ja ze sobą.

Zdarzają się w człowieku takie uczucia, taki zbiór emocji i wrażeń, że trudno znaleźć słowa, które mogłyby odzwierciedlać ten stan. Jednakże ile razy sobie to przypomnę, czuję w sobie taką siłę, tak wielka ulga wypełnia moje ciało i umysł, że postaram się Wam to zapisać.
Ale przede wszystkim chciałabym abyście przeżyli coś podobnego. Życzę Wam tego z całego, swojego, doświadczonego tym uczuciem serca. To jakby dostać ogromny prezent.
Pełen niezmierzonego bogactwa. Bogactwa, jakiego dziś szukamy w najnowszych metodach uzdrawiania swojego umysłu i duszy.
W całym zamieszaniu i tak znienacka spotkałam… siebie.

Prawie trzynaście lat temu urodziłam moją Córkę. Dwa dni po porodzie przyszła do nas położna Viola. Przyszła i… została do dziś.
Niezwykły człowiek. Wypełniony po brzegi dobrocią, radością, empatią, siłą, werwą.
Ale przede wszystkim człowiek o wyjątkowym poczuciu humoru. Kto raz Ją spotka – nigdy nie zapomni. Bystrość Jej umysłu pozwala lawirować między żartami i kąskami słownych smaczków w sposób wyśmienity i wyborny.
Najczęściej spotykamy się wieczorną porą, gdzieś na mieście.
Wtedy akurat była zima. Grudzień. Pomiędzy świętami, a nowym rokiem.
Umówiłyśmy się na kolację w Szybie Maciej.
Siedziałyśmy w restauracji, a nad nami drżał sufit. Nasz sufit, a Ich podłoga.
Muzyka, zaśpiewy i okrzyki wskazywały na odbywające się tam wesele.
Dlatego też, gdy weszłam do łazienki, kolorowych kobiet było sporo. Kręciły się od mydła do suszarki, a wraz z nimi ich falbaniaste suknie, damsko skrojone garnitury, narzutki i apaszki…
Zwinnym krokiem prześlizgnęłam się do ubikacji.
Kiedy wyszłam, stanęłam rzecz jasna przy zlewie aby umyć ręce. Wciąż mając przed oczami trwający tu przed chwilą harmider zobaczyłam kątem oka, w lustrze, zaraz obok, dziewczynę. Zerknęłam. Nacisnęłam mydło i zerknęłam raz jeszcze, bo poczułam na jej widok takie ogromne ciepło. Poczułam się tak bezpiecznie i dobrze. Była ubrana identycznie jak ja. Miała moją twarz i moje włosy. Moją posturę. Ale jeszcze wtedy nie dotarło do mnie kim jest.
W tych kilku sekundach przebiegło mi w mym ciele i umyśle milion emocji jakie z trudem można opisać.
Takie rozlanie się spokoju i radości po każdej cząstce mojego wnętrza.
Takiej radości, którą czujesz, gdy biegniesz w ramiona osoby, która rozwiąże każdy Twój problem. Która ukoi każdy Twój ból. Przy której czujesz się sobą. Która Cię akceptuje i kocha dokładnie taką jaką jesteś. Którą bawią Twoje głupoty. Która jest gotowa wspierać Cię bez wcześniejszego tłumaczenia. To mydło kapało mi między palcami, a ja patrzyłam na Nią i nie mogłam uwierzyć, że patrzę na siebie.
Że ten tłum, który kręcił się chwilę wcześniej zniknął i byłam tylko ja.
Ja i Ona. Może gdybym weszła wcześniej do pustej łazienki, byłoby dla mnie oczywiste, że mogę ujrzeć w mnogości luster jedynie swoje odbicie. Ale byłam pewna, że wciąż jest tu jeszcze Ktoś z tych wszystkich, którzy byli.
Nigdy też nie miałam wobec siebie takich uczuć. Zawsze i wciąż przeplatały się w mnie wymagania, niezliczone poprzeczki perfekcjonizmu, potrzeba doskonalenia, a przez to różnorakie zarzuty, krytyka zachowań, słów czy myśli.
