• Rustykalnie – wywiad

    Od kilku lat jestem związana blisko z marką Seart, która jest też właścicielem marki Rustykalne Uchwyty.
    Obie firmy/sklepy są taką esencją dobrego wnętrza.
    Cały nasz dom jeżeli chodzi o napisy, numerki, wieszaczki jest oparty na Rustykalnych Uchwytach.
    To są drobiazgi jakie tworzą tę wyjątkową aurę w domu.
    Często pytacie mnie o nasze lampy. Tam możecie ich znaleźć niewyobrażalną ilość.
    Myślę, że Ci, którzy kochają się w takim stylu mogą zwyczajnie na stronie Rustykalnych przepaść..
    I niech nie zmyli Was nazwa… Tam oprócz uchwytów są piękne meble. Myślę, że śmiało mogę napisać, iż jest to jedno z najlepszych miejsc w których można „obkupić” swój dom.
    Oprócz giełdy staroci 😉
    Miałam ostatnio przyjemność udzielać Im wywiadu..
    Zostawiam go zatem dziś Wam.
    Na samym dole mam dla Was kilka rzeczy do rozdania właśnie z tej marki.
    Zostawiam kilka zdjęć, które były robione dawno temu do magazynu Weranda Country.

    Karolina: Julio, znamy się od dawna i to, co najbardziej lubię na Twoim blogu to harmonia. Czytam i czuję emanujący spokój. Skąd czerpiesz tą równowagę?

    Julia: Mam wrażenie, że równowaga u większości ludzi ma swoje podłoże w podobnym miejscu. To rodzina, dom i przyroda/natura.
    Jeżeli oczywiście ten dom jest stabilny, bezpieczny, spokojny i ciepły…
    Wielu ludzi, którzy takiego domu nie mają, który tę równowagę może dać, biorą ją z siebie. Ze środka. I to są prawdziwi bohaterowie.
    Najczęściej Ci bohaterowie to Mamy. One biorą siłę równowagi aby dać dzieciom – dom. Pomimo burz które krążą dookoła.
    Myślę, że kwestia równowagi to też nabyte doświadczenia, lata obserwacji i pilnego uczenia się samego siebie.
    A potem wielorazowe próby pewnych wyborów w kwestii zachowań, miejsc, ludzi, dobranych słów…
    Pewnie najpiękniejszą równowagę osiąga dopiero refleksyjny starzec..
    Ileż to razy patrzymy na tego co siedzi zgarbiony, z dłońmi na drewnianej lasce i tylko kiwa głową..
    Czasami się lekko uśmiecha, a ten uśmiech mówi wszystko co o życiu wie i jakie z tego życia wyniósł oceny za odrobione lekcje…
    To musi być dopiero równowaga…

    To, co nas łączy, to zamiłowanie do wsi. Zarówno Twój dom, jak i siedziba naszej firmy mieszczą się na wsi. Dla nas wieś jest źródłem inspiracji, tworząc meble sięgamy do tradycji. Jak to jest u Ciebie? Co daje Ci życie na wsi?

    Wieś jest dla mnie też częścią tej równowagi.
    To na niej poznawałam świat, uczyłam się czytać w wiejskiej szkole, tam też zawierałam przyjaźnie i pierwszy raz zaczynało mi bić serce.
    Na wsi spędzałam wakacje i na niej spacerowaliśmy przed niedzielnymi obiadami.
    Późniejsze życie pokazało mi również, że żadne inne wakacje nie są w stanie sprostać tym które można mieć na sierpniowych ścierniskach i w rowach między mleczami.
    Wieś daje mi spokój którego bardzo pragnę i który jest jednym z najważniejszych elementów mojego dobrego funkcjonowania. Wieś daje mi ciszę. Wieś daje mi też człowieka. Bo choć nie jest to regułą, mam wrażenie, że na wsiach człowiek jest obok drugiego człowieka o wiele bliżej. Więcej sobie pomagają, częściej się spotykają… Chociażby koło płota, czy sadząc w ogródku..
    Poprzez małą ilość ludzi jaka zamieszkuje wieś, prawie wszyscy się znają i droga do sklepu staje się o wiele bogatsza…
    Im więcej uśmiechów i życzliwych „dzień dobry” złapiesz, tym więcej radości do domu przywieziesz… choć jechałeś po masło i ser..
    Pomidora od sąsiada przynieść możesz, gdy idziesz zanieść Im świeżo upieczone bułki..
    W sam raz do masła i sera…
    Prawdziwe życie to dla mnie relacje między ludźmi i matką ziemią jakie były dawno temu i które powoli zanikają…
    A to życie najpiękniej można odnaleźć na wsi.
    Choć zawsze na pytanie „gdzie było mi najlepiej”, bo mieszkałam w ogromnej ilości miejsc, odpowiadam, że wszędzie dobrze mi było…
    Bo wszędzie odnajdywałam drugiego człowieka…
    Ale dziś, kiedy już mam rodzinę i dom, moje miejsce jest z nimi na wsi…

