• droga do świąt.


    Mieliśmy wielką przyjemność „spędzić” swoje święta również z Apartem

    Stanąć przed obiektywem Asi. I choć nie było śniegu, i choć do świąt jeszcze trochę czasu zostało, to atmosfera była iście świąteczna.
    Odpowiadałam ostatnio na pytania dla Wirtualnej Polski, który można przeczytać i zobaczyć TUTAJ, na temat świąt…
    I pamiętam z tamtej rozmowy jeden wątek wyjątkowo… O tym skąd się bierze miłość do Bożego Narodzenia… Do cieszenia się tym czasem, strojeniem, gotowaniem… I nie mówię tu o względach religijnych, a rodzinnych..
    Z moich obserwacji i rozmów z ludźmi najczęściej wynika jedno… Zarówno tutaj jak i we wszystkich innych kwestiach życiowych.. Z braku pięknych wspomnień. Jak można polubić święta, jeżeli w domu rodzinnym były kłótnie, brak uczuć, obojętność…?
    Nie mówię o pośpiechu czy zamieszaniu, bo to jest w świętach w kochającym się domu – piękne.
    Jak można uwierzyć w dobre małżeństwa, jak można zaufać drugiemu człowiekowi, jeżeli w rodzinnym domu tego brakowało?
    Ludzie dzielą się wtedy na dwie postawy… Na tych, którzy żyją w tym przeświadczeniu, którzy powielają przez kolejne lata to co „dostali”. Nie mają w sobie zbyt dużo siły, nie mają motywacji, aby zmienić, aby żyć inaczej… Najczęściej nie potrafią.. Choć czasami pewnie marzą aby było inaczej.. Choć głośno mówią – nie znoszę świąt.
    Są też tacy, którzy pomimo tych braków wspomnień o magii świąt, chcą je stworzyć. Sobie, mężowi, dzieciom… Budują wtedy historię i zwyczaje od początku. I to są dla mnie prawdziwi bohaterowie…

    Bo mnie jest przecież tak prosto.. Wszystko to co dostałam, daję dziś moim dzieciom..
    Wiem jak. Przez lata pokazywała mi to Mama. Przecież to oczywiste, że jeśli przyjdzie Ktoś i powie jak złożyć kartonowe pudełko, to idzie o wiele szybciej i prościej niż jakbyś sam miał do tego dojść.
    Na początku długo mu się przyglądać, potem nie raz, nie dwa złożyć niewłaściwie… Wtedy też takie zagięcie, choć jest już złożone prawidłowo, zostaje na długo odkształcone. 
    A jeżeli przez długie lata widzisz jak Ktoś te pudełka kartonowe składa, do tego nuci sobie coś radośnie, to robisz takie rzeczy odruchowo…
    Kiedy dostajesz przez całe życie miłość, troskę, tolerancję, wsparcie, rozmowę, zrozumienie… to nie zastanawiasz się jak kochać, jak się troszczyć czy jak rozmawiać…
    Bierzesz tę miłość i z nią idziesz… 
    Często gdy Ktoś mnie złości swoim zachowaniem, gdy zostawi niegrzeczny komentarz, lub gdy zadzwoni z niegrzecznym tonem, bo dostał pomylone książki, to złoszczę się chwilę..
    Wiem już, że On pomimo dorosłego wieku, dopiero po tę miłość idzie, a to jest jego droga. 
    Jak wiemy drogi są pełne pomyłek…
    Ja na przykład wciąż idę drogą po większy altruizm, po spokój, cierpliwość..
    Chciałabym aby każdy, Kto skrycie marzy o świątecznej magii odnalazł w końcu swą drogę..
    Tylko musi zrozumieć, że droga nie zaczyna się i nie kończy na choince w domu i opłatku z najbliższymi…
    Ta droga, to wyrozumiałość dla Pani na kasie w sklepie, to wyrozumiałość dla firmy wysyłkowej, to praca nad sobą i swoim zachowaniem w stosunku do otaczających nas ludzi, natury i świata…
    Ta droga, to dialog, to wyobraźnia i domyślność o tym czego nie wiemy, a co powoduje zachowania innych, zupełnie dla nas niezrozumiałe.

