.

Opowiem jakież to zdarzenie dziś mnie się przytrafiło. 

 

Nic nie zapowiadało, że będzie inaczej niż zwykle.

Zmiana mamy w sklepie nastąpiła tylko o pół godziny wcześniej, ponieważ wyruszyła z wizytą do koleżanki pomóc jej piec pączki. Znajoma nie była w tym doskonała, a moja mamunia zawsze piecze rewelacyjne. 

Moja siostra, Justyna jej na chrzcie dali, wraz ze swymi małymi bliźniaczkami-upiorami pojechała do Bełchatowa odwiedzić prababcię i przy okazji na plac zabaw (by rozpieścić je nieco bardziej).

Siedząc w sklepiku mamy, rozmyślając, sprzedając, słuchając górnolotnych dialogów wiejskiej młodzieży typu: ja to ku… tak zapiłem, że dzisiaj to mnie ku… łeb napier…. że chu…..

Przeglądam gazetki z modą, nowościami serialowymi, przepisami…i nagle!! Myśl!! 

A może ja bym upiekła oponki??!! Tak, tak…dawno ich nie było, a i jutro tłusty czwartek, zrobię im niespodziankę…

Wiejski supermarkecik zamykam o 18-tej, więc co sił pobiegnę do domku spełniać swe kulinarne pomysły. Bezzębne upiory też pojedzą, bo to mięciutkie i mogłyby sobie kąsać (moje szczerboki najdroższe…).

Pobrałam do reklamówki wszystkie mi potrzebne produkty (niektóre pomijając, ponieważ byłam pewna, że są w domu). Za dziesięć szósta już wnoszę skrzynki po piwach, robię raport na kasie, by jak najszybciej być w domku i zdążyć przed powrotem wszystkich. Czapka na głowie, rękawiczki, zapięta pod szyję, reklamówka w ręku, kasiurka wzięta, klucze… – Gdzie są klucze…??? 

Szukam w torbie, kasie, na półkach, w szafkach, w myślach się gubię… – Nie ma !! Holender, spieszy mi się przecież. No gdzie są, kurde,  gdzie ? 

W drzwiach nie ma, może ktoś dla żartów wziął. Nie… Może Mama przez omyłkę… Jaki numer do Bożeny, u której jest Mama? jaki numer? jaki numer? W domu jest zapisany, ale w domu nikogo nie ma. Może Justysia pamięta… Dobra. Dzwonię do Justyny. Nie odbiera. 

Tylko tego brakowało. Przecież nie będę piec oponek na piecyku gazowym. Pijakom to pasi, bo już po 6-tej, a ja nadal otwarte mam.

– Nic to, nic to (jak mawiał Bogumił z nocy i dni …)

Ochota na pieczenie mnie nie opuszcza. Dzwonię jeszcze raz do siostry, sygnał…jeden, drugi, trzeci…- odbieraj, odbieraj…proszę…żesz cholera jasna…odbieraj… 

-„no co tam Jula ?”-słyszę. Dobra…jest, jest, odebrała. Tylko niech zna numer, no niech zna…plizzz… A ona mi numerem jak z rękawa. Uratowana! Ta moja siostrunia! Ale kto ma pamiętać jak nie ona… Jak ona wszystkie numery rejestracyjne w gminie, a tam w gminie…w powiecie pamięta – Moja bohaterka.

Dobra, mam. Dzwonię. Odbiera Bożena i pytam o Mamę, a ona mi, że mamę to tłuszcz zalał i pączki zjadły. 

– Bożenka, lubię Cię, kurde, ale nie na żarty mi tera jest, więc dawaj Elusię do telefonu. 

– Eluniu masz klucze przez pomyłkę bo ja szukam i nie widzę… – mówię.

– No mam dziecko, no mam, ło kurde blade, co teraz nooo…Julisiu…idź do Basi- niech po nie podjedzie. ( Baśka, przyjaciółka Mamy na każdą okazję).

 

Przymykam drzwi i lecę do Basi. Wspinam się na płot, żeby widzieć też kioskowe drzwi, i wołam w te słowa:

– Pani Basiu…Pani Basiu…Pani Basiu…PAAAANI BASIU !!!- kuźwa nic…        

– PANI BASIU !!!!!!

Widzę jak chodzi po kuchni, a ja skaczę tak po tym śliskim płocie, co by jej z oczu nie tracić… Wołam w końcu:

– BAŚKA… BAŚKA… BAŚKA… BAŚKA… !!!!!!!!!

Słyszę jak z pokoju obok jej dziecko też do niej pokrzykuje  -„ktoś za oknem cię woła”.

