• no wnerw po prostu

    Przedmowa:
    Na początku z góry przeproszę moich czytelników za słowa niecenzuralne.
    Rozumiem, że przez te lata już jakoś biorę odpowiedzialność za treści tu zawarte, ale dziś po prostu trzeba. Inaczej się nie uda. Jak w życiu, jak se czasami siarczyście nie zaklniesz to już nie to samo.
    O kulturę słowa muszę dbać. Jednak dziś zróbmy tak. A Wy mi wybaczcie.

    Do rzeczy:
    Mój Teściu mówi, że jak mocno wieje to człowiek jest od razu wkurwiony. Że wiatr powoduje w ludziach nerwowość.  Od czasu kiedy to usłyszałam (a staliśmy na tarasie i oglądaliśmy jak nam w pole wszystko wywiało), wnikliwie obserwuję te zależność. No bo wiadomo, że znaleźć usprawiedliwienie dla swojego wkurwienia to ważna rzecz. A jeśli jest ono logiczne i płynące prosto z natury, to już można pomyśleć, że porządnie zakląć to samo zdrowie. Choć ja tak uważałam i wcześniej, zanim o tym wietrze przyszło mi pogłębić swoją wiedzę. Ale musiałam chorować we wnętrzu swoim i te przekleństwa trzymać w ciele, w duszy, w umyśle jak na smyczy, choć wyrywały się jak harty czystej krwi, bo Mamusia mówiła, że przekleństwa w ustach dziewczynki to brzydko. I te harty latami w tych boksach stały, czekając aż otworzy się zawleczka, uwolni bramkę i ukaże się bieżnia po której można biec..
    Jakże ja w dorosłym życiu biegnę! Jak sunę po tym żwirze, przeskakuję te przeszkody. Ach, ja nawet daleko po mecie jeszcze nie zwalniam. Czasami jak się zapędzę to mam wrażenie, że wyjdę daleko poza boisko i z rozpędu trafiam na tor wyścigowy w sąsiedniej wsi. Tak mnie te przekleństwa niosą.
    Zwalniam oczywiście jak Mamusia z wizytą przyjeżdża. Wtedy na powrót przypominam sobie archaiczne kurka franc, o ja pierdziu, nosz jasny gwint, ja pitole… 
    Mamusia mówi, że przeklinać można jedynie w żartach. To chyba muszę Jej powiedzieć, że moje życie to jeden wielki kurwa żart. A! I jeszcze, że przeklinanie musi być w miłych sytuacjach. I Ona się do tego stosuje. Tak na przykład jak idzie odwiedzić nowo-narodzone dziecko, to nachyla tak głowę do wózeczka, łapie za stópki i mówi „no jakiś Ty kurwa śliczny”. I to jest wtedy bardzo na miejscu.
    Tatuś mój za to całe życie nie klną. Ale widzę ostatnio, że albo życie Go przytłacza, albo odkrył niezwykłą moc jaką kryje w sobie taka „kurwa” albo „popierdolony”. Ino Tatuś najczęściej stosuje w żartach, żeby dodać odrobinę więcej humoru swojej opowieści. I tak na przykład, mój Tato, stateczny, spokojny człowiek, tańczący dwa na jeden, pojechał do sanatorium. Tato, który nigdy wcześniej nie przeklinał. (Albo umiał się tak pilnować przy dzieciach. Ale z przeklinaniem nie da się pilnować. Wylatuje ta cholera z ust całkiem niepostrzeżenie). Dzwoni o 22 ej jak co wieczór opowiedzieć jak minął dzień..