    Ta droga, to tolerancja, choćby nie wiem jak bardzo nie mieściło nam się w głowie, że można być tak innym, że można tak zupełnie inaczej czuć, widzieć, reagować…
    Ta droga, to czyste myśli. Pozamiatanie tych wszystkich zbędnych analiz i małostkowych ocen wobec innych, wielką ryżową szczotą ze swojej głowy. Posprzątać tę głowę jak się sprząta izbę przed świętami. Z każdego kąta, z każdego rogu. Nawet ten brud od dawna mocno przyklejony, do którego zdążyliśmy przywyknąć, jak do plamy na kuchence..
    Inaczej nię będzie świątecznej magii i wielkich cudów w naszych domach, przy naszych stołach…
    Będzie tylko namiastka tradycji. Próba dostosowania się do społeczeństwa i zwyczajów.
    Droga do pięknych świąt zaczyna się w nas.
    Bo Boże Narodzenie, bez względu na to w co kto wierzy, jak wierzy i czy w ogóle wierzy, może być prawdziwe tylko wtedy, gdy jesteśmy pełni miłości, zrozumienia, tolerancji, ciepła, dobroci i wybaczenia do drugiego człowieka… Nic innego Ich nie stworzy… choćbyśmy skradli z wystawy, tę najpiękniejszą z choinek…

