• nie ma złotych rad.

    Kiedy zdarzy się Komuś dożyć sędziwego wieku, pytają go o receptę na długowieczność.
    Mawiają, że sen. Albo dużo pracy. Inni, że mało jeść. Pamiętam też, że Ktoś doszukiwał się zasług w jedzeniu jednego jajka dziennie. I gdyby uznać je za jedyne, słuszne i właściwe to każdy z nas pławiłby się w długowieczności. Może każda z tych rad po trochu, może dla jednego faktycznie więcej snu a drugiemu te jajka zapewnią drogę do stulecia..
    Nie ma. W niczym. Nie ma i nigdy nie będzie. Złotych rad. 
    Czy to na szczęście czy na miłość. 
    Każdy z nas inne ma geny, inne predyspozycje, inne bolączki, inne strachy w nas siedzą.
    Dla każdego co innego szczęściem czy spokojem.
    Uczę się nie mądrować. Nie dawać rad niepytana. Bo i też jestem świadoma, będąc coraz starszą, że wiem niewiele. 
    Pozwolę sobie dziś, bo pytaliście. Licznie. W komentarzach ostatnich. O moje sposoby wychowywania dzieci..
    Jednak nie będą to rady. Będzie to zaledwie opis tego, co u nas się sprawdza.
    To co szepcze intuicja. A jak wiadomo, w każdym domu intuicja inna.
    Nie traktujcie tego zatem jako podpowiedź, a jedynie opis zwyczajów w pewnym drewnianym domu.

    Przepraszam. Zawsze przepraszam swoje dzieci. Urodziłam się w czasach gdzie rodzic miał całkowite prawo do tego aby nie przepraszać. Kiedy sam nawet bił się w pierś, że coś mu nerwy puściły, że nie powinien.. Nigdy się do tego nie przyznawał. Dziecko to dziecko. Nie może wiedzieć, że rodzic żałuje, że rodzic popełnił błąd..W żadnym domu jaki znałam nie przepraszano dzieci. Lata 80. Takie były. Rodzic nakrzyczał i miał prawo.
    Prawo ma rodzic, ale do popełniania błędów. Nie ma prawa do posiadania całkowitej racji.
    Czasami gdy się zagalopuję, znajduję spokojną chwilę, siadam obok dziecka i mówię – przepraszam.
    Przepraszam, że się uniosłam, nie powinnam. Następnym razem będę starała się panować, ale Ty mi w tym proszę też pomóż i nie zachowuj się tak. Będzie nam razem łatwiej. 
    Czasami czekam do rana. Bo na przeprosiny nigdy nie jest za późno.
    Wtedy mówię – przepraszam, że wczoraj nakrzyczałam. Miałam koszmarny dzień i wszystko szło nie tak.
    Mam wrażenie, że dzięki temu, moje dziecko zna moje słabości.
    Ono nie wykorzystuje tego, że przyznaje się do winy, nie gra tym przeciwko mnie..
    Ono mówi do brata – chodź Ci dam bo Mama jakaś nerwowa.
    A Mamie siatki wypadły do błota, kot nasikał na chodnik, klucze do domu na dnie zakupów i wyrzuca wszystko na taras. A mamie się chce płakać bo ma taki dzień.
    I Ona to wie, bo o tym mówię. Nie jestem superbohaterem, jestem zwyczajnym człowiekiem – Mamą.
    Takim samym jak Ona. Różni nas tylko wzrost. A czy niższego nie przepraszamy bo niższy?