Ja myślę – Dwie podpowiedzi ma, to już usłyszy.

– BASKA NOOOO – już se myślę kurwa maaaać, bo ileż można…

No i Basia wygląda i mówi:

– Juleczko… nie słyszałam.

Wyjaśniam o co chodzi i czy ona może, i czy ona ma, i gdzie ma, i czy na pewno, i czy ten i czy tam… Ona mi  – Tak, tak – (… kochana moja…).

Wracam do kiosku i czekam…kładę głowę na ladzie, zakładam rękawiczki, zdejmuję, poprawiam se kitkę, kremuję usta, zaglądam w reklamówkę czy oby wsio mam, napisałam sms-a …

Czekam…o w pół do siódmej dzwonię do tej Bożenki, by już z góry jej zapowiedzieć, że zabraniam zagadywania Basi, co po te klucze mi pojechała. 

– „Najmilejsza moja” – to też ten Bogumił, do tej Barbary tak jej…i ja tak o tej Basi myślę sobie, co by ją droga nieoblodzona niosła, w tym woldzwageniku, z tymi kluczami kioskowymi…

I widzę, że wjeżdża na podwórko już…(„już był w ogródku już witał się z gąską”)…

I ja te drzwi, czmych zamknęłam i czekam, aż przyjdzie mi je przynieść bo ja nie mogę tak zostawić wszystkiego w samopas. 

Przebieram nogami (jakbym nie mogła rajtek założyć, to by mi cieplej było tylko tej wiosny już wypatruje…ja to wariatka jestem). I patrzę z lewej strony drzewka, z prawej strony czy nadchodzi…a tu mi jakiś koleś z piwem w ręku powiada

– ty to młoda jesteś i może byś po te klucze do niej podleciała a nie tak….

Może bym i podleciała, ale jak tu z tymi wrotami, o które się od początku rozchodzi… 

Dobra, zostawiłam. Lecę znowu na łeb na szyję, by nas majątku kioskowego nie pozbawili, a do tego se rozmyślam…on mi tak uwagę zwraca, że ja niby nie wiem jak powinnam się zachować… Ja, z takiego dobrego domu! O żesz w mordę, no wychodzi na to, że nie wiem.

Ale już dobra, lecę po te klucze i te oponki mi po głowie chodzą, (po brzuchu też, jak to w zimie). Mam, mam !!!! Basiunia mi mówi, że to nie ze złośliwości tak długo, tylko musiała jechać i przez okno wyglądać bo szyby zamarznięte. Długo? Se myślę… Jak perszing na wysokości lamperii (jak Baśka na wysokości Strzelec).

No to dobra. Zamykam na dwa nowe zamki, bo mój tato już po 4-ech miesiącach zimy naprawił i się domykają, i zimno nie leci. Taki jest prędziutki, że hoho. 

 

Uchachana wciskam siatkę w koszyk rowerowy i zapierdzielam. 

Myślę sobie po co ten rower Mamka tu przyprowadziła skoro taki lód na drodze, że iść się nie da, a ja z tym rowerem poginam w ciemnościach. Koleiny takie, że skacze mi ta opona przednia to wte stronę, to we wte.  Wsiadam w końcu na tę dwukołową bestię, co to Tatko z niemieckiego szrotu wyrwał, bo tyle czasu mam straconego, że nic nowego mnie nie czeka w tym spacerze z rowerem pod pachą (taką miałam nadzieje, że to nic nowego, a to mnie takie nowości i promocje czekały…) 

Jadę. 

Nie wiem jaką prędkość dostosować, by gładko było. Wyjeżdżam na główną drogę. Macam dynamo. Włączam. Światło mi nie świeci, a jak już – to w kosmos…i ja z tą nadzieją na to wałkowanie i że już siku zrobię…i nagle dwa obroty pedałów w przestrzeń i leżę.

Na tym lodzie prawie z głową w bagażnik wkomponowaną.

Mielę językiem w buzi, bo hałas był pierwszy (chaos też…mimo że to już tak dawno po stworzeniu świata). Czuję, czuję !!!!!jasny gwint !! Wiedziałam, że kiedyś się stanie. Uksyłam ząb. Na kolczyku. A tak się to fajnie wydaje piercing mieć…a w du..  z tym żelastwem.

 I jak ja teraz do domu ? Z tym zębem? A właściwie to z pozostałościami zęba… Zaraz, zaraz… Może jeszcze do dentystki zdążę… Ale oponki miałam piec…

Idę na razie do domu.