    I relacjonuje. Nie to żeby żywo, rychle tak, nagle. Nie. Tato relacjonuje tak jaka Jego natura. Czyli przez telefon: wolno, głośno i wyraźnie.
    – Tańczymy, tańczymy i ta Pani mi mówi „Andrzejku, jak ty pięknie tańczysz”, no to jej powiedziałem, że ja się w tańcu nie pierdolę.
    Wszystko na pełnej powadze. I wolno, i głośno i wyraźnie. Wiadomo.
    Ci moi rodzice, dzieci chcieli wychować jak najlepiej, i w przekleństwa swoich dni nie ubierali.
    Bardzo to z moją siostrą doceniamy. No i doceniamy. Właśnie. Na docenianiu może zakończmy, bo o sukcesie w tym temacie trudno mówić.
    Ale wróćmy do tego wiatru. O to się rozchodzi głównie. Bo ostatnio napierdalało wiatrem i to bez opamiętania.
    Pomyślcie sami, przyobserwujcie. Wieje i od razu wszyscy podminowani. Naciągnięci jak struna. Jak mocniej pierdzielnie, to te struny lecą jak na hevy-metalowym koncercie. Ludzie jak ponaciągane, poskręcane, pourywane struny. Stoją potem tacy w kolejkach sklepowych, korkach ulicznych, na straganach i w urzędach. I człowiek nie ma do nich wybaczenia, zrozumienia żadnego.
    A tu teraz jest. Wieje i chuj. 
    No bo rozpoczynasz człowieku dzień. Czujesz jak belki stropowe chodzą. Praktycznie wióry po domu latają, jak burza piaskowa na Saharze. Trudno z pomieszczenia do pomieszczenia przejść w tym wirze.
    Dach prawie podnosi i niebo groźne ukazuje. A ty szykujesz ich do szkoły, do przedszkola.
    No i uświadamiasz sobie, że jesteś beznadziejną Matką! No kurwa beznadziejną.
    „Jedz no dziecko szybciej”, „Zęby umyj jeszcze”, „Prosiłam Cię już sto razy, pójdziesz umyć zęby?”, „spakuj sobie to jedzenie, przecież to już możesz zrobić”, „spakowałaś to jedzenie?”, „dziecko, rany boskie, wystarczy, że zrobiłam, to już do plecaka chyba umiesz włożyć”, „piórnik ze stołu weź. no jak matka nie spakuje to nie weźmie”, „ubierasz się czy nie?”, „jak żeś te spodnie założył?”, „jaki wy tu zrobiliście burdel to głowa mała”, „dziecko, żona Ci butów zakładać nie będzie”, „co ty miałaś na dzisiaj do szkoły wziąć?!?!”…
    I jak zamknę te drzwi za nimi, gdy Ojciec Ich własny do placówek rozwozi, to se myślę, że ze mnie jest beznadziejna Matka. 
    Marlena pocieszyła mnie ostatnio, że się nagra i mi przyśle, żebym wyszła z kompleksów chęci bycia Mamą idealną. No i ja też wiem, że winny jest temu wiatr. Bo ja się od razu na siebie wkurwiam. Złość mam do siebie, żal, pretensje. A przecież inną Mamą rok temu nie byłam. Ino tą samą.
    Tylko wiatr powoduje od razu, że człowiek zły. Że nagle mu bycie tą właśnie Mamą wadzi, przeszkadza, uwiera. Już by serio lato przyszło. Od razu człowiek się w macierzyństwie inaczej widzi. Dzieci cały dzień na podwórku i wołasz ino „naleśniki!”, „gofry!”, „kompot!”… Choćbyś chciał to nie masz se czego zarzucić.