    Pozwalam. Z własnego doświadczenia wiem, że wszystko czego w życiu nam zabronią, będzie korciło jeszcze bardziej. Wiem, bo na wszystko mi pozwalano.. Patrzyłam z boku na tych którym nie dawano zezwolenia i uparcie to robili. Tylko dlatego że było zabronione.
    Bajki, oglądają ile chcą. Ani nie chowam, ani nie zabieram.
    Czasami daję hasło, że te bajki do końca i idziemy się myć.
    Latem nie wiedzą gdzie te ipady są. Spędzamy czas na tarasie, w basenie, na trawie.
    Zimą są dni gdzie cale popołudnia leżymy pod kocem, przy kominku i oglądamy.
    Kiedy rzucam pomysł „jedziemy na rowery” to każdy stoi przy drzwiach.
    Tosia miała czas gdy od tableta nie odchodziła. Minął. Teraz może dla niej nie istnieć.
    Nasyciła się i spokój. Klei, rysuje, gra, układa, przebiera się, bawi godzinami z sąsiadką.
    A potem przychodzi dzień, gdy przypomni się jej jakiś film lub program i od obiadu do kolacji ogląda.
    Trzeba tylko dać im alternatywę. Żeby wiedzieli, że gdy wyłączą to będzie czekało coś fajnego.
    Że po wyłączeniu czeka spacer z rodzicami, pieczenie ciastek.. 
    Muszą wiedzieć, że za tym ekranem istnieje świat. Ciekawszy. Cieplejszy.
    Tylko wtedy można pozwalać sobie na brak limitów w oglądaniu. Wtedy znajdą je sami.

    Intuicja. Jak prawda. Każdy ma swoją. 
    Jako, że jestem taka a nie inna, to średnio przejmowałam się w życiu opinią innych i ich radami.
    Zawsze bawiło mnie… „Twoje już chodzi, moje nie.” „Twoje jeszcze nie mówi, a powinno.”
    Często bywa, że Ci co zaczynają mówić mając cztery lata zostają wyśmienitymi mówcami, a Ci co zaczęli chodzić mając dwa, wygrywają maratony.
    Nie interesowały mnie też rady o tym co będzie dla mojego dziecka najlepsze.
    Zatem moje dzieci od urodzenia z nami śpią. Uważam to (swoją intuicją) za kluczowe, w tym aby odnalazły się w świecie. Wydaje mi się, że spanie blisko siebie daje dziecku poczucie bezpieczeństwa przez co buduje się pewność siebie, odwaga, otwartość. 
    Moje dzieci nigdy nie były odpieluchowywane. Przychodził czas gdy same już to czuły. Nie biegałam z nocnikami, z nerwami. Miały lat prawie trzy.
    Moje dziecko nadal trzyma w ręce, kieszeni, ale najczęściej w buzi smoczek.
    Lubi to ma. Tylko do przedszkola nie może. Choć raz przemycił skubany.
    A jak Ktoś mi się zapyta na ulicy „że taki duży i ma smoczek” to przyrzekam sobie, że odpowiem „taka duża a nie wie, że niegrzecznie się wtrącać w cudze życie?” No, ale znając życie to pewnie się uśmiechnę i powiem „no,no…”
    Za to Antka piła mleko z butelki do prawie 5 roku życia. Chciała, lubiła. Proszę bardzo.

    Gdybym wręczyła rano mojemu dziecku beżowy płaszczyk z brązowym szaliczkiem to by mnie chyba wyśmiała.. Ubieram moje dzieci wygodnie. Mają legginsy, puchowe kurtki i bluzy. W nosie mam aktualnie panujące trendy. Kupuję różowe świecąco migające buty. 

    Nigdy nie kłamię swoich dzieci. Nie nadużywam słów. Nie mówię, że jutro pójdziemy tam i tam jak zrobisz to i to.. Wiedząc, że nie pójdziemy. Jeżeli używam słowa – obiecuję, to staję na głowie, żeby obietnicy dotrzymać. Nie mówię, Mama zaraz wróci wiedząc, że wrócę za kilka godzin. 
    Gram z nimi w otwarte karty. Nie chowam Asów w rękawie. Choć zdarza mi się mieć jajka z niespodzianką pochowane po szafkach na sytuacje kryzysowe i awaryjne.
    Rozmawiam z moimi dziećmi. Staram się być obiektywna. Nie twierdzę, że moje dziecko jest święte i niewinne. Zawsze gdzieś Ktoś jest winien lub współ-winien, dlaczego nie miałoby być to akurat moje dziecko? Nie twierdzę, że są idealni i nie potępiam. Są jak inne dzieci. Bywają fantastyczni jak i trudni.
    Tak jak ja i tak jak Ty.

