kwadraty wspomnień

Zostawiam na pamiątkę. Gdyby wszystko szlag trafił.
Bo na dysku głównym zostanie. Pamiętam jak pojawił się instagram i pamiętałam jeszcze na bieżąco przekładać te zdjęcia też tutaj, ale potem czas gonił i czas się zmienił.
Zatem dla siebie. Gdyby…

pasja i marzenia.

Pojawiają się w mojej głowie pewne zdania, przemyślenia, które zapisuję jednym skrótem w notatkach.
Zapominam. A później przychodzi taki dzień jak dziś, gdzie siadam do pisania i odszukuję zapisane słowa.
Zarówno te o pasji jak i te o marzeniach są na tyle krótkie, że nie wystarczą na posta, a na tyle dla mnie istotne, że szkoda byłoby je w tych notatkach na pastwę losu zostawić. 
Zatem połączę je w jedno. Bo czyż pasja nie prowadzi do spełniania marzeń, a spełnianie marzeń nie jest naszą pasją?

Dosyć wnikliwie przyglądam się ludziom i światu. Z jednej strony to bardzo przyjemna rzecz, a z drugiej wielka udręka. Bo spostrzeżenia bywają różne. Czasami cieszą, a innym razem powodują długotrwały frasunek.
I choć nie mam bezpośredniego wpływu na żywot innych ludzi, ich wybory, to zadaję sobie pytania czemu wybrali taką drogę? Oczywistym jest, że odpowiedź jest najczęściej jedna – bo chcieli. A mnie nic do tego.
Ale tu pojawiają się kolejne. Czy wybory te są dokonywane z lenistwa? Z braku wyobrażenia o innym życiu? O innych możliwościach jakie to życie niesie? I niekoniecznie mam potrzebę pracy nad tymi ludzkimi żywotami, bo to Ich żywoty, lecz ciekawi mnie ludzkie myślenie. Ludzkie pragnienia albo ich brak. Samoświadomość, potrzeby, bierność.
Może abyśmy się dobrze zrozumieli, nie potępiam bezruchu i pasywności, a jedynie ciekawi mnie ta droga.
Nie włączam w to również stanów depresyjnych, czy chwilowych apatii. Czasami taka osowiałość i marazm są potrzebne na regenerację ciała jak i duszy. 
Interesuje mnie permanentne życie w bierności, bo niezależnie od naszych majątków, zdrowia, czasu, prawda jest jedna – pasja jest dla wszystkich.
Te moje  „przypatrywania się” doprowadziły mnie do pewnych wniosków i refleksji…
Widziałam ludzi chorych. Na wózkach, bez kończyn. Z ułomnościami ciała i zaburzeniami rozwoju. Ileż w nich było życia i chęci do pokonywania przeszkód dzięki pasji. Ileż determinacji, a potem eksplozji radości.
Ileż w tych ludziach było życia! Choć tyle „narzędzi” do życia im zabrano.
Widziałam ludzi bez czasu. Wolnego czasu. Ileż było w nich werwy, ileż zapału do obowiązków, aby czas ten wykraść. Uszczknąć choć chwilę, by móc pędzić ku pasji.
Widziałam ludzi bez pieniędzy. Bez dóbr, które zapewniają spokojne życie. Ale ileż w tych ludziach było bogactwa.
Ileż wystawało Im z kieszeni waluty, która zdawała się mieć najwyższą wartość… Kiedy zbliżyło się oko, można było wyczytać nazwę tych banknotów – pasja.
Kiedy byłam młodsza zdawało mi się, że do pięknego życia potrzebne jest zdrowie, czas i pieniądze.
Z biegiem lat, gdy dane mi jest przyglądać się dłużej temu światu, wiem już, że do pięknego życia potrzebna jest tylko jedna rzecz. Potrzebna jest tylko pasja. Ciekawość świata, ale i tego co obok.
To ona podnosi z kolan, to ona pozwala dostrzec dziś niedostrzegalne. Siła pasji daje czas, gdy czasu nie ma wcale.
Pragnienie pasji buduje mosty ze spróchniałego drewna, gdy inni wciąż czekają na świeżą ścinkę lasu.
Gdy nie masz nic, jeśli znajdziesz pasję, dostaniesz wszystko.
Bo można mieć wszystko, ale bez pasji, nie masz nic…
I znajdź swoją pasję. Niekoniecznie te odległą. Niekoniecznie modną.
Odnajdź się pomiędzy ulami, pomiędzy wekami, pomiędzy włóczką i szydełkiem.
Pomiędzy książkami, farbami, flamenco. Pomiędzy rowerem, motylami i kosmosem.
Odnajdź się tam, gdzie czujesz, że rwie Twoje serce. Nie pozwól aby Twoje życie utonęło w monotonii, stagnacji i nudzie. Jest tyle do odkrycia. 
Jedną z najpiękniejszych pasji jakie znam, jest pasja do życia. Bardzo tania. Pewnie ze wszystkich pasji najtańsza.
Nie trzeba ani pieniędzy, ani czasu, ani wybitnego zdrowia. Jedynie nas samych tam potrzeba. 