Ciepnęłam rower w śnieg i szukam klucza. Jak głupia, no bo przecież u nas otwarte. Jak zawsze. To po co w ogóle drzwi zakładali…ale wchodzę przez te drzwi i pies mi do gardła skacze, że jemu siku, ze on głodny …

Chłopie…ja też, ale tobie kiosku bez klucza pod opiekę nie dali.

 

I jak ja te kuchnie zobaczyłam, to nie zraził mnie ten brud, tylko jeszcze bardziej się w sobie zawzięłam, że podołam. Latam z garnkami, z obiadu jeszcze, zmywam.  

Jedna żarówka ino jest, bo te nad stołem w południe wysadziło. Nie szukam jej, nie szukam, nie szukam, bo ja te smakołyki przed nimi muszę zdążyć. 

Czasami sobie tylko pochlipuję w sprawie tego zęba, co go prawie do reszty straciłam…i nawet nie mogę mieć do nikogo o to pretensji, bo sama go zakładałam i jeszcze wysłucham od mamy, że na holender ci ten kolczyk.

…i już dobra. Trochę posprzątane i już idę po stolnice do piwnicy, biorę po drodze garnek, duży, umyty bo w kuchni się nie mieści. 

 

Wracam, staję w kuchni. 

Czytam przepis i sobie ustawiam produkty w rządku. 

Z przepisem ciekam pod tę jedyną żarówkę działającą.  Mąka. Muszę zważyć mąkę  …mhm…  ważyć mąkę… Niby wyobraźnię mam dużą, ale mąki jako żywo nie wyobrażę sobie dwa kilo gdy mam tylko 0,75. Dobra, zrobię z porcji na 0,75.

Wchodzę na szafkę, żeby dostać do wagi, wdrapuję się, sięgam i stopka coś pach…jak mi pociekły te herrrrbaty po stopach i te fusy…to już wołam w myślach 

-mamo gdzie ty… A ta mama, te pączki grduli u obcuchów. 

Wytarłam to co rozlane, umyłam podłogę, wywiesiłam chodniczki…dobra…jakoś ogarnęłam. Ze łzami już w oczach, ale udało się.

 

Czytam przepis. Masło, mleko, jajka, cukier…utrzeć…to mikserem…

Na to wszystko wchodzi Tato, że on jakąś kolacje może by zjadł. 

Widząc jak biegam mówi „to ja Julisiu sam sobie coś tu zrobię”. Posuwa mi stolnicę i tworzy na rąbku stołu te kromki. 

W radiu…dziwna stacja…ktoś rano szukał trójki…szukał, a szukał i wyszukał…Radio Maryja na cały regulator u nas leci. Taka rodzina wierząca. A co nam tam.

I ten Tata podgłasza tą durną wypowiedź, żeby sobie obraz jakiś ukształtować.

Podlatuję pod mikser, hyc go…a Ojczulek mój do mnie:

-pokaż mi, bo ja to kiedyś taki silniczek, z tym silniczkiem, po ten silniczek.

Włącza do kontaktu i patrzy…  

Se myślę, że artysta i dziwak to wiem… Ale żeby to Radio Maryja i tym mikserem w przestrzeń… Łożesz, co za dom…i on ten silnik podgląda przez siateczkę plastikową, a ja razem z Ojcem Rydzykiem modlitwy, żeby on mi już ten mikser, żebym ja już te oponki.

Ja mu słowami a on nic. 

To ja stoję cicho z miną nietęgą, ale skąd ma wiedzieć jaki ja mam wyraz twarzy jak on ten silniczek… i turbo mu i turbo… A mnie szlag trafia. Oddał. Litościwy mój, oddał. On wraca do swojej pasztetowej, a ja do miksowania.

W radiu mówią jak to, by być prawdziwym chrześcijaninem to trzeba spełniać obowiązki. Takie jak wybory i że ten kandydat to on niekoniecznie zrobi wszystko co obiecywał (Kaczyński zrobił więcej, bo już nawet z trasą się uporał )…i że trzeba sprawdzić ich wcześniejsze dokonania… Nie wytrzymuję i walę:  

-Tato, to jak sekta jest.

A  Tatko:  

-nie wiem, słucham dopiero… -dając mi do zrozumienia, że za szybko osądy wydaję. Ale tak to jest, jak dziecko z ojcem na dwie różne partie głosuje.

 

Wymiksowane. Mieszam to z mąką. Wsypuję wszystko co mam. Wyrabiam, łapki się kleją a tu dobrej masy do wałkowania nie widzę. 