    Jestem zdania, że wszystko z dystansem, na spokojnie, luźno, bez nerwów. Z tym wychowywaniem.
    Jest tylko jedna zasada. Nie krzywdzimy innych ludzi. Jesteśmy dobrzy, lub bardzo się staramy być dobrzy. 
    Nie wychowuje dzieci pod publikę i opinię społeczną. Wychowuję na dobrych ludzi. Staram się na takich wychować.
    Na dużo pozwalam. Najczęściej jak każda Matka, sama zrobię, sama podam, sama załatwię.
    A bo szybciej, a bo mniej kłopotu, zamieszania. Ale myślę, że przyjdzie czas i się nauczą.
    Często myślę, że co ma z kogo wyrosnąć to wyrośnie.
    Zatem kieruję się intuicją swą, a co z tego będzie i czy się uda to zobaczymy za lat 40.
    Oby tylko dożyć. 
    Pamiętajcie. Dużo snu, dużo roboty, mało jeść i jedno jajko dziennie. To dożyjemy.

  • z blaszanej puszki.

    Kiedy miałam 15 lat, odbyłam swoją pierwszą samotną wyprawę do Hiszpanii.
    Autokarem z przesiadką w Nicei. Nie było telefonów komórkowych. Autobus pierwszy się spóźnił, zatem musiałam poszukać innego. Nie znając języka. 
    W Barcelonie na szczęście Rafał czekał cierpliwie na mnie, bo przecież jakimś muszę dojechać.
    Rodzice w domu siedzieli jak na szpilkach oczekując na wieści od Rafała..
    Że Oni mi na to pozwolili.. Szok!
    Ale, Rafał wtedy pracował w czekolaterii „Valor” i mam kilka pięknych metalowych puszek właśnie stamtąd.
    W tych puszkach jakieś różne bibeloty zebrane..
    Dziś szukałam czegoś ważnego i powpadało mi w ręcę. Jak się uśmiałam z niektórych..
    Najbardziej z tych, których pokazać nie mogę, bo moja siostra by mnie udusiła gołymi rękoma!! :)) A potem jeszcze sztylet wbiła sto razy dla pewności, że na pewno już nie żyję i nie zrobię tego drugi raz..

    Zatem zacznijmy od mojego rodzinnego domu.