  • Lacie

    Otwierasz drzwi i jest taki… Poczekajcie. Idę wymierzyć, żeby było łatwiej zwizualizować tę tragifarsę. Dokładnie żeby było, bez literackich fałszerstw i koloryzacji.
    69 na 54 centymetry. Taki skrawek, nie? Że otwierasz drzwi i możesz tam wejść i w tym oto miejscu ściągnąć buty, żeby nie wyjść poza chodnik i nie nawalić błotem na podłogę. Bo mnie to doprowadza do szału i durś na tym korytarzu odkurzam. Bo mi się ten piach nosi potem do łazienki i na pokój..
    A piach na stopach w domu, to już wiadomo – krok od stanu najwyższej nerwicy i depresji.
    I w tym miejscu sześćdziesiąt dziewięć na pięćdziesiąt cztery, się jeszcze szafka mieści – pięćdziesiąt cztery na dwajścia (!) jeden. Szafka na buty. Zajęta do cna. Butami w których nikt nie chodzi.
    I w tej oto pojemnej hali, człowiek musi się tak ustawić, żeby podnieść łokieć i jakoś wrzucić klucze do pojemnika na klucze. Znaczy, tylko ja je tam wrzucam, bo lubię mieć w życiu spokój i dbam o jego budowanie. Bo żaden inny domownik ich tam nie kładzie. Bo każdy (czyt. mąż) zostawia wszędzie indziej a potem (czytaj: trzy razy dziennie) jest mada fak szloch i zgrzytanie zębami graniczące z omdleniem pt „gdzie są moje klucze?” i że na pewno się zgubiły tak, że za małą chwilę Ktoś nam to auto spod wiaty podprowadzi… No moje wiem gdzie są, a innych..? Na pewno nie w szafce na klucze.
    Ja tego pojąć nie potrafię. Jak nie można se odłożyć tych kluczy w jedno miejsce, ino roznosić?
    I powróciwszy… W tym kawałeczku małym musisz: się łobrócić, najczęściej jeszcze z dwójką dzieci, ściągnąć kurtki, czapki, szaliki i buty. Nie tylko sobie. Całej gromadzie, która widząc Matkę staje się na ten tychmiast niewładna. Ręce wiszą jakby ich nie było i te twarze tak do góry skierowane z długim „Maaaamaaaa ściągnij…” I ja ściągam oczywiście, bo mi też ściągali i nie przeszkodziło to w jako takim ogarnięciu się we wszechświecie.. Jakoś se zasznuruję i autem z podwórza wyjade.
    I co dalej następuje… Musisz się tak tam ogarnąć, żeby kolejny wchodzący mógł się w tym małym zakątku zmieścić i rozebrać. Czyli zbierasz ze sobą wszystko, a przede wszystkim buty i układasz w dalej stojących szafkach na buty…
    Ale nasz Pan domu, ojciec dzieci mych, konkubent mój ulubiony i ukochany zostawia tam butów par chyba ze sto. Odnoszę wrażenie, że ma Ich więcej niż Jacykow, Szpak i nowy mąż Dżoany Krupy razem wzięci. To są crocsy, adidasy, buty na dwór, buty do piwnicy… I najwięcej jest tych butów do piwnicy. Z trocinami, rozklapanych, zasznurowanych jednako od roku 1987, z wrażeniem, że podeszwa jest tylko złudzeniem. Tych butów jest nie wiadomo z jakich przyczyn prawie milion, bo za każdym razem schodzi do piwnicy przez kuchnię na boso, tam coś wdziewa i wraca dworem zostawiając je w tej hali zwanej przedsionkiem, o rozmiarach zupełnie nie dostosowanych do tej zasobnej garderoby mojego męża.
    Czasami sobie myślę, że winny temu architekt. A że naszym architektem był nasz sąsiad ulubiony, to jak Mu kiedyś tymi butami ciepnę przez te dwa ogrodzenia, to serio chłopina poczuje moją dotkliwą i nieustającą rozpacz.
    Ale też skąd biedny mógł wiedzieć, że rzeczony, ten o którym tu mowa taki będzie w obuwie zaopatrzony, skoro potrafi przez dwa lata w jednej parze spodni chodzić.. No na elegancika nie wyglądał jak dom zamawiał..
    A tu masz, samych butów do piwnicy cały przekrój kolorystyczny.
    Raz jeden powróciwszy z przedszkola. Z dziećmi sztuk dwa. Z siatami z lidla i biedronki oraz mięsnego na rogu i tych siat sztuk 7 albo 17. Trudno określić, bo zawsze ważą tonę. I zawsze wtedy dzieci idące przed Tobą, gdy Ty z tymi siatami, zwalniają i przystają bo tyle spraw pilnych. „Ło dzieci, idźcie no szybciej bo mi ręce wyrwie!” I tak je próbuje ominąć idąc z tego auta.
    Wchodzę wtedy w ten przedsionek nasz.
    Ja, siaty, dzieci, kurtki, czapki, plecaki, klucze, kalosze i ta szafka z butami, nikt nie pamięta jakimi..
    Ach!! Przecież ja widzę Wasze komentarze teraz. Jak je widzę!!!! 
    – Jakbyś se tę szafkę posprzątała, to byś miała miejsce na buty i nie jęczała tu o nic! 
    A to se zobacz, czy ty masz tam tak wszystko sprzątnięte, co by się wydawało, że takie proste..
    No jakby było proste, to by było posprzątane..
    Widocznie proste nie jest, albo może nie odpowiednia robota na tę chwilę właśnie. O!
    I co tam jest? Ustawionych butów naszego modnisia (rozklapanych laci) par jak zwykle milionów ze sto.
    Panie, w Zalando tyle nie mieli w ofercie od powstania platformy.
    Ja te buty serio przez lata zbieram, układam, roznoszę we właściwe miejsca, żeby mógł wchodząc ponownie dołożyć kolejne..
    Ale tak żem się wtedy wściekła, że rozchyliłam szerzej drzwi i zaczęłam je wypierdalać na dwór.
    Ten zamach ręki był niezwykle istotny, na tyle duży by poczuć satysfakcję z wyrzucania, a na tyle nie maksymalny, żeby za płot nie wyleciały.
    Wydupiałam je i przy każdym krzyczałam „oł jeah!!”Robiąc taneczny obrót by wziąć kolejny lać.
    Bałam się, że podczas lotu mogą zmienić swoją konsystencję ze stałej na wielocząsteczkową.
    I wtedy na królewskim miejscu postawiłam swoje. Świeżo wyprane białe adidaski.
    Jak ten mój wielobutny parner wrócił do domu, to już ciemniało.
    Dołożył kolejną parę w jakiej wrócił z crossfitu i obok położył torbę crossfitową!!
    W tej przestrzeni 69 x 54. Pamiętacie?
    Ta torba mnie do trumny wpędzi jak bum cyk cyk.
    Na tablicy nagrobnej będzie – Leży zmarła od torby. A na wieńcu – Zżyta grupa crossfiotwa z godziny 17-ej wyraża głębokie współczucie pozostałemu na ziemskim padole koledze.
    Co też dalej…?
    Kiedy pojaśniało, wyszykowałam grupę szkolno – przedszkolną o wzroście do metr dwadzieścia osiem, która zamieszkuje nasz dom. W korytarzyku na szybko poczesałam Im kity, nałożyłam czapki, po całusku i pa pa. 
    Otwarli drzwi a tam w rosie, mgle i przymrozku oraz szronie leżą ONI.
    Różnie. Do dołu licem. Bokiem. Rozsznurowani i zwarci ciaśniej.
    Jedni daleko od siebie, inni zbliżeni.
    Stoją dzieci i patrzą, na tę patologię wręcz by można wysnuć z owych opowieści..
    No bo Kto normalny wyrzuca mężowi buty przez próg?
    I wychodzi ON. Patrzy i mówi..
    – Tak mi tu to Puszku na śnieg brzydko wyrzuciłaś? Tak mi tu? Tak O? 
    Potem daje mi całusa i jadą do placówek edukacyjnych, wcześniej idąc rozchichotani do auta…

