prezentownik na grudzień

Moi Drodzy, wejście w grudzień zobowiązuje i akcent świąteczny musi być.
Zgromadziło mi się tu ostatnio trochę piękności, które sfotografowałam Wam do polecajki prezentowej. Zarówno na Mikołaja jak i na święta Bożego Narodzenia.
Wiadomym jest również, że przewagę mają książki… 🙂
(Te słowa, które są podkreślone, są linkami kierującymi do przedmiotów.)
Od książek dla dorosłych zacznijmy.
„Powrót” Sparksa (nie podaje linka, każdy znajdzie, gdzie akurat lubi kupować) to dla mnie książka – wspomnienie.
Zawsze czytam papier. Nie e-booki czy audiobooki. Ale czas w szpitalu, po wypadku zmusił mnie do słuchania. Mój maż, który absolutnie nie siedzi w mojej tematyce książkowej ściągnął mi właśnie te pozycję. A ja sobie po nocy słuchałam na szpitalnym łóżku.
Mam z nią tak dobre wspomnienia. Dlatego ta pozycja papierowa, a do tego tak wydana, musiała się pojawić na mojej półce. To Sparks w czystym Jego wydaniu.
„Cuda Codzienności” Paszyńskiej są przede mną. Ja Paszyńską bardzo lubię i płynę po Jej książkach, zatem w ciemno polecam. I choć nie jest to świąteczny romans, to okładka świąteczna. Dla miłośników książek – super!.
„Jedzenie i inne namiętności” Mai Sobczak to intymna książka kucharska. Jakże ona jest opatrzona słowem… Coś wspaniałego. Dla tych, którzy kochają gotować i karmić się nie tylko potrawą ale także literaturą i obrazem. Polecam Wam z całego serca profil instagramowy Mai – qmamkasze.

A dla dzieci…
„Jak Winston uratował święta” – każdy grudzień i kalendarz adwentowy połączony jest dla nas z książką podzieloną na rozdziały. Ukochaną jest „Prezent dla Cebulki” – jakże ja te książkę kocham!!! W tym roku czytamy Winstona. A co fantastycznego ma ta pozycja? Że po każdym rozdziale jest zadanie adwentowe. Super pomysł. Coś plastycznego do zrobienia. Fajnie, porządnie wydana.
„Ulica Siedmiu Mikołajów” to świąteczna opowieść pełna ciepła i magii, którą otulają przepiękne ilustracje. Mamy jedną półkę poświęconą tylko na grudniowe książki i nie wyobrażam sobie aby jej tam zabrakło. Przywędrowała do nas z przepięknej księgarni ze Szczecina. Miejsca w którym możecie spotkać i moje książki stacjonarnie.
Polecam profil na instagramie „Kamienica w lesie.” A książkę można zakupić tutaj.
To księgarnia, która wybiera wyjątkowe książki. Możecie mieć pewność, że wszystko co tam znajdziecie będzie magiczne. To miejsce najpiękniejszych literackich wydań.
„Wielka Panda i Mały Smok” to można powiedzieć „siostra/brat” zjawiskowej książki „Chłopiec, kret, lis i koń”, która skradła serca wszystkich. Jest tak samo wydana i oparta na tej samej formie. Jej czerwona oprawa powoduje, że idealnie komponuje się ze świątecznym klimatem i prezentami. A sprezentować Komuś obie te pozycje – no ja bym była takim prezentem zachwycona. Moje klimaty oczekiwań.
„TRU” to przepięknie zilustrowana przez naszą zdolną Emilię Dziubak historia zajączka, który boryka się w swoim życiu z problemami realnego świata. Z podziałem świata na rasę, majętność, miejsce zamieszkania, podziały szkolne ale i też wiele pięknych doznań młodego człowieka – zajączka. Fantastyczny pomysł na opowieść. No a ilustracje? Nie trzeba zachwalać.
„Lukrecja” to książka Anne Goscinny, córki Rene – autora Mikołajka.
Książka napisana w podobnym stylu, lecz tym razem główną bohaterką jest dziewczyna.
I choć dzieci często nieudolnie chcą powielić sukces rodziców, tak Anne się to udało.
Cudna pozycja książkowa.