    Jeszcze nie zarośnięty drzewami. Lat temu 34. Rodzice na werandzie. Justynka na płocie z powiewającą kitą. Przed tarasem malwy.
    Ale zanim dom powstał, była sobie Ela. Tutaj ze swoimi rodzicami. Babcia Adela i Dziadek Stasiek. Był sobie też Andrzej. Ze swym Tatą. Dziadek Józek. Chyba sianokosy. No i ciągnąca się przez całe życie, jak utrapienie największe – nadwaga mojego Taty.A jak już się spotkali, to nie czekali długo i śluby zawzięli. Sierpień 1977. W tym roku była 40 rocznica.Urodziła się Justynka. A potem dołączyłam ja.Tutaj siedzę na cosobotnim wietrzeniu pościeli. Z moją ulubioną małpą. I Justynka z rodzicami. Mama wiecznie młoda. I ja z buzią brudną od czekolady. I tak nam się w czwórkę żyło. I z pianinem Justynki. Ja mam spodnie z kotkiem. Justynka z a’la żabotami.Mówi, że jak byłam mała to mnie bardzo kochała. Jak nas Mama pięknie wystroiła. Dziś nie powstydziłby się takich zdjęć modowych sam magazyn „Milk”. Nigdy nie byliśmy normalną rodziną. Tutaj kulig sankowy z naszym kucykiem Bartkiem. Jak widać Justynka, chyba z kuzynką Moniką chcą się posikać ze śmiechu. Mama jak zawsze wystrojona do koloru. Tutaj zjazd rodzinny.Jakieś 10 lat temu. Tata nadal walczy z nadwagą. Tutaj moi koledzy z moją Mamą. Odwiedzili Ją w sanatorium, bo jechali na zlot motocyklowy w te same strony. Podobno wszystkie koleżanki Jej zazdrościły. Lat temu może 16. Maciek i Szymek.I ja z moim Szwagrem. Moje naturalne włosy oraz mój Simson Enduro na którym zaczynałam kiedy miałam 8 lat. Który to może być rok…? Może 99?Kilka lat przed moimi rodzicami, na Śląsku pobrało się tych dwoje… Uwielbiam to zdjęcie. Mroźna zima wtedy była. Moi Teściowie. Dzięki temu, ten mały okrągły ryjek mieszka dziś ze mną pod jednym dachem i wyruszamy w podróż jaką te dwie pary ze zdjęć już przeszły.. A to zdjęcie musiałam też dołączyć. Moja przyjaciółka Kamila. Rok 1997. Czyli 20 lat temu.
    A można by podpisać „trendy na jesień 2017”.. Płaszcz ze strychu od ciotki Józki. Kama skróciła sobie sama. Sweter też ze strychu. Podobno strasznie drapał.
    Moja piękna!

  • okno na życie.

    Różne teraz te domy ludzie budują.
    Nowoczesne stodoły. Rozłożyste parterowe, albo te klasyczne co od lat dziewięćdziesiątych murują.
    Inni po PRL’owskie kostki przerabiają. Jak Kto lubi.
    W zależności od gustu, albo co ważniejsze od możliwości..
    Chociaż ja uważam, że jak się człowiek roboty nie boi i trochę zmysłu ma, to z niewielkimi możliwościami gustom swoim też dogodzi.
    Różnie te tarasy ustawią. A to na wschód i wieczory już na nich zimne, a to na południe i wiatry przeciągi robią..
    Jedni zadowoleni, że wybudowali i mieszkają, nawet jak kable jeszcze wiszą… A potem się okaże, że przez lata wisieć jeszcze będą.
    Innym, wszystko zacznie przeszkadzać. Że mogli nie tak. Że mogli inaczej. I zamiast radość z wzniesionych ścian to udręka sama.
    I jak to w życiu ze wszystkim, każdy musi po swojemu. Rad może wysłuchać, ale ostatecznie po swojemu zrobić. Bo to on tam będzie jadł, spał i ….
    Jednak czasami sobie myślę, że w tym budowaniu jest taka jedna rzecz..
    Taka kwestia jedyna.
    Istotna. Ważna. Priorytetowa wręcz. 
    Okno na życie. 
    Żeby to kuchenne okno było na życie skierowane.
    Może i na podwórko żeby na dzieci popatrzeć. Jak pies jesienne zgrabione liście rozgania.
    Ale te dzieci urosną i w świat pójdą. Pies po latach zdechnie, a na kolejnego sił może nie starczyć.
    Zatem może na tę drugą stronę. Na tych ludzi.
    Bo choć na uboczu i pod lasem. I za wiele się u nas nie dzieje.. tak każdego dnia coś się człowiek uczy..
    Blat mam przy tym oknie. Opieram brodę na dłoniach, łokcie na blacie i się tak zapatrzę.
    Najczęściej mało co jest.. Choć ten widok lasu czasami to jak cały świat.
    Czekam żeby na patelni przewrócić, w garnku zamieszać. Czekam aż się woda zagotuje. Gofry upieką.
    Jak czekam to tam tak z tymi łokciami na blacie przystanę.
    Wczoraj szedł dziadek. Z wnukiem na spacer. W jedną stronę wnuk w wózku siedział, a w powrotną obaj szli.. 
    I choć w nerwach byłam cała, tak coś we mnie aż  „chodziło”. Już nie pamiętam, pewnie bez powodu..
    I wtedy w moim oknie na życie, wystąpił ten duet spacerowy. Tam się nikt nie spieszył.
    Myślę, że tam prawie nikt nóg do kroków nie podnosił, a wiatr leniwie ciała ich popychał..
    I nawet głowy podnosili tak ospale by na korony dębów spojrzeć.
    I wszystko to miało taki wielki sens. 
    Bo młodego człowieka nogi gdzieś by rwały, dziatwę poganiały.. Coś by śpieszniej było, choć w wielkich staraniach o ten spokój i beztroskę.. Ale tylko w staraniach.
    Nogi starego człowieka już nigdzie się nie wyrywają.. Zrobiły może wszystko. A może czegoś brakło, ale wiedza czasami zbyt duża, gonić nie doradza.
    Ten stary niespieszny, apatyczny wręcz krok prowadził nowe życie obok siebie.. Jemu też się jeszcze nie spieszyło…
    Dobrze się patrzyło.. Bo choć ciasto na naleśniki lało się opornie, Oni wciąż byli w tym samym miejscu..