Więcej mąki, więcej mąki !!!-krzyczę w myślach, bo po co na głos ? Ojciec Rydzyk mi nie nasypie…

Braknie, na pewno braknie. Myję szybko ręce, narzucam kurtkę, jakieś buty pierwsze z brzegu i lecę do babci pożyczyć.

W biegu biorę telefon stacjonarny, żeby dzwonić do chrzestnej i pytać czy ja mąki różne mogę mieszać. 

Biegnę po tym lodzie, pies koło dupy mi się wlecze, cieka jakby przeżywał ze mną (ale na pewno mi nie pomaga).  

Jest, odbiera. Pytam, przedstawiam sytuację i oddalam się od domu. A ona mi: 

–Jula, tyle nagadałaś i tak szybko, że ja nic nie wiem o co pytasz.

Ja z grubej rury: 

– mąki mogę mieszać ?!!! 

I ja z tą słuchawką już na babci podwórku…

A ona, że mnie nie słyszy i komentuje: 

-to już pogadałyśmy – słyszę, że rusza tym kablem bo myśli, że to u nich nie styka, ale ona nie wie, że ja z tą słuchawką po wsi całej, za mąką biegam. Biegnę pod dom, by mnie informacja o tych mąkach poratowała.  Jest dobrze, mogę mieszać. 

Ale co mieszać, jak babcia mąki nie ma!!!! Zostaje sąsiad. Mało myśląc lecę tam. Podążam w tych za dużych, klapiących trzewikach, a on mi latarką po oczach, bo już bramę zamykał i psa spuszczał, to mi się udało zdążyć.  

Nie jestem taka do końca stracona – myślę…

Wbiegam i wołam: 

-Gizia, Gizia -bo jej Grażyna jest. Patrzę, faworków pełen stół…

A to szczęściara, udało jej się napiec i jej nie brakło niczego. Ale faworki, do jasnej ciasnej,  to ja też potrafię. Oponki bez mąki zrób-to będziesz bohaterka. I jem tego jej faworka w biegu, z pyska mi leci… 

Krupczatkę ma…a daj…widzę nawet po cenie, że w mleczarni kupiła. 

Wracam. Wbiegam do domu, rzucam kurtkę i krzyczę „kurwa” z tej bezsilności…

A Tato stoickim spokojem: 

-co się stało? –  i czemu ja w ogóle tak brzydko mówię, czy słyszę żeby on tak mówił (jakby piekł oponki to by mówił),  i czy przy dzieciach też tak będę mówić… A ja walę do tatki: 

lepiej mąki mi tu dosyp. A on charakterystycznie, powtarza po mnie:

lepiej dosyp… -i dosypuje…

Wyrabiam, wyrabiam. W misie z bochni, na stolnicy, tu i tam…nic…ciasto za wodniste…

Dzwonię do tej Bożeny, co to mama jej te pączki… Odbiera i mówi, że Mama ma ręce brudne i niech jej się wyżalę . Ja przedstawiam sytuację oczekując wsparcia, a ona mi…

-A to nie mogłaś wrócić i siąść na dupie?.  -Może i bym mogła, ale nie sztuka siedzieć i na dupie w dodatku. Sie namądrowała. 

Rozłączam się i dosypuje mąki.

Ugrduliłam w końcu. Kamień! Rozwałkowałam, wycinam, wrzucam na olej…Wyjmuję, posypuję cukrem pudrem (bo trzy kilo mam!!!!) i smakuje…niby ok…ale jutro będą twarde…z tej bezsilności owijam ciasto w ścierkę i wkładam do lodówki. Może jutro coś z nim zrobię, bo już 21,  a ja nawet kolacji nie jadłam. Sprzątam. 

A do tego wszystkiego dzwoni już trzeci raz baba, co to Mama na zastrzyk jeździ do jej dziecka…i pyta 

-kiedy Mama będzie?

 -nie wiem – odpowiadam. A ona:

-a z kim ja mówie? (se myślę ty prostaczko, ty mi się przedstaw). Ja- jak głupia-mówię:

-z Julią. Ona: 

-z Julką? -(ja ci dam Julkę!!)

Konkluzji z rozmowy żadnych. Sprzątam. Zmywam, czyszczę, układam.

