• jesienny kolaż propozycji.


    Moi Drodzy, mam tutaj teraz trochę roboty poza blogiem, ale nie lubię zostawiać tu zbyt dużej ciszy, co czasami Wam nadmieniam, bo blog to mój filar. To w drzewie genealogicznym ta pierwsza para, od której odchodzą potem potomkowie…
    Dlatego zostawię Wam dziś kilka propozycji jesiennych. A że jesień to filmy, książki, gry i jedzenie to akurat… 🙂

    1.
    „Poczujcie rytm” (Netflix)- to jedna z takich historii amerykańskich. Czyli jest przerysowane, oczywiste…
    Ale, to film dla młodych dziewczynek. I ja oglądałam go kilka dni temu z Tosią. W kocu, z herbatką i popcornem. I się tak uśmiałam! Bo tam jest taka nauczycielka baletu na wsi i na każdym kroku mnie bawiła swoim zachowaniem. W głos czasami parskałam, choć komedii ja jakoś nie lubię.
    Główna aktorka piękna więc się super patrzyło… 
    To jest idealna propozycja na popołudnie Mamy z córką bądź córkami. Choć nasz Benio też oglądał.
    Taki cudowny lekki film. 

    2. 
    „Dixit” – to gra na wyobraźnię. Na wymyślanie, tworzenie, szukanie w sobie, odnajdywanie w przeciwniku. To gra dla całej rodziny, która pozwala rozwijać nasze możliwości.
    Piękna estetyka, wciągająca, zabawna i rozczulająca. Kochamy!! Idealna na jesienne, długie wieczory przy ciepłym kakao.

    3.
     „Szklany Zamek” – już nadmieniałam o tym filmie jakoś ostatnio. Czas mija, a on mi w głowie siedzi.
    Piękna opowieść. O ludzkich słabościach i o ich sile. O dzieciństwie i zależnej od tego dorosłości.
    O uzależnieniach i konsekwencjach. Koniecznie do zobaczenia. Bo przede wszystkim jest o miłości.

    4.
    „101 obrzydliwych faktów” – nie wiem jak u Was, ale moje dzieci kochają tematy obrzydliwe.
    Wszystko co dotyczy kupy, dupy i rzygów. Taki okres. Zatem ta książka, to ich miłość największa.
    Ale tak serio, to nie mogę się doczekać wieczorów aby czytać, bo takich super rzeczy ja się sama dowiaduję. Np, że człowiek za życia zrzuca z siebie 70 kg skóry. Tyle się z nas łuszczy.
    Że dziennie wypijamy pół szklanki swoich smarków z nosa. A przy chorobie od szklanki do dwóch.
    Że podczas życia wytwarzamy dwa baseny olimpijskie śliny. No po prostu 101 genialnych faktów.
    I w środku fajnie ilustrowana. Porządnie wydana. U nas sztos!

    5.
    „Wielka Samotność” – 500 stron w dwa dni. Po tym jak czytałam prawie do świtu, to wczoraj nie mogłam ręki podnieść, bo tak mnie bolała od trzymania książki. Piękna! Zjawiskowa i wspaniała.
    Po mojej miłości wielkiej do „gdzie śpiewają raki”, wiele z Was mi ją poleciło. Że podobna.
    Myślę, że podobny był wiek bohaterek, odludne miejsce i trudna sytuacja rodzinna. Trudna nie… ona była dramatyczna.
    Książka, która nie pozwala nabierać tchu, czyta się na jednym wdechu i marzy o tym, aby się nigdy nie kończyła, a zarazem aby kończyła się już i aby było dobrze. Tej nocy nie przespałam, bo w środku aż cała chodziłam z podminowania i tak rozmyślałam. Całą sobą ją przeczytałam i będzie jedną z tych, które zapamiętam do końca życia i wstawiam ją do moich ukochanych pozycji książkowych.
    Choć „słowik” tej autorki mi nie podszedł, tak tą uważam za arcydzieło.

