• post.

    Kiedy przechyliłam głowę na bok aby położyć ją na jego ramieniu, z kącika ust poleciała mi piana od pasty, bo myłam wtedy zęby. Była już dwudziesta czwarta. Stał obok i też mył wtedy zęby. Kiedy tak stoimy, widzimy się w dużym lustrze nad zlewami. Za ścianą obok, na naszym łóżku śpią dzieci. Jest w łóżku rodziców jakaś magia, która pozwala zasnąć natychmiast, która leczy wszystkie dolegliwości, lęki i rozterki. Wciąż stoję obok niego. On jedną ręką trzyma szczoteczkę, a drugą mnie obejmuje. Za chwilę minie dziesięć lat, a wciąż patrzę na niego i dziękuję losowi. Za niego, za dzieci, za te łóżko na którym błogo zasypiają, za śliwki, które przed chwilą jedliśmy po ciemku, więc pewnie dużo robaków rozchodzi się nam w brzuchu. Za kanapy na których oglądaliśmy piękny „Captain Fantastic” i po którym ja mogę wstać i prosto iść na górę wiedząc, że to on pogasi światła, telewizor i sprawdzi drzwi czy zamknięte.
    Rozmyślając wciąż nad tym filmem, biorę lżejsze dziecko i przenoszę do pokoiku. Zanim zamknę oczy, w głowie krąży myśl dookoła kolejnego dnia. Czy zrywać się rano z łóżka, czy mogę wstać jak organizm sam da znać… Wiem, że muszę odpisać na zaległe maile i na blogu od tak długiego czasu cisza… Lato i wakacje nie sprzyjają biurkowym przesiadywaniom. W słońcu nie widzę monitora, w domu nie potrafię się skupić. Rwie mnie do działania. Gdzieś w ogóle mnie rwie. Do słońca. Do życia w kuchni. Pomiędzy tym życiem znajduję przez przypadek w głowie zdania, które się same tworzą i zaczynają jakąś historię.
    I zanim zamknę oczy, często ta historia się w moich myślach tli. Powoli. Tworzy jakieś przejścia, porównania, zdania kończące daną opowieść. Ale kiedy te oczy o świcie otwieram, ulatują jak te nocne ćmy. I nie ma po nich śladu. Może tylko taki pył, jaki czuć na palcach po dotknięciu ćmich skrzydeł. 
    Z tego pyłu szczątkowych myśli jakie towarzyszyły mi gdy zasypiałam, zostają nawet nie zdania, a jakieś pojedyncze wyrazy.. Złoszczę się wtedy na siebie, bo to kolejna historia która gdzieś mi uleciała, a wiem już z doświadczenia, że nigdy nie wracają. Powstają nowe, ale już nie tamte. A moje usposobienie nie pozwala pozbyć się uczucia żałowania. Przy każdym wyborze spędzam dużo czasu. Nie dlatego, żeby wybrać dobrze, ale bardziej dlatego, żeby nie żałować. A to nie to samo, choć z pozoru wydaje się być jednakie. I choć dużo mam przemyśleń, poglądów i niekiedy pewności całkowitej jak należy właściwie żyć aby być szczęśliwym, tak tego żałowania pozbyć się nie mogę. Najgorzej bywało w młodości, gdy na jeden wieczór miałam kilka możliwości wyboru odnoście wyjścia. Bałam się, że gdzieś tam, czego nie wybrałam jest zabawniej, ciekawiej, smaczniej… Dziś wiem, że często to te właśnie gorsze wybory, prowadzą nas do najlepszego celu. I choć wydają się nam być tymi idealnymi do żałowania, jakże często, to im właśnie najbardziej zawdzięczamy największe szczęście. I przecież to wiem, a jednak natura człowieka nieustępliwą jest wobec nazbieranych mądrości. Więc lubię ten strach przed żałowaniem gloryfikować. Jakby moja głowa mało miała zmartwień. Jednak gdy do tego żałowania już przyjdzie, potrafię sobie najpiękniej to w dobrą stronę monety obrócić… Ileż to by mi się złego przydarzyło przy innym wyborze, gdyby pieniążek na inną stronę spadł… ach, to tylko ja wiem.