    Oprócz stylistyki rustykalnej, lubujemy się w klimatach retro i vintage. I nie będę ukrywać, że wnętrze Twojego domu jest dla nas niesamowicie inspirujące. Stylistyka naszych dekoracji i akcesoriów doskonale się wpisuje w klimat Twojego domu. Ja osobiście mogłabym u Ciebie zamieszkać.
    Jak powstała aranżacja Twoich wnętrz? Czy był to gotowy plan czy raczej stopniowy proces? Jak dobierasz meble i dodatki do swojego domu?

    Pamiętam jak podczas budowy często mój mąż pytał „jaką kupić lodówkę”, „Jaką kupić kuchenkę”? Odpowiadałam „wybierz sam, na pewno będzie super”.
    Bo ogromnym, dziś okazuje się że zbawiennym był fakt identycznego gustu.
    Wszystko co miałam i kupiłam ja, było w całkowitym guście Adama. I odwrotnie.
    Nigdy nie mieliśmy na ten dom planu czy rysunku.
    Dosyć dużo już mebli i dekoracji miało każde z nas w swoich mieszkaniach.
    A potem stopniowo dokupowaliśmy. Bez żadnego spięcia, ciśnienia, presji czasu…
    I kupując kolejne rzeczy, które nam się podobały nie zastanawialiśmy się czy będą do siebie pasować… One po prostu musiały się polubić 🙂
    To tak jak z ubraniami. Jeżeli założysz kilka swoich ulubionych ciuchów, to będzie Ci w nich dobrze i będą do siebie pasować. Ale musisz mieć odwagę w nich wyjść i żyć estetycznie wedle swoich potrzeb, a nie oczekiwań społeczności.
    Jednym ten dom może się podobać bardzo, a innym za grosz.
    Ale przecież to ja tu żyję i mnie ma dawać siłę i energię do działania czy też dobrego odpoczynku.
    Dla mnie przestrzeń wokół mnie jest niezwykle istotna.
    Pamiętam jak w internacie, w pokoju gdzie było nas cztery miałam kącik dookoła łóżka przystrojony. Gdziekolwiek się nie pojawiałam musiałam stworzyć swój świat.
    I zawsze będę uważać, że liczą się chęci i pomysł aby mieszkać ładnie, bez względu na rodzaj gustu.
    Można mieć dużo pieniędzy i drogie mebla a nie czuć się u siebie dobrze.
    Można też kupić w sklepie z używaną odzieżą kawałek materiału na starą kanapę i zasłony, do tego puszkę farby i już jest…
    Dom i jego wnętrze wychodzi z człowieka, nie z portfela…

    Lubisz zmiany we wnętrzach? Często zdarza Ci się coś przestawiać, zamieniać, kupować nowe rzeczy? Ja mam ten komfort, że aranżacyjnie mogę się wyżywać na naszej ekspozycji. Ustawienie mebli, dobór dodatków, eksperymentowanie ze stylami to coś, co bardzo lubię.

    Różnie to bywa..
    Mam taki czas kiedy robię dużo przemeblowań. W dziecięcych pokojach, salonie… Wtedy mam takie wrażenie jakbym cieszyła się tym wszystkim na nowo.
    Mobilizuje mnie to do doskonalszego wysprzątania 🙂
    Czasami kupiona mała drobnostka pociągała za sobą lawinę przemeblowań.
    Skąd czerpałam tak wielkie siły do tego aby całe dnie przenosić, przestawiać… ? 🙂 Nie wiem…
    Dziś, od dosyć długiego czasu mam taki spokój w tej kwestii.
    A jedyne meble jakie przestawiam to na tarasie wiosną i jesienią.
    Kiedy go mebluje przed latem, lub sprzątam i przygotowuję na zimę.
    A może to tylko chwilowe, ten spokój w domowych ekspozycjach? 🙂
    Mam naturę niespokojną, potrzebującą zmian i działania… Zatem tak, to pewnie tylko chwilowe..
    A może cisza przed burzą…? hmm…
    Choć bardziej wydaje mi się, że to zwyczajne zmęczenie materiału..
    Bo przecież natury nie oszukasz jak mawiają…