Druga notatka dotyczyła marzeń. I może tutaj posłużę się jedynie przykładem…
Od dawna marzy się nam z mężem dom na wyspie. Albo na ciepłym wybrzeżu.
Nie ma dnia abyśmy sobie nie przesyłali zdjęć z inspiracjami jakie odnajdujemy w czeluściach internetu.
Jako, że gust mamy identyczny, to mocno się tymi fotografiami obopólnie zachwycamy.
Czasami ja, ze swojego biura domowego coś Mu przesyłam, a On ze swojego biura domowego krzyczy – Aleee suuuuper!!
Wciąż szukamy miejsca. Tego idealnego. I przy każdym nowym pomyśle kiwamy głowami – o tak!
Ale potem znowu zbiór za i przeciw każe nam szukać innego miejsca.
Szukanie i zmienianie ich w wyobraźni jest tak wygodne. Tak łatwe. Nie trzeba pakować mebli.
Marzenia, którego się już nie marzy, nie trzeba sprzedawać jak domu, który nie spełnił oczekiwań.
W marzeniach widzę jak podjeżdżamy pod ten dom pierwszy raz.
Krętą drogą. Otwieram bramę a za nią ukazuje się chodnik z popękanej płyty. Przez szczeliny ogrodzenia wystają pęki różowych kwiatów z pnących się roślinności. Na rogu budynku, aż po sam dach rośnie bugenwilla.
Pomimo dostrzegalnego „zęba czasu” dom ma ogromny w sobie czar. I wszystko to, co na pierwszy rzut oka jest „do zrobienia” powoduje uczucie satysfakcji zamiast oczywistego zniechęcenia.
Widzę to czerwone, popołudniowe słońce, podczas którego maluje grubym pędzlem ściany.
Sadzę rośliny w wielkich, kamiennych donicach.
Na drewnianym stoliku, pokrytym ceratą w kratkę, którą ciągle podnosi delikatny wiatr, stoi dzbanek z lemoniadą.
Za domem, nad tarasem, pozostała po poprzednich właścicielach markiza w biało żółte pasy.
Wygląda jak ze starych, francuskich filmów. Choć od brzegów już się trochę pruję, zostawię jeszcze na rok, może dwa. Pasuje do leżaków. Kiedy już pomaluje to, co na dziś zaplanowałam, siadam pod tą markizą i patrzę w morze.
Na szczęście ten nasz kawałek ziemi schodzi w dół, a dzięki temu stare drzewa oliwne i pomarańczowe nie zasłaniają mi horyzontu. Sięgam po kapelusz i zanim zrobię kolację i przyjadą dzieci z Adasiem ze sklepu, idę na plażę… Schodzę naszym ogrodem w dół. W kamiennym ogrodzeniu popycham drewnianą furtkę. Zamykam na skobelek i wysłużonymi schodami schodzę ku morzu.
Kroczę niespiesznie i głęboko oddycham. Widok zachwyca mnie bezzmiennie.
Kiedy wracam, widzę Ich z daleka. Siedzą na pierwszym stopniu naszych plażowych schodów i jedzą arbuza.
Czerwony sok płynie im po brodach, a później kapie na brudne kolana.
Kiedy podchodzę bliżej, przekrzykują jeden przez drugiego, że kupili z Tatą na bazarze stare rowery.
Widzę pomiędzy tymi gałęziami oliwek jak Adaś ciągnie szlauch i szykuje się do czyszczenia nabytku.
Rano z nogami w górze, pędzę na jednym z rowerów w dół do piekarni po pieczywo.
Pęd powietrza podwiewa mi wysoko sukienkę. Pod nią mam ubrany strój kąpielowy. Zaraz po śniadaniu pójdziemy jak zwykle na plażę.