Jeśli o sobie myślałam dobrze, to czułam, że jestem ok. Że moje intencje są dobre, że mam jakieś pojęcie o świecie dookoła i świecie swym wewnętrznym. Lubiłam siebie. Niejednokrotnie pocieszałam, gdy znów zaczynałam ganić. Budowałam siebie i byłam świadoma zarówno swoich zalet jak i wad. Ale wszystko to odbywało się w jednolitej, jednostajnej ocenie. Bez zbytnich uniesień, czy otchłani rozpaczy. Ze wskazaniem na wymagania wobec własnej postaci, czyli chęci doskonalenia, zamiast osiadania w aurze zalet.
Ale spotkać siebie taką…? We własnej świadomości, obiektywnie i realnie, na pocieszenie czy bez… Byłoby to niemożliwe. Byłoby połączone spiralą analiz i diagnoz.
Zwykłą myślą jaka przechodzi człowiekowi przez głowę.
Tam, w tym lustrze widziałam dziewczynę, która wyszła z mego ciała. Stała obok.
Może nie całkiem. Kilka zlewów i luster dalej. Ale była mną. Dla mnie.
Spotkanie Jej w tym lustrze było zjawiskiem nadprzyrodzonym i wydawałoby się niemożliwym. Można spotkać siebie myjąc zęby, malując rzęsy, oceniając wybraną kompozycję ubrań w garderobianym lustrze. Można tam ocenić swoje nogi, ramiona czy czoło.
Ale spotkać siebie będąc pewnym, że jest to inna, zupełnie odrębna postać?!
Przez długi czas nie naprowadzało mnie nawet to samo ubranie i wygląd. Jakbym zupełnie straciła rozum. Lub bardziej jego małą część – rozumek.
Zobaczyć się z boku i poczuć przy tej osobie tak dobrze. Lubić Ją jak się lubi najlepszego przyjaciela. Tego, którego się kocha, ceni, za którym się tęskni, do którego idzie się po pewne wsparcie, któremu się ufa, przy którym czuje się bezpiecznie. Którego widok wypełnia nas miłością.
Zobaczyć siebie, nie będąc swoją własnością. Nie będąc odpowiedzialnym za swoje czyny, myśli, słowa. A będąc Ich odbiorcą. Będąc przez chwilę tym wszystkim co nas otacza i ocenić się z tej perspektywy. Nie człowieka, który niesie swój krzyż i patrzy przez jego pryzmat na ludzi i zdarzenia. Będąc na spotkaniu z samą sobą, przez tę krótką chwilę nie byłam nikim kto musiałby mieć jakiekolwiek zdanie i opinie.
Nie widziałam tego czy się garbię, czy nóżki mam krótkie, a włosy napuszone od wilgoci.
Nie widziałam siebie jako osoby, która dużo i głośno mówi, która palnie czasami coś bez sensu, która jest przemądrzała.
Widziałam siebie tylko przez pryzmat takiego uczucia, które trwało kilka, może kilkanaście sekund. Uczucia, które dawało mi tak wielkie poczucie bezpieczeństwa jakiego nie czułam nigdy wcześniej. Choć przecież mam cudownego, wybitnie opiekuńczego męża. Rodziców i siostrę, którzy zawsze rozkładali nade mną parasol. Sprzyjające środowisko, sprzyjający los i byt. I pomimo tej wielkiej masy poczucia bezpieczeństwa zamieszkującej moje życie, nigdy wcześniej nie poczułam go tak mocno jak wtedy, gdy spotkałam samą siebie.
Jakby dziewczyna w tym lustrze miała nadludzką siłę czuwając nad moim życiem…
Kiedy się ocknęłam, zrobiło mi się przykro. Tak jakby Ktoś pokazał Ci coś niezwykłego i zniknął. Nie dał się tym nasycić, nacieszyć. Poznać, dotknąć.
Chwilę później przyszło uczucie niedowierzania i takiego poukładania sobie w głowie tego wszystkiego, co właśnie miało miejsce.
A potem… i wciąż, taka wdzięczność za to zdarzenie. Zdarzenie, z którego wciąż, nieustannie płynie ogromna siła. Za każdym razem, gdy jest mi przykro poprzez to, jaka jestem dla siebie rygorystyczna i wymagająca, przypominam sobie spotkanie z sobą. Przypominam sobie, jak bardzo siebie lubię, jak się dobrze przy sobie czuję, kiedy patrzę na siebie sercem.

Jechaliśmy na sylwestra, kiedy opowiadałam to mojej siostrze.
Patrzyła na mnie, słuchała i płakała. Moja Kochana.
W radio leciała świąteczna jeszcze piosenka. Chłopcy gawędzili z przodu.
