• z rana


    MUS MUS – wciąż niezmiennie od tak dawna nasze ulubione piżamy.
    Wyprany milion razy, wynoszony, uplamiony. Wszystko.
    Fantastyczne wzory. Miękkość materiału – cudo.
    Już o nich pisałam rok temu i wciąż niezmiennie polecam tak samo.
    Tosia z racji koszuli nocnej jest gotowa do kąpieli o 18-ej, byleby tylko już ją założyć.
    Siedzi tak potem z nogą na nogę, jak kobitka.
    MUS MUS prowadzony jest  w duchu Slow Fashion, z poszanowaniem środowiska i ludzi związanych z produkcją od samego początku.
    Jak powiada właścicielka firmy:
    -Bez zmian kolekcji co sezon (niektórych może to dziwić, ale dla mnie zmiany kolekcji co chwila, to jakaś dziwna fanaberia:), bo czy my naprawdę tego potrzebujemy?). Na stronie namawiam do kupowania mniej, ale lepiej.
    Znam właścicielkę osobiście i to żaden chwyt marketingowy, to na prawdę taka spokojna, cicha, skromna dziewczyna, która wierzy w to co głosi i do tego dąży. 
    Taka pełna natura w niej.
    Ja sama mam koszulę nocną z tej firmy dla siebie i uwielbiam! Moje przyjaciółki widząc mnie w niej pokupiły dla siebie.
    Piżamy mam już rok i nadal są w super stanie. Chyba że dzieci wyleją na niego sok malinowy :/
    Mam dla Was rabat 25% na hasło JULIA na wszystkie koszule nocne (dziewczyńskie i kobiece). Rabat obowiązuje do 20-go marca.
    MUS MUS – 
    można odwiedzić tutaj.

    kalendarz od Because of Kaja – tutaj
    moja kurtka moro jest moja 🙂 – z kolekcji Moro/Etno – tutaj 

  • ślonsko godka

    Gwarę śląską – uwielbiam. Ten akcent, sposób układania zdań.
    Mówią tu tak w sklepach, na poczcie.
    Tosi kuzyn godo i ostatnio taka rozmowa przy choince i układaniu prezentów..
    Tosia: my jesteśmy takie elfy.
    Kuzyn: Nie, my nie som elfy, my som pomagery!
    Albo mówi do Tosi co się jakoś nie spieszy, 
    – Tosia idziesz czy nie bo mnie pierun biere!
    W ustach dzieci to jest cuuudowne!! 
    Miałam wielką nadzieję, że Tosia podchwyci gwarę od Dziadków i najbliższych.
    Ale się niestety nie udało. Tato Tosi potrafi mówić po Śląsku, ale na co dzień nie mówi gwarą.
    Tosia podłapała mówienie „we” – we domku, we pokoju, we szafce. 
    Lubię i nie prostuję. Wręcz kultywuję.
    Dziwią mnie zatem napływowi do naszej wsi, co są zdegustowani gwarą śląską w ustach dzieci.
    Czy to w szkole, czy na boisku..
    To historia, obyczaj, bogactwo kulturowe!
    A piszę to wszystko, bo znalazłam ostatnio wytłumaczenie słowa „ciul”.
    Tak mnie to uwiodło, że postanowiłam się podzielić.
    Dla niektórych będzie to zapewne nieczytelne, męczące przy składaniu liter.
    Tekst pochodzi ze strony Gryfnie.pl
    autor – Prof. Uś dr hab. Zbigniew Kadłubek – rezkiruje Katedrom Literatury Porównawczyj. Je filologiym klasycznym, eseistom i tłumaczym.

    „Zaczynom łod „ciula”, ślonskigo arcysłowa, żodnego to niy dziwi. Niy yno jo myśla, że ze ślonskich przeklyństw te słychać nojczyńścij. Nikerym sie nawet zdowo, że jak umiom pedzieć „ty ciulu”, to już umiom godać po ślonsku, ale to ni ma prowda. We wicach i w tyjatrze godajom „ty ciulu”. Jak usłyszom ludzie „ty ciulu”, zaro sie lachajom choby gupi do syra. Słowo „ciul” ni ma obelżywe. Je w nim coś łagodnego. Teroz sie godo, że to je fest szpetne słowo a downij to było taki normalne.

    Taki niyrychtych

    Ale jak sie godo „ty ciulu”, to o czym sie myśli? – Niy, niy o tym! Musza wom pedzieć (i możno trocha wos rozczarować), że ciul we starych słownikach to ni ma to, co myślymy, jak godomy „ciul”. W żodnym wypadku ni ma to czyńść ciała jakigoś chopa. Słowo te bezma prziszło na Ślonsk z Małopolski. Ale na Ślonku te znaczynie chopske i galotowe jest fest popularne: Dyć powiedzynie: „mjynkim ciulym zrobiony” (na kogoś, fto je trocha niyrychtich) jednoznacznie nom godo, o co sie rozchodzi…

    Ciuła – gupielok

    W downyj Polsce, kaś cztyrysta lot tymu abo i wiyncyj, godało sie „ciuła”. Tyn „ciuła” to był taki gupielok, co cały czos yno szporowoł, a tego, co uszporowoł i tak niy wydowoł – i dalij szporowoł. Ludzi sie z niego ofyn śmioli, bo niy umioł żyć: nic sie niy kupił, nic niy zjod, piwa sie niy napił. Sztyjc yno ciułoł tyn ciuła grosz do grosza.