    I tak też siadam rano na łóżku i żałuję, że myśli owych nie zapisałam. A myślało mi się. Fajnie mi się myślało.
    Ciekawa jestem gdzie takie myśli niewypowiedziane ulatują…? Czy mieszkają w jakiejś nam tylko przeznaczonej chmurze i gdy tylko przyjdzie potrzeba większa, będzie się dało je odzyskać..? Czy giną w przestrzeni podniebnej i nigdy miejsca swojego nie znajdują. Czy do innych głów trafiają?
    A gdyby do innych głów trafiały, to czyje myśli wymyślone już chciałabym otrzymywać? A może i przyjdą czasy w którym będzie można myśli cudze odkupić i chwilę innymi myślami żyć?
    I czy wtedy człowiek żałować będzie, gdy inne pozna, że się ze swoimi urodził, a z innymi tak pięknie, mądrze i inaczej można żyć… Czy przeciwnie wręcz? I powietrze z ulgą wypuści, kręcąc głową na boki skomentuję – ileż to ludzie mają myśli głupich i zbędnych, prostych i próżnych. I do swoich wróci jak do domu najpoczciwszego.
    I jak to jest, czy myśli człowiekowi przypisane, czy życiu? 
    Czy gdyby mnie w inne życie teraz włożył, to od razu inne myśli by mi przyszły?
    Czy bez względu na lekkość czy trud życia, to samo człowieka trapi czy cieszy?
    Czasami mam ochotę spróbować. W wyobraźni się zapędzam, nawet kroki małe podejmuję aby w inne życie się na chwilę wcisnąć…
    I kiedyś w nie wejdę jak w za duże, czy za ciasne spodnie. Żeby zobaczyć. Bo może teraz chodzę w przyciasnych, a taka jestem pewna, że rozmiar mam dobrany idealnie. Okazać się też może, że nigdzie w świecie lepiej mi tych spodni nie odszyją jak tutaj…
    Wstaje więc z tego łóżka i myślę sobie – Zrobię kawę, dzieciom śniadanie, założę spodnie i może przyjdą mi inne myśli na ten post. Przecież zawsze przychodzą. Lepsze albo gorsze. Najważniejsze to napisać pierwsze zdanie, nawet jeśli nie ma się pojęcia o czym będzie kolejne i jaki będzie tego koniec. Pierwsze zdanie jest tym, które pozwala osiągnąć cel. To jak ta myśl. Nawet jak uleci, to przecież gdzieś w przestworzach lata. Może nie dla nas a dla innych… Trzeba nie tracić myśli. Brać pierwszą i lepić ją jak glinę, choć brudzą przy tym dłonie.

    I teraz przyjdzie mi żałować, bo od kilku dni chciałam posta o podwórkach napisać. Takich ludzkich podwórkach, co dookoła domu się mieszczą, bylinami porastają. A tak, taki post z myśli pomiędzy.
    Choć może gdybym o podwórkach napisała, to by w jakie piorun z nieopisaną siłą pieprznął.
    A tak, w spokoju wszystkie trwają… I nie ma co żałować.

  • już czas…

    Moi Drodzy,
    jako, że ostatni czas mija dosyć intensywnie na pakowaniu książek, mało mam czasu na internet.
    A, że nie lubię blogowej ciszy, to zostawiam bardzo ważny film o tym, że to już czas panikować.
    Ja słuchałam go biegając wieczorem. Czasami spoglądałam na ekran, ale raczej wystarczyło słuchać.
    Nawet nie wiem kiedy minęły te kilometry. Narracja tego programu – doskonała.
    Myślę, że każdy z nas powinien to wiedzieć. A potem coś z tym robić.