    Zauważyłam (bo te obserwacje bardzo szczegółowo prowadzę), że te wichury oddziałują na wszystkich.
    No taki Benio, wziął i odciął Tatę ze wszystkich swoich rysunków! Kategorycznie, szybkim ruchem, zdecydowanie. Rzucił Mu pod nogi takiego Jego odciętego i powiedział:
    – będzieś chciał mnie ciałować, będzieś chciał mnie psitulić, nie poźwole ci. ziadnego ciałuśka ci nie dam. nigdy juś. ziobacisz. a ty lubiś mnie ciałować, a ja ci nie dam sie pociałować. i ziobać, opciołem cie z lysunków lodziny. 
    Odszedł do góry, dudniąc przy tym mocno stopami w schody, bo złość była wielka, gdyż Tatuś miło zasugerował Mu, żeby włączył sobie inną bajkę, bo te filmiki na jutubie to głupoty takie.
    Z sypialni wołam – Synku, przynieście piżamki, będziemy się kąpać.
    I chyba mocniej musiało zawiać, bo słyszę
    – Mamoooo! Bo ciebie tes odetne!
    Nie odzywałam się więcej, bo przyszła obawa, jakoby też odeszły mi w zapomnienie te jego ciałowania.
    A jak tego ryja pyskatego nie całować?!
    Nie ominęło nikogo, bo otwieram drzwi, a tam Pan kurier…
    – No Pani Julko, kto to widział, żeby tak jebało wiatrem. Łeb mi chce rozpierdolić! A jeszcze te ludzie! Ten nie odbiera, tamten skargę wniósł, że żem paczkę mu u sąsiada zostawił! A on się z sąsiadem nie odzywa. No to moja wina, że popierdolony?!
    Żadna jego. Wiatru wina.
    Moja siostra dołączając do moich badań, zaobserwowała, że te wiatry i stopień wkurwienia też trzeba rozróżniać. Wiecie, podzielić. Nie to, że wieje i już. Można być wkurwionym jak się chce. Nie, nie. Najgorzej jest jak wieje ze wschodu. Od stepów akermańskich. A Ona coś o tym wie, bo taras ma od wschodu. I tam ją ten stan nerwowy vel wkurw, dopada najczęściej.
    Zastanawiam się, prowadząc te badania, czy nie założyć stowarzyszenia zajmującego się stricte zależnością wiatru, jego mocy, kierunków a psychiką człowieka w owym czasie…
    Hula słuchajcie ten wiatr. Po kontynentach, krajach, miastach i wsiach. Po polach, sadach i między blokami. Wciska się na prędce przez drzwi, jak kto akurat ma na zachód, i domyka dłużej z trudem.
    I mój Teść, co siedemdziesiąt w tym roku świętuje, coś o świecie już wie. Wnikliwy obserwator z niego.
    A z przyrodą i naturą to już za pan brat . I skoro od dziesiątek lat on tego doświadcza, dostrzega ową zależność, to ja się sprzeciwiać temu nie będę. Mało tego, z wiatru na wiatr, czynię też te obserwacje i słuchajcie – to się zgadza. Bywają na świecie legendy, bajki, bory, przepowiednie i przysłowia… Ale jest też na świecie prawda. I te słowa do prawdy należą – Jak wieje, to człowiek od razu wkurwiony.
    Tylko czemu ja mam wrażenie, że u mnie napierdala wiatrem od urodzenia…?!