O 21:30 opadam z sił…i zaczynam pisać tego maila… Przy pierwszych zdaniach wpadają już dopieszczone śpiące dzieciorki potworki i się robi akcja. Rozbieranie, mleko i takie tam…

Jaki człowiek jest głupi…

O ile lepiej byłoby siedzieć w domu, biorąc zasiłek od państwa, oglądając powtórki „m jak miłość” o 10tej i 16tej, a pączki na tłusty czwartek kupić w cukierni…

Taka jestem mądra, taka mądra…a nie wiem jak sobie życie komplikuje nadmiernym myśleniem…

 

Napisz komentarz...
  1. Edyta says:

    przeczytałam jednym tchem – gratuluję bo świetne

    Odpowiedz
  2. mama pisarka says:

    Mnie się bardziej podoba to, co teraz piszesz. Styl, słownictwo jakoś mi tu nie leży, ale kilka „momentów” jest i buzia mi się uśmiechnęła. Zwłaszcza przy tym o wyobrażaniu sobie większej ilości mąki i jak to jest, gdy córka inaczej niż ojciec głosuje 😉

    Odpowiedz
    • julia says:

      A ten styl i słownictwo to właśnie cała ja 🙂 przeklinam jak szewc, mówię „se” zamiast „sobie” itd… choć minęło 7 lat i troche zmieniło formę to i tak wciąż jestem dokładnie taka. Takie dwie we mnie. Taka co myśli i analizuje życie, co wzrusza się i płacze o byle co… i taka co przeklina co drugie słowo jak się ekscytuje. i mówię prosto… bo ja jestem niezwykle prosta dziewucha 🙂

      Odpowiedz
  3. Kamila says:

    jestem pełna zachwytu-czytało się lekko,a jak przyjemnie! zasłużone wyróżnienie 🙂

    Odpowiedz
  4. Mamiczka says:

    Świetne :)) Ubawiłam się.

    Odpowiedz
  5. maryś says:

    Droga Julio,

    ile Cie trzeba cenić, oby nikt się nie musiał poznać, by nikt nie musiał Cię tracić (z oczu oczywiście). I dalej idąc tropem wieszcza… „Dziś piękność Twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię (…)” Boś żywe srebro. Piszesz jak mówisz. Dźwięczysz literkami jak ten u owieczki dzyndzołek. Zaśmieszasz jak wiosenny kapuśniak i otwierasz mój dziób z wrażenia wielokrotnie. Gdybyś kiedyś zapomniała drogi, gdybyś skręciła kilka razy niepotrzebnie, nie tam gdzie trzeba, zaświecę Ci kaganek, do pisania. Potrzymam kałamarz, wytrę kusz z klawiatury, podstawię Ci miskę z ciepłą wodą, bo najlepiej koi stopom zmęczenie, a stopom – a tu o paluszki na klawiaturze chodzi, hmmm No to uszyję ci ochraniacze na opuszki – by się nadmiernym stukaniem nie męczyły. Ale Ty dziewczyno PISZ, pisz i pisz, i po wielokroć Ty Juli PISZ.
    Amen

    Odpowiedz
    • julia says:

      Pamiętam jak w licum w gazetce szkolnej pokazało sie jakieś moje opowiadanie.. i nauczyciel od Histori teatru powiedział mi „Ty tak piszesz, że poradzisz sobie w życiu”.. ja tak nie uważam. z ręka na sercu. ale pamietam to do dziś, bo to był taki nauczyciel, że komplement od niego to powaał z nóg. On był taki jakby bóg nauczycieli. taki nie do zdobycia. co wszyscy za nim się uganiali.wspaniały facet

      Odpowiedz
  6. Olga says:

    Rewelacyjne !!!!!!
    Pisz Kochana, pisz, czyta się to tak lekko a oczyma widzę Cię skaczącą po płocie i na tym rowerku … do fanklubu chyba Twojego się zapiszę, albo założę, a co !!
    Pozdrawiam 🙂

    Odpowiedz
  7. Paulina says:

    Przeczytałam. Dobrze że o sobie sama napisałaś, żeś waristka, bo jeszcze do tych słów nie doszłam, jak już to pomyślałam. I dobrze, że klniesz wtedy kiedy trzeba, znaczy że nie jestem taka zła 😉 bomba txt 🙂

    Odpowiedz
  8. paula says:

    No to teraz to już wszystkie na Twoja książkę będziemy czekać i tuptać ze zniecierpliwienia. A jak już ją kiedyś dorwiemy i zasiądziemy w fotelu z kubkiem kakao i ciepłym kocem na kolanach to… niech Bóg dobry w opiece ma nasze dzieci, mężów, domy… bo chyba żadna się nie oderwie po kilku stronach tylko dopiero jak cichutko klapnie tylna okładka i zakładka żadna potrzebna nie będzie bo jednym tchem te litery pochłoniemy. I mam nadzieję, że książka która kiedyś powstanie będzie gruba jak encyklopedia i najlepiej pisana maczkiem coby więcej się Twojego pisania w niej zmieściło. A potem na chwilę odłożymy Twoje słowa na półkę, ale tylko na chwilkę żeby zupę na piecu postawić, pranie powiesić, zabawki do koszyka powrzucać, by potem zaraz wrócić i wertować kartki od początku… A kiedyś te kartki pożółkną, liście zasuszone między nimi przybiorą wszystkie odcienie czasu, ale słowa pozostaną, ich wartość nigdy nie przeminie i będą trwać w naszych głowach i głowach naszych córek….