Biżuteria.
Oplotka. Ja, która nigdy nie pamięta o zakładaniu biżuterii… Ja, która jak coś założy to chodzi w tym latami… Ja, odnalazłam ideał biżuterii. 4 w 1. Na szyję, na stopę, na nadgarstek i jako opaska na włosy. Bierzesz jedną rzecz na wakacje i masz wszystko. Przepięknie wykonane.
Już od dawna sobie je oglądałam i nie mogłam zdecydować się na kolor…
Dla mnie – mistrzostwo świata.
„Layette” ANIMALKINGDOM to kolekcja inspirowana miłością rodzicielską.
Na głównym wisiorku można wybrać grawer niedźwiedzicy przytulającej małe lub konstelacje gwiazd. Ilość gwiazdek obok to nasze dzieci. Ja mam dwie gwiazdki.
Myślę, że to cudny prezent od męża dla żony. Do wyboru złoty lub srebrny.
Wykonany z wielką dokładnością i precyzją.

Kalendarz na 2022 to mój ukochany Mysi Ogonek, któremu ilustracje robi Kasia Goraj Stróżyńska. (ilustratorka książki „liść”)
U mnie w kuchni od kilku lat, co rok gości na ścianie.
I co rok wycinam sobie te ilustracje i zostawiam. Można nimi ozdobić ściany, dołożyć do prezentu itp…

Świeca MOA AUTUMN to zapach na pół wsi. Teraz czekam na edycję limitowaną WINTER MOOD.

Moi Drodzy, wszystko to czego nie wymieniłam, a widzicie na zdjęcia to moje ukochane miejsce do zakupów przed świętami – BOKADO.
Bo tam znajduję wszystko to, co dołączam do prezentów.
Świece, kule do kąpieli, (marka bomb cosmetics – jak to pachnie!! a cena tak przystępna.) kartki świąteczne (w tym roku rewelacyjne!), pudełeczka/puszki, torebeczki, bileciki prezentowe, zawieszki choinkowe z Mailega
Kalendarze adwentowe z herbatami. Już w tamtym roku miałam te przyjemność. Każdy wieczór, po całym dniu parzyłam sobie herbatkę – niespodziankę. Jakiż to był smak świąt.
I tak pięknie wykonane. Adwentowa ozdoba kuchni. Nie tylko dzieci mają radość.
A dla maluszków idealnym prezentem będzie zestaw dla „wróżki zębuszki”.
Ta myszka z plecakiem na ząb, ale i puszeczka na ząbek pod poduszkę.
Maileg to wybitne dzieło zabawkowe jak na XXI wiek. To przepiękny powrót do natury, szlachetnej estetyki, ponadczasowe piękno.
Jeśli czegoś nie opisałam – pytajcie.
W ogóle Bokado ma taki dział „święta”. Zobaczcie te kubki, talerzyki świąteczne. Te dzienniki (jak one są wydane!), piernikowe czekolady do picia w puszce, ozdoby!
No ja bym kupiła wszystko. Link do tego działu zostawiam TUTAJ.

Ach! Miś. To miś, którego mój syn dostał od córki naszych przyjaciół.
Wspaniałej zastępczej Mamy moich dzieci, która pomaga nam jako Nania.
Raz jak Benio pojechał, to wrócił po tygodniu. Tak Im tam dobrze.
Zatem nasza Kochana Lola robi tak piękne misie. Wiem, że je gdzieś wystawiła.
Piszcie z zamówieniami do Jej Mamy Madzi – TUTAJ.