    I jak mi Ktoś opowiada, że mąż zapomniał kwiatów dać z tej czy innej okazji, że nie zrobił niespodzianki wyjazdowej czy kolacji nastrojowej, że on taki niedomyślny, nie romantyczny i nie taki i sraki… to ja sobie myślę… Obyś nigdy mi mój Kochany nie robił tych kolacji i niespodzianek wyjazdowych, obyś zapominał o kwiatach na ważne rocznice i o sercach na walentynki, ale żebyś zawsze dawał mi ten błogi spokój w jakim dzięki Tobie mogę żyć. Bo to jest najpiękniejsze co możesz mi dać i coś, czego dziś ludzie mają tak niewiele…

    A te stare piwnicowo – garażowe lacie, obyś mi tu układał jak najdłużej. W rządku. Wychodząc poza długość sześćdziesiąt dziewięć centymetrów i zahaczając o salon. Do późnej wspólnej starości. Oby się udało.

  • woda

    Wiele w życiu przeczytałam książek. Znam wszystkie możliwe, miłosne historie, od podszewki.
    Wiem jak się zaczynają, jak się zacząć mogą. Co je poniesie, kiedy nastąpi krach.
    Nie wiem wszystkiego, ale w tym temacie już dużo. Z książek, z życia.
    Bywają opowieści na kartach papieru bądź kinowym ekranie, o których mawiamy… „naciągana ta historia”…
    A ja myślę, że gdyby każdy z nas poznał prawdziwe, wszelkie możliwe historie miłosne, to może nie mawiałby już „naciągana”, a wiedział, że świat i życie potrafi tak bardzo zaskoczyć…
    Wiem, że wiele z Was nie sięga do komentarzy na moim blogu, a już konkursowych tym bardziej..
    Choć ja kocham te konkursowe, bo to najczęściej pytania o życie, o myśli…
    A Wasze odpowiedzi bywają niezwykłe. Bo ja nie mam czytelników z przypadku.
    Pozwalam dziś sobie, opublikować Wam historię z ostatniego konkursu.
    Trzeba było opowiedzieć historię o wodzie. Coś związanego z wodą.
    Ta historia jest naprawdę niezwykła. I tak pięknie napisana. Przeczytajcie, uwierzcie mi, że zobaczycie w oczach wyobraźni każdą chwilę, a potem cały dzień będziecie o tym myśleć jak o najpiękniejszym filmie.
    A to życie. Prawdziwe. Obok nas.
    Baśka, kłaniam się nisko i dziękuję.

