• blog niesponsorowany.

    Moja Kamila pisze bloga. To znaczy dwa wpisy w miesiącu w najlepszym wypadku.
    Ale wolę to, niż gdyby te jej słowa miałyby całkiem z Niej nie wychodzić.
    Mój ulubiony styl pisania. Ten każdy szczegół który pozwala Ci tam być całą sobą.
    Widzieć makatki na ścianach, kurze w kątach…
    Zawsze mi żal kiedy ludzie z takim talentem piszą tak mało..

    „Był taki czas, kiedy świat pachniał jaśminem i dezodorantem Impulse. Kiedy można było siedzieć do rana na ławeczce w altance nad stawem i pić tanie wino albo umierać chwilowo z rozkoszy w czyichś silnych ramionach. Kiedy jeszcze był czas na niekończące się rozmowy i niekontrolowane pocałunki. Kiedy śmiech był radosny i nie przeszkadzał chłód sierpniowego wieczoru wdzierający się pod sukienkę. Kiedy rytm dnia wyznaczał Steven Adler na Gunsowej perkusji, a moda była z second handu wzorowana na dziewczynach z teledysków Aerosmith i Bon Jovi. Plotłyśmy bransoletki z muliny, bo nie było internetu, którym można było  zabić czas do kolejnej dyskoteki i owijałyśmy nadgarstki rzemykami kupionymi na zapas na szkolnej,  czerwcowej wycieczce do Zakopanego. Bywały nudne  wieczory w wiejskim pubie, nad paczką paluszków i colą, oraz takie kiedy „urywał się film”. Niczego się nie żałowało, bo i czego tu żałować kiedy masz długie włosy nie splamione farbowaniem i całe życie przed sobą. Nie ważne, że było biednie. Było beztrosko. Nawet kiedy trzeba było przemnknąć się przez wieś w ciuchach wymiętych po wczorajszym wieczorze, a w głowie wciąż szumiało i nie do końca wiadomo czy to od jabłkowej wódki czy z zakochania. Nie miałam problemów z zasypianiem, bo sen przybliżał do nowego dnia jeśli nie pełnego doznań i emocji to z pewnością pełnego marzeń. Jak łatwo się wtedy marzyło. Nie przytłaczała codzienność. Odpływałam jak na haju pijąc zwyczajną herbatkę z dzikiej róży, słuchając Wilków albo Nirvany. I była jeszcze Sobota. Od 19 wieczorem brzuch napełniał się motylami. Był klub, raczej wiejska dyskoteka z podświetlaną podłogą, na której stoi teraz Lewiatan, a w której tańczyłyśmy do ostatniej nuty, często wywijając bluzką wysoko w powietrzu. A te wlaśnie ostatnie nuty zazwyczaj należały do Niego. Z tym Nim to było bardziej na zasadzie dwojga „innych”, którzy się odnaleźli niż wielkiej, szalonej, wakacyjnej miłości. Bo idąc do chłopaka o 3 nad ranem raczej nikt nie spodziewa się słuchać Doorsów aż wzejdzie słońce, wypatrując spadających jak deszcz (bo to Sierpień) gwiazd, albo uczyć się jak poprawnie wyrzucić prawy sierpowy. Niby nic nie miałam, ale też niczego mi nie brakowało. Nawet pewności siebie. Świat należał do mnie, poranna rosa w ogrodzie, zapach „parzuchy” z rana pomieszany z resztkami papierosowego dymu matki, po jej wyjściu do pracy. Kromka chleba z masłem i z cukrem nie zmuszała do przeliczania jej na kalorie, nigdzie się nie spieszyłam, miałam siłę obejrzeć „Kocham Kino” i czas żeby odsłuchać „Top 100” w RMFie, dobre 3 godziny trwało chyba. Wszystko wokół jakby bardziej pachniało. I trawa, i deszcz, nawet pory roku, a może miałam czas żeby się w ten zapach zagłębić? Za tym tęsknię najbardziej, żeby zwolnić. Tak mało potrzebowałąm, żeby się cieszyć i czuć tę radość całą sobą. Nie żeby teraz było smutno, ale inaczej jest. Czasami czuję, że tak nie „po mojemu”. Niczego nie żałuję. Może tylko tego, że nie mogę od czasu do czasu „wskoczyć” tam z powrotem tak na chwilę, dwie. Nacieszyć oko i serce.”

    „A ja lubię starych ludzi. Nawet bardzo. Zawsze wolałam wiekowe towarzystwo. Starzy ludzie rzadko się spieszą (wiadomo, stawy, plecy itp), mają czas na rozmowę, na herbatę, na długie przerwy pomiędzy zdaniami. Mają ten spokój, który osiągnąć można tylko wtedy kiedy już nic „się nie musi”. Tam skąd pochodzę, mieszka z nami „płot w płot” sąsiadka. Pani Misia. Michalina. Samo imię jakie super. Pani Misia musi mieć teraz jakieś 95 lat. Chyba od 5 roku życia, regularnie wpadałam do niej na plotki i  na karmelki, którymi częstował mnie jej mąż. Zawsze mieli te karmelki w kryształowej cukiernicy na stole w głównym pokoju. W tym pokoju stoi też wielki zegar z wahadłem, wybijający godziny głębokim, miedzianym dżwiękiem. Pani Misia jest mistrzynią wypieków, swojskiego żurku i dziergania. Jakie ciasta ona piekła. Teraz żeby zrobić ciasto trzeba mieć koniecznie ten robot kuchenny za 2500 zł i nawet wtedy ło Jezu co za wyczyn. A pani Misia jeszcze do niedawna wsypywała powoli składniki do ogromnej glinianej misy, z wyżłobionymi wewnątrz rowkami i tarła wszystko trzymając oburącz wielką drewnianą pałkę. Takie pieczenie musiało trwać kilka godzin. Bo przecież najpierw biszkopt a potem jeszcze masa.  Ale najważniejszy jest żurek. Mama dawała mi 1 zł i wysyłała ze słoikiem na wymianę, problem był taki, że mimo iż mieszkaliśmy zaledwie 5 m od siebie żur był tak pyszny, że po drodze do domu wypijałam pół słoika. Na szczęście był tak wspaniale kwaśny, że nawet pół słoika wystarczało żeby zrobić pyszą zupę. Wszystko co umiem zrobić szydełkiem to zasługa właśnie pani Misi. Czasami siedziałyśmy sobie całe, długie listopadowe popołudnie i dziergały. Ona śmigała kolejną parę skarpet (wyższa szkoła jazdy, skarpety robi się na 5 drutach) a ja próbowałam utrzymać równy ścieg na moim szydełkowym szaliku. Czasami coś mówiłyśmy, czasami było cicho. Ona opowiadała jak to pod koniec wojny, w piwnicy mojego domu ukrywali się Niemcy. Ukrywali się przed Rosjaniami. Jeden, taki co na końcu pozostał, chciał już tylko do domu wrócić, ale zaraz jak tylko łeb z kryjówki wychylił to go Ruscy zastrzelili. Nie wiadomo już którzy byli gorsi… Pani Misia po wojnie pracowała w pralni, od tej pralni właśnie pokrzywiło jej kolana. Na starość strasznie popuchły i jeżdziła na zastrzyki, 20 w jedno i 20 w drugie kolano. Oczy też w końcu zaszwankowały. W ogródku, mąż pani Misi poustawiał metalowe, kolorowe krasnale, posadził choinki a na środku ustawił duże białę kamienie a na ich szczycie latarnie morską, która świeciłą nocą, kolorowymi oknami. Czasami stałam wieczorem przy płocie, przy akompaniamencie szczekania Barego (ich psa) i wpatrywałam sie w kolorowe szybki latarni. Cięły komary, pachniała zaroszona trawa i ten cholerny pies nie przestawał szczekać. Pani Misia uwielbiała ruskie pierogi. To była taka nasza tradycja, ilekroć mama robiła pierogi leciałam z talerzem do mojej sąsiadki. Pani Misia nauczyła mnie też kląć . Hadra. Zamiast „szmata”, o ileż  lepiej zamruczeć „hadra” 🙂
    Pani Misia. Pani Misia zmarła. Przed kilkoma dniami. W wieku 95 lat. Ludzie mówią, że to piekny wiek. A ja mówię- nie ma pięknego wieku na umieranie. Kto mnie teraz od bramki „Kamilko!” zawoła…?”

    „Chyba mi drinka nie starczy, żeby napisać ten post. Wszystko przez to, że jestem fajna. Po prostu. Nawet cyganka mi to powiedziała. Jakieś trzy dni temu weszła do sklepu gdzie pracuję, ogarnęła mi grzywkę z czoła i mówi- o tu, tu siedzą wszystkie twoje zmartwienia. Zazdroszczą ci. Usmiechasz się, ale serce ci płacze.-
    Potem powiedziała mi co zrobić, żeby tej zazdrości się pozbyć. I pewnie bym olała wróżbę gdyby nie fakt, że tak ją ta moja lwia zmarszka wciągnęła, że postanowiła pomóc mi za darmo. U cyganek zwłaszcza tych nowych sprawa nie do pomyślenia żeby za darmo urok odczynić. Ale ta jest stara, bez przednich zębów za to z perłowo-diamentowymi kolczykami w uszach. Przychodzi uśmiechnięta od ucha do ucha świecąc pustymi dziąsłami, owinięta chustą i w zużytych adidasach. Z twarzą spaloną słońcem gdzie raz po raz unosząc brwi ukazuje białe kreski zmarszczek. Mamrocze pod nosem i koślawym kciukiem odgarniając grzywkę dotyka mojej zmarszki, którą miałam sobie przecież zbotoksować na 35 urodziny. W dupie mam, zostawię jak jest. Poczekam aż cyganki wskazówki podziałają. Może sama zniknie jak i ta zazdrość co się wokół mnie skupiła. Bo jest czego zazdrościć…mam ogromną umiejętność „nieżałowaniazagrzechy”. Mój największy skarb.”

    „Różnie bywało. Był czas, że bywałam i taki, że jakby mnie nie było. Był czas, że co wieczór jadałam kolację w innej restauracji, a do śniadania piłam Dom Perignon z bogatego zasobu chłodzącego się w superwypasionej lodówce. Był też czas, kiedy kupowałam hurtowo porcje rosołowe(3 euro za ok 5kg) z których wymyślałam przeróżne potrawy. Taki czas kiedy robiłam Kubie herbatę z mlekiem, bo na mleko z puszki nie starczyło. Był czas kiedy byłam księżniczką i czas kiedy co wieczór wyłam pod prysznicem(żeby nikt nie słyszał) zadając sobie pytanie „czy zawsze już tak ma być?”. Lekcję wykułam na blachę i mam to szczęście, że dała mi ona niezwykły luz. Taki, że czasem sama sobie się dziwię. Cieszy mnie wszystko. Pranie rozwieszone na balkonie, pyszny obiad, ładny widok za oknem. Nie prześladuje mnie myśl, że czegoś nie mam  a bardzo chciałabym mieć. Nie dławię się na widok zdjęć z egzotycznych wakacji, komórek czy samochodów.Jasne, że nie zawsze tak było, ale cieszy mnie niezmiernie, że mi przeszło. To nie tak, że niczego nikomu nie zazdroszczę. Zazdroszczę… Bo mieszkając na Cyprze wiele mnie omija. Koncerty, spotkania, filmy ( niezwykle ubogie to kino tutaj), czas z przyjaciółmi. Wszystko co wraca uśmiechem kiedy wspominam. Właśnie dzisiaj podczas wieczornego czytania Kuba walnął ” ja też chcę pojechać pociagiem” i tak mi się wspomniało i zamarzyło, żeby wsiąść do przedziału pachnącego tym sztucznym materiałem jakim pokryte są siedzenia, z obwarzankiem i soczkiem, czekać na pierdzący sygnał odjazdu, zeby móc wreszcie zapatrzyć się na wieczorne mgły co osiadają na łąkach, przykleić nos do szyby pachnącej kolejowym kurzem. No właśnie…czasem niby tak niewiele trzeba żeby być szczęśliwym, tylko co zrobić kiedy nawet tak niewiele jest zwyczajnie nieosiągalne…Na Cyprze nie ma pociągów:-)”

  • Przeżyją…

    Co jesień Mama wyjeżdżała na grzyby. Do rodziny w Pile. Na tydzień.
    Zostawałyśmy z siostrą pod opieką Taty. Babcia Adela przybywała z pomocą dotyczącą gotowania.
    Tata nas kąpał, wiązał nam kitki, usypiał.
    Przeżyłyśmy. Choć Pani w szkole pytała „Co? Mamy nie ma?”… Bo Tata pozwalał się ubierać jak chcemy.

    Kiedy wyjeżdżam na kilka dni, najczęściej moje dzieci zostają z Babcią Elą..
    Zdarza się jednak, że zostają ze swoim Tatą.
    Mam w telefonie taki standardowy sms z treścią „Oni jedzą”. I wysyłam co trzy godziny.
    Żeby Mu przypomnieć. Że Oni też jedzą. No może chłop zapomnieć.
    Dzwonię kiedyś z Warszawy. Sobota. Może godzina jedenasta rano.
    – Co tam u Was? – pytam.
    – Dobrze, ja robię przy piecu. Dzieci na górze z Mamą. – odpowiedział.
    – A, to byliście po Mamę.. A w co ubrałeś dzieci?
    – W nic, w piżamach wziąłem.
    – W piżamach? Przecież zimno jest!?!?
    – Dlatego w koce je poowijałem.
    – Jak to w koce? To jak zapiąłeś w pasy w tych kocach?
    – Nie dało się właśnie i dlatego pojechaliśmy przez pola…
    Można lamentować ale po co..?
    Skoro gdy wróciłam w niedzielę to żyły, były zdrowe i z głodu nie umierały (choć tutaj dopomagam tym sms’em).
    Na obiad zamawiają wtedy pizze, albo idą przez pola do Babci Lucy.
    Choć i czas robi swoje… Im więcej z Tatą zostają tym lepiej Tata racuchy smaży..

    I gdy zdarza mi się słyszeć, z ust tych udręczonych Mam, że Jej mąż to by napewno nie dał rady albo nie chciał…
    To… jeżeli by nie chciał to bym nie pytała. Zwyczajnie bym wyszła. 
    Moja Mama powiada, że nie ma dobrych związków na życie jeżeli się na początku swojego nie wykłócą.
    I ja się całkowicie zgadzam. I nie mowa tutaj o wielkich kłótniach (choć zależy od temperamentu, ja mam wielki. Włoski.), a zwyczajnych sprzeczkach i ustalania zasad, reguł, złotych środków.
    Każdy na świecie pozwala sobie na tyle na ile mu pozwalają.
    Jeżeli się życia nie „ustali”, nie ułoży, nie powie co dla kogo ważne, istotne, to potem Ktoś latami gnieciony w końcu wybucha, odchodzi, zdradza…
    Małżeństwo to nie umowa spisana na papierze. Ale nie znam związków w których nie ma „ustaleń”. 
    Tak jak z miłością… Związek oparty tylko na miłości szybko gaśnie. 
    Nie kocha się za nic. Kocha się za coś.. Dlatego miłość poparta rozumem ma szanse przetrwać w znośnym spokoju całe życie..
    Trzeba na początku tupnąć nogą i powiedzieć to i to dla mnie jest ważne, tak bym chciała żyć..
    A jak Ty? 
    Kiedy pojawiły się dzieci a mój mąż czasami wyjeżdżał na rajdy miałam tydzień nadąsaną minę..
    Trochę późno zmądrzałam, ale udało się…
    Gdybym zabroniła Mu jeździć szybko stałby się nieszczęśliwy. A co za tym idzie i my bylibyśmy…
    Najprościej… Nie złością a zwyczajnie, miło przy kalendarzu zaznaczamy „swoje” weekendy.
    On jedzie na rajd, ja miesiąc później na wypad z przyjaciółkami.
    Nie zapominając, że priorytetem są wspólne weekendy.
    Zaznaczyliśmy „granice”, „potrzeby”, „złoty środek”.