prześlizgnąć się…

Za każdym razem, od wielu lat, kiedy opowiadam to komuś, zapala mi się w głowie lampka – muszę o tym napisać na blogu…
Ale potem gonitwa życia, a przede wszystkim moich myśli, gubi ten zamysł w przestworzach absurdu mojego umysłu.
Zanim dobrnę do tego konkretnego wspomnienia, przejdę spokojnym krokiem, z lekką nostalgią po kilku wcześniejszych…
A każde z nich, dotyczyć będzie licealnych lat i farta godnego najlepszych amerykańskich produkcji…
Zacznijmy od samego początku.
(Jeśli już gdzieś, przez te dziesięć lat pisania, opowiadałam Wam te historie, to wybaczcie mnie proszę… W końcu pamięć już nie ta, a i na stare lata człowiek sentymentalny się staje i większe ma pragnienie tych podróży przez młodzieńcze lata…)
Jak dziś potrafię sięgnąć wspomnieniami do egzaminów licealnych.
Matematykę średnio pamiętam, bo i wtenczas gdy ją pisałam trudno było mi ją pojąć, więc i wspomnienia nie miały się z czego uformować.
Za to pamiętam test na inteligencję. Rozwiązałam swoją grupę i grupie B zdążyłam zrobić zadania.
W teście o kulturze Krakowa zerkałam na tych, co z miasta owego pochodzili.
Bo w mojej małej wsi to my kultury zbyt dużo nie liznęli. Pojęcie kultury pojawiało się jedynie wówczas jak kto po sobie umiał na przystanku posprzątać po skubaniu słonecznika, albo „dzień dobry” głową do starszego skinął.
Ale na tym teście nie o to pojęcie chodziło…
Jak się potem okazało, na teście nie chodziło o to, ale w prawdziwym życiu już tylko o to się rozchodziło.
Rozmowę klasyfikacyjną na scenie teatralnej pamiętam chyba najwyraźniej.
Miałam granatowy garnitur, żółtą koszulę i czerwony krawat. Jakoś na bakier te marynarkę zapiętą przez omyłkę.
Siadam na środku sali teatralnej. Reflektory prosto w twarz. Słyszę głosy komisji z widowni, ale Ich nie widzę.
– Czy ogląda Pani operetkę? – pada pierwsze pytanie.
– Nie. Jak jest w telewizji to przełanczam kanał. – odpowiadam prosto z mostu i rozglądam się po bokach.
– A mówi się przełanczam czy przełączam? – dopytują wciąż tym samym spokojnym, miłym tonem.
– Nie wiem. Zmieniam kanał. – odpowiadam zniecierpliwiona będąc ciekawa kolejnych pytań.
– Dobrze. Dziękujemy.
– Już? To wszystko? – wstaje zdziwiona.
– Tak. Poprosimy następną osobę.
Wychodzę i myślę – Szlag by to trafił! Niezdane! Każdego męczą po piętnaście minut, a mi dwa pytania zadali. A do tego takie beznadziejne. Przecież cóż one mogły wnieść.
Kilka dni później okazało się, że dostałam (ja i Marlena) największą ilość punktów.
Dziś już wiem doskonale, że światło się włącza a kanał przełącza, ale o wiele lepiej zapamiętałam naukę, aby nie dać się strachowi niewiedzy. I choć wtedy zrobiłam to odruchowo, tak dziś przypominam sobie czasami ten egzamin, aby nie czuć lęku przed śmiałym przyznaniem się do luki, jaka potrafi powstać w mojej głowie.
Okazuje się, że czasami odwaga i śmiałość więcej potrafi wskórać niźli wiedza, którą tak czy siak, z wiekiem i doświadczeniem, nabierzemy jeśli tylko będziemy ciekawi świata.
Pamiętam też pewną historię z historią. Nauczyciel mnie nie lubił. Nie przepadał za mną.
Aż do czasu, gdy na wycieczce w Korbielowie zabrakło stołów do obiadu.
Zostałam ja, On i jeden, ostatni stół. Usiedliśmy razem. Jemy w milczeniu i nagle ja, aby przerwać tę ciszę mówię – Pan lubi militaria, a my mamy Dniepra. Z koszem z boku.
Rozmowa nie miała końca. O antykach, o pasjach.
To było w pierwszej klasie. Pamiętam, że do czwartej byłam już Jego ulubienicą.
Wystarczył ten pech i brak miejsca przy stole.
Zastanawiam się tylko teraz czemu Natasza z Kamilą nie zajęły mi miejsca.
Chyba Im zadzwonię to przypomnieć 😉
Najpiękniejsze z moich wspomnień (z tamtych licealnych lat), choć jest ich niezliczona ilość, jest nasza szkolna Wigilia.
Całe cztery lata otrzymywałam z języka polskiego dwa z plusem. Plus był chyba na zachętę.
Dzień przed ową Wigilią szkolną, która odbywała się zawsze na scenie teatralnej, ukazał się w gazetce szkolnej mój felieton. Tak, tej miernej uczennicy.
Jako, że szkoła nasza była malutka, to każdy zdążył każdemu złożyć życzenia.