    Kaś ciulło

    Niy yno „ciul” godomy: godomy tyż „ciulnońć sie” – abo „ciulnońć komuś”, co znaczy „uderzyć sie” albo „uderzyć kogoś”.  Idzie sie dejmy na to ciulnońć ło rant stoła, co sie potym czuje fest a fest. Abo kiej co komu łoroz śleci i je fest butel, to sie godo: „Słyszołeś jak coś ciulło”?

    Słyszoł-żech niydowno, jak wtoś w bance do Mysłowic ryczoł: „Zaro ci ciulna, ty ciulu!”. Moim zdaniym to nadmiar, chocioż retorycznie momy sam arcydzieło imprekacji.”

     

  • sierpień

    W moich wspomnieniach najpiękniej na wsi pachniał sierpień.
    Stoję przy miedzy z Tatą i kuzynem Rafałem. Tata w podwiniętych nogawkach spodni ma wióry i trociny, bo ledwo od maszyny odszedł żeby nam ten kombajn załatwić.
    Na to koszenie czekało się od rana, bo te pola koło domu to zawsze był jakiś znajomy rolnik.
    Tą drabiną, która wtedy zdawała się być do nieba, wchodziliśmy dziecięcymi nóżkami do kierowcy.
    Łapaliśmy się rurki z przodu i pędziliśmy kładąc przed sobą kłosy zboża.
    Tata zamieniał słowo z kombajnistą a my z podekscytowania coraz mocniej zaciskaliśmy małe rączki na metalowym uchwycie.
    Pachniało pięknie. Latały między nami pyłki, resztki kłosów, wąsy pszenicy i chude łodygi.
    Te łodygi się potem nosiło w ustach cały dzień i przygryzało końcówki. Wyglądało dorosło i myślicielsko.
    Popołudniami z Magdą siedziałyśmy na rowie i wyglądałyśmy wozów z sianem i wystającą belką z tyłu.
    Łapałyśmy się tej belki i ukradkiem jechałyśmy. Potem trzeba było zaś wracać na nogach do naszego rowu.
    Jak Kto zgubił snopek to układało się tamę na drodze i obstawiało, czy auto przejedzie i kołami rozgoni czy się zatrzyma.. 
    I nawet po tym człowieka można było poznać.
    Co niektóry przejechał i nic go dziecięca tama nie powstrzymała. A inny widząc umorusane ryje wystające z rowa, zwolnił, drzwi otwarł, zapytał, zagadał i dziecku radość sprawił.
    Tylko w moje sierpniowe dziecięce lato, na auto trzeba było czasami czekać i z godziny połowę.
    Ten miesiąc pachniał szczególnie. Szczególny był kolor słońca i wieczory inne.
    Dziś zdaje mi się, że człowiek już nie zna takiego szczęścia co dawały dziecięce popołudnia w rowie.
    Najczęściej jadło się pajdę chleba, popijało oranżadą, obok leżał rzucony rower. 
    Leżało się patrząc w niebo, albo na brzuchu i skubało trawę palcami.
    Jakby czas zdawał się nie istnieć.. Jakby ten sierpień tak gorący i już pomarańczowo jesienny nigdy miał nie odejść…
    Koło starej chałpy po Teciu szliśmy nad staw. Schodziła się cała nasza wieś i kilka sąsiednich.
    My zawsze musieliśmy czekać na późne popołudnie bo Tata mówił, że woda najcieplejsza będzie.
    Nie było takiego wyjazdu rowerowego żeby Kto na ramie i kierowniku nie siedział.
    Przed sklepem z piwami siedzieli, po sianokosach, żniwach.. Chłopy bez koszulek i w spodniach przewiązanych chudym skórzanym paskiem. 
    Ile to razy jadąc przez wieś się „dzień dobry” krzyczało.. Nikt w sierpniu w domu nie siedział.
    Każdy miał coś do zrobienia w polu, na podwórku, przy płocie..
    A jak już nawet zrobił to pod czereśnią zasiadł i ziemniaki z maślanką zajadał. Albo botwinkę.
    Koń za lejce uwiązany przy płocie koło mleczarni. Korek uliczny z dwóch aut bo krowy z pola wracały.
    To wchodziły na chodnik, to środkiem ulicy szły. I ten dźwięk ciągnących się za nimi łańcuchów.
    Spod tarasu, pomiędzy deskami przeciskały się malwy.

    Każdy pod pachą swój bochen słonecznika niósł. Skubał i pluł.
    Każdy z nas wtedy myślał, że to zwykły sierpień jest.
    Upalny, spocony, czasami nudny…

    źródło fot: internet