    Zapytam też nieskromnie. Jak sprawują się meble z naszej oferty? Co w nich lubisz, co wnoszą do Twojego wnętrza?

    Wiesz, są takie meble, dodatki, przedmioty, które bywają w tym domu na chwilę. Albo się nudzą, albo przybyły przypadkiem, albo były chińskie i się zepsuły…
    Są też takie, które pasują tu dziś i mam wrażenie, że bez względu na to co się w tym domu zmieni, będą pasować zawsze…
    Tak mam z krzesłem przy biurku, czy  stołkiem przy kuchennej wyspie.
    Są takie przedmioty w każdym domu, które czynią go „smacznym” i wyjątkowym. Jeżeli Ktoś tak myśli o moim, to zasługą tego są Wasze meble które już od lat z nami mieszkają.
    Ach, ostatnio kuchanny Wasz stołek grał ze mną w przedszkolnym przedstawieniu 🙂
    Od niedawna budują się przed moim kuchennym oknem sąsiedzi.
    Czasami Asia woła mnie z okrzykiem „chodź, przyszła paczka od Rustykalnych Uchwytów”..
    I idę się Wami zachwycać… szafą, komodą, stołem, drzwiami, okuciami…
    A ile się Wasz stół już z nami naświętował, ile rozmów nasłuchał, śmiechu..
    Przecież to przy nim napisałam swoją pierwszą książkę dla dzieci pt „liść”…

    Myślę, że to, co nadaje wnętrzu charakteru to właśnie odpowiedni dobór mebli i dodatków. Dla mnie powinny one mieć duszę, swój charakter, swoją historię. Za to zupełnie nie przekonuje mnie nowoczesna surowość. Jak Ty odnosisz się do współczesnych trendów? Minimalizmu, prostoty, sterylności…

    Bardzo ją lubię. Bo choć mieszkać bym w niej nie potrafiła, bo zaraz zagracę, to lubię w takich domach przebywać. Odpoczywam tam.
    W takich domach, łatwiej jest zachować porządek, który cenię.
    Czasami nawet się takimi domami zachwycam.
    Ale na bardzo krótko. Może dlatego, że są tak inne od mojego.
    Życie które kocham i w którym się odnajduję jest pomiędzy milionem kocy, poduszek, dywaników i książek.
    I choć nowoczesne domy to nie jest wychodzący z mojej natury głos, potrafię docenić gdy jest dobrze skomponowany. Np zachwyca mnie dom moich sąsiadów architektów. Spójność środka, zewnętrznego wizerunku, podwórka, każdej roślinki… Taka klasa i gust. 

    Bardzo miło patrzy się na Twoją rodzinę. Nawet na zdjęciach widać niesamowitą więź jaka Was łączy. Gdzie toczy się Wasze życie rodzinne? W której części domu spędzacie wspólny czas?

    Zupełnie nie potrafię zrozumieć po co nasz dom ma zbudowane piętro… 😉
    Jesteśmy wszyscy razem – nieustannie.
    W salonie, kuchnii, łazience, tarasie…
    Choć coraz częściej Tosia (lat prawie 8) potrafi znikać z przyjaciółką w swoim pokoiku..
    Ja mam wrażenie, spędzam 90% czasu przy kuchennym blacie i piekarniku.
    Lubię swoje miejsce 🙂
    A oni wszyscy są tuż obok.. Bo czekają, aż wyciągnę z tego piekarnika pachnącą chałkę, bułki, muffiny… 🙂

    A masz jakiś swój kącik, miejsce, które jest tylko Twoje, w którym się relaksujesz, odpoczywasz, czytasz Myśliwskiego?