    Odpowiedz
    • julia says:

      Nie masz pojęcia jaką wartość ma dla mnie taki komentarz… Jak ja sie wtedy rozpływam na kawałki. na drobne… I już nawet widze tą książkę. i okładkę. i litery równo poustawiane.. I jak ją piszę zamyślając się na chwilę.. oj bardzo bym chciała.. tylko o czym ja mam napisać. ja nie umiem zmyślać. musiałabym o tym co przeżyłam.. a to zapisuję tutaj… ale napisać taką historię… to by było coś…

      Odpowiedz
      • paula says:

        Napisz coś dla siebie i dla swojej Córeczki, bo to co tutaj piszesz właśnie takie jest. Pisz o życiu, tak jak tu. Ja wiem, że to wszystko na blogu jest, ale słowo drukowane zostaje na wieki, zostaje w serduchu, w pamięci, w myślach. Tak wybiegając w przyszłość, oczami wyobraźni patrząc… Tosia dorosła już, zasiada wieczorem w fotelu i zaczytuje się w Waszej historii, w opowieści o Jej życiu, o cudownym dzieciństwie. Dla mnie taka książka, napisana dla mnie przez Moją Mamę byłaby mi najdroższa na świecie. Ja jestem strasznie sentymentalna i tak mi się rozpisało, ale podsumowując: masz lekkie pióro i cudownie się Ciebie czyta i wierzę, że Twoje słowa zajmą kiedyś ważne miejsce w mojej biblioteczce i opowiem i poczytam Ciebie mojej Lili.
        Przesyłam serdeczności ♥

        Odpowiedz
  9. bistro mama says:

    Uśmiecham się do ekranu i do Ciebie 🙂 Matki wariatki tak mają :))) I ja tak codziennie z tymi oponkami, zamiast poczytać ładnie wydaną gazetę, manicure sobie zrobić, w Klan się zagapić, odespać nieprzespane noce, to te oponki zawsze ważniejsze 🙂

    Odpowiedz
  10. Paula W ! :) says:

    no to się naczytałam:) i na śmiałam:) i choć bez bicia się przyznam że teraz bardziej mi się podoba jak piszesz! to już wtedy był w Tobie potencjał Julio-Julko :*
    i wiesz co Tyś naprawdę taka trochę nie z tej ziemi…jakbyś kilka centymetrów nad nią latała…
    potrafisz tworzyć aure domowe ogniska,domu do którego chcę sie wracać!
    kiss kiss love!

    Odpowiedz
  11. szafeczka says:

    Ale super uśmiałam się jak głupia chociaż często wątek traciłam bo mi Nikola zaczęła tłumaczyć, że fasolę się z mięsa robi… i sorki, że się tak uśmiałam bo wiem, że Ci do śmiechu wtedy nie było ale sama miewam takie dni i potem się z nich śmieje… bo co innego robić?? A co z Twoim zębem ?;)

    Odpowiedz
    • julia says:

      Ząb jest. Naprawiony 🙂 Wtedy do śmiechu mi nie było.. Ale dzisiaj to sama z tego leje jak głupia.. a jeszcze jak z siostrą siąde.. wiesz, że ona to czyta swoim uczniom w szkole?! nauczycielka polskiego. w podstwówce!! :))

      Odpowiedz
  12. ewap says:

    No to sobie umililam czekanie:)Bo czekam,to lekture mialam.
    Widze ze nie sposob dogodzic,bo ja akurat taki styl wole.Ja wiem,ze tu czesto czytelnicy „lezki ocieraja” ,a ja jesli otarlam to ze smiechu.Nie,no lez nie bylo,ale po prostu milo sie czytalo.Bardzo obrazowe to wszystko i choc cie nie znam,to wydaje mi sie ze ty taka wlasnie jestes;z calym tym slownictwem.

