• „Zanim nadejdzie jutro”

    Doskonale pamiętam tamto zdjęcie. Zrobione telefonem. Przesłane na fejsbuku.
    I ta pierwsza strona…
    Od kiedy czytam książki nałogowo, już mniej więcej wiem jaką powieść chcę czytać następną.
    Rzadko kiedy przysiadam do „średniej” książki. Zaczynam czytać i od pierwszych stron jestem pochłonięta.
    Kiedy tak nie jest, daje książce szanse do 100-130 strony. Choć moja Teściowa mi ostatnio mówiła, że nie dałam szansy „małemu życiu”, a rozkręciła się koło 300 i zrobiła na Niej ogromne wrażenie.
    Może kiedyś do niej wrócę.
    Razem z tym zdjęciem, a raczej pod nim, moja czytelniczka napisała mi też „Julia zobacz, coś w twoim klimacie”. Nie pamiętam dokładnie. Co gorsza nie potrafię odnaleźć, Kto mi to polecił.
    Faktycznie, pierwsza strona, słowa, rodzaj narracji mnie zachwycił.
    Kupiłam ostrożnie pierwszy tom. Zobaczę – pomyślałam.
    A w tyle głowy „o Boże! 6 tomów!? Przecież po trzecim już będę chciała czegoś innego. Ileż będę mogła przeczytać o jednej historii..”
    A do tego każdy tom ponad 400 stron..
    (choć zaznaczam, że za cieńsze powieści raczej się nie biorę. Opasła powieść to więcej przyjemności i radości). A do tego czasu myślałam, że trzy tomy jednej historii to dla mnie tak akurat…
    Tak myślałam, bo nie trafiłam na „Zemstę i Przebaczenie”.
    Po tych sześciu tomach, które przeczytałam w najgorętszym okresie w roku – dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, nie mogłam się pogodzić z faktem, że to już koniec.. (6 tomów w niecałe dwa tygodnie)
    Jak dziś pamiętam, że w Wigilię pisałam do autorki, że jak mi uśmierci mojego ukochanego Sergiusza to podrę te książki.
    Zdecydowanie i jednogłośnie w mojej głowie wpisuję „Zemstę i Przebaczenie” na miejsce pierwsze z innymi złotymi medalistami, którzy już tam zasiedli.
    Potem przyszedł czas na kolejną Jej sagę. „Zanim nadejdzie jutro”.
    Jako pierwszą książkę Joanny Jax, przeczytałam „Dziedzictwo von Becków”. Genialna. Wspaniała. 
    Kiedy wzięłam w rękę pierwszy tom kolejnej sagi pomyślałam… No dobra Joasia.. Napisałaś tyle książek, które dzieją się w czasie drugiej wojny, były doskonałe, ale nie wierzę, że kolejna mnie pochłonie do reszty…
    Bo ileż można pisać książki osadzone w tym samym czasie (choć to mój ulubiony czas w literaturze), jednym piórem i aby każda po kolei była niezwykła.. No ileż?!
    Podeszłam do pierwszego tomu sceptycznie..
    Tak, to chyba będzie ta, która udała się Jej mniej… 
    Mhm… Na pewno! Po czterdziestu stronach, kiedy przekonałam samą siebie, że co jak co, ale Asia nie ma szczęścia w pisaniu, Ona ma po prostu niewiarygodny talent, dałam się porwać.
    Kiedy jestem porwana przez książkę, to nawet gdy goście wychodzą o pierwszej w nocy, czytam do trzeciej. Czytam kiedy gotuję obiad, gdy stoję w korku, kiedy mam 5 minut przed wyjściem z domu..
    Jeżeli Ktoś mi mówi, że nie czyta bo nie ma czasu, albo jest zmęczony, to uważam, że on po prostu nie ma dobrej książki.. 
    Czas i zmęczenie to pojęcie, które nie istnieje, gdy głowa cały dzień siedzi w kartach powieści..