    Mam kilka do pracy. To jest biuro. Lub kuchenny stół, gdy w domu jestem sama.
    Moja pracownia w piwnicy, gdzie pakuję książki, gdy jest premiera.
    Ale takie relaksacyjne to zależy od pogody. Zimą kocham od jakiegoś czasu swoją wannę w sypialni. Nalewam gorącej wody i czytam tam książki.
    Latem czytam w hamaku na tarasie, na kocu gdy się opalam.
    I prawie codziennie (gdy nie jestem w serialowym ciągu) idę pod kołdrę z książką.
    Uśpię już dzieci, posprzątam w zlewie i wchodzę pod ciepłą kołderkę.
    Zapalam nocną lapkmę i czytam, czytam, czytam…
    Kocham te wieczory..

    Jakimi materiałami lubisz się otaczać? Drewniany dom sugeruje, że to właśnie w naturze czujesz się najlepiej – mam rację?

    Oczywiście. Jak to mawia mój Adaś – u nas w domu nic niczego nie udaje.
    Drewno to drewno, cegła to cegła. Nie mamy paneli czy klinkieru.
    Lubię len, bawełniane liny, jutę, płótno…
    Chodzi o to, że drewniany dom jest po prostu o wiele zdrowszy do mieszkania niż murowany.
    Zatem od początku do końca niech tworzy go natura.

    A co myślisz o metalowych akcentach we wnętrzach? Podobają Ci się postarzane okucia, rdzewione dekoracje? To z jednej strony przeciwieństwo drewna, a z drugiej – mam wrażenie – jego doskonałe uzupełnienie.

    Od zawsze tak było, że są klasyczne połączenia, które do końca świata będą tworzyć najpiękniejsze wnętrza.
    Przecież te wszystkie amerykańskie lofty to cegła i metalowe konstrukcje.
    Do tego okna złożone z kwadracików w metalowych ramach.
    Jest pewna granica, gdzie połączenia materiałów się uzupełniają i tworzą całość.
    Ważne, żeby nie przesadzić.
    Dlatego okucia metalowe, rdza to dla mnie jakby nieodłączny element drewna.
    Wszystkie nasze drzwi na górze są takim właśnie połączeniem.
    Pamiętam jak kiedyś dostałam karton numerków, wieszaczków, zawiasów i innych drobiazgów z Waszej firmy.
    Biegałam z nimi jak dziecko po domu z okrzykiem „Adaś, a może tutaj?”, „A patrz jakby pięknie było tutaj” i przykładałam wszędzie…

    Moja droga do pracy wiedzie przez las. Mijam łąki, na których pasą się sarny. A jak już dotrę na miejsce wita mnie śpiew ptaków. I bardzo to lubię, daje mi to przysłowiowego kopa na cały dzień. A ciebie co motywuje? Działasz bardzo prężnie, wciąż się rozwijasz – skąd w Tobie tyle energii?

    To kwestia natury z jaką się człowiek rodzi.
    Taka energia, jak wszystko ma swoje plusy i minusy..
    Jednak jeżeli zapytałabyś czy chciałabym się urodzić z inną, to nie… nie chciałabym… chociaż jak człowiek może nie chcieć czegoś czego nie zna..
    Lubię natomiast spokój jaki potrafię już trochę za ogon łapać gdy mi ucieka.
    Już wiem kiedy zwolnić, czego się nie podejmować aby się nie zagalopować..
    Bo wtedy można się przewrócić, a ja już wiem jak taki upadek wygląda i wcale go nie chcę.. Chcę kroczyć spokojniej, rozważnie..
    Choć wiem przecież, że są ludzie z naturą tak różną od mojej, że ten mój rozważny krok to dla nich galop..
    Cóż mnie motywuje…?
    Przede wszystkim chęć żeby nie żyć bez sensu.. Choć brzmi trywialnie.
    Chcę zapisywać to co mam w głowie, coś z siebie dawać. Ludziom, ziemi.
    Chcę czytać, poznawać, przeżywać.
    Mam takie poczucie, że czas który mija bezpowrotnie powinien być dobrze spożytkowany. Nawet ta nuda powinna być twórcza i coś dobrego człowiekowi wtedy do głowy powinno wpaść.
    Chce moim dzieciom dać szczęście, poczucie bezpieczeństwa.
    Życie mnie Karolka motywuje. Po prostu życie. Żeby go nie zmarnować.

    Mam też dla Was kilka niespodzianek od firmy Rustykalne Uchwyty.
    Wystarczy dokończyć zdanie „Mebel to…”
    Możecie też słowo „mebel” zamienić na szafę, stół, krzesło…
    Do rozdania mam przepiękne grabki ogrodowe, zakładkę do książek i krawiecką szpulę z nożycami.
    Dlatego pod wpisem o meblu napiszcie proszę co byście chcieli dostać.
    Wyniki w tym poście 30.04.

    Nagrody wędrują do Ewy, Kasi i Bereniki.
    Proszę o adresy wraz z nr tel potrzebne do wysyłki na adres mailowy julia.rozumek@gmail.com
    Proszę też napiszcie co chcecie dostać.
    Gratuluję 🙂

     

  • przy stole.

    Najistotniejszym w życiu jest nie tyle powód, co samo spotkanie. Człowieka z człowiekiem.

    Kiedyś, jeżeli Ktoś pierwszy od takiego „stołu” czy spotkania wstawał, to powodem najczęstszym była oprzątka. Ktoś musiał iść do kur, świń, krów. Nakarmić, napoić, wydoić.
    Nikogo do niczego innego nie rwało. No może do wychodka…
    Bo i nic innego, lepszego na człowieka poza tą rozmową nie czekało.
    Dziś każdy rozchodzi się nader prędko. Do koncertu świątecznego w telewizji, do telefonu, filmu

    Od jakiegoś czasu przy różnych okazjach wkłądam pod talerze „zadania”.
    To są rozpoczęte zdania, które każdy musi dokończyć. W zależności od tego jakie wylosował pod swoim talerzykiem…
    „Na tę nadchodzącą wiosnę koniecznie muszę….”
    „W to lato…”
    I cokolwiek Wam do głowy wpadnie zapiszcie, a goście niech nam powiedzą…

    Albo…
    Każdy dostaje kartkę na której na górze zapisuje marzenie jakie chciałby w tym roku spełnić. Bez podpisu.
    I podaje swą kartkę w prawo. Teraz wszyscy dopisują na marzenie każdej osoby, po jednym zdaniu – co mogliby zrobić dla tej osoby aby owo marzenie stało się realne.
    Kartki krążą dookoła.
    Chodzi o to aby wpisywać rzeczy realne, które jesteśmy w stanie zrobić dla drugiej osoby, a potem zrobić wszystko aby obiecanego dotrzymać.. Przykład…
    „Moim marzeniem jest pojechać na koncert Open’er Festival” (podaje przykład, bo ja z daleka od masowych imprez 🙂 )
    Teraz można dopisywać…
    „Mam znajomą w Gdyni, załatwię nocleg, albo prysznic w ludzkich warunkach”
    „Dołożę się do biletu pociągowego”
    „Pożyczę śpiwór”
    Po takiej zabawie okazać się może, że marzenia które spełnia się razem, dają przyjemność nie tylko marzącemu… 

    Tak, kartki i pisanie. Tylko to wpada mi do głowy 🙂
    Każdy na kartce piszę za co Kogoś przeprasza. Bez podpisu i bez adresata.
    Wrzuca się kartki do miski. Losujemy i czytamy na głos. Wszyscy zgadują Kto Kogo przeprasza w danych słowach..
    Żeby nauczyć ludzi mówić przepraszam. Aby nie było to słowem tabu. Aby zrobić z tego zabawę. Oswoić przepraszanie… Ludzie wciąż za bardzo boją się używać tego słowa..

    A potem, odchodząc od stołów szli na spacery, przed domem posiedzieć. Na ławkach przy płocie.
    Pod lipą. 

    Nawet w milczeniu się jakby razem było.

    Konkurencje z jajem Im porobię. 
    I udział wezmą wszyscy. Dzieci, my, dziadki…
    Bo dla dzieci największa radość jak się dorośli z nimi bawią.
    Kto slalomem najszybciej jajko doniesie w łyżce…
    Kto drużynami najpiękniejsze jajko pomaluje. Moja drużyna przegra z kretesem.
    A potem szukanie jajek na czas. Pochowanych w domu bądź ogrodzie…

    I czegokolwiek sobie nie wymyślicie, to będzie piękne i najlepsze, jeżeli tylko w zgodzie będzie, człowiek obok człowieka…

  • „Zanim nadejdzie jutro”