    W tamtą jesień w moim oknie na życie zdarzyła się miłość.
    Trwała może rok. Może niecały. Może trwa nadal, ale nikt się chować nie musi.
    Ona miała długie włosy. Młoda. Ładna. On trochę starszy. Siwiejący.
    Podjeżdżali o stałej porze i gdzieś jechali. W zaułku pod lasem zostawiała swoje auto.
    Czasami wybiegała radośnie i ten włos powiewał. Czasami miała głowę do dołu opuszczoną.
    Czasami nie udało mi się zauważyć, bo szybciej czmychała. 
    On zawsze taki sam. Poważny. Spokojny.
    Z tą głową na rękach myślałam gdzie jest ten moment..
    Czy Ona po pracy powinna pędzić do domu.. Czy do dzieci i męża? 
    Czy On wraca później mówiąc, że wciąż tyle pracy..
    Czy Ona samotna i samotnie po nocach płacze gdy On do żony wraca.
    Czy dzieci mają dorosłe i odważyli się razem już żyć.
    A może oboje na życie nie byli, a na romans zaledwie przeznaczeni.
    Czy Jego żona kochać przestała, a tu pod tym lasem czekał Ktoś Kto pokochał..
    Czy Ona w domu przemocy doznawała..
    W którym domu rozmów zabrakło. W którym bliskości.
    Gdzie imponować sobie przestali..
    Pięknie się na nich patrzyło. Bo każda miłość jest tragiczna i zjawiskowa.
    Czy w małżeństwie czy w romansach..
    I w nich była idylla i ten wielki strach.
    A ja zaledwie ich postać obejmowałam spojrzeniem popołudniową porą w moim oknie na życie.
    I rozmyślać można było.. O tym jak różnie się losy ludzkie plotą..
    A my, chcąc mądrymi się nazywać, nie powinniśmy dawać sobie prawa do ich oceny.
    Wiosną, przed zmrokiem jadąc do sklepu przebiegła mi przed autem. Zapłakana.
    Potem On stał w kolejce przede mną. I wódkę kupował.
    Jeszcze się tu spotykali nie raz. Pod lasem. Ona w szalu, On jak zwykle. Spokojny  i poważny.

    Najczęściej jednak, w tym moim kuchennym oknie na życie, chłopy w zaułku stają i sikają.

    Ale są też tacy, co wolą na to podwórko opustoszałe patrzeć.
    I tam mieć okno skierowane.

    Bo i ludzi można dosyć mieć.
    Czy to teraz, czy już potem gdzie liście samotnie hulać będą. 
    I kretowisk  co rusz przybywać będzie.
    To jak tak lubi człowiek, to też może..