    6.
    No i coś na ząb – Langosze.
    Moje dzieci kochają a ja nienawidzę, bo gdy zrobię to się opycham bez opamiętania.
    Robimy zaczyn:
    40 dag drożdzy świeżych.
    400 ml mleka.
    dwie łyżki mąki.
    jedna łyżeczka cukru.
    jedna łyżeczka soli.
    (ja to podgrzewam i mieszam w termomixie, ale w garnku też można. Tak do 40 stopni. I zostawiam aby wyrosło trochę. Na np. 15 minut.)

    Potem dosypuję około 500-600 dag mąki. Wedle uznania. Ja nie lubię gdy ciasto jest kleiste, więc dodaje więcej. Wyrabiam. Zostawiam na 30 minut. Też na oko.
    Potem rwę kulki i z nich na podsypanej mąką desce, wałkuję na placuszki.
    I tu też każdy musi wedle uznania zobaczyć, czy woli grubsze i miękkie czy cieniutkie i chrupkie.
    Rzucam je na gorący olej do garnka lub głębokiej patelni. Musi pływać ten placek tam.
    Odsączam na papierze.
    Smaruję gotowego śmietaną 18% do której wciskam duuuużo czosnku.
    Po wierzchu posypuję startym żółtym serem. 
    My te langosze po prostu ubóstwiamy!!!

    Mam nadzieję, że choć jedna podpowiedzieć jesienna sprawi Wam radość.
    Spokojnego, ciepłego weekendu życzę.
    A w poniedziałek wracam do Was z…. premierą moich książek.
    Ściskam Was mocno. I serdecznie.

  • oranżeria – kwestie techniczne


    Jeśli stworzyć listę Waszych pytań, to najczęściej pytacie o kwestie techniczne domu.
    Kiedyś stworzyłam takiego posta z odpowiedziami i on ogromnie mi pomaga, bo tam odsyłam kiedy pojawiają się nowe zapytania. Do domu doszła oranżeria i myślę, że taki post też musi powstać, aby potem było mi po prostu łatwiej. Mnie i Wam.
    Okna, to nieopisany przypadek. Trafiliśmy na gotowe, które miały co do centymetra taką wysokość jak nasza weranda. Na szerokość ścięli tylko każe okno po centymetrze. Podobno to prawo karmy.
    Do dziś trudno nam w to uwierzyć bo i cena tych okien była niesamowita.
    Ktoś kiedyś gdzieś zamówił i nie odebrał. Czekały na nas. Po prostu.
    Drzwi do tej werandy, czyli środek z tym okienkiem na górze niepodzielonym, zrobił mój Tato.
    Początkowo miała być tylko oszklona. Potem pomyśleliśmy, że jednak będzie tam zimno.
    A skoro już robić, to aby korzystać.
    Postanowiliśmy ocieplić dach. Wypełniania z wełny drzewnej. Reguluje mikroklimat, ma dużą pojemność cieplną, nie podrażnia skóry, idealna dla alergików. Po prostu kolejny naturalny mieszkaniec domu, który nie wpływa negatywnie na nasz organizm.
    Zamontowaliśmy klimatyzację aby latem chłodziła, a zimą ogrzewała.
    Chcieliśmy też ocieplić podłogę… ale… mój mąż wpadł na pomysł, aby tę podłogę zrobić podgrzewaną.
    Jako, że mój mąż, ma firmę z fotowotaiką i zamontował nam własnoręcznie panele to oczywistym było, że idziemy w prąd.
    Padło na maty ocieplające podczerwienią. W ogóle super temat. Jeśli pamiętacie i kojarzycie domek na wodzie, do którego czasami jeździmy, to on również jest tak ocieplany.
    Jeśli dziś budowalibyśmy na nowo dom, to poszlibyśmy całkowicie w ten temat. Dodatkowo byłby zasilany panelami więc dla mnie lepszego rozwiązania nie ma. Dla portfela i oczywiście środowiska.
    W naszej oranżerii jeśli jest na dworze minusowa temperatura (a już się pojawiła i można było sprawdzić), rano przy podłodze jest 11 stopni, na górze 17. Bez żadnego ogrzewania. Jeśli zaświeci słońce przy całkowicie bezchmurnym niebie to o 11-12ej w oranżerii jest 27 stopni, nadal bez żadnego ogrzewania. 
    Bez słońca oranżerię mogę nagrzać w 20 minut włączając podłogę i klimatyzację.
    Deski na podłogę to sosna. Olejujemy ją potem olejem z madrony. W sensie wciera się ten olej ścierką. Tak też mamy potraktowany cały dom.
    Jeśli macie jakieś pytania, zostawcie proszę w komentarzach, oczywiście odpowiem, a i kolejni czytelnicy będą mieli więcej odpowiedzi. 
    No i najlepsza moja kochana ekipa oranżeryjana to Szwagier z Tatą mym ukochanym.