    Doskonale pamiętam tamto zdjęcie. Zrobione telefonem. Przesłane na fejsbuku.
    I ta pierwsza strona…
    Od kiedy czytam książki nałogowo, już mniej więcej wiem jaką powieść chcę czytać następną.
    Rzadko kiedy przysiadam do „średniej” książki. Zaczynam czytać i od pierwszych stron jestem pochłonięta.
    Kiedy tak nie jest, daje książce szanse do 100-130 strony. Choć moja Teściowa mi ostatnio mówiła, że nie dałam szansy „małemu życiu”, a rozkręciła się koło 300 i zrobiła na Niej ogromne wrażenie.
    Może kiedyś do niej wrócę.
    Razem z tym zdjęciem, a raczej pod nim, moja czytelniczka napisała mi też „Julia zobacz, coś w twoim klimacie”. Nie pamiętam dokładnie. Co gorsza nie potrafię odnaleźć, Kto mi to polecił.
    Faktycznie, pierwsza strona, słowa, rodzaj narracji mnie zachwycił.
    Kupiłam ostrożnie pierwszy tom. Zobaczę – pomyślałam.
    A w tyle głowy „o Boże! 6 tomów!? Przecież po trzecim już będę chciała czegoś innego. Ileż będę mogła przeczytać o jednej historii..”
    A do tego każdy tom ponad 400 stron..
    (choć zaznaczam, że za cieńsze powieści raczej się nie biorę. Opasła powieść to więcej przyjemności i radości). A do tego czasu myślałam, że trzy tomy jednej historii to dla mnie tak akurat…
    Tak myślałam, bo nie trafiłam na „Zemstę i Przebaczenie”.
    Po tych sześciu tomach, które przeczytałam w najgorętszym okresie w roku – dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, nie mogłam się pogodzić z faktem, że to już koniec.. (6 tomów w niecałe dwa tygodnie)
    Jak dziś pamiętam, że w Wigilię pisałam do autorki, że jak mi uśmierci mojego ukochanego Sergiusza to podrę te książki.
    Zdecydowanie i jednogłośnie w mojej głowie wpisuję „Zemstę i Przebaczenie” na miejsce pierwsze z innymi złotymi medalistami, którzy już tam zasiedli.
    Potem przyszedł czas na kolejną Jej sagę. „Zanim nadejdzie jutro”.
    Jako pierwszą książkę Joanny Jax, przeczytałam „Dziedzictwo von Becków”. Genialna. Wspaniała. 
    Kiedy wzięłam w rękę pierwszy tom kolejnej sagi pomyślałam… No dobra Joasia.. Napisałaś tyle książek, które dzieją się w czasie drugiej wojny, były doskonałe, ale nie wierzę, że kolejna mnie pochłonie do reszty…
    Bo ileż można pisać książki osadzone w tym samym czasie (choć to mój ulubiony czas w literaturze), jednym piórem i aby każda po kolei była niezwykła.. No ileż?!
    Podeszłam do pierwszego tomu sceptycznie..
    Tak, to chyba będzie ta, która udała się Jej mniej… 
    Mhm… Na pewno! Po czterdziestu stronach, kiedy przekonałam samą siebie, że co jak co, ale Asia nie ma szczęścia w pisaniu, Ona ma po prostu niewiarygodny talent, dałam się porwać.
    Kiedy jestem porwana przez książkę, to nawet gdy goście wychodzą o pierwszej w nocy, czytam do trzeciej. Czytam kiedy gotuję obiad, gdy stoję w korku, kiedy mam 5 minut przed wyjściem z domu..
    Jeżeli Ktoś mi mówi, że nie czyta bo nie ma czasu, albo jest zmęczony, to uważam, że on po prostu nie ma dobrej książki.. 
    Czas i zmęczenie to pojęcie, które nie istnieje, gdy głowa cały dzień siedzi w kartach powieści..
    Joanna Jax jest dla mnie zjawiskiem trochę niewytłumaczalnym. Chciałabym zrobić jakieś badania, jak można dostać taką głowę?
    Bo w tej głowie jest tak… niewyobrażalna wiedza historyczna. Przedstawiona w taki sposób, że ja mam ochotę się rozpłakać, zastanawiając się, gdzie byłam w liceum na lekcjach historii?
    Nie, nie ma tam suchych faktów historycznych, długich, nużących opisów..
    Bohaterzy autorki (fikcyjni) żyją w tej historii (prawdziwej) tak, że masz wrażenie jakby prowadziła Cię po zgliszczach Warszawy, wyludnianym Wilnie…
    Nikt nie opisał powstania Warszawskiego w taki sposób, że ja, laik historyczny, widziałam ją oczami Armii Krajowej, oczami też tych, którzy jej nie chcieli, a znaleźli się obok. Mieszkańców, którzy ginęli, choć się na to nie decydowali. Oczami starców, dzieci. Oczami Niemców, Rosjan.
    To jest najpiękniej pokazana historia jaką dane mi było czytać.
    A to wszystko na podstawie przeżyć bohaterów, których dogłębnie się czuje. 
    Czytając kochasz ich i nienawidzisz. Wkurzasz się i dziękujesz.
    Choć kolejne książki mijają i nie zawsze pamiętam, jaki był wynik rozprawy sądowej u Jodi Picoult, którą przecież uwielbiam, tak każdą najdrobniejszą decyzje bohaterów Joanny mam wrytą w pamięć..
    Bo książki Jax, mają do siebie to, że są najpiękniejszymi poradnikami o życiu.
    Losy bohaterów, ich działania, decyzje, konsekwencje, to z ogromną gracją, pomysłem, cierpliwością pokazane życie i to jak może wyglądać poprzez nasze postępowanie, charakter.
    Zapisywałam sobie strony, zdania. 
    To książki po których chce się być dobrym. 
    „Zanim nadejdzie jutro” porywa mnie mądrością najprostszą jaką wielbię w Dziadku Konstantym Piotrowskim. Ogromnie różnorodne charaktery bohaterów nie pozwalają czytelnikowi się znudzić, zamyślić.. Błażej sprawia, że mam znów naście lat i chcę się w nim zakochać.
    Doskonałe dialogi, z wielką wyobraźnią rozpisane ludzkie historie.
    To takie książki, które trudno opisać. Nadać im takich słów, aby ukazać ich wartość..
    Bo dla mnie stają się wszystkim. 
    Czytając Joannę Jax, czuję jak rośnie moja wiedza, mądrość, empatia…
    To książki, które wzbogacają świat.. Dla których powinny być sadzone rozległe lasy, by zmienione w papier mogła zapisywać swoimi słowami Joanna…
    Miałam Wam zrobić recenzję tej ostatniej sagi, ale nie potrafię zostawić suchej recenzji.
    A do tego jednej zaledwie powieści.
    „Zanim nadejdzie jutro” to historia o ludziach, którzy w czasach gdzie Ktoś pozbawia nas bycia człowiekiem muszą nimi nadal być. To opowieść o losie człowieka jaki zgotowała historia.
    To słowa, które uświadamiają nam, że życie, to które trwa, tutaj, teraz, dla nas. Jest niczym innym jak bezpieczną, kolorową przystanią.
    W tym wszystkim nie brak też humoru i tego, co dla mnie w książkach najważniejsze – miłości.
    To saga o podróży człowieka. Nie tylko przez ból, cierpienie, niewyobrażalne wyrzeczenia, śmierć, tragedię Matek i ich dzieci. Nie tylko przez tęsknotę, miłość, oddanie, przepełnione wagony, muzykę, ulice, kamienice i puste stepy… to podróż czytelnika w którą nie zabierze nas nikt inny, tak jak robi to Joanna Jax.

    Joasię wydaje Videograf, Ich strona tutaj.

    Joanną zachwyciłam się po pierwszej przeczytanej powieści tak bardzo, że natychmiast do niej napisałam…
    Dziś mogę się pochwalić, że zostałam patronem medialnym, jej ostatniego tomu, najnowszej sagi „Zanim nadejdzie jutro”. 
    Ale o tym więcej za chwil parę.
    Dziś mam jeszcze przyjemność napisać Wam o spotkaniu autorskim jakie w ramach tego patronatu przygotowałam.
    Spotkanie z Joanną Jax, 09.05 (czwartek) w Krakowie, w Cafe Absurdalia. Godzina 19-ta.
    Ja też tam będę, bo w ten dzień drukuje się akurat w Krakowie moja książka dla Sztolni Królowa Luiza.
    Na wszystkich spotkaniach w Absurdaliach jest wyśmienicie, więc serdecznie Was zapraszam.
    Atmosfera, słodkości, rozmowy…