    Odpowiedz
  13. gosik says:

    Ach jak ja czekałam na ten wpis,tym bardziej że dopiero dziś mogłam na spokojnie go przeczytać…normalnie boki zrywać choć pewnie wtedy Ci do śmiechu nie było ale za to dziś masz wspaniałe wspomnienia 🙂 mam nadzieje,że w rękawie masz jeszcze wiele takich historyjek które chętnie przeczytam 🙂
    A przynajmniej oponki rodzince smakowały?
    🙂

    Odpowiedz
  14. Anuszka says:

    Gratulacje. Czyta się znakomicie 🙂

    Odpowiedz
  15. Kasia says:

    Juleczko droga! Wspaniale się czytało! Wiadomo, teraz piszesz zupełnie innym stylem, ale to tutaj, powyżej… to fantastyczne jak zwykły, szary dzień można opisać w taki sposób. I nie wyobrażam sobie, żebyś mogła opisać to inaczej, zaleciało mi tu Małgorzatą Musierowicz i ‚Jeżycjadą’, sama nie wiem czemu… 🙂

    Jesteś cudowną osobą, sprawiasz wrażenie takiej energicznej, ciągle wesołej, szczęśliwej, uprzejmej, kochanej, młodej kobietki. Aż chciałoby się Ciebie poznać, porozmawiać na żywo. Ehciu 😉

    Pozdrawiam cieplutko!

    Odpowiedz
  16. Przeczytałam, choć z przerwami około sześcioma. Bo to jednej kucyka musiałam zrobić, drugiej plasterek nakleić, trzecia przychodziła i marudziła, że tata nie robi takiego dobrego śniadania jak mama a dziś taty kolej i ona nie chce tak 😉 Julka, ty masz dar malowania piórem. Ja widziałam tą twoją kuchnię i tatę pochylonego nad radiem Maryja i ciebie z twarzą pełną emocji.. Przenosisz człowieka w to, co chcesz przenieść, a to już wielka sztuka. I czy komuś się podobało czy może mniej, to i tak był przeniesiony.. gratuluję Ci Julia! Ale ja jeszcze coś wychwyciłam dla siebie z tego tekstu 🙂 a mianowicie, że potwierdziłam moje przypuszczenia o Tobie. Że jesteś waleczna jak lwica i że jak sobie coś postanowisz.. to żaden brak mąki i nadmiar cukru pudru Ci nie straszny :-)) Miło tak Cię obserwować obok 🙂 Ściskam was i gratuluję Ci Jula 🙂

    Odpowiedz
    • julia says:

      Ty się już bój co ja Wam narobię w tej Ameryce jak do Was z Maryś przybędę :)) nie dopuszczaj mnie do garów :))
      A te płoty u Pani Basi to ja Wam pokażę. a i sama Pani Basia to niezwykły człowiek…
      ściskam Was wszystkich najmocniej jak potrafię

      Odpowiedz
  17. Milka says:

    popłakałam się, a teraz idę sikać, bo już ledwo trzymiem….. :)))

    Odpowiedz
  18. Asia says:

    boskie!! leję na głos a koleżanka w pracy patrzy na mnie jak na idiotkę :-))) zaczytałam się tak że zaraz kwadrans akademicki się skończy i studenci mi pójdą na zajęcia.

    Odpowiedz
    • julia says:

      A ja zawsze mówiłam znajomym i tym co to już czytali, że innych to nie bedzie śmieszyć. że tych co nie widzieli naszej wsi i kiosku mamy :))) sklepiku już nie ma, Ci najfajniesi „pijacy” spod sklepu nie żyją 🙁 czasy sie zmieniają… ale co wspomnienia zostają to nikt nie ukradnie :)) a jeszcze jak można się do nich uśmiechnąć…

      Odpowiedz
  19. Aleksandra says:

    Ja tu od niedawna zaglądam co nie znaczy, że
    no właśnie bo wszystkie posty już przeczytałam 🙂
    o tak i zaglądam od pierwszego dnia codziennie
    pisz Kobieto !!!

    W domu cichutko, Maniek śpi i jednym tchem przeczytałam …
    będę zaglądać

    pozdrawiam
    aleksandra

    Odpowiedz
    • julia says:

      Olu, a jak mi miło Cie u mnie gościć.. Ja tak bym chciała Wam herbatkę dobrą, zieloną zaparzyć, caprese zrobić, bagietkę podpiec w piekarniku, masłem czosnkowym by zapachniało… a Wy mi tak po drugiej stronie.. że ja Was nie widzę i nie słyszę… 🙁 całuję

      Odpowiedz
  20. Julitta says:

    Ja juz sie ustawilam w kolejce po Twoja ksiazke…I koniecznie autograf byc musi. Wyobrazam sobie Twoj podpis w niej. Szybki taki, bo inni czekaja i sie niecierpliwia. Jednak slowo tylko dla mnie tam bedzie i zawijasek jakis i kropka nad i.
    Perfekcyjnie Julia.
    Kocham takie historie, kocham najbardziej.
    Mam wrazenie, ze gdzies tu wlasnie, na tych blogowych stronach, tworzy sie historia.