Natomiast…
Kiedy spełnimy już to marzenie, mój mąż przez pierwszy miesiąc będzie walczył z insektami, robactwem i gadami, które cisnąć się będą do domu. Znam Go. Choćby ich nie było, zrobi to profilaktycznie.
Kiedy już przebrniemy przez mnogość urzędowych spraw jakie będą obowiązywać w danym kraju.
I jeśli nie okaże się, że droga dojazdowa jednak nie była w cenie.
A w miejscu, gdzie będziemy kopać basen, pod ziemią znajdzie się największy kamień jaki wyspa ta widziała.
I każdy koparkowy spec odmówi nam tej roboty.
Ilość prac i wydatków na remont w rzeczywistości okaże się trzy razy większa niż mieliśmy to zaplanowane.
Uchwyt od moskitiery złamie się drugiego dnia, a trzeciego zacznie padać na kilka dni.
Zatem odłożymy malowanie na zewnątrz i weźmiemy się za pokoje. Dokupiona farba okaże się innym odcieniem, bo tamtego zabrakło. I jak to na wyspie, dowiozą za miesiąc.
Dzieci będą marudzić, że znowu idziemy na plażę…
Natarczywy sąsiad będzie codziennie przychodził na wódkę i zasypiał na naszym tarasowym krześle.
A kiedy zjadę na dół rowerem po pieczywo, okaże się, że zapomniałam portfela…

Także moi Drodzy, z marzeniami chodzi o to, że cieszyć się należy marząc, bo rzeczywistość potrafi zaskoczyć.
Docenić możliwość bycia w drodze do celu.
W sferze marzeń, wszystko może być tak bardzo „po naszemu”. Może mieć tak piękny kolor, zapach, smak.
Bo czy Ktoś w marzeniach kupił pustego w środku i nie wystarczająco słodkiego arbuza?
Zatem cieszcie się drogą do spełnienia może i bardziej niż samym spełnieniem…

W mojej wyobraźni, gdy zapominam portfela, Pani z małego sklepiku w środku wsi, z dzwonkiem przy drzwiach mówi – Julio, oddasz pieniądze jutro, w końcu tyś już tutejsza.
Kiedy cisnę tym rowerem pod górę, patrząc na spokojną dziś taflę morza, uświadamiam sobie ile w życiu dostaję dzięki mojej pasji do życia…













drobne przyjemności o poranku


Największą i najbardziej długotrwałą przyjemność sprawiają mi drobne przyjemności.
Po pierwsze, nie mam poczucia straty czasu. Potrafię ich pouciskać w dzień, pomiędzy obowiązkami, bardzo wiele.
Po drugie, nie wymagają wielkich nakładów czasowy i finansowych, a jedynie chęci. A te zależą tylko ode mnie.
No bo tak, picie kawy czy zielonej herbaty bez obecności telefonu w dłoni jest tak odprężająca. Tyle daje te kilka minut w ciszy.
Wtedy słychać wiele. Ptaki, wiatr, samolot.
Czytanie książki. To już absolutna i niepodważalna przyjemność. 
Jeden odcinek serialu.
Spacer.
Kąpiel w wannie i słuchanie w tym czasie podcastów.
To kropla w morzu, bo tyle drobnych przyjemności możemy dla siebie wygospodarować każdego dnia.
Pod siebie i swoje potrzeby. A czasami coś wbrew swoim wydawać by się mogło upodobaniom, aby przekonać się, że może być jeszcze piękniej.
W tym roku wiele poranków straciłam. Z racji chorego oka musiałam spać jak najdłużej aby wytrzymało ono dzień.
Jednakże tego złotego słońca w ostatnie dni lata było mi już na tyle szkoda, że zerwałam się o świcie. Zanim wstało słońce i gdy jeszcze mgły zaspane płynęły po łąkach.
Mój Tato zawsze mawiał, że w swoim życiu widział ogromną ilość zachodów słońca, ale tych wschodów to Mu brakuje.
Teraz jest w sanatorium nad morzem. Dzwoni do mnie wcześnie rano mówiąc – Cześć Julisiu, Tatuś już zrobił wzdłuż plaży osiem kilometrów na rowerze. Pięknie. Pusto. Czasami Ktoś spaceruje, czasami biegnie. Pogoda idealna.
Tak się cieszę, że nadrabia te stracone poranki. 
Ważne jest w życiu wiedzieć czego się żałuje i znaleźć w sobie siłę, aby te braki w potrzebach nadgonić.