  • zadbaj o siebie – podarunki 53



    Ach, dawno nie było podarunków.

    Jestem więc! 🙂
    I to z matą, na którą wielu z Was miało ochotę. 
    Ale ja dziś mam dla Was matę i poduszkę – na zawsze, w prezencie od firmy Pranamat
    Pytanie konkursowe jest proste jak i również ciekawe dla czytelników, którzy poszukują takowych odpowiedzi.
    Jakim domowym sposobem, radzisz sobie ze stresem albo bólem głowy?
    (odpowiedź zostaw w komentarzach pod tym postem)
    Dla pierwszego miejsca przewidziana mata, dla drugiego poduszka. 
    Wyniki konkursu w tym poście, dnia 17.02.2020

    Tym którzy nie pamiętają, przypomnę że pranamat używam już od kilku miesięcy i jestem z niego bardzo zadowolona. Szybko przekonała się, że to nie trend ale masaż pomaga zdrowotnie. Odsyłam Was więc do mojego wcześniejszego tekstu o pranamat (tutaj i tutaj) oraz na ich stronę a jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości to przypomnę, że matę można kupić i wypróbować przez 30 dni. Jeśli nie spełni oczekiwań – odesłać i odebrać pieniądze. 

    Moi Drodzy, jak zawsze było trudno jeśli chodzi o wygraną. 
    Z bezsilności i braku jednoznacznych zwycięzców, wybrałam pięć komentarzy, które najbardziej wpadły nam w oko i  wysłałam do moich przyjaciółek. Im też nie było łatwo i miały różne typy. Ale wspólnymi siłami wybrałyśmy.
    I tak zapraszam do kontaktu ze mną (julia.rozumek@gmail.com) 
    Izę, do której wędruje mata (tekst o krzyku),
    i Małgosię, która sprząta. Dostanie poduszkę.
    Niestety nie mamy więcej nagród, ale o krok od wygranej była też Nuta i Jej makrama, Patrycja z samym sobą i Agata z Babcią. 
    Dziękuję za jak zwykle tak liczną obecność :*


  • „dobrewiadomości”

    Każdy z nas ma jakieś strony na które wchodzi, które czyta z uwagą, śledzi pilnie..
    Jedną z moich ulubionych, jest strona „dobre wiadomości”.
    Kiedyś mówiłam często o tym, że chciałabym założyć gazetę albo telewizję, w której byłyby tylko dobre rzeczy, wydarzenia, uczynki, odkrycia..
    I jako, że śledzę ją już bardzo długi czas, dziś tak od siebie, zwyczajnie chcę Wam ją polecić.
    Warto. O fajnych,ważnych DOBRYCH sprawach, które bardzo poprawiają humor.
    Aby Ich znaleźć należy kliknąć TUTAJ – DOBRE WIADOMOŚCI.
    Może zachęcę Was przepisem na Złoty Miód.

    1 łyżeczka mielonej kurkumy (o jakości terapeutycznej) (ode mnie – to nie jest taka kurkuma przyprawowa ze sklepu spożywczego)
    ¼ szklanki naturalnego miodu
    2 krople olejku z cytryny (opcjonalnie)
    Połącz składniki, dobrze wymieszaj i przykryj. Przechowuj w temperaturze pokojowej i mieszaj przed każdym użyciem. Aby zwalczyć grypę lub przeziębienie, weź pół łyżeczki kilka razy dziennie, dosypując odrobinę świeżo zmielonego pieprzu, który sprawia, że kurkumina może być przyswojona przez organizm. Można też rozpuścić łyżeczkę specyfiku w szklance ciepłej wody, znów z odrobiną pieprzu, i pić na czczo.

    Podczas gdy konwencjonalne antybiotyki są bardzo nadużywane, naturalne środki, takie jak miód i kurkuma, są niezwykle dobroczynne i poprawiają zdrowie na wiele sposobów.

    Miód skutecznie zwalcza infekcje, nie powodując uodparniania się bakterii, w przeciwieństwie do tradycyjnych antybiotyków. Badanie opublikowane w European Journal of Clinical Microbiology and Infectious Diseases wykazało, że miód zniszczył każdą bakterię lub patogen, na którym go testowano. Naukowcy odkryli, że można go stosować miejscowo – zewnętrznie i przyjmować doustnie.

    Według Dr Dee Carter:

    „Nasze badania jako pierwsze wyraźnie pokazały, że produkty na bazie miodu mogą w wielu przypadkach zastąpić kremy antybiotykowe stosowane zarówno na rany, jak i sprzęt, taki jak cewniki. Zastosowanie miodu jako leczenia pośredniego, może również przedłużyć działanie antybiotyków.”

    Z drugiej strony, kurkuma to kolejny naturalny cud z niezliczonymi korzyściami zdrowotnymi. Najważniejsze związki w niej zawarte nazywane są kurkuminoidami i mają silne właściwości lecznicze, przeciwutleniające, przeciwzapalne, antyseptyczne, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze.

    Połączenie tych dwóch składników jest najsilniejszym antybiotykiem, jakiego możemy użyć. Znany jako „Złoty Miód”, jest powszechnie stosowany w medycynie ajurwedyjskiej od tysięcy lat. Ostatnio jego zastosowanie gwałtownie wzrosło w zachodniej medycynie i żywieniu.