    Joanna Jax jest dla mnie zjawiskiem trochę niewytłumaczalnym. Chciałabym zrobić jakieś badania, jak można dostać taką głowę?
    Bo w tej głowie jest tak… niewyobrażalna wiedza historyczna. Przedstawiona w taki sposób, że ja mam ochotę się rozpłakać, zastanawiając się, gdzie byłam w liceum na lekcjach historii?
    Nie, nie ma tam suchych faktów historycznych, długich, nużących opisów..
    Bohaterzy autorki (fikcyjni) żyją w tej historii (prawdziwej) tak, że masz wrażenie jakby prowadziła Cię po zgliszczach Warszawy, wyludnianym Wilnie…
    Nikt nie opisał powstania Warszawskiego w taki sposób, że ja, laik historyczny, widziałam ją oczami Armii Krajowej, oczami też tych, którzy jej nie chcieli, a znaleźli się obok. Mieszkańców, którzy ginęli, choć się na to nie decydowali. Oczami starców, dzieci. Oczami Niemców, Rosjan.
    To jest najpiękniej pokazana historia jaką dane mi było czytać.
    A to wszystko na podstawie przeżyć bohaterów, których dogłębnie się czuje. 
    Czytając kochasz ich i nienawidzisz. Wkurzasz się i dziękujesz.
    Choć kolejne książki mijają i nie zawsze pamiętam, jaki był wynik rozprawy sądowej u Jodi Picoult, którą przecież uwielbiam, tak każdą najdrobniejszą decyzje bohaterów Joanny mam wrytą w pamięć..
    Bo książki Jax, mają do siebie to, że są najpiękniejszymi poradnikami o życiu.
    Losy bohaterów, ich działania, decyzje, konsekwencje, to z ogromną gracją, pomysłem, cierpliwością pokazane życie i to jak może wyglądać poprzez nasze postępowanie, charakter.
    Zapisywałam sobie strony, zdania. 
    To książki po których chce się być dobrym. 
    „Zanim nadejdzie jutro” porywa mnie mądrością najprostszą jaką wielbię w Dziadku Konstantym Piotrowskim. Ogromnie różnorodne charaktery bohaterów nie pozwalają czytelnikowi się znudzić, zamyślić.. Błażej sprawia, że mam znów naście lat i chcę się w nim zakochać.
    Doskonałe dialogi, z wielką wyobraźnią rozpisane ludzkie historie.
    To takie książki, które trudno opisać. Nadać im takich słów, aby ukazać ich wartość..
    Bo dla mnie stają się wszystkim. 
    Czytając Joannę Jax, czuję jak rośnie moja wiedza, mądrość, empatia…
    To książki, które wzbogacają świat.. Dla których powinny być sadzone rozległe lasy, by zmienione w papier mogła zapisywać swoimi słowami Joanna…
    Miałam Wam zrobić recenzję tej ostatniej sagi, ale nie potrafię zostawić suchej recenzji.
    A do tego jednej zaledwie powieści.
    „Zanim nadejdzie jutro” to historia o ludziach, którzy w czasach gdzie Ktoś pozbawia nas bycia człowiekiem muszą nimi nadal być. To opowieść o losie człowieka jaki zgotowała historia.
    To słowa, które uświadamiają nam, że życie, to które trwa, tutaj, teraz, dla nas. Jest niczym innym jak bezpieczną, kolorową przystanią.
    W tym wszystkim nie brak też humoru i tego, co dla mnie w książkach najważniejsze – miłości.
    To saga o podróży człowieka. Nie tylko przez ból, cierpienie, niewyobrażalne wyrzeczenia, śmierć, tragedię Matek i ich dzieci. Nie tylko przez tęsknotę, miłość, oddanie, przepełnione wagony, muzykę, ulice, kamienice i puste stepy… to podróż czytelnika w którą nie zabierze nas nikt inny, tak jak robi to Joanna Jax.