Za oknami skrzył przymrozek.
A Ona wzruszyła mnie tak bardzo, że jeszcze mocniej poczułam wartość spotkania tej dziewczyny w lustrach łazienki Szybu Maciej.
Spotkać się z Kimś Kogo kochasz i móc opowiedzieć Mu o spotkaniu z samą sobą i pokochaniem siebie, to prawdopodobnie egzystencjonalny raj…
W miłości do siebie wszystko się zaczyna i nie ma rzeczy ani ludzi, którzy mogą to zastąpić.
Mogą to tylko próbować załatać.

część domu

Lubię, gdy użytkowe przedmioty w moim domu są częścią wystroju.
Gdy komponują się z resztą w takie sposób, iż ciężko je w ogóle wyłapywać z tła.
Stają się całością z kolorystyką i fakturą jaka tworzy nasz dom.
Gdy na kuchennym blacie coś, co tworzy moje dania jest równie smaczne jak efekt końcowy gotowania czy wypieków. Gdy wiatrak, który chłodzi mnie podczas tych kulinarnych prac sprawia przyjemność nie tylko fizyczną ale i estetyczną.
Gdy wiatrak na moim biurku rozwiewając moje włosy sprawia, że wyobraźnia szaleje i czuję wszystko to, co czułabym leżąc na plaży, mknąc motorówką po Greckim morzu lub uciekając rowerem przed nadchodzącą burzą po wiejskich ścieżkach.
Z wielką przyjemnością powróciłam do współpracy ze Stadler Form, która w moich wspomnieniach tworzyła tylko dobre obrazy i niezapomniane wspomnienia.
Pamiętam pierwszy film jaki dla nich zrobiłam, gdy mój syn zaczynał chodzić. Dziś, nagrywając i fotografując te kadry ten sam syn przybiegł ze swojego treningu piłkarskiego i wyjadł mi wszystkie winogrona z wieczoru, któremu towarzyszyły aromatyzery.
Zresztą jednego z nich długo szukałam po domu, bo zaraz po ich pojawieniu się u nas, nasza córka zabrała go do swojego pokoju.
Wentylator ma tak wygodny uchwyt do noszenia, że wciąż wędruje między oranżerią a kuchnią.
Za to okrągły wiatrak Otto towarzyszy nam już prawie dziesięć lat a wciąż wygląda jak nowy, choć pracuje na naszym poddaszu od wczesnej wiosny do późnej jesieni.
A nawet przysłużył się na niejednej sesji zdjęciowej u fotografów.
Mieszkają u nas już też od tych dziesięciu lat oczyszczacze powietrza tej firmy i wciąż działają na najwyższych obrotach. Nie zwalniając nawet na chwilę. Stan wciąż idealny pomimo wysłużonych lat.
Dlatego mogę Wam śmiało polecić coś, co testuję dekadę. A to już coś! To nie byle co tyle lat jak na czasy, w których produkty mają swój określony termin działania aby ponownie zalewać rynek następnymi przedmiotami.
Stadler Form to marka, która zamieszka z Wami na zawsze.
Mnie aromatyzery cieszą najbardziej na te wieczory z olejkiem przeciw komarom, który wlewamy do środka. Możemy zatem nim odgonić to, co uciążliwe jak i nalewając lawendowy zapach przywołać to, co dobre.
A ten zapach wydobywający się w formie małego ognika robi fantastyczne wrażenie.
Dlatego z wielką przyjemnością podarowałam go Córce do pokoju, bo jest bezpieczny.
Dziś mam przyjemność pokazać Wam dwa wentylatory. Leo (biały) i Peter (wysoki, brązowy). Otto (okrągły, brązowy) jest już z nami, jak pisałam, ponad 9 lat.
Aromatyzery Sophie. Mały i duży. Na które jest aktualnie na stronie promocja.
Ale wszystkie ich sprzęty są tymi, które ja, biorąc pełną odpowiedzialność mogę śmiało polecić. W użytkowaniu, estetyce, praktyce.
Te piloty do wentylatorów są tak sprytnie wymyślone. Nie ma tu półśrodków.
W Leo jest on przyczepiany z boku na magnes. Za to w Peterze wsuwany tak, że sprawia wrażenia jakby był jednym z „żeberek”. (Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi 🙂 )
Zapytałam dziś czy jakiś kod rabatowy dla moich czytelników mogę podać i mam.