Podchodzę do nauczyciela od Historii Teatru (mogliście znać Go z TVP Kultura), a On mówi – Tobie Julia nie będę składał życzeń. Nie muszę. Ty poradzisz sobie w życiu dzięki pisaniu.
Ten jeden wers słów tkwi w mojej głowie do dziś, i tak dźwięczy, że nadaje rytm mojemu zaangażowaniu, mojej sile, mojemu zaufaniu do losu…
Pamiętam też jak kiedyś płakałam Mu na biurku, że chcę mieć na koniec piątkę.
A On uparcie, że mam czwórkę i mam już stąd zmiatać. A ja wiecie, jak za szkolnych czasów… Wije się tam po tym biurku i błagam.
W końcu bezsilny już mówi – Dobra, ale pierwszego września przychodzisz w koszulce z napisem „Kocham Historię Teatru”.
Mam tę koszulkę do dziś. Z tyłu widnieje napis „i Pana Profesora też.”
Pamiętam jak później, (bo ja dużo gadałam na lekcjach) upominał mnie słowami – jak nie przestaniesz gadać, to będziesz musiała przyjść w tej koszulce mokrej!
To była najlepsza szkoła do jakiej mogłam trafić. Byliśmy jedną, wielką rodziną.
Ktoś potrafił zasnąć na stole do ping-ponga, to Go kocem przykryli.
Dzwonek mieliśmy taki na drewnianej rączce i dyżurny nim machał.
W środku szkoły takie patio i basen, jak teraz na modnych zdjęciach z Maroko. Nogi moczyliśmy w ciepły czerwiec.
Pani Dyrektor, naszej małej kurce, mogliśmy wypłakać się w ramionach.
A każdy z nauczycieli to była legenda. Oni przychodząc tam do pracy, musieli czuć, że nie chcą żyć w normalnym świecie edukacji. Że chcą iść tą inną, artystyczną drogą. Z nami – bandą charyzmatycznych, często trudnych osobowości.
I Pan od Kultury Słowa, który każdą lekcję kończył – Ale pamiętajcie, że i tak najważniejsze są pieniądze. I to jak za nim biegniemy kiedy kroczy z dziennikiem pod pachą do pokoju nauczycielskiego, aby obalić tę Jego mądrość. Śmiał się pod nosem.
Mieliśmy Historię Sztuki i Psychologię Twórczości. Technikę Obsługi Światła i Dźwięku.
Ale to czym zakończę owy wpis, jak i to, co miało być kwintesencją tej opowieści to moje świadectwo…
Wszędzie było mnie pełno. W internacie byłam przewodniczącą. Współpracowaliśmy z teatrem STU. Poznawałam Kraków i okolice na spacerach, jak i rokotekach w słynnej Drukarni.
Byłam zainteresowana wszystkim. Zatem na naukę czasu zostawało mało.
Grałam na gitarze, recytowałam, pisałam, tańczyłam. Najczęściej się wygłupiałam i randkowałam.
W ocenach przekrój od dwa do cztery. Piątki tylko z artystycznych przedmiotów. Generalnie na trójach. Może trójach minus.
I słuchajcie… Kiedyś, w tym dorosłym życiu się mnie to świadectwo maturalne straciło.
No tyle przeprowadzek miałam. Przepadło.
A takie świadectwo dobrze mieć. Do pracy czy w ogóle na pamiątkę.
Zadzwoniłam do mojego kochanego liceum i poprosiłam o duplikat.
Przy najbliższej podróży do Krakowa pojechałam po odbiór.
Zapłaciłam, podziękowałam, schowałam w plecak. Z nostalgią wielką i wzruszeniem pozaglądałam do klas.
Siedzę sobie z Madzią (przyjaciółką z owego liceum, którą mam do dziś), pijemy kawkę, czekamy na mój pociąg, kiedy Madzia mówi – pokaż to świadectwo. Przypomnijmy sobie.
Wyciągam, patrzę, a tu z Matury – pięć, pięć, sześć, pięć.
Patrzę na oceny końcowe z czwartej klasy, a tam pięć, pięć, sześć, sześć, pięć.
Rany boskie! Madzia! – krzyczę.
Pokaż to! – odkrzykuje ze śmiechem Ona, bo wiedziała, że szóstek to ja tylu nie miałam.
Patrzymy na dane z pierwszej strony. Zgadza się. Julia i Rozumek. I data urodzenia i miejsce urodzenia. No wszystko moje. Tylko te oceny jakby obce z lekka.
Jako, że Madzia była z tych co uczyli się bardzo dobrze, to pamiętała oceny tych wybitnych.
– Jula, to są oceny Kaśki!
– Madzia, tak! Ja mam nazwisko na R, Ona na S, Im się zjechała jedna linijka przy przepisywaniu ocen.
Także moi Drodzy, kiedy przyjdzie do rozliczenia z ocen przez własne dzieci, pokażę Im to świadectwo i powiem – O! Tak się Mamusia uczyła! Bierzcie przykład.
Moja siostra twierdzi, że jestem spod szczęśliwej gwiazdy.
I kiedy tak analizuję, że inni musieli cztery lata nocami zakuwać, a ja po prostu tylko poprosiłam o duplikat świadectwa i … geniusz, to coś w tych gwiazdach być musi…
Choć czy to gwiazdy faktycznie, czy głupi optymizm sprzyja i chęci do życia… to już nie wiem…