  • w środku…


    A w środku jeszcze nie jest tak jak ma być. Jeszcze kwiatów sporo muszę powsadzać, powiesić.
    Jeszcze hamak, huśtawkę jakąś. Chciałam przestrzeń, a już zagracone. No cóż… taka moja natura. Może nie trzeba z nią walczyć… 
    Jestem typem „trzymacza”. Jeśli mam mebel, który mi się podoba, to choć pojawia się nowy, z tym nie potrafię się rozstać… I choć pojawiła się w domu nowa kanapa, tak te sofy kocham nad życie i wylądowały w oranżerii.
    Stół jest z nami od zawsze, to kawalerski mojego męża. Potraktowałam go satyniarką i oto jak nowy.
    Kilimy nad kanapą dostaliśmy od mojej siostry na ten właśnie cel oranżeryjny.
    Plan od samego początku był taki, że połowa oranżerii będzie gościnna, do siedzenia, a druga połowa to materace i projektor na dużym ekranie. Czekamy na projektor i materace.
    A kiedy będzie potańcówka sąsiedzka, bo niezwykle je wielbimy, to zbieramy materace i jest parkiet do tańców…
    W piątek dodam osobnego maila z kwestiami technicznymi tej oranżerii bo już dużo pytacie.
    Kwestia desek, ogrzewania itp… Wszystko rozpiszę.
    A dziś zapraszam Was na taką wersję roboczą tej oranżerii, bo do końcowej i zadowalającej mnie jeszcze daleka droga… No dobra, już się z niej mega cieszę… 🙂
    Tylko te okna… Już wydawało mi się, że wymyłam na celujący, a tu przyświeci słońce i latam ze szmatką na nowo i pucuję…
    Już się nie mogę doczekać siedzenia w niej gdy spadnie śnieg… Ileż przyniesie mi to radości…
    Post ten łączę z pewnymi nowościami ze sklepu „Bokado”. Sklep z pięknymi rzeczami dla kobiet i domu.


    Zacznijmy od kocy. To koce od Bloomingwille. Bawełniane. Pochodzące z recyklingu. W bardzo przystępnych cenach, jeden aktualnie na dużej promocji. Tutaj. Dla mnie piękne kolory i wzory. Mocno retro czy vintage. Ich struktura jest też tego sprawcą.
    Świce Woodwick – to podobno już znane, a ja pierwsze miałam z tym styczność… To świece, które podczas palenia, wydają dźwięk. Taki charakterystyczny dźwięk palonej świecy. To dzieło specjalnego knota i jego budowy. Rewelacyjny efekt.
    A jeszcze w takiej jesienno-zimowej aurze ten dźwięk tak koi. Tutaj. Po angielsku znane określenie -crackless. Tak mówią anglicy na między innymi skwierczący na patelni boczek. 🙂
    Mnie się ten efekt podoba bardzo. Nadaje zimie jeszcze większą aurę zimy.
    Kaminokowe kubki Addison wygryzyły wszystkie inne i tylko w nim pijam poranną kawę, aby nadać porankowi większą celebrację. Mam dwa, ale dziś domówiłam 6 kolejnych bo idealnie pasują mi do domu i reszty zastawy. A ja z tych co talerze i kubki mam na dziesięciolecia. Tutaj.
    Bokado to również wybrane książki. I ogromnie mi miło, że posiadają w swojej ofercie też moje zapiski.
    Do książek (cudnie wydanych wierszy Szymborskiej) link tutaj.
    Piękne notesy i albumy na zdjęcia. Kosmetyki. Myślę, że doskonałe miejsce na odnalezienie świątecznych prezentów.