Kod: JULIA35
Warunki: rabat 35% na wentylatory Leo (71230) i Peter Leatherette (71229) dostępne na stronie www. stadler-form.pl
Ważny od: 2024-05-14 10:00:00 do 2024-05-31 23:59:00
Przemiło mi się wróciło do robienia i składania filmiku reklamowego oraz zdjęć produktowych. Tyle innych rzeczy dzieje się w naszym życiu, że cudownie było się oderwać i powrócić do dawnej swojej pracy.
Dziękuję zatem Stadler Form za tę przemiłą propozycję oraz za nadchodzące lato z tak fajnymi sprzętami.
A Wam moi Drodzy dziękuję, że wciąż tu ze mną przez te wszystkie lata jesteście i mogę dzięki temu to robić. Jesteście jak ten wentylator Otto. Tyle lat razem a wciąż bezzmiennie jesteśmy tacy sami. Mam nadzieję, że macie się w swoim zdrowiu, pomimo eksploatacji przez życie tak samo dobrze jak on.
Wysyłam Wam bardzo dużo dobrych myśli.

jarmark

O świcie, pomiędzy uliczkami, unosi się wilgoć wiosennej, chłodnej jeszcze nocy.
Pomimo słońca, które wstało i ogrzewa już obrzeża miasta, tutaj, pośród wysokich murów dziewiętnastowiecznych kamienic nie czuć go, ani nawet nie widać.
Zanim wzejdzie na niebo, na tyle wysoko aby dotknąć promieniami tarczy starych zegarów, porcelanowych misek, makatek i naszyjników z bursztynem, wszyscy już dawno otworzą swoje kramy.
Słychać dźwięk składanych rurek. Metalowy brzęk. Liczny, gdy wysypywany z pokrowca. Pojedynczy, gdy staje się konstrukcją. To u tych, którzy przybyli wraz z porankiem, lub brakło sił poprzedniego zmierzchu.
Natomiast u tych, którzy do późnej piątkowej nocy budowali swoje targowisko, słychać dźwięk zamków i rzepów, które otwierają wysłużone już namioty.
Zanim zejdą się kupujący i oglądacze, słychać rozmowy handlarzy. Głośne zapytania o samopoczucie po wczorajszym bimbrze, nalewce, cytrynówce lub zwykłej wódce z Żabki.
Pitej z papierowego kubka po kawie lub z kramowych swoich cukiernic, wazoników czy ozdobnych filiżanek.
Słychać krótkie, szybkie i „zadziorne” dialogi sąsiadujących ze sobą sprzedawców. Gdyż najlepsze dowcipy, zgrabne riposty, błyskotliwe uwagi najczęściej mają krótką formę.
Za to następujący po nich śmiech niesie się już w zupełnie innym kształcie. Długo, donośnie.
Wędruje często od stoiska do stoiska. Od skweru Lwowskiego, przez Bramę Wojanowską aby kroczyć po ulicy Konopnickiej aż do Rynku. Rynek topi się w słońcu. Tylko Ci, którzy rozłożyli się ze swoimi szpargałami pod arkadami, stoją cały dzień w cieniu.
Wystawiający się tu już od dawna mój Szwagier i największa miłośniczka tego miejsca, moja Siostra, namawiają i mnie na to wydarzenie. Dołączam z wielkim entuzjazmem. Wspomnienia jakie towarzyszą mi od dzieciństwa, kiedy jeździłam z Tatą po giełdach staroci, na których handlował, do dziś mają szczególne miejsce w zbiorze tego, co mnie zbudowało.
Jeleniogórski Jarmark Staroci i Osobliwości.
Mąż mej Siostry własnej załatwił mi stoisko na przeciwko siebie. Nie było miejsca, które miałoby więcej spozierającego słońca pomiędzy wieżyczkami kościołów, baszt, kamienic i bram.
Zanim o poranku dołączyłam do gwaru rozkładających się handlarzy, mój Szwagier postawił stół na dedykowanym dla mnie kawałku ulicy. Przy pięknym platanie, ławce, na której dzień wcześniej siedział niezwykle spostrzegawczy i dowcipny tutejszy gawędziasz – pijaczyna. Dziś już go nie ma. Siedzieć będę ja. Jeśliby przyszedł, chętnie Go ugoszczę.
W ulicznym bruku ułożony jest delikatny rów, aby mogła nim spływać woda, gdy miasto nawiedzi deszcz.