Ale jednego jestem pewna… że jestem już jak ta stara Babcia, co to opowiada wnukom wciąż te same historie…
A nawet jeśli je wszystkie już Wam opowiadałam, to przytaknijcie mi proszę tak głową z politowaniem ale i z troską i sercem – mówiąc – Tak Babciu, tak… i pogłaszczcie po dłoni…
a może mnie się jeszcze co innego przypomni wówczas…
W końcu tak dobrze zdana matura zobowiązuje do bystrego umysłu…







historia dywanu

Kiedy miałam dwadzieścia lat kupiłam dywan. Sama. Czarny. W Ikea.
Pojechałam po niego moją zieloną hondą civic kombi, którą dostałam od rodziców.
Mieszkałam wtedy w Czechowicach Dziedzicach.
Pokój miał żółte kanapy i fotele, ściany pomarańczowe, zatem nie wiem co mną kierowało w wyborze koloru tego dywanu…
Może przeczucie, że kolory mieszkania zostawię gdzieś za sobą, a dywan będzie szedł ze mną.
Ileż było z nim utrapienia, bo każdy paproszek na nim widać. Każdy włos.
A jak się odkurza w innym kierunku to widać splot tej białej podstawy.
Ale prawdą jest, że tą czernią wpasował się potem wszędzie.
Kiedy kupiłam mieszkanie w Bielsku na poddaszu, a wnętrze zrobiłam w beżach i brązach.
Kiedy zamieszkałam w starej kamienicy na zjawiskowym osiedlu w Zabrzu.
Dywan kupiłam ze względu na cenę i klasyczną formę.
Był tani (a mój wiek młody), a jego kolor i kształt był ponadczasowy. Uniwersalny.
Pamiętam każde z tamtych pomieszczeń i ułożony na środku czarny dywan.
Wystarczy, że zamknę oczy i pojawia się jak rzeczywisty obraz.
Czasami widzę go w pustym pomieszczeniu, innym razem jak siedzi na nim maleńka Tosia.
I wciąż z mozołem widzę jak go odkurzam.
Latami długimi leżał w naszym teraźniejszym domu, w garderobie.
Co składałam na nim pranie, to pełno białych „kićków” było…
Przyszedł czas w którym zwinęłam go w rulon i zaniosłam do piwnicy.
Ostatnio mój mąż robił porządki i pyta – a co z tym? Do wyrzucenia?
Jak do wyrzucenia pomyślałam? Taki kawał historii? No ale mocno nadszarpnął go czas. W końcu była to IKEA.
Niezwykle mnie ucieszyło gdy pociął go na kawałki i zrobił sobie dywaniki, aby kłaść się na nich pod swoimi zabytkowymi autami, gdy ma chwilę na dłubaninę.
Kiedy dostałam maila od firmy dywanowej, za którą stoi małżeństwo z pasją, pomyślałam jak i napisałam Im wprost… „Dywany są przepiękne, ale to duża wartość. Nie wiem jaki będzie tego odbiór.”
Odpisali mi „Julio, to nie jest kwestia odbioru. Ja, jako Twoja czytelniczka od tak dawna, mam pragnienie, aby zagościł u Was w domu.”
Przypomniała mi się wtedy taka opowieść mojej znajomej. Opowieść sprzed wielu, wielu lat..
Miała rodzinę w Dani i po powrocie mówi – Wiesz, niesamowite jak oni cenią oryginalne rzeczy. Tam ludzie mają na podłogach dziurawe dywany, ale liczy się dla nich design i marka a nie stan tego dywanu.
U nas w Polsce musi być nowiutkie, eleganckie, na błysk i może być z Chin.
Tam, w kraju, w którym liczy się bardziej „być” zamiast „mieć” inwestują w sztukę, w talent, w design…
Od dziecka jestem związana ze starociami. Już od maleńkości jeździliśmy z Tatą po giełdach antyków. Nasze Muzeum i teraz fach mojego Szwagra, który zajmuje się antykami…