    Joasię wydaje Videograf, Ich strona tutaj.

    Joanną zachwyciłam się po pierwszej przeczytanej powieści tak bardzo, że natychmiast do niej napisałam…
    Dziś mogę się pochwalić, że zostałam patronem medialnym, jej ostatniego tomu, najnowszej sagi „Zanim nadejdzie jutro”. 
    Ale o tym więcej za chwil parę.
    Dziś mam jeszcze przyjemność napisać Wam o spotkaniu autorskim jakie w ramach tego patronatu przygotowałam.
    Spotkanie z Joanną Jax, 09.05 (czwartek) w Krakowie, w Cafe Absurdalia. Godzina 19-ta.
    Ja też tam będę, bo w ten dzień drukuje się akurat w Krakowie moja książka dla Sztolni Królowa Luiza.
    Na wszystkich spotkaniach w Absurdaliach jest wyśmienicie, więc serdecznie Was zapraszam.
    Atmosfera, słodkości, rozmowy…

     

  • moje Legendy.

    Trawy urosły tam tak wysokie, że gdyby przyszedł kto obcy, nie z naszej czy pobliskiej wsi, to nie wiedziałby gdzie się tam wchodzi. Albo bardziej wchodziło gdzie się.. bo taki gąszcz, że nogi nawet nie postawisz. Brama do Jankowego podwórka zamknięta i gdyby poruszyć nią, to rdzy odpadnie niemało.
    Albo może w tym czasie już ktoś poszedł plądrować i brama wywarta na oścież straszy. Może  z zawiasów urwana, bo ta rdza przeżarta do reszty i się to wszystko pokruszyło doszczętnie.
    Bo dachy w budynkach cegielni już dawno dziurawe, krokwie i kominy pozawalane. To już działo się od dawna. Każdy przywykł. Ale to podwórko i ścieżka, że takie zarośnięte, to trudno uwierzyć..
    Trudno się pogodzić, bo jakby przed chwilą…
    Szło się przez pola na ognisko do Janka. Z koszem wiktuałów. Kiełbasą. Czasami niosło się patyki na ognisko, ale najczęściej były. Z mojego domu cegielnię mieliśmy na wprost. Tylko przez pola. Od nas na północ. Drogą dookoła jechało się sporadycznie. Jak autem trzeba było coś dowieźć.
    Na cegielni kilka stawów. Przy jednym z nich pomost. Stolik z ławkami i zadaszeniem. Tato mój robił.
    A jak Tato, to byle jaki nie był. Ostatnia na nim farba, zaraz przed tym jak spróchniał -pamiętam – pomarańczowa była.
    W latach świetności, na torach stały jeszcze wagoniki. Woziliśmy się w nich.
    Moja Mama miała wtedy taką dużą grzywkę. I kurtkę kreszową. Biało niebieską.
    Kiedy przeglądam stare albumy, zdjęć z cegielni jest chyba najwięcej.
    A to z gośćmi z Częstochowy, a to z gośćmi z Mykanowa, z Pruszkowa… 
    I na każdym Jasiu. Każdy pytał.. Czy idziemy do Jasia? A Jasiu będzie?
    I ten stół pełny jedzenia. Nawet na jednym zdjęciu stoją te musztardy i ketchupy poodkręcane w tle.
    Dzieci biegały po groblach, lasach, między zawalonymi budynkami.
    A w środku tych budynków był dziecięcy raj. Pomiędzy zwaliskami z cegły, korytarzami ciemnymi i zawiłymi. Po drewnianych pomostach. 
    Nikt za nami nie wołał „uważajcie na kleszcze” czy „nie wchodźcie tam, bo spadniecie”.
    A spadliśmy nieraz.
    Ale cegielnia nie była pięknym terenem, choć była. Cegielnia nie była przepięknymi budynkami po manufakturze cegły. Nie była też idealnym miejscem na wędkowanie czy letnie kąpiele w stawach.
    Cegielnia to był Janek. I gdyby Janka tam nie było, to śpiew który niósł się przy ognisku byłby zaledwie zawodzeniem.
    Z Jankiem wszystko stawało się historią wartą opowiedzenia.
    Sposób jego bycia, charyzma, donośny głos, śmiech, dowcip, bystrość umysłu, spostrzeżenia…
    Kiedy Janek wjeżdżał rowerem w centrum wsi, to z daleka było słychać. Jak opowiada, zagaduje..
    Zawsze miał w sobie pogodę ducha. Nawet gdy pogody nie było. Ani na niebie ani ducha…
    Janek był legendą.
    Choć my, mieszkańcy uważaliśmy go za postać oczywistą w naszym otoczeniu.
    Ale Jaśkowy kolor nadał barwy nie tylko mojej wsi i wsiom obok.. Jasiu był historią.
    W swoim białym garniturze, gdy jeszcze życie go nie dopadło, czy przebrany za kobietę w autokarze wycieczkowym…
    Życie dookoła Janka.. ach! Każdy chciał gdzieś obok się znaleźć. Być obecnym w niezwykłym świecie jaki dookoła siebie tworzył. Janek był Idolem. Choć nigdy nikt tak o nim nie myślał i nie powiedział.
    Wtedy był po prostu Jankiem z Cegielni. 