    „Moja historia z wodą..to historia mojego życia.
    Wiosną 2010 roku w kraju szalała powódź, media doniosły o kolejnych zalanych terenach. Mieszkałam we wsi nad rzeką. Niewielki dopływ niedaleko płynącej Wisły o nazwie Łęg, takich Łęgów jest w Polsce wiele, nasz byl wyjątkowy. Jako dziecko spędzałam tu niemal całe lato. Czekaliśmy zawsze na Jana 24 czerwca, żeby wreszcie móc chodzic nad rzekę. Wcześniej babcie nie pozwalały, bo Jan musi poświęcić wodę, wtedy jest bezpiecznie, mawiały. Jakie to były cudowne popołudnia! Ile szaleństwa w kąpieli, ile zabaw nad brzegiem!!! Ale to było w dzieciństwie. W tym wyjątkowym 2010 roku jako dorosła osoba również spędzałam niemal całe dnie nad rzeką, kilka dni na parę tygodni przed Janem.
    Zabezpieczone w domu co można było, wyniesione na strych.
    A jaki upał wielki temu towarzyszył! A jaki pośpiech i strach. Co wziąć, co wynieść, a co wywieźć gdzieś do bliskich, których domom nie zagraża woda. Czy na tym strychu nie zaleje?? Ostatnio wieś obok zalalo tak, że dachow nie bylo widać, to co nam po tym wynoszeniu?
    Ale trzeba, żeby zająć czyms ręce, żeby mieć nadzieję. Ile razy patrzyłam przez okno i wyobrażałam sobie, że i u nas, jak w tych obrazach w mediach, na podwórku będzie mnóstwo wody…
    I jak to będzie? Czy damy radę? Kilka lat temu udało się zatrzymać rzekę między wałami, ale czy i tym razem się uda?
    Wróciłam z dyżuru w szkole. Rok szkolny zakończony. Rozdaliśmy świadectwa juz 19 maja, bo niebezpieczeństw było tak duże, że wioska leżąca w widłach Wisły i Sanu, w ktorej pracowałam, niemal opustoszała. Dzieci wywieziono po rodzinie. Dyżury w szkole były wyjątkowe. Gotowałyśmy litry bigosu, grochówki i innych dań które miały wspomóc w ciężkiej pracy ludzi na wałach.
    Nieustannie pakowali worki piaskiem i tworzyli zapory, a wciąż było słychać o nowych miejscach przecieku. To całe kilomery wałów, ogromna przestrzeń i mnóstwo pracy. Tak dużo, że rąk mieszkańców nie starczyło. Wspomogli ich żołnierze. Ile śmiechu na tych dyżurach! Ile historii ludzkich! Przecież musiałysmy zająć myśli czyms innym, choć każda i tak wciąż zerkała w okno. Na każde wycie syreny drętwiałyśmy z przerażeniem. Mieszać jeszcze te kapustę, czy zbierać się i uciekać?
    Auto zaparkowane tak, żeby tylko wsiąść i jechać, umówione miejsce na górce, gdzie ewentualnie spotkac się z bliskimi. A bliscy? Wciąż w pracy. Rodzice moi na ciepłych posadkach w budżetówce, a w czasie powodzi w bardzo trudnej pracy. Bo właśnie oni musieli pomagać mieszkańcom. Mama opiekun społeczny na tych amfibiach po najbardziej upartych wypływała. Jedzenie dowoziła, tym co nie chcieli za nic dobytku zostawić, choć krowa juz utonęła, z domu tylko strych suchy, i na nim z kurami i rodzinną porcelaną, świętymi obrazami i pierzynami siedzieli do końca. Jeść i pić musieli, leki brać na ciśnienie i inne co zawsze… to im mama z żołnierzami tą amfibią dowozila, bo ona wiedziała że nie ruszą się z domu. A pomóc trzeba. Wnioski wypełnić żeby później pieniądze mieli, choć nikt nawet o tym później nie chciał myśleć. A ona musiala, bo „papierologią urząd stoi”. A tato? Posiwiał tak przez tydzień, że płakałam jak go widziałam, a widywałam tylko w przelocie. Jak jechał na kolejne miejsce przecieku rozdzielic ludziom worki