Obserwuję ludzi i Ich wybory. Czy to co kupują zostanie na pokolenia, czy tylko na chwilową modę. Obserwuję ludzi, którzy budują domy według panujących trendów. A potem po kilku latach patrzą na niego i im się nie podoba… Ileż to trzeba włożyć znowu pracy, pieniędzy w te remonty… A ileż świata zanieczyścić…
I zanim odpisałam marce Camola, kilka miesięcy chodziłam z tymi myślami.
Bo jak wiecie, nie biorę wszystkiego co mi proponują. A tak dla ścisłości, z ręką na sercu, decyduję się na jakieś 2%.
Nie sztuką jest mieć dużo, sztuką jest mieć na pokolenia i pełnego wartości oraz idących za tym idei.
Pomyślałam, że ten dywan będzie tym, który z naszego domu wyniosą dzieci gdy założą swoje rodziny i zbudują swoje cztery kąty.
Tak jak ja wyciągam od rodziców makatki, które Mama dostała na wprowadziny od koleżanek, obraz Zina, który wisiał w naszym domu od zawsze. Mapę mojej rodzinnej gminy, która miała na sobie warsztatowy kurz mojego Taty, zbierany latami. Mój Adaś zrobił mi do tego prostą ramę. To te przedmioty, które zostaną z nami na zawsze.
Jak i zegar stojący ArtDeco. Jakiś czas temu dołączył do tych trwałych, wartościowych przedmiotów dywan Camola.
Bo warto dodać, że każdy z nas ma jakieś pragnienia czy upodobania…
Ja jestem z tych, co nie muszą zwiedzać świata, ale warunkiem koniecznym do życia i oddychania jest przytulny dom.
I nawet wtedy gdy kupowałam za ostatnie 200 zł dywan z IKEA.
Camola Hand Manufacture to historia rodzinna.
Pewnej Mamie marzył się marokański dywan. Dostała upragniony prezent na Dzień Mamy i… Choć była bardzo szczęśliwa, to jakość tego wyrobu mocno odstawała od Jej wyobrażeń.
To popchnęło dwoje ludzi do rozpoczęcia przygody z dywanami, choć na co dzień zajmują się zupełnie czymś innym. Ich zawody są połączone z przyrodą, naturą i zwierzętami.
Ilość dróg jakie musieli przejść aby dotrzeć do produktu idealnego była bardzo liczna…
Ale dzięki wytrwałości, dziś są rodzicami przepięknych, ręcznie tkanych, marokańskich dywanów. Z naturalnej owczej wełny. Jak sami piszą stawiają na ponadczasową estetykę, przywiązanie do jakości i dopracowanie detalu…
Berberyjskie rękodzieło opatrzone certyfikatem. Więcej ciekawostek można przeczytać na stronie Camola.pl
Nas domowo zachwyciła miękkość tego dywanu. Najczęściej te, które mają nutkę boho w sobie są sztywne, kujące. Ten jest „puszkiem” przy nich. Sam jego ciężar jest ogromny co świadczy o jego jakości. Samej ciężko było mi go wyciągnąć z pudła więc wiem, że nie straci po latach na swojej strukturze i grubości.
Co dla mnie istotne, nie widać na nim okruchów, paprochów i wszystkiego co plącze się po podłodze i pod stołem.
Nie mamy dywanu, a kawał porządnego mebla. Kiedyś usłyszę od dzieci, że biorą go ze sobą i zobaczę jak odjeżdża w busie przeprowadzkowym. Nagle wszyscy zaczęli siedzieć u nas na ziemi bez poduszek.
Nie wyobrażalnie cieszy mnie to, że tak „dobry” produkt mógł dołączyć do wystroju naszego domu. Lubie gdy otacza mnie to, co niesie ze sobą pewną opowieść, a jeszcze więcej tych opowieści podczas podróży po świecie – stworzy…