    Henryk mawiał sam o sobie, że mieszka na Błoniach. Bo to obrzeża wsi były. Zielone. Piękne. Za rzeczką. Za młynem.
    Henryk potrafił o zwykłych rzeczach opowiadać z takim patosem, dykcją i gestykulacją, że miało się wrażenie bycia widzem w teatrze jednego aktora.
    Ja byłam tym widzem zza kioskowej lady. 
    I najczęściej mówiłam, weź se Heniu jeszcze jedno piwko na zeszyt. Nie idź jeszcze. No bo gdzie Ci się spieszy? A to fakt był, że Heniowi się nigdzie i do niczego nie spieszyło. Mawiał, że Mama na niego nakrzyczy. A lat miał pięćdziesiąt. Nie żeby się tą Mamą przejmował. Czasami chyba na wiadomości czy do oprzątki chciał się zrywać. Ale tylko chciał.. Się końcowo nie zrywał. A bo to przyszedł ktoś i postawił, a to w fajną dyskusję żeśmy weszli.
    Bo choć gazet pełne półki Mama w kiosku miała, tak nie było takiej, która mogłaby mi rozmowę z Heniem zastąpić.

    Garnitur miał piękny ten brązowy. 
    W niedziele rano gdy przychodził do nas na taras po piwko, bo kiosk zamknięty. Ubierał go przy dniu świątecznym. Mama Mu żuru z kiełbasą i jajkiem nalewała.
    Heniu w młodszych latach sekretarzem partii był. Zatem Jego elokwencja, zasób słownictwa i krasomówstwo pomagało Mu tworzyć historię i opowieści godne felietonów czy książkowych stron.
    Dziś już nie pamiętam ich szczegółów. I aż żal, że człowiek nie zaczął wcześniej pisać..
    Ileż można by dziś sobie przypomnieć. Ile od zapomnienia ocalić.
    Miał w sobie coś takiego, że uwodził. Wzrokiem, gadką. Amant.
    Kiedy szedł naszym wiejskim dziurawym chodnikiem, miało się takie wrażenie, że idzie Ktoś.
    Legenda. Historia. 
    Wystarczyło czasami, że powiedział jedno zdanie i to było to, które tę legendę tworzyło.

    I choć Janek czy Heniu, każdy powiedziałby, że ten co wypić lubi, leżą już w ziemi. 
    Już czas skruszył trumny. 
    Już trawy porosły ich podwórka.
    To tamte lata, w których każde popołudnie dłużące się w kiosku Mamy, spędzał ze mną siedzący na taborecie Heniu… Z piwem w dłoni, często pieśnią na ustach. Z właściwym, często gęsto ironicznym słowem dla tego co w próg kiosku wchodził. Heniu jak nikt potrafił dogryźć z taką lekkością, a zarazem trafnością, że często trafiany pojęcia nie miał nawet, że to w niego, i w śmiech bądź potakiwanie wpadał.

    Są częścią mojego dzieciństwa. Najpiękniejszego dzieciństwa. 
    Legendy naszej wsi. Postacie, które nieraz potykały się na swojej drodze, przez swój niezwykły sposób bycia, poprzez bogate wnętrze jakie Im towarzyszyło.
    Ile smutków musieli utopić w wódce. Ile wycierpieć w pogłębiających się nałogach.
    Jle razy upaść, śmierdzieć. Ile obelg usłyszeć. By kiedyś pewnego dnia, przez te nałogi się już nie podnieść.
    Nie musicie się już podnosić. Nie musicie wstawać. Chwiać się na nogach. I znów upadać. 
    Nie musiscie czuć bólu. Zbierać siniaków i zadrapań.
    Już możecie spać w spokoju. 
    Tylko musicie wiedzieć, że to wszystko nie było na nic. A mocno po coś.
    Może we wsi stać remiza. Może kościół czy mleczarnia.
    Mogą być modlitwy przy kapliczkach. Marzanne dzieci topić wraz z wiosną mogą..
    Ale moją wieś buduje przede wszystkim Heniu co z Błoni na rowerze jedzie. Na piwko. Koło szesnastej.
    Jasiu, który wchodzi i puka tak, że drzwi z futryny wyskoczyć chcą, albo nie puka wcale. Ot, Jego właśnie charakter. Od drzwi zabawne słowo ma. I ten co idzie go przywitać, wychodząc z kuchni już się uśmiechać zaczyna.