Zatem zanim dojdę do swojego miejsca, mój Szwagier Piotr oznajmia wszystkim, że tu ustawił kulturę wyższą. Po czym dodaje – w tym rynsztoku.
Z mojej prawej strony mam stoisko z oscypkami. Czasami dym z paleniska i smażonych serów leci w moim kierunku i miesza się ze słonecznym skwarem. Pachnie.
Po prawej stoi Pan, który na kawałku materiału ułożył płyty z grami komputerowymi.
Przeżył chwilę załamania, gdy sprzedał grę za 10 zł, a ona warta była 30. Nie wiedział, że taki skarb ma. Ustalamy wspólnie, że może to dobrze, bo wzmoży to jego czujność na asortyment.
Naprzeciwko stoją dwa namioty mojego Szwagra. Piękne zegary art deco, obrazy, patefony.
Układam na obrusach wziętych z domu swoje książki. Wzięłam papiery do pakowania, wstążki, nożyczki. Czasami wiatr zawiewa tak mocno, że zwiewa mi je ze stoiska i przechodnie zgrabnie łapią, po czym z uśmiechem podnoszą.
Na stojącym obok platanie, mąż ze szwagrem wieszają mi ramę z plakatem „alfabet”. Potem ludzie stoją obok tego drzewa i długo, wnikliwie czytają. Bardzo to miłe.
Na stoisku mam piękną, starą kasę Piotrusia. Do sprzedaży, ale i dekoracji.
Grzecznie odpowiadam pytającym ile kosztuje. Tyle ile kazał mi mówić Piotruś. Czasami mówię więcej żeby się nie sprzedała.
Aż w końcu oznajmiam mężowi, że nie zniosę tego stresu i myśli o tym, iż w końcu Ktoś ją kupi. Mój mąż idzie do Szwagra na przeciwko i dobija targu. Kasa jest już moja i mogę mówić pytającym – nie do sprzedaży.
Nie wypatruję klientów, a ciekawych rozmów, nietuzinkowo ubranych ludzi, serdecznych spojrzeń. Przychodzą całkiem obcy i moi stali czytelnicy. Czasami wychodzę zza stołu i robimy sobie zdjęcia. Wpisuję dedykacje.
Przyjechałam po jedno – dla folkloru. Tak też mówię do mikrofonu Pana z tutejszego radia.
Moja siostra od rana przeszła giełdę wzdłuż i wszerz kilka tysięcy razy. Obcierają ją buty. Choć powtarza to sunąc jak przeciąg obok mojego stoiska, wyrusza ponownie w te długie podróże przez uliczki miasta gęstego w kramy z antykami i tutejsze butiki z tekstyliami.
Czasami usadza na moje miejsce męża mego Adasia i mówi do mnie – chodź, super kombinezon znalazłam, dla mnie jest za krótki, dla Ciebie będzie idealny.
I nie wiem czy się cieszyć, bo trochę mnie od roboty wyciąga, trochę pomierzę, a to najczęściej przyjemne i może nowy ciuch w szafie… Czy smucić się, że tylko fakt jego przykrótkiego dla niej fasonu wciąga mnie w Jej podmuch podróżowania.
Wyciąga mnie też wtedy, gdy znajduje stoiska dobrych znajomych. Przedstawia. Stoimy. Gadamy. Jest jak wszędzie tutaj, przede wszystkim mnóstwo żartów i śmiechu.
Wyciąga mnie na najlepszą zupę rybną w restauracji „Shanghai”. A kiedy nie mogę iść z Nią, przynosi banany w cieście, lody pistacjowe, kawy… A potem znów porywa ją wiatr hulający w Jej niespokojnej duszy i ten, który tego dnia krąży pomiędzy Jeleniogórskimi zabudowaniami starego miasta.
Czasami idę naprzeciwko zagadać dwa słowa ze Szwagrem. Widzę swój kram więc na spokojnie gadamy. Jego kiermaszowi sąsiedzi też z głupimi dialogami za pan brat.
Zastanawiam się nawet czy nie jest to jarmark dobrego żartu…
Kiedy tak siedzę u tego Piotrusia na średniowiecznej, drewnianej ławie przychodzi dziewczynka. Może szesnasto, może siedemnastoletnia… Kiedy po długich oględzinach kupuje trzy stuletnie obrazy z modą za kwotę dwóch, trzech par markowych, modnych butów, to raduje się cała w sobie myśląc, że jest wielka nadzieja w naszej dzisiejszej młodzieży. Widać było, że odliczona kwota nie przyszła Jej łatwo. Markowych butów nie miała.