    Według BenefitsOfHoney, ta kombinacja jest „nieocenionym naturalnym lekarstwem na niezliczone dolegliwości i choroby, w tym: niestrawność, przeziębienie, grypę, astmę, nadciśnienie, wysoki poziom cukru we krwi, zapalenie stawów, cukrzycę, choroby serca, depresję i lęk, stany zapalne, rany i oparzenia, egzemy, łuszczycę i trądzik oraz starzenie się (chroni wątrobę i nerki).”

    Można też znaleźć artykuły takie jak ten…
    Mówiące o 75 letnich badaniach dotyczących szczęścia.

    75 lat trwały badania, prowadzone przez kolejne pokolenia naukowców z Harvarda, na temat tego, co sprawia, że ludzie czują się szczęśliwi. Wyniki przedstawił, w wystąpieniu dla Ted, kierownik tego projektu Robert Waldinger.

    Co sprawia, że czujemy się zdrowi i szczęśliwi idąc przez życie? Gdybyś miał teraz zainwestować w najlepszą wersję siebie w przyszłości, w co włożyłbyś swój czas i energię?
    Niedawno przeprowadzono badanie wśród członków tak zwanego „Pokolenia Milenium”, pytając, jakie są ich najważniejsze cele życiowe, ponad 80 procent odpowiedziało, że najważniejsze są dla nich pieniądze. 50 procent z nich uznało również, że kolejnym ważnym celem jest sława.

    Ciągle wmawia się nam, że musimy się skupić na pracy, dawać z siebie więcej aby więcej osiągnąć. Ulegamy wrażeniu, że to są cele, do których musimy dążyć, aby mieć dobre życie. Spojrzenie całościowe, na wszystkie podjęte decyzje i to jak wpłynęły one na nasze życie, wydaje się być niemożliwe. Większość tego, co wiemy o życiu, pochodzi z zadawania ludziom pytań o przeszłość, a jak wiadomo, umysł interpretuje ją w różny sposób. Zapominamy większość z tego, co działo się w naszym życiu, a czasami nasza pamięć puszcza wodze fantazji.

    A co jeśli moglibyśmy obejrzeć, jak przez lata toczyło się czyjeś życie? Co jeśli moglibyśmy badać je od czasów młodzieńczych do starości i zobaczyć, co tak naprawdę czyni ludzi zdrowymi i szczęśliwymi?

    Zrobiliśmy to. The Harvard Study of Adult Development to prawdopodobnie najdłuższe badanie życia dorosłych ludzi jakie zostało wykonane. Przez 75 lat śledziliśmy losy 724 mężczyzn, rok po roku pytając ich o pracę i rodzinę – nie wiedząc oczywiście, jak dalej potoczy się ich życie.

    Badania takie jak te są niezwykle rzadkie. Niemal wszystkie podobne projekty kończyły się w ciągu pierwszych 10 lat, ponieważ zbyt wielu ludzi z nich rezygnowało, kończyło się finansowanie, badacze zaczęli zajmować się czymś innym lub umierali i nie miał ich kto zastąpić. Jednak ten projekt przetrwał, dzięki szczęściu i uporowi kilku pokoleń badaczy. Około 60 z 724 osób biorących w nim udział wciąż żyje, większość ma ponad 90 lat. A teraz zaczynamy badać ponad 2000 dzieci tych ludzi. Ja jestem już czwartym kierownikiem tych badań.

    Od 1938 roku śledziliśmy losy dwóch grup. Pierwsza składała się z mężczyzn studiujących na drugim roku na Uniwersytecie Harvarda. Wszyscy ukończyli go w trakcie II wojny światowej i większość z nich poszła służyć w wojsku. Drugą grupę stanowili chłopcy z najbiedniejszych dzielnic Bostonu, specjalnie wybrani z rodzin, którym się nie wiodło. Większość żyła w kamienicach, wielu bez dostępu do bieżącej wody.