i piach, wysłuchać skarg i utyskiwań, przekleństw i próśb. Niedawno, tyle juz lat po tych zdarzeniach, gdy odchodził na zasłużoną emeryturę, chłopaki (starsi faceci) śpiewali mu piosenkę, którą sami ułożyli, o tym jak im zupę woził na wał i jak pokonali razem wodę! Jak wszyscy przy tym śpiewie płakali! Jak wspominali! Dni, tygodnie, kiedy spali po kilka chwil na podłodze w szatni zakładowej, a on im organizował choć śpiwory i wciąż załatwiał skądś tony piasku żeby wozić i ratować! Takie to były dni. A ja jak już nagotowałam tych żurkow i bigosów wracałam do domu, szczęśliwa że dzisiejsza fala nie była tak silna i jeszcze wał stoi! I szybciutko zbierałam się nad rzekę. Żeby tam z sąsiadami i bliskimi pakować te worki! Ile tego trzeba było! Pomagała nam nadzieja i żołnierze. Jeden z takich wieczorów był wyjątkowy. Moja zwariowana siostra, ja i grupka znajomych rozkopywałyśmy nową dostawę piachu. Jeden trzyma wór, drugi ładuje piach łopatą, trzeci zawiazuje i na wał! Podaj dalej..podaj dalej… Komary cięły niemiłosiernie, woda jakies 70cm od korony wału, nasyp grząski jak galareta. Trzeba się uwijac! Jeden rzuci żart, ktoś podchwyci i zaśmiewamy się do łez przy tej robocie! Jakoś łzy czasem nie chcą przestać płynąć, ale zaraz ktoś coś głupiego powie i już raźniej!!! Podaj dalej!
    Żołnierze do pomocy przyjechali! Jaka ulga! Teraz kobiety zajmują stanowiska przy łopatach i zawiązywaniu. No i pakuję ten piach do worka, a moja siostra woła żeby „panowie w mundurach podnieśli prawe dłonie!” po co nikt nie wie, ale podnoszą ciekawi… Lubią nas już, piwko przywiozła sąsiadka i kanapki. To chłopakom raźniej. Przecież oni od domu daleko, a może i u nich powódź, a oni w robocie akurat do nas rzuceni. To im trochę pośpiewałyśmy, pożartowaliśmy razem.
    No i ona z tymi rękami wyskoczyła! Co ci? -pyta koleżanka, na co ci ich łapy? Przecie worki noszą!.
    A ta drze się w ten tłum, że ma siostrę na wydaniu i ciekawa, który z panow kawaler, a który ma obrączkę. Mogłabym się zapaść pod ziemię ze wstydu, ale komary tak już mnie zgryzły, pęcherze od łopaty na rękach tak piekły, że było mi wszystko jedno, co ona bredzi i jak mnie ośmiesza. Przecież tu albo sami swoi, albo całkiem obcy…
    Kto wie skąd i  pewnie ich już w życiu nigdy nie spotkam!
    I on podniósł rękę. Po czym wyciągnął ją w moją stronę przedstawiając się. Wojtek ma na imię i nie ma obrączki, – Zdałem? Nadam się? No i przepadłam! Ja już wtedy, w ten czerwcowy wieczór przy tym wale nad Łęgiem wiedziałam w jednej chwili, że to ja mu obrączkę założę. Po prostu wiedziałam. I on też wiedział. Wały puściły tej nocy na drugą stronę. Nie zalało mojego domu, niebezpieczeństwo minęło. Zostalo mnóstwo pracy. Pomoc tym po drugiej stronie, wyjazd z dziećmi które przecież nie mialy tego lata domu na kolonie, sprzątanie w domach i gospodarstwach bliskich z zalanych wiosek.
    To były intensywne wakacje. W wigilię wspominaliśmy to lato, ten ciężki czas, który moi rodzice bardzo odchorowali. W wigilię Wojtek oświadczył mi się. Mamy dwoje dzieci, Ludi niedawno zapytał,gdzie poznałam tatusia, akurat byliśmy na wakacjach u dziadkow, więc zaprowadzilam go nad rzekę. Bezpiecznie płynącą w korycie. Stanęłam tuż przy wale i powiedziałam że tu własnie poznałam jego tatusia, nad wodą.”