• ludzkie gadanie.

    „Żyje się spokojniej, gdy nie mówi się wszystkiego, co się wie, nie wierzy we wszystko, co się słyszy, a wobec reszty tylko się uśmiecha…”

    Byłam kiedyś gościem pewnego wydarzenia. Wielka, pokaźna feta z okazji technologicznych odkryć pewnej dużej europejskiej firmy. Odkrycie to pozwoliło Im na znacznie szybszą pracę, większe zyski, mniejsze straty. Mnóstwo ludzi. Mężczyźni w garniturach, kobiety w wieczorowych sukniach. Modnie podane potrawy i wyszukane drinki. 
    Późnym wieczorem stoję na tarasie tego hotelu. Obok stoi kilkoro mężczyzn.
    Przysłuchuję się rozmowie. Po krótkim czasie wywnioskowałam, że są to ludzie będący blisko odkrycia, na cześć którego wszyscy się tam znaleźliśmy.
    Na zmianę przekrzykiwali się odnośnie swoich zasług, wartości swej osoby przy tym sukcesie, majątku jaki do nich za to spływa, wyposażenia aut terenowych jakie za te pieniądze kupują, swej niezbędności w niniejszej firmie.
    Tylko jeden mężczyzna stał i nie mówił nic. Co jakiś czas grzecznie odpowiadał na kwestie ściśle techniczne, gdy go o to zapytali..
    Na drugi dzień widząc tego mężczyznę na korytarzu, zagaduję kolegę – kim jest ten facet?
    W odpowiedzi dostałam – wynalazca. autor i ojciec tego sukcesu, który tu oblewamy.

    Siedzę ostatnio przy dużym stole. Urodziny znajomego. 
    Im później tym mniej ludzi dookoła. Zostaję i czekam by pomóc posprzątać.
    Na samym końcu rozpoczyna się dyskusja na temat wypadku. Niegroźny, nikt nie ucierpiał.
    Dyskusja zażarta. Zamiast wymienić informacje, spostrzeżenia, Oni są w stanie walczyć do ostatniej krwi.
    Zwykła sprawa. Stuknęły się dwa auta.  Nie ich, ani nawet nie ich znajomych.
    Kiedy już w ciszy, z nowo poznaną dziewczyną wkładamy naczynia do zlewu, Ona uśmiecha się pod nosem, widząc jak się już do siebie przy stole nie odzywają. Pytam więc o co chodzi.
    Bo wiesz, ten wypadek był pod moim domem i byłam jego świadkiem, żaden z nich nie ma racji – odpowiada.
    Czemu Im tego nie powiesz – dopytuję Ją.
    A widzisz sens wyjaśnienia i włączenia się do poziomu tej dyskusji? – dodała.

    Z jedną z moich najlepszych przyjaciółek mam bardzo często różnicę zdań w związku z sympatią do piosenkarzy, aktorów i ludzi mediów w ogóle.
    Nigdy się o to nie kłócimy, ale zawsze każda dopowiada jeszcze jedno i jeszcze jedno zdanie.
    A może ją przekonam, a może zmieni zdanie, a może ją polubi…
    Kiedy ostatnio napisała mi, że nie może patrzeć na wokalistę X, odpisałam Jej, że ja Go bardzo lubię..
    I choć wymieniała jeszcze potem z jakich powodów nie darzy go sympatią, ja ten temat już zostawiłam i uśmiechnęłam się do Niej przez ten telefon.
    Bywa i odwrotnie, że ja Kogoś zdzierżyć nie mogę, a Ona go uwielbia.
    Całe moje życie byłam z tych „dyskutujących”, broniących swojego zdania. Zaciekle i zażarcie.
    Czas pokazuje mi i to co potrafię zmienić w sobie, że człowiek się tylko z tym utruł.
    Wciąż nie umiem jeszcze aby zawsze zachować w sobie ten spokój. 
    Nadal nie udaje mi się to względem rodziców, może to kwestia tego, że dzieckiem dla rodzica nie przestaje się być nigdy.. 😉

    Kiedyś mój nauczyciel od historii teatru mawiał, że jak będziemy w Jego wieku to…
    Czasami odpowiadałam Mu, że długość wąsa nie świadczy o mądrości.
    Dziś wydaje mi się, że świadczy. Ale tylko wtedy, gdy jesteśmy uważni i refleksyjni.
    Kiedy przyglądamy się sobie, konsekwencjom naszego zachowania i cierpienia bądź radości z tego płynących.

    Dostrzegam, że skromność, brak chęci do walki, dystans, samokontrola, świadomość siebie, pokora w słowie pozwala żyć lżej. Mniej się tym życiem umęczyć.

    Jeszcze kilka lat temu byłam podatna na słowa w komentarzach, opinie ludzkie. 
    Wnosiłam się ku górze, bądź opadałam na dno. 
    Dziś wiem, że nawet gdy piszecie, jaka jestem wspaniała, mądra, i niesamowita, to jest to zaledwie obszar waszego wyobrażenia o mnie, przez pryzmat tego co piszę, a jeszcze bardziej przez pryzmat tego co czytacie.
    Jestem świadoma ogromu swoich wad. Trudów charakteru.
    Tego, że wiele z Was spędzając ze mną jeden dzień stwierdziłoby – rany Boskie co ja w Niej widziałam?!
    Samoświadomość pozwala też przechodzić obojętnie obok zarzutów obcych. Już mną nie targa, nie powoduje rozdrażnienia. 
    Jestem świadoma swojej wartości jako człowiek i nie można kilkoma zdaniami pozostawionymi anonimowo w internecie, czy w plotkach międzyludzkich, podważyć mojego świata i poczucia wartości siebie i życia jakie mam i prowadzę.
    Nie mówię o popadaniu w skrajne opinie. O uwielbieniu swojej osoby, bądź jej potępianiu.
    Mówię o wnikliwej obserwacji siebie. O obiektywną ocenę dobrego i złego.
    Wtedy pracując nad sobą i przekładając ową pracę na czyny codzienne, nie dać się ludzkim opiniom.
    Chyba, że bliskich i konstruktywnym.
    Tylko wtedy, niezbędna jest mądrość obserwacji siebie z boku. Bez usprawiedliwień.
    Czysta, prawdziwa ocena.
    Zatem wielka wygrana, gdy nie dajemy się ponosić zarówno komplementom jak i naganom.
    Nie oceniać siebie przez pryzmat oceny innych.

    Buddyzm mówi, że najwyższy sukces jaki człowiek może odnieść w samorozwoju to dystans.
    Być jak taki lew, że kiedy rzucają mięso i wszyscy sobie je rozrywają i sięgają aż do gardeł, to Ty leżysz  w słońcu z boku i obserwujesz.
    Dystans to świadomość. Dystans to nie zawsze cisza z naszej strony i obserwacja.
    To akceptacja sytuacji, która zaistniała. Pogodzenia się z nią. Lub odcięcia oceny, krytyki.
    Jeżeli już jest to przejścia obok, lub wzięcia udziału, jednak z całkowitą świadomością chęci i nie poddawania się emocjom.
    Aby osiągnąć ten najwyższy szczebel samorozwoju, należy odciąć się od złości, być świadomym swoich wartości (o które trzeba dbać i szlifować), odciąć od złych wspomnień, pogodzić z tym na co wpływu nie mamy, zaakceptować to co dla nas czasami niezrozumiałe, skupić się bardziej na tym co dobre.  Uświadomić sobie, że zwyczajnie nie warto tracić tak często czasu i energii na to, co nie ma wpływu na nasze domowe zacisze i nasz świat wewnątrz naszego ciała.

    Nie pamiętam Kto jest autorem tych słów, ale jakoś tak mi się coś wspomina, że mój Tato tego często używa. Zatem może On. Bardzo prawdopodobne.
    Mój Tato mówi bardzo powoli, co akurat mnie doprowadza do szału, bo ja już mam sto myśli w głowie na odpowiedź, a On pierwszego zdania nie skończył.
    Za to wszystkie moje przyjaciółki Go za to wielbią, i często naśladują jak mówi Tata Andrzej.
    a brzmią one „skoro tak mówisz, to widocznie masz rację”.
    Oczywiście zdanie to idealnie skomponowane do rozmów z ludźmi inteligentnymi i właśnie refleksyjnymi.
    Do głupka nie trafią, będzie myślał, że zwyczajnie wygrał rozmowę i ma rację. Choć to byłby ten dystans właśnie – niech myśli co chce, ważne, że ja znam prawdę o sobie i sytuacji.
    Kiedy Twój rozmówca w swoim monologu ma same zarzuty, mówi to tonem podniesionym i agresywnym, to czy zawsze jest sens włączać się i stwarzać dialog?
    Zatem często słowa „skoro tak mówisz, to widocznie masz rację” zwyczajnie wytrącają przeciwnika z jego zamierzeń i planów.
    A uwierzcie, że zaraz po ich wypowiedzeniu człowiek ma taką z siebie satysfakcję..
    Nie jest to niestety lekarstwo na każdy dialog czy kłótnie. Niektóre trzeba po prostu przegadać.
    Jednak często po takiej odpowiedzi i przemilczeniu sprawy, powrót do tej rozmowy (z człowiekiem na dużym stopniu samorozwoju) już wygląda o wiele spokojniej, bardziej rzeczowo, sprawiedliwie i obiektywnie..

    Co do reszty, często wygrywa ten który tylko się uśmiecha..

  • tablica ogłoszeń

    Dziś taki tytuł, bo ogłoszeń będzie kilka.
    Zaczynamy. 
    Pierwsze, na allegro jest do wylicytowania na rzecz WOŚP zestaw.
    Książka „Blog”, „O życiu”, „Liść”, plakat „Alfabet” i zawieszka.
    Link do aukcji TUTAJ.
    Trzymam kciuki, w tamtym roku książka „Blog” i plakat „alfabet” poszedł za ponad 300 zł!
    Oczywiście wszystkie 3 książki z dedykacjami.


    Druga sprawa. 

    Jest już całkowita końcówka kolekcji „Cotton 100%”.
    I ostatnie zniżki do 40%. TUTAJ.
    Plus darmowa wysyłka.
    Od dziś, do końca stycznia jest darmowa wysyłka na wszystko. Nie ma kwoty minimalnej.
    (Dla tych co dokonali zakupu w styczniu, a paczka jeszcze nie wyszła, dokładam coś w prezencie, aby nie złościli się, że po co z zamówieniem się pospieszyli 😉 )


    trzecia sprawa..
    Konkurs Literacki trwa. Ilość Waszych zgłoszeń i prac przerasta moje oczekiwania. Myślę, że na jednej publikacji się nie skończy. Wszystkie zgłoszenia schodzą. Są drukowane. Czytane. 
    Będę odpisywać na te maile w ostatnim tygodniu stycznia. 
    Zatem jeżeli Ktoś nie otrzymał mojej odpowiedzi, mail doszedł, nie martwcie się. Będę zatwierdzać wszystko do końca stycznia.

    czwarte ogłoszenie 🙂
    Jakby Ktoś miał ochotę to na portalu MINT, pojawił się artykuł z nami, który był w gazecie Mammazine (edycja lato). Zdjęcia i wywiad.
    Więcej zdjęć do zobaczenia TUTAJ.
    A wywiad kopiuję i wklejam.


    MINT: Ciekawa jestem, skąd pomysł na chatę w skandynawskim stylu – to realizacja marzeń i chęć stworzenia waszego miejsca na Ziemi?

    JULIA ROZUMEK: Wydaje mi się, że tak naprawdę do skandynawskiego stylu to jej daleko. Takie określenie przyjęło się wśród znajomych czy moich czytelników. Skandynawia kojarzy mi się bardziej z bielą, minimalizmem, a u nas – taka trochę graciarnia. I choć co jakiś czas próbuję nas „odgruzować”, to za chwilę jest podobnie. Chyba taka natura moja i męża. Nie mieliśmy zatem żadnego planu, by dom był podobny do jakiegoś konkretnego stylu, wzoru. To połączenie wspólnych wizji dało taki efekt.

    M: Kiedy pomyślałaś: chcę właśnie tak mieszkać?

    JR: Nigdy nie miałam myśli, że właśnie tak ma być. To wszystko powstawało samo i powoli. Wiadomo, pojawiła się myśl o budowie domu. Oczywiste też było, że ma być z bali i trochę z cegieł. Cudowne jest to, że z mężem zgadzamy się dosłownie we wszystkim, jeżeli chodzi o te wnętrza i dekoracje. Często podczas budowy pytał, jakie mają być, ja zawsze odpowiadałam – wybierz, jakie chcesz, bo na pewno będą dokładnie takie, jakie ja bym wybrała. I zawsze były dokładnie takie. A odpowiadając na pytanie, to nigdy tak nie myślałam, bo miałam skromniejsze marzenia, nie przypuszczałam, że trafi mi się taki zaradny mąż, a co za tym idzie – ten właśnie dom.

    M: Czy styl domu to wypadkowa waszych preferencji i gustów designerskich czy zupełny przypadek?

    JR: Myślę, że to całkowicie wypadkowa naszych preferencji i gustów. Przypadkiem jest, że mamy np. tę, a nie inną szafę, bo na giełdzie staroci szuka się czegoś w wybranym stylu, a nie konkretnego przedmiotu, ale zdecydowanie poszukujemy i kręcimy się dookoła naszych upodobań, a potem je realizujemy.

    M: W którym miejscu najczęściej i najchętniej spędzasz czas?

    JR: Odpowiedź na to pytanie podzieliłabym na dwie części. Pierwsza odnosi się do tego, gdzie najczęściej spędzam czas z racji tego, że pracuję w domu, mamy małe dzieci oraz że lubimy gotować i jeść w domu. Jest to zatem kuchnia, która jest połączona z jadalnią i salonem. Tu spędzam 90% dnia. Tutaj też mamy prawie wszystkie zabawki i kąciki dla dzieci (biureczka, domki). A jeśli chodzi o drugą część pytania – marzy mi się, by spędzać więcej czasu w wannie czy w fotelu bujanym z ulubionymi książkami, ale prawda jest taka, że… gdybym chciała to bardzo robić, to bym to po prostu robiła. Zatem odpowiedź jest jedna i ta sama – najczęściej przebywam w naszym kompleksie kuchenno-jadalniano-salonowym.

    M: Czym kierowałaś się przy wyborze mebli i dodatków?

    JR: Całkowicie swoimi potrzebami estetycznymi. Coś gdzieś wpada mi w oko i przynoszę to do domu. Już podczas budowy gromadziłam różne meble z targów staroci. Nie kompletowałam ich ani nie dopasowywałam, dopiero po wprowadzeniu je wstawialiśmy i one tak, chcąc nie chcąc, musiały się polubić.

    M: Z którego mebla jesteś najbardziej dumna?

    JR: To zależy. Pod pojęciem dumy rozumiem dumę przed sobą, bo ludzie mają różne gusta i każdemu z nas podoba się coś innego. A ja wszystko lubię podobnie. Może zegar stojący, bo zegarów miałam przesyt, przez to, że zajmował się nimi mój Tato. Były dla mnie już zbytnio opatrzone, zbyt ozdobne. Lubię ten, który mieszka u nas. Takie klasyczne Art déco.
    Lubię też kanapy w salonie, szafki biblioteczne, wóz dziecięcy, drewnianą apteczkę, meble w biurze.

    M: A którego za żadne pieniądze byś nie oddała?

    JR: Hmm… chyba nie ma takiego. Za żadne pieniądze nie oddałabym szczęścia mojej rodziny, dlatego już nie pracuję tyle, co kiedyś. Kocham nasz dom i jego wnętrze. Ale to ściany i przedmioty. Może inaczej – mam wielki sentyment do wielu z nich, ale gdyby ich sprzedaż mogła przynieść ukojenie jakiegoś problemu duchowego czy innego, to byłabym w stanie z nich zrezygnować.
    Nie oddałabym moich walizek z pamiętnikami, liścikami z lat szkolnych itp. Ale to nazywam wspomnieniami, to raczej nie przedmioty. Choć często śmiejemy się z mężem, że gdybyśmy mieli stąd uciekać, to w pierwszej kolejności pod pachę złapiemy ekspres do kawy. Trudno by mi było oddać deski, które mój Tata nabijał na ściany podczas upalnych dni budowy, czy bale do ciemnej nocy szlifowane przez mojego męża…

    M: Nasza sypialnia to marzenie niejednej z nas, skąd pomysł na taką przestrzeń?

    JR: Zanim zaczęliśmy projekt i budowę, już mi się bardzo podobało takie rozwiązanie – wanna w sypialni. Mąż podchwycił pomysł. Sufit zostawiony do samego szczytu, by uzyskać większą kubaturę, a przez to lepsze powietrze do spania. Mam nadzieję, że będzie to pomieszczenie, na które przyjdzie czas. Dziś żyjemy w pędzie, ale lada moment dzieci będą miały więcej swojego świata, a ja położę się z książką w tej wannie. Otworzę na oścież okna i wieczorny letni chłód będzie oplatał mi ramiona. Kwestia samej zabudowy wanny i takiego jej ułożenia to moja wizualizacja, a męża wykonanie.

    M: Jaki wpływ mają Twoje dzieci na kreowanie przestrzeni?

    JR: Chyba kluczowy. Niskie pufy, by zawsze mogli się położyć czy usiąść wygodnie. Wóz na dole z ich zabawkami, książkami. Huśtawka, domki, hulajnogi, autka, rowery. To wszystko zajmuje najwięcej miejsca. Jeżeli chodzi o dobór mebli czy dodatków – są za mali, by w tym pomagać, choć autorką pokoiku Tosi jest ona sama. Nie wtrącam się, nie dekoruję. Czasami proponuję, a ona mówi, czy też ma na to ochotę.

    M: Widzę dbałość o detal, meble i dodatki niby często z innej bajki, ale tworzą jedną spójną całość – to efekt zamierzony?

    JR: No właśnie, zbieram, kupuję to, co mi się podoba. Nie zastanawiam się, czy będzie do siebie pasować.
    Okazuje się jednak, że nie idąc za trendami, a jedynie za własnymi potrzebami, gdy stawiamy koło siebie dwie rzeczy, totalnie w naszym guście – zawsze będą do siebie pasować. Nigdy chyba nie było u nas kupowania czegoś pod coś. Zawsze każdy przedmiot jest osobną jednostką, która potrafi się zakumplować z resztą i wygląda, jakby właśnie tak miało być i jak gdyby urodziły się razem.

    M: Czego nie mogłoby zabraknąć w Twoim domu?

    JR: Dziś już wiem, że tej dużej przestrzeni wspólnej. Połączenie kuchni, jadalni i salonu jest cudownym rozwiązaniem dla rodziny, która chce żyć razem. Mamy dom bardzo otwarty, jest u nas zawsze dużo gości, rodziny. Idealnie sprawdza się to rozłożenie. Widzimy dzieci, gadamy przy stole, ktoś robi pizzę przy blacie kuchennym. Nie mogłoby też zabraknąć drewnianych podłóg. I plakatów z sentencjami, które kocham, np. mojego ulubionego Myśliwskiego.

    M: Kwiaty, motyle, rysunki przyrody – natura jest Wam wyjątkowo bliska?

    JR: Zarówno ja, jak i mój Adaś urodziliśmy się i wychowaliśmy na wsi. Teraz też mieszkamy pod lasem. Myślę, że natura i jej odgłosy, zieleń za oknem to ukojenie dla człowieka. Odpoczynek. Kiedyś czytałam artykuł o tym, co daje długotrwałe szczęście. Podobno zamieszkanie blisko zieleni. Uważam, że dużo w tym prawdy.

    M: Jak określiłabyś charakter i styl Twojego domu?

    JR: Hmm… Czy da się go w ogóle określić jednym słowem czy konkretnym stylem? Trudno mi powiedzieć. Połączenie antyków z przestrzenią; drewna z dużą ilością szyb. Nie wiem, chyba się na architekturze nie znam na tyle, by móc to, co tutaj stworzyłam, nazwać jednym słowem.

    M: Widzę wiele cudownych detali w domu, gdzie Ty to wszystko wyszukujesz?

    JR: Rożnie. Są takie, które mamy z mężem od lat. Wiele z nich skupujemy na giełdach staroci, coś wynoszę z muzeum antyków mojego Taty. Coś dostajemy, przychodzi przypadkiem. Ale głównie jestem nastawiona na to, by być cierpliwą i odnaleźć właśnie to „coś” niż kupować na szybko byleby było i już stało.

    M: Jakie masz priorytety w tworzeniu tego domu i przestrzenii?

    JR: Aby nie robić nic wbrew nam. By wszystko, co się w nim pojawia, było jakby wyjęte z naszych marzeń aranżacyjnych. A przede wszystkim, by mieszkanie z tym wszystkim tutaj było jedną harmonią. Całością. Żeby wtopiło się w przestrzeń, jak gdyby od zawsze tu było…
    A poza tym – klasyka. Klasyka sprawdza się zawsze i wszędzie. Klasyka nigdy nie męczy i mało kiedy się nudzi.

    M: Czy te wnętrza to twój powrót do dzieciństwa?

    JR: Całkowicie. Wychowałam się w drewnianym domu, pełnym staroci, bo Tata jest kolekcjonerem. A jako że było to wspaniałe dzieciństwo, to chciałabym, by nigdy się nie kończyło, choć drewniane ściany tego domu czuwają już nad snem moich dzieci…

  • Ona z tych czytających..

    Po pierwsze, jedną z największych radości są Wasze komentarze.
    I choć niestety nie zawsze mam czas na nie odpisywać, to czytam po kilka razy, czytam na głos Adasiowi, śmieje się z nich i wzruszam.  I choć internetu nie wielbię, tak niesamowitym jest fakt, jaką „rodzinę” można zgromadzić przez 6 lat blogowania. Ja niektóre adresy mailowe, jakie zostawiacie przy komentarzach znam na pamięć. Przez tyle lat, wzrokowo się utrwaliło.
    I choć to mało spotykane w dzisiejszym świecie, to hejt u mnie pojawia się sporadycznie, może raz na trzy/cztery miesiące, a to świadczy o kulturze i poziomie czytelnika. Jesteśmy zgraną „rodziną”.
    Pisze o tym, bo akurat czytałam na kokpicie komentarze..
    A post dziś będzie czytelniczy.

    Wrócił ostatnio mój mąż z sauny. Późny wieczór. Dzieci śpią. Wpadł kolega. Ja robię makatkę. Znaczy grdule ją. Telewizor w tle gra. Siedzę na tej kanapie jak babuszka pochylona i tkam.
    Chłopcy gadają o filmach, serialach.. I pada gdzieś pomiędzy, zdanie z ust Adasia, że Jula to z tych czytających. Kolega mówi, że zabrzmiało to, jakby w Młodej Polsce XIX wieku, bo wiesz „Jula z tych czytających, grających na fortepianie, pobierających nauki o świecie i język francuski szkoli…”..
    A Adasiowi chodziło o to, że czytających tzn, książka 400 stron w dwa dni.
    Że czytam wieczorem, podczas gotowania, popołudniami i wieczorem.
    Że czytam w każdej wolnej chwili.
    Miewam owszem okresy totalnego odłączenia się od książek. Ale nie trwają dłużej niż dwa tygodnie.
    I w ostatnim tygodniu grudnia, będąc całkowicie poza światem internetowym (polecam każdemu), połknęłam ten oto zbiór…


    Zaczynam od góry.
    Sekretne życie pszczół – to bestseller chyba z roku 2008. W moje ręce trafił dopiero teraz. Dostałam go w wielkiej paczce świątecznych prezentów od czytelniczki, która jest już Babcią. Ten rozmach wiekowy moich czytelników jest nieprawdopodobny. Najlepszy po prostu. 
    Oszalałam. Zwariowałam. Są książki przy których trzeba przejść jakieś strony, przerzucić kilka, kilkanaście kartek by dać się pochłonąć. Ta ukradła mnie od pierwszej. Dosłownie. Ukradła mnie rodzinie i światu. Liczyło się tylko czytanie. I nawet nie chodzi tyle o historię tam zawartą, choć jest genialna, a o styl pisania.
    Narracja jest prowadzona w ulubionym przeze mnie stylu. Jedna z najlepiej napisanych książek jakie czytałam w swoim życiu. Narratorką jest 14 letnia dziewczynka. Jej postrzeganie świata, wyobraźnia…
    Tego samego dnia gdy zaczęłam ją czytać, poleciałam do empiku, kupiłam ją mojej przyjaciółce i wysłałam na Cypr. Miałam wrażenie, że ona jest narratorką. 
    I uważam, że wielkie brawa należą się tłumaczowi tej książki. Bo przecież została napisana w innym języku. Brzmiała zupełnie inaczej. A każde słowo ma tyle znaczeń w tłumaczeniach. To Jego zdolność dobrania odpowiednich. Poprowadzenia tak a nie inaczej danego zdania. Wielki talent!! Myślę, że tłumacz to niezwykły, niedoceniony przez świat pisarz. 
    Zapisuję tę książkę do pierwszej piątki najlepszych jakie czytałam.
    Po przeczytaniu, obejrzałam film na jej podstawie. Nie dorasta książce do pięt. Choć zrobiony dobrze, to daleko mu do tego, jak świat książkowy wyglądał w mojej wyobraźni.

    Celibat – Jeżeli kiedyś mistrzami reportażu był Szczygieł albo Tochman, to dla mnie na prowadzenie wyszedł Wójcik! Nawet się łokciami nie musiał przepychać. 
    Książkę czyta się na raz. Nie odchodzi się od niej. Płynie się. Po słowach, stronach.. 
    Nie, nie jest to książka dla przeciwników kościoła, lub dla Ich zwolenników.
    Ta książka jest o człowieku, który zostaje księdzem i zostaje mu narzucony celibat. A On nadal jest mężczyzną. Ma potrzeby cielesne, duchowe. Nie tylko do Boga, ale do drugiego człowieka.
    Każdy reportaż jest o innym księdzu. Są skrajnie gorzkie historie, wręcz obrzydzające człowieka, jak i historie pełne współczucia, zrozumienia, opowiadane przez dobrego człowieka – księdza.
    Często bywa, że dany piosenkarz, czy projektant ma taki styl, że jedno do drugiego podobne.
    Wójcik w swojej książce o celibacie prowadzi wiele historii i każda z nich tak od siebie różna w stylu i sposobie narracji. 
    Każda z opowieści, wywiadów, jest zapiskiem historii prawdziwych, zapisu których dokonał pisząc i robiąc badania na studiach. 
    Książka doskonała! Zarówno jako poziom literacki, jako zawarta treść i poznawanie świata czy kształtowania w sobie opinii. 
    Osobiście odstrasza mnie kościół. Z różnych względów. Chociażby smutku jaki niesie chrześcijaństwo. Gdybym miała kiedyś się nawrócić, to najbliżej byłoby mi do buddyzmu. Daleko mi też z racji skrajnie innych przekonań, od tych które niesie kościół.Podczas nocnego spaceru w Wigilie, poszłyśmy z Mama, Siostra i Nela na pasterkę. Przyjrzeć się ludzkim zwyczajom, innym pasterkowym obyczajom. Tak tam było „grobowo”, a przecież Pan im się narodził. Powinni się radować. A tylko mnie noga drygała przy kolędach. Z szacunku do obyczajów innych ludzi, wzięłyśmy pieniądze na tace. Ale schowałam spowrotem do kieszeni, gdy okazało się że to na obronę życia poczętego. Bo ja jestem wyznawcą innych przekonań i racji. I wole to dać na obronę życia chorego u Jurka Owsiaka. 
    Ale staram się na to wszystko patrzeć obiektywnie. Są dobrzy i źli motocykliści. Dobre i złe matki. Dobrzy i źli lekarze. I z szacunku do wierzących nie napiszę co myślę o instytucji kościoła, tak myślę, że i tam są dobrzy i źli księża. Książka warta wielu nagród.