    Kiedy zaczynaliśmy ten projekt, rozmawialiśmy z każdym z tych nastolatków. Przebadaliśmy ich pod kątem zdrowotnym. Odwiedziliśmy ich domy i rozmawialiśmy z ich rodzicami. Ci chłopcy z biegiem czasu stali się z mężczyznami, których życia potoczyły się różnie. Zostali pracownikami fabryk, adwokatami, murarzami, lekarzami, jeden z nich został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Niektórzy popadli w alkoholizm. U kilku objawiła się schizofrenia. Część pięła się po drabince kariery na sam szczyt, innych czekała w przeciwnym kierunku.

    Inicjatorzy tych badań w najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczali, że 75 lat później będę stał tutaj przed wami i opowiadał, że te badania wciąż są kontynuowane. Co dwa lata nasi cierpliwi i oddani ludzie dzwonią do tych mężczyzn i pytają, czy mogą jeszcze raz wypytać ich o sprawy związane z ich życiem.

    Wielu z tych, którzy wychowywali się w biedzie, pyta: “Czemu ciągle chcecie mnie badać? Moje życie nie jest zbyt interesujące”. Ci po Harvardzie nigdy nie pytają.

    Aby mieć jak najlepszy obraz ich życia, nie wysyłamy im ankiet. Rozmawiamy z nimi w ich domach. Od ich lekarzy dostajemy wyniki badań. Pobieramy im krew, skanujemy mózgi, rozmawiamy z ich dziećmi. Nagrywamy ich rozmowy z żonami dotyczące największych zmartwień. Kiedy jakieś 10 lat temu spytaliśmy wreszcie ich żony, czy dołączyłyby do tych badań, od wielu z nich usłyszeliśmy odpowiedź: “Najwyższy czas”.

    Więc czego się dowiedzieliśmy? Jakie lekcje płyną z dziesiątek tysięcy stron z informacjami, które zebraliśmy na temat ich żyć? Cóż, lekcje te nie dotyczą bogactwa, sławy ani coraz cięższej pracy. Najprostszy przekaz, jaki wyłania się z tych 75 lat badań to:

    Dobre relacje z innymi ludźmi sprawiają, że jesteśmy zdrowi i szczęśliwi. Kropka.

    Nauczyliśmy się trzech bardzo ważnych rzeczy na temat relacji z innymi ludźmi. Pierwsza mówi, że kontakt z innymi jest bardzo pożyteczny, a samotność zabija. Okazuje się, że ludzie, którzy są mocniej przywiązani do rodziny, znajomych czy wspólnot są szczęśliwsi, zdrowsi i żyją dłużej od tych, którzy nie są tak przywiązani. Samotność bywa zaś toksyczna. Ludzie odizolowani od innych bardziej niż by tego chcieli są mniej szczęśliwi, podupadają szybciej na zdrowiu, ich umysł pracuje gorzej i żyją krócej od tych, którzy nie są samotni. Smutne jest to, że obecnie ponad 1/5 Amerykanów określa się mianem samotnych.

    I wiemy o tym, że samotnym można być wśród tłumu, tak samo jak samotnym można być w małżeństwie, dlatego druga ważna lekcja, jaką wyciągnęliśmy, jest taka, że nie liczy się tylko liczba twoich znajomych czy wierność w związku, ale przede wszystkim jakość bliskich relacji z innymi. Życie w cieniu jakiegoś konfliktu bardzo źle wpływa na nasze zdrowie. Na przykład małżeństwa, w których często dochodzi do kłótni, okazują się bardzo złe dla stanu zdrowia, gorsze niż rozwód. Natomiast życie w zgodzie, w przyjaznych związkach nas chroni.