    Mam nadzieję, że tam w niebie, gdzieś gdzie poszliście, gdy te trumny zgniły, zjeżdżacie się pod sklepem.
    Jak pod kioskiem latem. Rowerami. Pod oknem i przy płocie opieracie. A potem bez końca opowiadacie.
    Kto po wsi przejdzie to śmiechy z niego robicie, starszej Babci proszek do prania z górnej półki podacie.
    Młodej pod spódnice zajrzycie, gdy do zamrażalki po lody się schyli.
    A potem, tak jak i mnie, tej podniebnej sklepowej zamknąć pomożecie. Klapę od okna zamkniecie, skrzynki po piwach do środka wniesiecie..
    Tylko czy tam będziecie mieć piwo?
    Jakby nie, to dajcie znać. Kiedyś do Was się przyłącze to przywiozę. Tylko czekajcie, bo niezbyt prędko. Dzieci odchować muszę.
    Usiądziemy jak za dawnych lat. 
    Poczekajcie. Jak na ławce przed kioskiem, gdy leciałam do Pani Basi się wysikać, a Wy pilnowaliście mi kioskowego kramu.

    I gdy do Was dołączę, Ty Jasiu powitaj mnie jak wtedy gdy miałam kilka lat i wjeżdżałam na Cegielnię przez Twoje podwórko. Ze zgrają dzieciaków, a potem simsonem..
    Tak jakbyś z tego podwórka nigdy nie odszedł.

    We wspomnieniach widzę Was też w rowach, z przewróconym rowerem. Z ubytkami w uzębieniu.
    Popuchniętymi rękami i złamaną szczęką.
    Bezzmiennie jesteście moimi idolami.
    Bo ja wiem, doskonale wiem co się pod tym przewróconym człowiekiem kryło.
    Dziękuję dziś rodzicom, że pokazali mi jak pięknie można Was z tych rowów podnosić.
    I że w największym Waszym potknięciu, dla moich rodziców zawsze byliście pachnącymi ludźmi, choć czuć było czasami z daleka..
    Mieliście w sobie kawał takiej inteligencji o jakiej dzisiejsze pokolenia mogą jedynie marzyć.
    Dystansu, pokory, klasy… Boże mój!! Ile w Was było człowieka!!
    To Wy nauczyliście mnie, Wasze istnienie,  że wartością największa jaką można mierzyć ludzi, nie jest jego zdolność odnalezienia się na wielkich salonach, czy dystyngowanych przyjęciach. Choć akurat Wy potrafiliście to doskonale.
    Największą wartością człowieka jest zdolność nawiązania dialogu i pochylenia się nad człowiekiem w rowie. Byliście klasą samą w sobie. Do samego końca.

    Dziś mielibyście prawie siedemdziesiąt lat. Tyle mogliście jeszcze pożyć..
    Tyle żartów zrobić. Tyle dni umilić.
    Ale może taki był Wasz czas. Może byliście już zmęczeni.
    Przecież pomarańczowy stół też spróchniał, a biały garnitur nie tyle zszarzały, co w ogóle nie wiadomo gdzie jest..

    Dołączę do Was. Czekajcie tam cholera na mnie!!
    Zacznijcie w tym czasie budować kiosk. Jakiś taboret tam skołujcie.
    Może pomost na stawie i miejsce na ognisko.
    Ja załatwię garnitury. Choć ten brązowy Heniu,  to za ciepły taki miałeś.
    Ogarnijcie tam to jakoś.
    Mama moja jak dołączy to Wam zamówienie zrobi. Na papierosy i na piwko.
    Tata nowy stół nad jeziorem z desek zbije.
    Tylko słuchajcie nie za prędko będziemy. 
    Wam się tak spieszyło. To czekajcie.
    O, w tym czasie może Heniu zaśpiewaj to co zawsze śpiewałeś…

    „Siedzieliśmy jak w kinie
    na dachu przy kominie,
    a może jeszcze wyżej
    niż ten dach, dach, dach.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Znalazłam cię w rynsztoku,
    bez szelek i widoków,
    za włosy cię wywlokłam
    spoza krat, krat, krat.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Kazałam cię wyczyścić,
    posłałam do dentysty,
    wsadziłam pół Cedetu
    na twój grzbiet, grzbiet, grzbiet.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Włóczyłam cię po sklepach,
    bo byłeś jak Mazepa,
    samego masz obuwia
    z dziesięć par, par, par.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Prosiłam godzinami,
    byś przestał jeść palcami,
    mówiłam co spasiba,
    co pardon, don, don.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Wbijałam w łeb,
    jak dziecku,
    po rusku, po niemiecku:
    nie na to jest perfuma,
    byś ją pił, pił, pił.
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Przytyłeś mi – ty łotrze,
    bo miałeś według potrzeb,
    czy dziś obywatela
    na to stać?
    A ty mnie precz wygnałeś
    i tamtą pokochałeś,
    to po całowałeś mnie
    wtedy tak?