A taki wianek sobie zrobiłam z traw. Ja, całkowite antytalencie manualne ugrduliłam taką dekorację. I to w chwilę. Także jakby Ktoś tam miał żal, że czas dekoracji świątecznych nadchodzi a inflacja rośnie, to obręcz kosztuje 7zł, drucik 3zł, a trawy są za darmo, albo gałązki choinkowe…
Od zawsze kierowała mną myśl – z tego co mam, zrobię jak najwięcej.
Jak nie miałam w życiu na farbę ( w licealnych czasach), to wykleiłam całe pomieszczenie komiksami i było pięknie. A do tego oryginalnie.
Nie godzę się i nigdy nie godziłam na coś, co być musi, a robiłam wszystko, aby było tak jak chcę i na ile pozwalają moje możliwości. Potrafiłam z tych możliwości wykręcić co do kropli. Nie pragnąc od innych, szłam po pomysły i werwę do pracy, do własnej głowy.
To głowa przyprowadziła mnie tutaj….
No. I oby nie traciła drogi. Będę ją wspierać każdego dnia.

A potem zrobię sobie masaż świeczką Karmelowe Wygładzenie (ależ rewelacja!! w ogóle jako ciepły balsam na ciało, na dłonie.) i nakarmię się uspokajającymi olejkami eterycznymi ze świeczki flagolie (super sprawa. zapach w mgnieniu oka wypełnia cały dom, ale też działanie dzięki olejkom niezwykle sprawcze.).