    Kiedy prześledziliśmy losy naszych mężczyzn do momentu, w którym mieli osiemdziesiątkę na karku, postanowiliśmy spojrzeć na nich w wieku średnim i sprawdzić, czy jesteśmy w stanie przewidzieć, kto będzie szczęśliwym, zdrowym osiemdziesięciolatkiem, a kto nie. I kiedy przeanalizowaliśmy wszystkie dane o nich zebrane do pięćdziesiątki, okazało się, że to nie poziom ich cholesterolu wpłynie na to, jak będą się starzeć. To poziom ich zadowolenia ze związków. Ci, którzy byli z nich najbardziej zadowoleni w wieku 50 lat, byli też najzdrowsi w wieku 80. Dobre związki potrafią też uchronić przed problemami związanymi ze starzeniem się. Nasza najszczęśliwsza para po osiemdziesiątce przyznała, że kiedy odczuwała większy ból fizyczny, miała nadal pogodny nastrój. Natomiast ludzie w nieszczęśliwych związkach podczas dni wzmożonego bólu fizycznego odczuwali go jeszcze mocniej przez ból emocjonalny.

    A trzecią lekcją, jakiej nauczyliśmy się o związkach i naszym zdrowiu, było to, że udane związki nie chronią tylko naszych ciał, ale też umysły. Okazało się, że poczucie bezpieczeństwa w związku po osiemdziesiątce działa protekcyjnie, jeśli ludzie wiedzą, że mogą zawsze liczyć na swoją drugą połowę, ich pamięć i wspomnienia są wyraźniejsze przez dłuższy czas. Natomiast ci, którzy czują, że mogą liczyć jedynie na siebie, doświadczają szybszego zaniku pamięci. W dodatku te udane związki nie muszą być bez przerwy idealne. Niektóre z naszych par osiemdziesięciolatków mogły się między sobą sprzeczać dzień i noc, ale dopóki czuły, że w razie cięższych chwil jedno może polegać na drugim, te kłótnie nie miały wpływu na ich pamięć.

    Ta wiadomość, że udane związki są dobre dla naszego zdrowia i samopoczucia, to wiedza stara jak świat. Czemu jest to tak trudne do osiągnięcia, a tak łatwe do ignorowania? Cóż, jesteśmy ludźmi. Lubimy szybkie rozwiązania, coś, co uczyni życie lepszym i takim już ono pozostanie. Związki są trudne i skomplikowane, zwrócenie się w stronę rodziny i znajomych to ciężka praca, nie tak czarująca i seksowna. W dodatku trwa całe życie. Nigdy się nie kończy. Z badanych przez nas osób najszczęśliwsi na emeryturze byli ci, którzy potrafili znaleźć sobie nowych znajomych po utracie tych z pracy. Wielu, tak jak ci z pokolenia Milenium w niedawno przeprowadzonych badaniach, zaczynało jako młodzi ludzie, wierzący, że potrzebują bogactwa, sławy i wielkich osiągnięć, aby być w życiu szczęśliwym. Ale minęło 75 lat, podczas których nasze badania wykazały, że ci, którzy zwrócili się w stronę związków, rodziny, przyjaciół czy wspólnot zaszli najdalej.

    A co z tobą? Powiedzmy, że masz 25 lat, a może 40, a może nawet 60. Jak takie zwrócenie się w kierunku relacji z innymi ma w ogóle wyglądać?

    Możliwości są nieograniczone. Może to być wstanie sprzed komputera i spędzenie czasu z innymi ludźmi, albo ożywienie nieco skostniałego związku przez wspólne robienie czegoś, np. chodzenie na spacery, albo odnowienie kontaktu z tym członkiem rodziny, z którym od lat nie rozmawiałeś, bo rodzinne sprzeczki mają bardzo zły wpływ na tych, którzy długo trzymają urazę.

    Chciałbym zakończyć cytatem z Marka Twaina. Ponad 100 lat temu, spoglądając na swoje życie, napisał: “Nie ma czasu – tak krótkie jest życie – na sprzeczki, przeprosiny, zawiść, wyjaśnienia. Jest tylko czas na kochanie, i to w tej chwili, że się tak wyrażę”.

    Dobre życie oparte jest na dobrych związkach.

    Dziękuję

    I ode mnie – pamiętaj jesteś tym o czym myślisz, karm dobrego wilka.