  • warkocz

    Małżeństwo jest jak warkocz. Nie da się raz zapleść i z takim chodzić do śmierci. 
    Na początku wyślizgnęłyby się pojedyncze kosmyki. Wtedy staje się nawet zalotny i zmysłowy. Psotny, łobuzerski, frywolny. Lecz zaraz potem, jego zapleciony jeszcze przed chwilą kształt, traci swoją formę i gdyby nie trzymająca go na końcu tasiemka, ciężko byłoby rozszyfrować co początkowo miał przedstawiać. Potem z dnia na dzień, z nocy na noc, przybiera postać wielkiego kołtuna. I jeśli nie weźmiemy w porę grzebienia do ręki, może się okazać, że rozczesanie go potrzebuje takiego nakładu cierpliwości, czasu i mozolnej pracy, że każdy będzie wolał wziąć nożyczki i przy samej skórze go z impetem uciąć. Spadną te poplątane włosy na podłogę. Zmiecie się na szufelkę i wrzuci do kosza, a w głowie zabłyśnie myśl – odrosną. 
    Odrosną zawsze. Jednak każdy na nowo zapleciony warkocz, nadal nie będzie tym, który sam utrzyma się do śmierci.
    Bywają w świecie takie warkocze, przy których nie trzeba długo stać aby zapleść. Nie trzeba co dzień rano długo rozczesywać, czy nie trzeba wyjątkowo zwinnych palcy aby równo zapleść, czy zdolności i talentu by przedziałek wyszedł równo. Są takie warkocze, które każdego dnia zaplatają się same.
    Gdyby zapytał wieczorem – „kiedy plotłaś dziś warkocz?”, odpowie – „nie pamiętam”.
    Pomiędzy, odruchowo. Zwinne dłonie same rozdzielają na trzy, a potem pomiędzy palcami tańczą im kosmyki. Jak się warkocz plecie co dzień, to plecie się on sam. Zarówno głowa jak i ręce pracują bezwiednie i instynktownie. 
    Jeśli każdego jednego dnia będziesz dbać o małżeństwo jak o warkocz, może się okazać, że nigdy nie zdąży zrobić się kołtun, którego rozczesać już nikt nie potrafi…
    Najgorzej jest kiedy spadnie tasiemka, która ten splot na dole trzyma. Bo wtedy rozplączą się do reszty.
    Bywa, że siadają wtedy na krzesłach, rozczesują z mozołem i na nowo plotą.
    Czasami ten nowy splot uświadamia, jak ciężko jest zapleść ponownie, gdy się go raz zlekceważy.
    I potrafią z większą starannością, na bieżąco, każdy wystający włos, szybko we wstążkę włożyć.
    Czasami bywają warkocze, które choć wiele starań weń włożone, nie chcą się za grosz trzymać jak należy.
    Czy włosy nie takie, czy atmosfera im na to nie pozwala. I ta decyzja obcięcia na krótko człowieka wyzwala. Nie chce już każdego dnia z mozołem pracować nad czymś, co zdaje się być bezskuteczną walką. Czuć wiatr i słońce przy skórze, blisko włosów. One powoli rosną, a Ty masz czas zastanowić się co chcesz z nimi zrobić…
    Ale zanim obetniesz te włosy na krótko, spróbuj wszystkich możliwych fryzur. Tak pięknie teraz te warkocze plotą. Francuskie i jak mówią „bokserskie”. Może z innymi będzie Wam lepiej? 
    Czasami gdy widzę, że się ten warkocz mojemu Adasiowi rozplata, to staję z tyłu i powoli upinam. Takie ma podatne włosy. Łatwo spiąć i długo się trzyma. On przy upinaniu się nie kręci. Cierpliwie to znosi. Takie ma te włosy miękkie.
    Moje włosy to huragan. Trudno upiąć, jeszcze ciężej utrzymać w jako takim ładzie. A On cierpliwie i spokojnie je mi zaplata. Z takim samym spokojem szuka wstążki, którą ja gubię i mocno się przy tym denerwuję. Jest najlepszym fryzjerem jakiego mogłam znaleźć. Każdy z nas wie, że o dobrego dziś fryzjera bardzo ciężko.
    Patrzę czasami na te ludzkie warkocze. Jedni każdego dnia przy porannej kawie pięknie je sobie plotą.
    Czasami sami potrafią je poszarpać i nawet na wiatr nie czekają. Ale szybko potem lecą na łeb na szyję po szczotkę.
    Inni zagarną tych włosów tyle ile należy, żeby jako tako wyglądać i żeby wstydu nie było. 
    Najbardziej zależy mi na warkoczu jaki widzę sama w lustrze, w swoim domu. Ja i moje dzieci.
    Przecież wiadomo, że Ci na zewnątrz będą widzieć nasz warkocz w zależności od swojego gustu, czy aktualnych okularów jakie na nosie noszą. Nie każdy nosi różowe okulary. Są tacy, którzy noszę takie, przez które każdy warkocz będzie wyglądał jak poszarpany gałgan.
    A ja lubie nasz warkocz. Ten, który mam w domu. To warkocz, który nie gubi tasiemki. To warkocz, który tak się pięknie sam plecie. Każdego dnia zaplata. Przy śniadaniu, przelotnej kawie, na wycieczce rowerowej… Czasami se ten warkocz poszarpiemy. I ja wtedy udaję, że nie będę go teraz zaplatać. Niech tkwi poszarpany. Za to On chce od razu zaplatać. Na nowo. Uśmiechnięty i wcale nie musi mnie przy tym szarpnąć by pokazać, że plecie. Na koniec, gdy ja wciąż udaję, że wcale mi na tym warkoczu nie zależy, On zawiązuje kokardkę na wstążce i całuje mnie w głowę. Dlatego każdego dnia plotę jego warkocz, gdy nie widzi. Biorę jeden kosmyk gdy wkładam rzeczy do pralki, drugi gdy wiem, że ma ochotę na warzywa na obiad i trzeci gdy pamiętam o ładowarce, żeby się przed spaniem nie denerwował. Czasami zaplatam mu bardzo ostentacyjnie. Żeby widział aż nadto. O jak ja mu pięknie ten warkocz plotę! On wtedy albo wybucha śmiechem, albo mnie szybko sprowadza do pionu, gdy okazuje się, że moje plecenie to taka popierdółka w porównaniu do tego jak zaplatać potrafi on.
    I różnie nam to wychodzi, ale na koniec dnia, kiedy zerkam do lusterka, albo dotykam dłonią tego warkocza, gdy czytam przy nocnej lampce, to wiem, że to jest prawda. Małżeństwo jest jak warkocz.
    Najbardziej lubię, gdy ten warkocz małymi rączkami głaszczą nasze dzieci i mówią, że jest piękny.
    Jeśli zgubi się nam wstążka, nauczę się szyć, aby uszyć na nowo identyczną. Jeśli zrobi się kołtun, to choćby miała się urwać rączka od grzebienia, będę rozdzielać te włosy palcami.
    I zrobie to wszystko, bo wiem, że On zrobi także. Że ten nasz wspólny warkocz się jak życie po prostu plecie… I jak kwiecień… Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata.
    I na starość mocniej przyjdzie nam te włosy zaciskać, bo będą słabsze i trudniej w upięciu utrzymać.
    I kiedyś, gdy do trumny przyjdzie mi ułożyć mu ten warkocz, albo jemu mój, zobaczymy ten warkoczyk, na którym nie było jeszcze siwych włosów, i który pletliśmy razem, lata temu, jak letni, luźny warkocz do zwiewnej sukienki i kapelusza… 
    A potem spadnie wieko trumny i uświadomisz sobie, że samemu można, ale razem o tyle łatwiej dbać o ten splot życiowych konieczności i zdarzeń…