    Esesman i Żydówka – szukałam jej długo i wytrwale. Przez ten czas w mojej głowie rosła wielka tęsknota do chwili gdy zacznę ją czytać, gdy zaczną w mojej głowie powstawać obrazy jej dedykowane.
    I chyba trwało to zbyt długo, bo moje wyobrażenie o niej było tak mocno wyidealizowane, że stało się zupełnie inne niż książka. 
    Pomysł na książkę doskonały, wręcz najlepszy jeżeli pisać o miłości.
    Uwielbiam literaturę osadzoną w czasie II wojny światowej.
    Jednak chyba zbyt mocno urosła ta historia we mnie podczas oczekiwania…
    I w tym doszukuje się powodu, bo oceny na „lubimy czytać” wysokie i dobre.

     Wszystkie moje kobiety – styl pisania Wiśniewskiego znany chyba każdemu. Potrafi rozłożyć na łopatki prawie każdą kobietę. I nawet wymagającego dobrej literatury mojego Tatę, który też widziałam czytał owego autora. Rozległa wiedza pozwala mu rozwijać wiele wątków. Ciekawych, poznawczych, naukowych.
    Jest wnikliwym obserwatorem ludzkich uczuć, zachowań i perfekcyjnie przekłada to na papier.
    Dotyka uczuć ludzkich o których każdy wie, ale ani nazwać nie potrafi, ani nie ośmiela się tego robić.
    Kolejne książki J.L. Wiśniewskiego nie są wielkim odkryciem, bo jego styl jest już dobrze znany, ale zawsze warto przeczytać. Robi to po prostu bardzo dobrze. 

    Wróżka – moje ulubione czasopismo. Każdy wtedy patrzy na mnie jak na jakąś babę ze wsi co o horoskopach czyta. Myli się ten, kto gazety tej nie miał a tak ocenia.
    Jestem maniakiem kupowania gazet. I np. w wielu miesięcznikach zaczynam czytanie od strony 47 bo 46 to reklamy perfum i torebek. Potem schemat znany bo wywiad ze znanym aktorem z Ameryki, potem o odchudzaniu, kosmetykach, kilka przepisów i znowu reklamy. Estetycznie piękna.
    Za to wróżka klasyką i minimalizmem elegancji nie tryska, ale w ostatnich dwóch numerach z zapartym tchem przeczytałam o:
    kłamstwie,
    czwartym królu, który zostaje w opowieściach pomijany. Kim był i co go zatrzymało.
    o Workucie w Rosji. – genialny artykuł.
    polskiej Dr Dolittle
    gwałtach w Hollywood
    o historii Briana Grovera i Jeleny w czasie wojny – piękna!
    o Corze Pearl – moje ulubione artykuły
    genialne cykle to „zbrodnia to niesłychana” o najbardziej zagadkowych morderstwach na świecie.
    fantastyczny artykuł o mięsie. o hormonach stresu jaki powstaje w hodowanych zwierzętach i jaki my potem zjadamy.
    o najbardziej znanych Casanovach – Głowacki, Pluciński, Niemczyk, Rasputin, Sinatra itp..
    Okuniewo w Rosji
    o Jersey Lili
    „Niebo w szpitalu psychiatrycznym” o Van Goghu
    o Chaplinie
    o Charlesie Mansonie
    o średniowiecznej księdze ginekologicznej
    o ostatniej kobiecie skazanej za czary.
    moje ulubione działy „zagadki historii”
    i o wiele wiele więcej!
    napisane na wysokim poziomie, z pomysłem, z wielką wiedzą.
    i nie są to pełne zabobonów i tandetnych opisów artykuły a bardzo dobrych faktów.
    Uważam, że to jest czasopismo tak niedoceniane poprzez swoją nazwę i styl okładki, że aż szkoda..
    Czekam na każdy kolejny numer z wielką niecierpliwością.. Jak chyba na żadną gazetę w swoim życiu.

    Tyle to naczytałam przez tydzień. Ile człowiek ma czasu jak nie skroluje tych portali społecznościowych..
    udało się Wam coś przeczytać w święta, czy mieliście akurat czas lenistwa (uważam niezwykle potrzebny do prawidłowego i dobrego życia) ?
    dobrego weekendu Moi Drodzy :*