    Odpowiedz
  21. ola says:

    Jula!!!!!! Kochana!!!!!!! Ty Dziewczyno pisz więcej takich koniecznie, więcej i więcej, bo od razu człowiek sobie to wszystko w głowie wyświetla i ubaw jest, że hej, a ja dziś kiepski bardzo dzień miałam i to Twoje opowiadanko rewelacyjnie mnie wskrzesiło ;0) Buzie!!!

    Odpowiedz
  22. Magda says:

    Kolejny raz i też mnie bawi, tym bardziej, że ja widzę te Twoje ruchy i ten stoicki spokój Twojego Taty 😀 Brakuje mi czasem przesiadywania w kiosku, nawet z tymi pijakami 😛

    Odpowiedz
  23. Agnieszka says:

    Śmiszne:)
    Ile Ty masz ” durnotek” w głowie:)
    Dobrze, że durnotkowate takie po tej Ziemi chodzi jak Ty:)
    Buziol:)

    Odpowiedz
  24. Raz-kurcze czytałam trochę jak swoje;-P
    Dwa- u mnie akcja tegoż typu – nieogar się nazywa;-P
    Trzy – uparta jesteś niebywale, wyjątkowo…Podziwiam moc taką i siłę charakteru.
    Cztery – od pierwszego akapitu o oponkach twych marzyć zaczęłam, ostatnie zdanie ze ślinotokiem już przeczytałam.I cóż ja teraz…?

    Odpowiedz
  25. madzik says:

    W końcu przeczytałam i śmieje się od ucha do ucha. Julia Ty jak ta książka nie odkryta, z każdą stroną inna. Poznawanie Ciebie przez Twoje teksty i zdjęcia, to sama przyjemność i szaleństwo czasem 🙂 Z jednej strony chce się to wszystko mieć w formie książki i czytać przed snem, gdzieś na ławce, z nudów w kolejce. Ale z drugiej strony tak sobie myślę, że książkę się napisze (fakt dokonany), przeczyta się i coś ot minie, zaistnieje i zniknie gdzieś w zakamarkach myśli, a blog się ciągle „pisze” (bo nie myślę nawet, że może być inaczej), ciągle czyta, żyje w komentarzach, Twoich odpowiedziach. Będę zachłanna i szczerze, to mam nieodpartą potrzebę posiadania Twoich tekstów i w formie książki, i w formie bloga. Ta „sielanka” tak do mnie przemawia, że chciałoby się to wszystko przeżywać z Tobą Julia. To trochę tak jakbym czytała zapiski Ani z Zielonego, czy Martynki z dziecinnych ksiąg. Chociaż czytelnik ze mnie żaden, bo książki na ogół czytam początek i koniec, resztę uznają, że wiem i, że oczywiste. Ale Anię i Martynkę czytałam od deski do deski, po stokroć i milionkroć… (filmy też wałkuję do dziś dnia). I kiedy zaczytuję się w to, co Twoje Julia, to tak się czuję jak wtedy, za dawnych lat sielsko-anielsko zaczytana w losy Andzi i Martynki. Uwielbiam ten stan 🙂

    Odpowiedz
  26. Super! Chcę Cię odwiedzić i posiedzieć w kiosku.

    Odpowiedz
  27. Marysia says:

    witam
    trafilam do Pani przez kolezanke i przepadlam, uwielbiam Pani pioro, zdjecia i zakochalam sie w Pani domku, codziennie zagladam, czy jest nowy post i tylko Mezowi pokazuje Wasze piekne miejsce i wzdychamy i marzymy….
    tak przepadlam, ze postanowilam przeczytac caly blog i nie jestem osoba, ktora wypowiada sie w blogowej sferze, ale strasznie mnie rozbawil Pani post i naprawde mi sie spodobal, a i nasza roczna Coreczka ma rowniez na imie Julia 🙂
    goraco pozdrawiam

    Odpowiedz
  28. Aneta says:

    Między teraźniejszym spokojem a ogarniającym obłędem 😉 – zdecydowanie obłęd wybieram. Jakbym zupełnie w inny świat powędrowała.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz.