• las w szufladzie…


    Naprzeciwko domu mamy las. Zanim zaczną się lekcje on-line, idziemy na spacer.
    Jest niewiarygodnie ciepły poranek jak na maj, i zbliżających się ogrodników oraz zimnej Zośki. 
    Od kilku miesięcy robią w lesie przycinki, i dzięki traktorowi wyjeżdżona została piękna, parkowa droga.
    Ta droga przez las prowadzi nas prosto do stawu. W lesie łączki, paprocie, jeżyny…
    Przez korony przebija przedpołudniowe słońce. Delikatny wiatr unosi wyschnięte, lekkie liście i kołysząc nimi, szumi w uspokajającym rytmie. Czasami pojawia się dźwięk jakby padał deszcz, i tego dźwięku odgadnąć nie potrafię… Obiecałam sobie, że przez całe lato, zanim wstaną domownicy, z kawą w kubku będę chodziła tam na spacery… może wtedy ten dźwięk odszukam.
    Będę chodzić zanim zacznie się dzień. Nasz dzień, bo w lesie będzie on trwał już od zapewne kilku godzin… Pięknych godzin
    Zapraszam Was dziś na spacer po naszym runie…
    ___________________________________________________

    Drewniane zabawki – od lat moja ukochana polska firma, która podbija cały świat – WOODEN STORY
    Ubranka dzieci – też nasza rodzima marka NO SUGAR WEAR. I ja mam dla Was kod na nową kolekcję – 25% na hasło JULIA. Bardzo wygodne, miękkie, luźne. Jak druga skóra. 

  • ułomność myśli.

    Ułomnością człowieka zwykliśmy nazywać nasze fizyczne braki i niedoskonałości. 
    Jednakże tymi które doskwierają równie mocno, są braki i niedoskonałości w naszych umysłach, duszach i myślach. Natrętnych, i tych niewypowiedzianych, których nazwać nie umiemy i nawet nie ośmielamy się próbować. Często nawet nie wiemy, że nazwać je w ogóle można. Ba, nie jesteśmy często świadomi pewnych ciężarów jakie w sobie nosimy. Pewne nasze zachowania, reakcje, uważamy za naturalne, oczywiste i nie doszukujemy się w nich „ciężaru”. Jedynie typie osobowości.
    Jedną z największych ułomności człowieka, jest brak zdolności, by mówić o swoich uczuciach. 
    Rodzimy się z czystą kartą. Chętni czynić szczerze, dobrze, zgodnie ze swoimi pragnieniami. Chcemy mówić prawdę i odkrywać każdą dręczącą nas myśl. Dopiero czas i  napotkani przez nas ludzie, uczą nas, że za prawdę często dostaje się po głowie. I przy okazji wylatuje z niej chęć przyznawania się do tego, co w niej naprawdę mamy. Zaczynamy ukrywać myśli wstydliwe, przykre, bolesne. Myśli, które jeśli tylko uleciałyby z naszej głowy do właściwej osoby, mogłyby uleczyć nie tylko cierpiące ciało, ale całe nasze życie. Wszystko to co niewypowiedziane, przemilczane, gnije w środku i psuje jak niepozorna pleśń przy zakrętce. Wydaje się, że wystarczy zebrać z góry łyżeczką. A tymczasem choć niewidoczna, mogła dojść do samego dna głębokiego słoika. Nie wiemy o tym, że nieprzegadane i nie wydobyte na zewnątrz odczucia, niepostrzeżenie pójść mogą w nogi i ich sposób prowadzenia nas przez życie, w ręce i ich czyny codzienne. Mam na myśli wypowiedzenie nie tego, co gnębi nas w innych. Wyciągnięcie na światło dzienne pretensji do ludzi i otaczającego nas świata. Pisząc te słowa, mówię o myślach najważniejszych. Myślach o samym sobie. Bo to od nas się wszystko zaczyna. Również gniew na innych zaczyna się poprzez nasz gniew na siebie. Zazdrość wobec innych zaczyna się w nas i naszych brakach, czy kompleksach. Wszystkie złości które kierujemy w przestrzeń, mają swój początek w małym kącie naszego umysłu. Przegadać siebie, nie znaczy wygarnąć innym. Uzdrowić siebie poprzez wyrzucenie wszystkiego co nas dręczy, to mówienie o tym co siedzi w nas najgorszego. 
    Jednak aby móc te kurację przejść, potrzeba dwóch koniecznych i niezbędnych narzędzi.
    Po pierwsze człowieka, który nas potem tym co powiemy nie zaatakuje, nie oceni, nie oczerni, nie rozpowie, nie zgani… Człowieka, którego rozwój wewnętrzny i samoświadomość będzie na niezwykle wysokim poziomie. Albo inaczej, potrzeba nam człowieka wybitnie dobrego, akceptującego inne zachowania niż jego własne. Pogodzonego z najrozmaitszą odmianą ludzkich charakterów. Tego, który nie czuje potrzeby zwycięstwa, posiadania racji. Tego który nie jest  spragniony słów rozgrzeszających jego poczynania, czy zadowolenia poprzez troski innych i umniejszanie wówczas swoim problemom.
    Jeśli na naszej drodze pojawi się taka postać, wręcz bajkowa, bo w dzisiejszym świecie trudno o takie cechy charakteru, potrzebujemy jeszcze odwagi. Ogromnej odwagi aby wydobyć z siebie to, czego wstydzimy się przed samym sobą.
    Pozbyłam się tej ułomności dopiero w wieku dorosłym, gdy napotkałam swojego męża.
    Jako dziecko i nastolatka bardzo charakterna, buńczuczna, pyskata, uparta nie znajdywałam nigdzie przestrzeni na wypowiedzenie słów, które zdjęły by mi z barków „ciężar” swoich myśli czy poczynań.
    Nie byłam dzieckiem ani dorosłym, który godzi się na wypominanie mi moich wadliwych cech.
    Dopiero zdolność mojego męża wobec mojego bagażu analiz i zachowań, pozwoliła mi wypakować dręczące mnie myśli, jak brudne ciuchy z wysłużonej walizki. Gdy mówiłam o tym co we mnie złe, próbował zrozumieć , choć dzięki temu, że jest niezwykle podobny, rozumiał od razu. Akceptował.
    Nie oceniał, nie ganił, nie wyśmiewał, nie miał potrzeby błyszczeć mówiąc „a nie mówiłem” czy popularne „tak, Ty i Twój trudny charakter”. Za to miał ogromną potrzebę uwolnić mnie, bo sam jak każdy człowiek na tym świecie ma przemyślenia, od wewnętrznej udręki wymagań i zmagań z samym sobą. Ludzie najczęściej nie mając komu ich powierzyć uciekają od nich, lub je wypierają. Najczęściej znajdują sobie na nie (myśli i swoje zachowania) usprawiedliwienia, aby żyło się lżej.
    Kiedy dopada nas największa złość po dyskusji, kłótni, wymianie zdań? Tylko ten kto analizuje siebie, dojdzie do tego, że nieprzespane noce nie biorą się z błędów innych, a najbardziej z naszych. Sobie wybaczyć jest najtrudniej. Do swoich błędów przyznać się jest nam nie po drodze. Bywają ludzie, którzy nawet nigdy przez cały żywot na tę drogę nie wchodzą. Na drogę swoich błędów. Uparcie myślą, że ich nie ma. To drogi widmo.
    A przecież z samym sobą przede wszystkim żyjemy. Dopiero później z innymi. Od nas zależy jacy ludzie do nas lgną. Od nas zależy jacy ludzie chcą z nami zostać. Od nas zależy czy ludzie chcą nam wybaczyć. I od nas też zależy ich lekkość bycia. Bo nie tylko my pragniemy znaleźć tych, którym ze spokojnym sercem powierzamy nasze myśli, obawy, dręczące wytwory naszego umysłu, ale i inni pragną takich w życiu znaleźć. Choć tak wielu na świecie jeszcze nigdy nie zaznało tego uczucia. Uczucia wyzwolenia się z tego co nas dręczy. I nigdy nie odkryją, dopóki nie znajdą w kimś, a może w Tobie, osoby, która nie zgani, nie wypomni, nie dopiecze, a jedynie zapyta, przemyśli, spróbuje znaleźć rozwiązanie. Osoba która znajdzie początek i zalążek tego co w Tobie trudne i wspólnie postaracie się poprzez wypowiedzenie tego na głos, odpędzić te uczucia. Poznać, rozpracować i znaleźć im drogę do wyjścia. A potem nauczyć się żyć tak, aby wracały jak najrzadziej aż w końcu wcale.
    Lecz Ty możesz dać Komuś jedynie swoją mądrość nieoceniania, zdolność zachowania tajemnicy, bez względu na to jak Wam się w życiu drogi potoczą. Możesz dać swój czas, zrozumienie. Może i swoje myśli wydobyć na wierzch. Jednak zacznij od siebie. W sobie szukaj powodów tego, że inni Cię złoszczą, że innym zazdrościsz, że inni wpływają na Twoją samoocenę. Znajdź tę myśl, to uczucie które powoduje takie widzenie świata i innych ludzi, a potem znajdź człowieka, któremu możesz powiedzieć to na głos.
    Choć ja dziś już wiem, że takiego człowieka nie da się ot tak znaleźć. On przychodzi sam. Jedynie pilnie należy się tym ludziom przypatrywać. 
    Ileż razy człowiek musi się potknąć. Ile razy te myśli wyjawić, by potem z tego powodu cierpieć.
    Jednak gdy los postawi Ci na drodze tego, przy którym będziesz mógł najbardziej wstydliwe myśli zdradzić, dbaj o niego. Bo tylko ten kto widzi w tobie dobro i wierzy w nie bardziej niż Ty sam, jest w stanie uczynić Twoje życie doskonałym przy niezliczonej liczbie Twoich niedoskonałości…
    A Ty pozwól sobie znaleźć w sobie to, co Cię dręczy i naucz się mówić o swoich uczuciach.
    Móc uwolnić się z dręczących nas myśli i być niezmiennie kochanym, a może i bardziej rozumianym, to wyjątkowy luksus XXI wieku…
    Mam wrażenie, że dziś nikt za tym drogocennym darem nie goni. Nie szuka, nie próbuje.
    Dziś dosyć dobrze jest schować się za kotarą udawanej doskonałości, zamiast te kotarę zerwać i polubić siebie takiego, jakim stoi się obdartym ze wszelkiej imitacji i gry na potrzebę społeczeństwa.
    Bo czyż myśli, które nas dręczą, które moglibyśmy wypowiedzieć na głos, nie będą tymi, które określą nas jako człowieka z krwi i kości przede wszystkim…?
    A tylko takim warto być. Tylko tak warto przeżyć życia jakie nam dano. Będąc niedoskonałym, który odnajdując odwagę mówienia o swoich słabościach i mankamentach, chce dążyć do doskonałości.

  • dopóki…

    Dopóki jest Mama…

    Reklamówka były w gerbery. Żółte i pomarańczowe. Uszy brązowe.
    W reklamówce trzy bratki. Na samym dnie wsypana ziemia. Żyzna. Już wilgotna. Idealna pod kwiaty.
    Wkład do znicza. W nim pudełko z zapałkami i gumowe rękawiczki. 
    W plastikowej butelce po coca coli, litr wody do podlania.
    I pamiętaj córeczko, jak podlejesz, napełnij na nowo i połóż gdzieś przy nagrobku. Tam chodzi sąsiad to  też podleje.
    Kiedy wracam z rodzinnego domu, po drodze mijam cmentarz na którym jest Babcia Adela. 
    Daleko od drzew, które rosną na skraju cmentarza. Za to blisko wejścia i kranu z wodą.
    Kiedy wyjeżdżam od Mamy, pamięta dać mi jajka, jabłka, ziemniaki. Swojskie takie.
    I daje mi te reklamówkę w gerbery.
    Dosadź tam córeczko na cmentarzu mi te kwiatki. Tu Ci wszystko włożyłam – otwiera torbę – tu masz wkład, ziemię na dole. Zapałki i rękawiczki. – wyciąga  i pokazuje – bardzo bym cię prosiła.
    Kiedy zajeżdżam na cmentarz, a jestem bez dzieci, rozsiadam się i powoli wyjmuję wszystko po kolei.
    Przyciągam doniczkę i robiąc otwory na bratki rozglądam się, czy jest na cmentarzu ktoś jeszcze. Nie ma nikogo oprócz mnie. Mogę mówić zatem na głos.
    Wiesz Adela – podnoszę głowę i patrzę na jej napis „Adela żyła lat 88 – zm. 24.04.2006” – mam tu dla Ciebie trzy bratki, ale oprócz tych bratków, wilgotną ziemię i wody litr. Jak już posadzę to podpalę Ci nowy płomień w zniczu. Patrz – wyciągam rękawiczki i pokazuję temu napisowi, a czuję jakbym Jej pokazywała – Mama pamiętała nawet o tym, żeby dać mi rękawiczki. I wiesz, te rękawiczki rozczuliły mnie najbardziej – tu na chwilę milknę i szybkim ruchem podsypuję ziemią, bo wiem, że zaraz się rozpłaczę – Wiesz Adejuta – tak mówiły na Nią wnuczki – ja dzięki Niej mogę jeszcze wciąż mieć tyle innych spraw na głowie. Innymi obowiązkami zaprzątać sobie myśli i pamięć. Wciąż mogę jeszcze tyle mieć w sobie z dziecka i dziecięcej beztroski. Nie muszę pamiętać o myciu nagrobków na święta i o zamówieniu świątecznych kwiatków. Robię to z wielką przyjemnością, gdy zadzwoni i mnie poprosi, ale wciąż jeszcze mogę sobie pozwolić aby o tym nie pamiętać… – uklepuję ziemię i wycieram donicę dookoła, czyszcząc z tego jak ją pobrudziłam – To taki czas jeszcze, który wciąż dużo mówi o młodości. Gdy nie trzeba pamiętać o grobach. Gdy masz jeszcze na świcie w zdrowiu tych, którzy o nich pamiętają. A przecież wiesz Adelko, że zawsze masz tu świeże kwiaty, palący się znicz. Na jesień jesienne bukiety, na zimę zimowe. Zawsze takie z gustem. Fajne Ci ta moja Mama tu umie postawić, zasadzić. Bez przepychu. 
    A i tam Adelko, jeszcze mam teściową co pamięta o grobach. I Teścia co na rowerze zajedzie i pomnik umyje. Tyle Adela mieć szczęścia, wiesz? – patrzę znów na napis, jakby miał mi przytaknąć – Bo to jest wielkie szczęście. Móc jeszcze nie pamiętać o grobach…
    Podlałam dookoła donicę. Powoli poszłam napełnić ponownie butelkę i zostawiłam jak mi Mama powiedziała. Zapaliłam knot we wkładzie. Co go wrzuciłam do znicza to gasł. Ale nigdzie mi się nie spieszyło. Powoli i spokojnie próbowałam na nowo różnymi sposobami, mówiąc wciąż na głos..
    Jak przyjdzie kiedyś czas – patrzę do góry i szybko mrugam – to też będę pamiętać. Nic się Adelka nie martw. Przecież Mama jest taka jak Ty, i moja siostra będzie taka jak Mama. Ja trochę inna, ale jak patrzę tyle już lat to przecież wiem… I będę dobrze pamiętać.
    Złapałam reklamówkę w pół z pozostałą ziemią i opowiedziałam Jej trochę o Tosi, Beniu i Adasiu. Zawsze Jej coś tam o nich poopowiadam, bo ich nie zdążyła poznać, a na pewno jest ciekawa.
    Piszę sms do Mamy ze zdjęciem jak wsadziłam te bratki. Odpisuje mi, że „Ślicznie. Dziękuję kochana.”
    Patrz Adelka, Ona mi dziękuje. Ty to rozumiesz? Ja tylko miałam wsadzić bratki, a Ona mi dziękuje. Przecież to ja Jej powinnam podziękować. Bo w tej torbie było wszystko. Gotowe. I że nie muszę jeszcze pamiętać, o grobach i świeżych kwiatach.
    Na odchodne zawsze mówię Jej – Pa Adelka.

    Zanim doszłam do auta, do reklamówki w żółte i pomarańczowe gerbery, pozbierałam wszystkie wyrzucone przez ludzi rękawiczki wzdłuż muru cmentarnego. I wstyd mi było za człowieka.
    W aucie włączyłam sobie wywiad z Iwoną Chmielewską i Agatą Tuszyńską.
    Kiedy wracam z rodzinnego domu popołudniową porą, mam przed oczami piękne, czerwone, zachodzące słońce. Do końca drogi nie opuszczała mnie myśl, że dzieckiem można być, dopóki jest Mama.