• Polana – agroturystyka & winnica


    Z Polaną jest jak z miejscami, w które wraca się jak do domu.
    Nawet gdybyśmy byli tam zaledwie raz, wracając zawsze czujemy się bezpiecznie, przytulnie, swojsko. Z poczuciem pewności, że będzie dobrze.
    Każdy z nas ma takie miejsca. Taka psychiczna beztroska.
    Dom przyjaciółki z liceum, mieszkanie koleżanki z pracy, altana na działce u znajomych, wakacyjny hotel sprzed lat, podwórko brata… Tam zamykasz oczy i potrafisz mieć spokojną głowę.
    Kiedy wczesnym porankiem wjeżdżaliśmy w bramę Polany, krzyknęłam pełna entuzjazmu „Adaś, ja tutaj kiedyś byłam!”
    Dwa lata temu, na panieńskim mojej przyjaciółki, wycieczka rowerowa poprowadziła nas do pewnej winnicy i degustacji win.
    Pamiętałam obrotową huśtawkę na szerokim ramieniu, z której można było oglądać całe Roztocze. No, na pewno pół 🙂
    Od huśtawki w dół, ciągnęły się alejki winorośli. Przepiękne, na drewnianych belkach mocowane. Równe i wypielęgnowane, jak we Włoskich filmach o miłości.
    Można było sobie od razu wyobrazić końcówkę lata i wielkie drewniane bale pełne dojrzałych, soczystych owoców, które ugniatają stopy kobiet w zwiewnych, lekkich sukienkach.
    Właściciel winnicy szybko wyprowadził mnie z błędnych ścieżek mojej wyobraźni, gdyż czasy się zmieniły i wina robią się w „maszynerii”. Maszynerii, którą miałam okazję zobaczyć, poznać, dotknąć.
    Nie jestem miłośniczką wina. Stop! Nie byłam miłośniczką wina!
    Historia i podróż w jaką zostałam zabrana przez właścicieli Agroturystyki Polana odmieniła ten stan.
    I nie tyle stan upodobań, jak również pokorę do mojej pewności i przekonań.
    Kiedy widziałam ludzi kręcących napojem w wysokim kieliszku, przykładających nos do brzegu, myślałam „co oni w tym widzą?” albo „co za dziwna pasja?”…
    Dziś, zazdroszczę wszystkim tym, którzy dali się pochłonąć i porwać temu odkrywaniu smaków i połączenia owoców.
    Pamiętam jak chodząc do szkoły, potrafiłam pokochać przedmiot dzięki nauczycielowi. Dzięki temu jak opowiadał,  jaki był i jak potrafił wprowadzić nas w świat, w którym każdy z nas zapominał, że siedzi w szkolnej ławie..
    W Winnicy Polana śmiem twierdzić jest najlepszy nauczyciel w świecie wina. Dokonał niemożliwego.
    Ja, miłośniczka słodkiego i niskoprocentowego jak kompot nektaru Bogów, rozsmakowywuję się w wytrawnych trunkach. Łapię kieliszek u podstawy i kręcę napojem uwalniając jego zapach.
    Wjeżdżając w bramy Polany, pierwsze co skrada moje serce to ład, porządek, harmonia i spójność.
    Wszystko co Cię otacza jest wizualnie „smaczne”.
    Alpaki, jak psy, które można przytulać i całować po nosie. Czyściutkie, zadbane, miękkie.
    Ich przeuroczy domek, wybieg, sosny i rokitnik przypominają mi zagrodę wielbłądów na Cyprze.
    Agroturystyka Polana to trzy domy do wynajęcia. Dwa drewniane przy winnicy i trzeci, nowoczesny odrobinę oddalony od gospodarstwa.
    Gospodyni serwuje nam śniadania – skarby ze swojego ogródka. A w nich pełno krzaków, które uginają się od pomidrów, papryk, cukinii, dyń…
    Regionalne przysmaki sycą nasze podniebienia zaraz po przyjeździe.
    Wszystko powoduje, że chce się tam zostać na dłużej. Nie tak łatwo jednak o termin noclegowy, co wcale mnie nie zaskakuje.
    To pełne swobody i uroku miejsce, z roku na rok jest coraz bardziej oblegane przez turystów. Jak wiemy, dobre wieści rozchodzą się z ust do ust bardzo szybko.
    Sama, gdyby ktoś dziś, zapytał mnie jaką agroturystykę polecam, z czystym sumieniem, bez zastanowienia pokazałam bym drogę do Polany. A dzięki temu, gospodarze z roku na rok mogą inwestować w nowe atrakcję, gdyż więcej gości, to większe przychody.
    Kiedy chodzimy po winnicy, z tarasu macha nam małżeństwo, które przyjeżdża tu na połowę wakacji.
    Rodziny z dziećmi. Dla gości przygotowany basen z widokiem na świat i nieba pół.
    Można iść z alpakami na spacer. Rowerami zwiedzać leniwie Roztocze. Jeden dzień koniecznie zarezerwować na spływ kajakowy. Cały wieczór przeleżeć w hamaku z książką. I nie ma obawy, że ktoś ten hamak nam podsiądzie. Pograć w siatkówkę, badmintona. Zrobić ognisko. Można odnaleźć świat za jakim tęskni każdy dorosły, który takie wakacje pamięta u dziadków.
    W domkach jest możliwość samodzielnego gotowania, ale również gospodyni proponuje śniadania i obiadokolacje, które są tak apetyczne, że chciałoby się spróbować wszystkiego, a potem nie kończyć.
    Mam wrażenie, że wszystko to wychodzi z wielkiej lekkości człowieka, bo choć praca nie raz przy winnicy czy gospodarstwie ciężka, tak we właścicielach drzemie znacznie większa chęć do doceniania niż narzekania.
    A jak człowiek docenia, to natura mu chce podarować.
    A przecież bywały lata gdzie nie zebrali nic, bo przymrozki przyszły, gdy być już ich nie powinno.
    Machają na to ręką. Gdyby rozpamiętywali zbyt długo, nie szliby do przodu.
    A ich droga piękna. Nie tylko ta, która prowadzi do gospodarstwa a i ta życiowa.
    Dwadzieścia lat minęło od kiedy kupili puste pole. Nic. Nie było na polu nic.
    Powstał pierwszy budynek i powoli sadzili winogrona.
    Powoli, na ile pozwalały możliwości i czas..
    Gospodarstwo coraz bardziej przechodzi w ręce młodych, czyli córki gospodarzy.
    To z ich inicjatywy powstał basen i zadomowiły się alpaki.
    Role w agroturystyce podzielone równo. I mam wrażenie, że każdy robi to co kocha, bo chodząc alejkami między fioletowymi i zielonymi owocami czuje się, że rosną ku niebu dzięki włożonemu w to podłoże sercom właścicieli.
    Gospodarz opowiada mi jak obiecuje sobie co roku już nic nie dosadzać, a potem jak gdyby te słowa z pamięci ulatywały, bo pól z winogronami przybywa.
    Na szczęście dla ludzkości, bo dzięki temu miejmy nadzieję pojawią się w większej ilości miejsc, gdzie takie wino zakupić będzie można.
    Produkty Winnicy Polana wygrywają liczne konkursy, cieszą podniebienia na spotkaniach pasjonatów, czy targach branżowych…. a wszystko to zaczyna się o 4-ej nad ranem, gdy właściciel przychodzi obrywać liście dookoła kiści i wystawiać je do słońca.
    Każdy sukces człowieka, zadowolony klient, zafascynowana winem blogerka odwiedzająca winnice, bierze się z drogi jaką Państwo Popko zaczęli dwadzieścia lat temu. I pomimo przeciwności jakie niesie życie, nigdy z tej drogi nie zrezygnowali. Wręcz przeciwnie. Na tyle mocno pokochali, że to uczucie do tego miejsca przekazali córce.
    W Polanie można zażyć odrobiny adrenaliny na przejażdżce autami 4×4. Wziąć udział w warsztatach kulinarnych, sportowych, poznać sieć lessowych wąwozów, udać się do Lwowa z przewodnikiem.
    Zimą w saniach po skrzypiącym od mrozu śniegu pędzić w ciemną noc. Z plecaka wyciągnąć grzane wino.
    A przy płonącym w kominku ogniu, zamówić sobie masaż.
    Polana jest również zagrodą edukacyjną dla dzieci i młodzieży.
    I jeżeli ktoś mówi, że z kawałkiem ziemi można zrobić coś kreatywnego, spójnego, zgranego, z pomysłem i duszą to prawdopodobnie był w Lipowcu.
    Chciałabym wrócić tam kiedyś na dłużej. Z grupą przyjaciółek. Na kilka dni. Kajaki, ognisko, terenowe samochody, a wieczorem basen i rozmowy do północy w hamakach. A przy tym nie zapominać o nieustającej degustacji win ;).
    To takie miejsce, które dosłownie chciałoby się zjeść. W całości.
    Jest tylko jedno niebezpieczeństwo związane z ową agroturystyką…
    Można się w niej zakochać i trudno będzie wrócić do rzeczywistości…
    Tak, to takie miejsce o jakim myśli pisarz, w które chciałby wyjechać tworząc powieść.
    Chodzić wieczorami między alejami owoców, szeleszczących liści.
    Tak, to takie miejsce, w które chce się zabrać rodzinę i czuć ich przy sobie, odkrywając urok Polski.
    To również miejsce, w którym ze znajomymi chce się siedzieć do świtu przy ognisku…
    To miejsce, które z głowy człowieka nie wychodzi już nigdy, choćby zwiedził cały świat…


  • Boska Dolina


    Chrapy grają – ławą walą
    w słońca kurzawie, w płatach piany –
    przez piersi wichrów szyją stalą
    żółte ułany, polskie ułany – –
    I niósł ich wichr i niósł ich pęd,
    ten pęd, ten pęd, ten pęd, ten pęd,
    pęd opętany – –

    Józef Gałuszka, Szarża ułańska

    Gdzie na przydrożnych latarniach stoją bociany, gdzie w zalesionych nieckach kładzie się mgła, gdzie szumi potok i chłop z krową wraca do domu, tam ja w strugach deszczu przez Polski pół. Pan Antoni – gospodarz Boskiej Doliny, z naczepy spadł.
    Ale w tę środę mięliśmy się spotkać. I spotkania nikt nie odwołał.
    Na drodze stało nam wszystko, a potem jakby na końcu tej drogi staliśmy my. Na środku podwórka. Do późnego wieczora. Choć słońce dawno już zaszło. Pan Antoni wsparty na kuli, a ja w ubłoconych kaloszach… i trudno było tej rozmowie powiedzieć – dość.
    I wtedy każde wychodzące ze stajni dziecko na pożegnanie kłaniało się Panu Antoniemu nisko.
    Dzieci wsi, które swojego konia tam nie mają. Ale jakby miały je wszystkie.
    Migały mi przed oczami, jak chichotają między boksami, biegają boso po pełnych wody wybiegach, czyszczą, szczotkują myszate, gniade, kare… Widziałam jak tulą się do nich końskie łby. Te wielkie głowy koni tuliły się do włosów małych dziewczynek.
    Kiedy znikały za drewnianymi wrotami gospodarstwa, widziałam w wyobraźni, te dzieci jako dorosłych ludzi, którzy mówią… „wychowała mnie stajnia Pana Antoniego”.

    Po siedmiu latach blogowania, choć współprac podejmowałam się wielu, przyszedł czas aby zrobić to, czym chciałam i chciałabym zajmować się zawsze. Poznać i poznawać historię człowieka.
    Pewnego dnia otrzymałam maila z zapytaniem o współpracę, która ma na celu pokazanie bogactw wsi i ich rozwoju we wschodniej części naszego kraju.
    Wczoraj miałam urodziny. Życzyłabym sobie aby takich współprac było więcej.

    Gdzie mogę odkryć człowieka, pasję, historię, naturę.
    Gdzie mogę robić coś, dzięki czemu moje życie staje się wewnętrznie bogate.

    Pan Antoni wychowywał się przy lesie. Koleje życia poprowadziły go drogą, która niosła prosto do miasta… Życie tam i praca w wielkiej aglomeracji kuły go z dnia na dzień coraz mocniej.
    Odkrywszy miejsce, w którym dziś spełnia swoje pragnienia, postanowił dążyć do celu.
    Nie było łatwo. Trzy lata chodził dookoła tej ziemi, zanim udało się kupić.
    Na środku stała stodoła. Bez dachu i okien. Rzecby można patrząc z boku – ruina i chaszcze.
    Ale Pan Antoni widział już wtedy o wiele więcej.
    Bo w życiu zawsze bywa tak, że widzimy nie tyle ile dostrzegają nasze oczy, a tyle, na ile wielką mamy wyobraźnię. Obok wyobraźni stać musi pasja, siła i wiara.
    Kiedy przechodzimy między pastwiskami pytam, czy kiedykolwiek chciał zrezygnować…
    Pytanie nasuwa mi się, gdy patrząc na tę wielką ulewę opowiada, że na dwudziestu pięciu hektarach zostały nie zwiezione belki siana. Nasiąknięte wodą. Nawet gdy przyjdzie słońce, będą ciągnęły od ziemi.
    Bez wahania i ani chwili zastanowienia, na moje pytanie odpowiada jednym słowem – nigdy.
    Wtedy myślę o ludziach w wysokich szklanych wieżowcach… Ile to razy wielkie hektary ich projektów zostały zalane deszczem… I czasami rezygnują… Coraz częściej rezygnują.
    Z ziemi nie rezygnuje prawie nikt. Bo ziemia, choćby dawała same deszcze, lata nieurodzaju, powodzie, susze… Choćby powaliła człowieka i zmiażdżyła jego plany, to ma w sobie coś, że człowiek tę ziemię kocha. I jeśli pokocha raz, to nigdy nie przestaje.

    W Boskiej Dolinie nie ma luksusów. Jest swojsko. Stawy są stawami, które mają kolor jaki dała im natura. Nie ma klombików a piękne, dorodne stare drzewa.
    Zalani wakacjami all inclusive, sterylnie umytymi stołami, białymi pościelami popadamy w coraz większe znudzenie.
    Tam, przenoszę się do lat swojego dzieciństwa, do wędrownych obozów w czasach podstawówki.
    Harcerskie namioty, spacery po lesie.
    Boska Dolina w Dylągówce to Harcerska Stanica. Obozy połączone z nauką jazdy konnej.
    Wycieczki przyrodnicze, plastyczne, ekologiczne. Ścieżki edukacyjne.
    To 50 gotowych do nauki jazdy koni.
    Choć nie, prawie połowa z nich to konie hotelowe i mają swoich właścicieli.
    Wyczyszczone, zadbane.
    Mój mąż pyta, jak są wypuszczane na wybiegi? Wedle jakichś zasad? Codziennie inaczej, czy jak polecą?
    Pan Antoni opowiada nam zatem o grupach koni i ich pastwiskach.
    Między innymi historię o tym, jak wszystkie araby wychodzą razem, a w tym jeden hucuł, gdyż właściciel tego hucuła zażyczył sobie, by wychodził właśnie z arabami.
    Myślę, że to jak w życiu człowieka. Mawiają, ubieraj się i zachowuj jak przystoi na miejsce, do którego dążysz, a dojdziesz tam… 😉
    Ciągną go do góry, swoją klasą, prezencją, pochodzeniem..
    Choć z drugiej strony, każdego dnia musi im dorównywać, popisywać się, wpadać w kompleksy…
    A on może wolałby do hucułów? Być sobą i nikogo nie „doganiać”. 😉
    Pan Antoni kiedy opowiada, ma taką iskrę w oczach i ogromne serce do swoich zwierząt.
    Długo opowiada o swoich poglądach na temat „wychowywania” koni. Że siła nikomu i na nic się nie zda. Że do konia trzeba cierpliwie, spokojnie, dobrocią.
    Kiedy mijamy szczekającego, jednego z wielu burków, które mieszkają w Boskiej Dolinie, Pan Antoni mówi do niego łagodnie  „Pewnie, szczekaj, powiedz wszystkim, kto tu rządzi”.
    I widać, że te psy mają się tam faktycznie, jak gdyby były koronowane.
    Boska Dolina to miejsce w którym w nocy słychać rżenie koni, w którym można łowić ryby, przejechać się tyrolką nad poranną mgłą. Objechać włości wozem traperskim, odbyć przejażdżkę na ścieżce huculskiej, kupić karnet na jazdę konną. Wynająć salę na weekendowe warsztaty, obóz, kolonie. Zaopatrzona jest w pokoje, łazienki, kuchnie… (to ta z malunkiem z szablami).
    Boska Dolina to miejsce dla tych, którym tęskni się za naturą, którzy kochają konie, albo pragną je pokochać. Którym nie przeszkadza brak sterylnych łazienek, pościeli z modnym wzorem i dbałości o szczegóły.
    Boska Dolina jest samowystarczalna. Ma swoje maszyny, które obrabiają ogromne hektary.
    Ręce Pana Antoniego potrafią zrobić lampy, ze spróchniałego pnia drzewa.
    I jak sam często wspominał „To udało się zrobić metodą gospodarczą”.
    Przy wybiegu dla koni, ścianka wspinaczkowa, aby tym którzy czekają, się nie nudziło..
    Zatem oprócz gospodarności jest i pomysłowość.

    Na początku przyszła ziemia. Powoli. Kawałek po kawałku. Latami dokupowane, wychodzone, bo nie zawsze było na sprzedaż. Potem do uprawianej roli dołączyła stadnina. A na samym końcu miejsce dla młodzieży. I o tym Gospodarz opowiada z największą pasją. Jak weekendowe obozy harcerskie uczą prostego życia. Rozłożenia namiotu, rozpalenia ogniska, zrobienia dania kilkuskładnikowego nad ogniem. Podstawowych czynności, jakie kiedyś były konieczną umiejętnością.
    Opowieści Pana Antoniego na ścieżkach edukacyjno-przyrodniczych zaskakująco ciekawią młodych ludzi. To wiedza i doświadczenia jakich miejskie dzieci często nie doświadczają i nie znają.

    O świcie budzą mnie muchy. Nie dają spać, przez co wstaję, zakładam na piżamę kalosze, biorę aparat i idę w pola..
    Gdzieniegdzie, leniwie rozpościera się jeszcze mgła. Wygania ją wschodzące słońce, a ona jakby zbytnio zaspana…
    Na pastwiskach konie. Letnimi nocami skubią trawę i są poza stajnią, bo w tym nocnym chłodzie, bez owadów jest im o wiele spokojniej i wygodniej.
    Pan Antoni opowiada jak bardzo chciałby dążyć do natury, aby konie nie stały  w osobnych boksach, a wspólnie. Jedną stajnie wykorzystał już do tego i okazuje się doskonałym rozwiązaniem.
    Nad stawami, para jak chmury płynie w powietrzu.
    Lina od tyrolki nad poranną polaną, zdaje się prowadzić do krainy baśni.
    Gospodarskie burki robią poranny obchód swojego podwórka.
    Krząta się już Koniuszy.
    Moje umyte rosą kalosze, niosą mnie pomiędzy pastwiskami. Sierpniowe słońce ogrzewa mi twarz.
    Kiedy schodzę w dół, pomimo tego, że jestem dzieckiem wsi, rozumiem jeszcze bardziej miłość Gospodarza do miejsca, które stworzył…
    I może ten obraz o świcie powiedział mi najwięcej…

    Kiedy pytam Pana Antoniego, skąd miłość do koni, odpowiada…
    – Dziadek był Ułanem…
    Tak, jest coś w ziemi i galopie konia, czego z serca wyrzucić się nie da…

     

  • zarobki.

    Pięć minut po północy przychodzi z dołu mój mąż. 
    Mówi „Ty lubisz tak świętować ten dzień urodzin? Żeby się tak działo dużo?”
    Pyta o to zaraz po tym, jak złożył mi życzenia. Zwykłe. Dwa zdania.
    Dobrze. Nigdy nie zależało mi na wirtuozie słowa, a na rzemieślniku spokojnej codzienności.
    Życie pokazało mi nie raz, że pewnych cech połączyć się nie da, a ja wiedziałam co wolę.
    Dzięki temu wyborowi urodziny mam prawie codziennie, bo dostaje od niego to co najważniejsze – poczucie bezpieczeństwa. Które choć czasami nie przychodzi łatwo, to jednak przychodzi, bo rodzi się z miłości. A miłość to poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka.
    Od niego zatem jakoś mocno tego świętowania nie oczekuję. Żelazko dostałam. (czujecie?! Ale wyszłam z doła, bo Ewa kilka dni później pralkę.)
    W ogóle od nikogo nie oczekuję. 
    Świętowanie urodzin, to wszystko to, co pamiętam od dziecka. To co dawała nam Mama.
    Tort, rodzinna kolacja, najbliżsi w domu, przyjaciele. Jakiś prezent.
    Do dziś pamiętam jak wiązałam cukierki na nitkę i okręcałam o belkę u sufitu. Przystrajało się pokój tym co było. I było z tym po prostu najpiękniej. Wtedy w oczach dziecka – zjawiskowo. 
    Jak tylko zjawiskowe mogły być cukierki w papierku na nitce.
    Tak, lubię świętować swoje urodziny, bo moja Mama zawsze przykładała do tego wiele swojego serca i uwagi. Lubię też świętować urodziny najbliższych. Widzieć ich radość.
    Tylko, moje „świętowanie” dla wielu może być niewidoczne. Nie pragnę fajerwerków na nocnym niebie i  pochodu słoni w pióropuszach po czerwonym dywanie.
    Nie pragnę drogich prezentów i biletów w kosmos. Bilety na kabaret Hrabi od mojej siostry okazały się fenomenalne.
    W dzień swoich urodzin świętuje moja głowa. Myśli krążą dookoła tego co dobre.
    W dzień moich urodzin chcę świętować człowieka. Człowieka w moim życiu.
    Mama zawsze mawia, że najbardziej w życiu liczy się drugi człowiek.
    Przed życzeniami męża zaraz po północy, zdążyła napisać już Kasia z dobrym słowem i sąsiadka Asia.

    Kiedy wstaję, kilka minut po siódmej, idę cicho do pokoju syna, w którym śpi moja przyjaciółka z Cypru – Kamila.
    W nocy, z lotniska, przywiózł mi Ją mój mąż. 
    Nie wiem czy dzień urodzin można zacząć lepiej, niż otworzyć te drzwi i zobaczyć, że Ona jak zwykle, o tej godzinie już dawno nie śpi. Choć położyła się przed czwartą. Piękna moja.
    Pijemy poranną kawę. Ja w szlafroku. Z włosami mocno zwichrowanymi.
    W tym też szlafroku wychodzę przed dom gdy podjeżdżają trąbiące auta. Wjeżdżają z takim impetem, że ze wszystkich okien widać tabuny unoszącego się kurzu. Szaleństwo, myślę przez chwilę.
    Z wielkiej przyczepy wystają Im jeszcze większe drzewa. Tak, szaleństwo myślę zdecydowanie.
    Ostatnio mówiłam, że do pełni szczęścia potrzebuje już tylko dużych drzewa na podwórku. Ale nie myślałam, że Ktoś mnie tak wnikliwie słucha. Przecież ja tyle gadam. 
    Pierwsza wchodzi Madzia. Z wielkim, piękny, i jak się potem okazało przepysznym tortem. Ten tort potem starczył dla trzydziestu osób. Po grubym plastrze.
    Kilka dni później, gdy urodziny świętuje Ewa, Madzia robi ten sam tort i przywozi go przez całą wieś na rowerze. Jaka szkoda, że szkoła cyrkowa w Julinku już dawno zamknięta.
    Madzia, kiedy wchodzi do mnie z tortem, trzyma również reklamówkę z trutką na myszy, przewiązaną wstążką. Rano pisałam Jej, że w końcu po sześciu latach zamieszkiwania, wkradły się gryzonie.
    Za Madzią idzie pełna charyzmy od rana – Ewa. Niesie podarek i gestykulując opowiada. Zeżarłabym Dziada. Na końcu Radzio, który nie zwleka i po życzeniach wyciąga te wielkie, dorodne, bordowe Czeremchy. Ach! Czeremchy! 
    Dobra! No to kawa. Kroimy tort. O dziewiątej rano rozlewam szampana. Ze złotymi drobinkami.
    Nadjeżdża Jarek, który do kompletu prezentowego dowiózł mi wiadra z gnojówką pod to wsadzanie.
    Ach, jakże radców do sadzenia wielu. Ale Madzia dobrze radzi. Żeby blisko, namacalnie posadzić.
    Nachylam się i wołam sąsiadów na tort i kawę. Muszę się nachylić, bo wtedy mój głos leci pod wiatą, prosto na ich taras. Słyszą. Zakładają klapki i idą.
    Choć nie wiem czy muszę się nachylać, bo zaś sąsiad z zachodu mówi, że ja się tak drę, to we wsi obok można usłyszeć. 
    Asia patrzy i mówi, że zazdrości mi tych drzew. Jednak potem dopowiada, że już nie chce, jak widzi to szaleństwo z wybraniem miejsca na wsadzenie.
    A tu głosów milion. W prawo, bardziej do przodu, bokiem go obróć. W kształcie trójkąta posadźcie.
    Ktoś komentuję, że kiedyś to się na urodziny z kwiatkiem i bombonierką przychodziło, a teraz z trutką na myszy i wiaderkiem gnoju. 
    Jako, że to wtorek to rozchodzimy się szybko. Każdy ma spraw na głowie milion.
    Sprzątamy z Kamcią moją podwórko, bo mówi, że jak u Cyganów. Stół gdzieś na środku wysuszonego trawnika, basen przebity od miesiąca – leży. To ogarniamy ten tabor.
    Do drzwi puka kwiatowy kurier i kurier, który przynosi mi prezenty i kartki od moich czytelników.
    Odbieram niezliczoną ilość życzeń. Niezwykle twórczych.
    Spontanicznie urządzamy wieczorne przyjęcie. Skoro już posprzątane..
    Żebym nie musiała wstawać od stołu, to ciasta, arbuz, chleb ze smalcem i ogórkiem, a potem Pan Uber przywozi najlepsze pizze od przyjaciela, z pubu zwanego „Oficyną”.
    Nie potrzeba talerzy, widelcy i widelczyków..
    Ale od stołu wstaje nader często. Cóż mogę za to, że jak muzyka gra, to mnie od razu rwie.
    Wszystkie moje ukochane sąsiadki też są. Zawsze gdy na nie patrzę, to mam wrażenie jakbym trzymała w ręku wygrany kupon wielkiej, skumulowanej loterii. Jest też położna mojego dziecka, która została w moim życiu, mam nadzieję na zawsze. Kuponów mi w prezencie przyniosła wiele, tak drapałam, że mi nowa hybryda z paznokci zeszła. Nie wiem po co drapałam, skoro w życiu wygrałam już wszystko. 
    Kiedy zaczyna lekko padać i zbiera się wiatr, podczas tańca zamykam oczy i czuję jak podmuch unosi moje włosy i długi, lekki sweter…
    Moja Mama, która wtedy spała u siebie z moimi dziećmi, mawia, że w życiu najbardziej opłaca się zarabiać na czas, uwagę i przyjaźń drugiego człowieka. 
    To prawda. Pracowałam w kilku miejscach. Nie pamiętam ile zarabiałam pieniędzy i na co je wydałam.
    A wydaje zawsze wszystko co do grosza. Od razu.
    Za to pamiętam każdego człowieka, który jest obok mnie. A ja z całych sił staram się być obok niego.
    Mam wrażenie, że w życiu nie widziałam pieniędzy tak wielkich, jakie trzeba mieć, aby zarobić na takich ludzi, jakich mam dookoła siebie…
    Mieć trzydzieści sześć lat i mieć już wszystko. Bo tylko drugi człowiek może to wszystko Ci dać.
    Bez człowieka jakby nas nie było.

    Jeżeli Ktoś teraz zapytałby mnie o to świętowanie… 
    Jak chciałabym obchodzić dzień urodzin, aby było najpiękniej, to z tą trutką na myszy i dwoma wiadrami gnoju… Bo one mówią mi o ludziach obok mnie najwięcej. One mówią mi wszystko.