    Ty jesteś kawał drania,
    to nie do wytrzymania,
    na diabła mi potrzebny
    taki chłop, chłop, chłop?
    Wystawię ci rachunek
    za wikt i opierunek,
    za każdy pocałunek –
    zapłać!
    Albo wróć.
    Wróć.”

  • podarunki 50


    Słuchajcie, jeżeli u mnie jest dużo konkursów to znaczy, że coś się kroi..

    Że poza blogiem nad czymś pracuję..
    Myślę, że już za tydzień będę mogła zdradzić Wam sekret, co to jest…
    Dziś zostawiam Wam wyniki ostatnich podarunków. I nie ukrywam, że wybór był okropnie trudny.
    To jakie macie pomysły, zdolności do pisania, wrażliwość, mądrość życiową, empatię…
    Zwycięzcę poprzedniego konkursu wybrała właścicielka. Ale to na końcu.
    Dziś nie będzie wcale nudniej. Czytam Wasze odpowiedzi konkursowe na tak fajne pytania z wypiekami na twarzy. 
    Poprzez te pytania jakie tutaj padają, wiem, że wielu czytelników wchodzi w komentarze pod konkursem, bo to piękna lektura. 
    W ten piękny poniedziałek sponsorem nagród, bo będą aż trzy (!) jest sklep BOTANIQ.
    I ośmielę się stwierdzić, że to jeden z najpiękniejszy sklepów eko jaki widziałam.
    Wizualnie strona jest dopracowana, dopieszczona. Ciekawa, jasna, przejrzysta.
    Dobór kosmetyków starannie przemyślany. Nie ma tam kompromisów.
    Jest jedynie natura i mineralne składniki.
    Bo coraz bardziej należy się zastanawiać nas tym jak żyjemy.
    Nie trzeba mieć mnóstwa pieniędzy aby żyć zdrowo. Trzeba być świadomym.
    Bo kosmetyki można zrobić też w domu samemu za grosze. 
    Czy wiecie, że 60% tego co wcieramy w skórę dostaje się do krwiobiegu i wpływa na zachodzące w organizmie procesy, a nawet na rozwój płodu i przenika do mleka matki?
    Czy wiecie ile sztucznych konserwantów, barwników, substancji zapachowych, parabenów, PEG-ów, SLS, SLES, silikonów i substancji ropopochodnych jest w każdym kosmetyku jaki posiadacie?
    Oczywiście jedni mogą machnąć ręką. I ja też rozumiem, każdy z nas ma inny konik w życiu.
    Coś innego jest dla niego istotne. Ja akurat mam tak z jedzeniem i kosmetykami.
    Ale wracając do tematu… Jeżeli Ktoś ma podobnego fioła jak ja, polecam BOTANIQ i nie dlatego, że jest dziś ich konkurs, a dlatego, że coś na ten temat już wiem i mocno zagłębiłam się w produkty i składy tego sklepu. Jedna z jego właścicielek jest dla mnie ogromną kopalnią wiedzy oraz inspiracją w określeniu człowieka jako „znawcę tematu”.. Tylko Ktoś z pasją może stworzyć coś wiarygodnego…
    Moi drodzy, zapytanie konkursowe zostało stworzone przez właścicielkę…
    Mów i myśl o sobie dobrze. Zachęcaj siebie do rozwoju, do dbania o siebie samą, czasu tylko dla siebie i pozytywnego myślenia 🙂 Bo przyjaźń z samym sobą to najlepszy związek 😉 I prośba do Dziewczyn, żeby w ramach konkursu napisały o sobie w kilku słowach. O swojej kobiecości. Co w sobie lubią, w czym są dobre, jakie mają talenty i pozytywne cechy charakteru 🙂 Lub w jaki sposób spędzają czas ze sobą, co lubią robić tak tylko dla siebie..”
    Do wygrania 3 zestawy kosmetyków różanych Make Me Bio. (woda, krem i serum. link do nich tutaj.)
    I dodatkowo (do 31.03) dla czytelników kod rabatowy „GARDENROSES”, naliczający -10% na cały asortyment drogerii BOTANIQ.

    Wyniki konkursu 25 go  marca pod tym postem.

    Nagrody wędrują do…
    Agata „Kocham swoją osobę…”
    Joanna „Być kobietą to zaszczyt…”
    Violetta „Oj strona kobiecości…”


    Wyniki podarunków 49 to:
    Kasia, która wyjedzie z synową do Honfleur. Proszę o kontakt do mnie na maila julia.rozumek@gmail.com
    Gratuluję.