Kiedy do mojego straganu przychodzi dziewczynka marząca o zostaniu bibliotekarką i wyciąga swoje wiersze z piórnika, to rozpływam się na miejscu. I to nie z powodu słońca, które wciąż, nieustannie mi towarzyszy.
Na ławce, na której siedzę dosiadają się różni ludzie. Bo ławka bliźniacza. Plecami do siebie.
Słucham Ich rozmów i się dołączam. Rozmawiamy o hennie do farbowania włosów, o niewygodnych ramiączkach biustonosza, o piwie, które sprzedają dwa stoiska dalej.
Kiedy przechodzi Matka z Córką z siatkami pełnymi główek kapusty i komentują, że miały przyjść po starocie, a jak głupie te kapustę kupiły, to Im dopowiadam, że ino kobita se umi roboty raz, dwa narobić. I jakby staroć kupiły, to by se kawki zrobiły i oczy cieszyły zdobyczą, a tak to wrócą do domu i będą siekać i kroić. Kroić i siekać. No i my się zaś przemiło pouśmiechały. Niezwykły wymiar dobrej energii nie potrafi przestać krążyć w każdej uliczce, każdym zakamarku. Pomiędzy namiotami i wąskimi przejściami rozłożonych stanowisk.
Ta energia budzi się właśnie o wczesnym poranku. Co rusz, przyjeżdża Ktoś chcący dostać się do rynku. A żeby się do niego dostać, trzeba przejechać liczne, zastawione, wąskie uliczki. Wciska się tym autem na milimetry. Długo trwa taka podróż. Kiedy dojeżdża już prawie do celu okazuje się, że Brama Wojanowska to słupkiem jest zastawiona i wjazdu nie ma. Nie ma też możliwości wykręcenia. Rozpacz ludzi myślących o powrocie tyłem, budzi współczucie wszystkich.
Ale my mamy sposób i specjalny klucz, który ten słupek demontuje. Jednakże nie dla każdego. My stoimy po dwóch stronach bramy. Jak strażnicy.
Szwagier z wielką powagą pyta mnie zawsze czy delikwent chcący przejechać jest MIŁY?
To słowo klucz. Klucz do naszego klucza.
Wtedy patrzę znacząco na kierowcę i myślę… Ten moment, w którym człowiek sobie uświadamia, że bycie miłym może otworzyć każde wrota…
Zawsze wołam, że miły. Nawet jak był średni, bo mam wrażenie i nadzieję, że będzie to dla niego lekcja. Wtedy Szwagier idzie z wielkim kluczem i kręci. Auto z „miłym” przejeżdża.
Tak zaczynamy ze Szwagrem giełdowy dzień i jest on niezwykle owocny w lekcje życia.
Jak i dla nas ta, w której niechcący przydeptuję swojej siostrze buta, pędząc do kolejnego butiku jaki odnalazła, a Ona mi mówi – patrz pod nogi.
Na to wyrastający nagle przed nami Pan bez nóg, na wózku inwalidzkim, z wielki uśmiechem i rozbawieniem komentuje – Dobrze Pani mówi, niech Pani patrzy pod nogi.
Wieczorem, gdy się ściemnia Szwagier zapala wszystkie lampy i żyrandole. Rokoko, barok i eklektyzm. Migają światła zabytkowych kryształów w jarczmarcznym namiocie. Zapuszcza patefon. Wymienia wprzód igłę, kręci i muzyka wypełnia zamknięty stragan. Pomiędzy uchylonym materiałem dźwięk znajduje dziurkę i wychodzi na ciemny bruk. Zwabia tym wracających ze szczoteczkami do zębów innych giełdowiczów. Na środku, pomiędzy grafikami z Japonii, a kominkową figurą, rozdzieramy kawałki pizzy hut…
Tańczymy. Śpiewamy. Zanim pójdziemy do wynajętego mieszkania w kamienicy nad naszymi wystawkami.
Niektórzy też kończą dzień z większym etosem, przykryci dywanem swojego wystawionego towaru.
Koledzy ze stoisk obok, chowają Im co cenniejsze i zamykają jarmarkowy namiot.
W uliczki powoli wkrada się wiosenna, nocna wilgoć…