    Zatem kiedy jest mój weekend to On zostaje z domowymi obowiązkami..
    Choć na co dzień mamy je pięknie podzielone.. Kto obiad, Kto kosi…

    Choćby wczoraj…
    – Jutro wrócę później bo jedziemy wieczorem na motor.
    – Dobra, to weź ich dziś wieczór na rowery, a ja poczytam książkę..
    Nie czekam aż się domyśli, nie gromię wzrokiem gdy wróci z tego motoru..
    I czy gdyby na ten motor nie chodził to kochałabym go tak samo..?
    A jeszcze bardziej gdy weźmie ich na rowery…
    Wszystko razem może się złożyć w piękną całość..

    Ale wszystko w życiu przychodzi z czasem.. Czas ludzi uczy.
    Musieliśmy swoje się czasami wysprzeczać…
    Takie sprzeczki/ kłótnie są zwyczajnie zdrowe i potrzebne by mogło być lepiej… by mogło być dobrze…
    jednakże trzeba wiedzieć, może lekko czuć, gdzie leży granica..

    I patrząc na znośnie normalne rodziny… nie ma mężów, którzy nie potrafią zostać z dziećmi, są tylko żony, które na to nie pozwalają…

  • „liść” – historia niesiona wiatrem


    Tak mi się trzęsą ręce, że dziś zostawię tylko kilka słów – wybaczcie.
    To jedna z chwili na którą czekałam z największą niecierpliwością w swoim życiu.
    Dziękuję Wam za Nią, bez Was nie było by tej chwili.
    Książka „liść” – TUTAJ.

    _______________________________________

    Partnerzy:
    Dziękuję firmom, które chciały wziąć w tej przygodzie udział.
    Effiki (kiedyś Effii) – dla mnie to nie firma, to serce tego bloga. Była pierwszą z którą nawiązałam współpracę. Dziś właścicielka jest moją przyjaciółką i choć czasu mamy mało to nigdy nie zapomnę ile dla mnie zrobiła.
    5-10-15 – to dla mnie zaszczyt, że taka duża firma dostrzegła taką Julię. Pokazuje, że za korporacją kryją się fantastyczni ludzie.
    Muppetshop – to obok Effii kolejna marka, która rozpoczynała ze mną świat blogowania.
    Mijają lata a my nadal w przyjaźni i czymś o wiele większym niż współpraca.
    Pink No More – uwielbiam za chęci, kreatywność, wieczny uśmiech, który się po prostu w tych mailach widzi. Od lat ze mną.
    Muzpony – chętni do działania ze mną od kilku lat. Słowni, profesjonalni, konkretni, nie tracąc przy tym naturalności i serca.
    Tublu – czasami uśmiejemy się z właścicielką w mailach z moich głupot, bo nie raz z zabiegania coś piszę bez sensu, albo miało iść do Kogoś innego. Bliscy moim realizacją i potrzebą.
    Titot – i Ci którzy ocieplają nasze stopy, a wiadomo, że od stóp i od głowy wszystko co najważniejsze.
    Działający w wielu przedsiewzięciach godnych polecenia, tym bardziej mi miło, że dołączyli i do nas.

    Dziękuję firmie PRE-tekst za kolejne ogarnięcie mojej książki. 
    Profesjonalność, pamięć o moich zdawkowych informacjach, idealne odczytywanie tego co w mojej głowie…

    oraz Drukarni Colonel – jeżeli kiedyś zamkniecie zakład, ja przestane pisać. 
    Jechać tam to jak odwiedzać swój dom.