Jedną z tych drobnych przyjemności jest część kosmetyczna.
Lubię w tym ręczniku na włosach wcierać te pilingi, maseczki, kremy.
Nie robię tego codziennie, ale kiedy już mam ten czas dla siebie (a dzieci rosną i czasu dla siebie jest coraz więcej) lubię go wykorzystać w ten sposób. Oczywiście zaraz po tym jak posprzątam w zlewie i złożę kocyki na kanapie. :))
Pilingi jakie lubię najbardziej, to te z dużą ilością malutkich drobinek. Chałwowa Pasta Oczyszczająca z Ministerstwa robi to serio dobrze. Choć od kiedy stała się produktem kultowym nie wiem czy jest większy sens rozpisywania się na jej temat.
Są kosmetyki, które czy używaliśmy czy nie, po prostu się zna. Ten peeling do nich należy.
Nie dziwię się zresztą. Bardzo wydajny. Spełniający swoje powinności. Jego opis nie jest tylko pustym słowem.
Bardzo polecam. W zestawie krem Konfitura Róża Malina, jeśli Ktoś lubi jedną serię, bo wiem, że dużo ludzi jeśli już stosuje to jedną markę.
Ten sam poziom. Doskonały. Wydajność, konsystencja, efekt działania.
Nie bez powodu stał się to zestaw upragniony i bardzo popularny.

BioUP to dla mnie odkrycie tego roku! Dostałam przy jakimś zamówieniu próbki. Oszalałam.
Boże tan zapach!!!! Ja kocham nad życie mango. Wszystko co z mango związane.
Przy pierwszym zastosowaniu byłam, wiadomo, zachwycona tym co oczywiste.
Dziś mogę Wam śmiało napisać, że polecam z całego, szczerego serca. 
Hydrofilowy olejek myjący. Łagodny, super zmywający, w ogóle nie mam uczucia „oleju”, a gładkiego mleczka.
Dokładnie czyści a przy tym skóra nie ma efektu ściągnięcia, za czym nie przepadam.
Działa nawet na makijaż wodoodporny.
Idealny dla cer suchych czy dojrzałych ale też reguluje pracę gruczołów łojowych przy skórze tłustej czy mieszanej.
Szklane opakowanie, co ważne dla mnie. I ja powtórzę się, lubię bardzo te konsystencję myjącą.
Mam jeszcze od nich pastę myjąca Jeżynową. Ona już nie myje oczu (tuszu). Używam jej w dzień, gdy nie nakładam makijażu.
Jest delikatna i oczywiście ten zapach. Zawarta w niej glinka dogłębnie czyści. Mycie nią, to część takich moich właśnie przyjemności, a nie codziennych obowiązków.
Ekosorbet Mango!No dla mie szaleństwo z tym zapachem! Cudo. Połączenie maseł i olei powoduje, że skóra jest promienna, miękka, świeża. Ja nakładam sobie na wieczór jeśli wiem, że już nigdzie nie idę. Czuję, że mi ta skóra zdrowieje. 
Eliksir rewitalizujący jest koncentratem ogromnej ilości witamin i składników odżywczych. Ten stosuję rano. Rozświetla mi twarz i idealnie się nadaje pod makijaż. Dla tych, którzy potrzebują nawilżenia skóry. Aby się nie powtarzać, możecie na stronie poczytać skład i opis właściwości. Ja powtórzę, że dla mnie te kosmetyki są zdecydowanie odkryciem tego roku. Stosuję je od marca i nie zamierzam zmieniać.
Aktywne serum to coś dla miłośników witaminy C oraz owoców. Spowalnia starzenie, spłyca zmarszczki. Rozświetla skórę. Czyni ją bardziej elastyczną. Działa przeciwzapalnie i przeciwtrądzikowo. Uniwersalne stosowanie, może być rano pod makijaż jak i na noc. Może być samo jak i na krem. Najlepsze dla cer już dojrzałych. Zmęczonych. Ja stosuję z całą tą paletą.
I Skwalan z Trzciny Cukrowej. to bardzo lekki olejek. Powiedziałabym, że suchy. Ja lubię takie formy, że nie mam poczucia tej ciężkości kremu na sobie. Jest jak woda. Można go stosować na koncówki włosów jak i na suche dłonie.
Bardzo jest wydajny. Ja często w ciągu dnia, gdy nie nakładam makijażu, idę sobie go wklepać w skórę. I to wielka, drobna przyjemność.
Ja mam ten zestaw kosmetyków BioUp. Jestem każdym z nich zachwycona. Odpowiada mi skład, wydajność, cena, opakowanie, filozofia. Nie ukrywam, że będę chciała sprawdzić resztę. Po tych buteleczkach i słoiczkach mniemam, że w każdym Ich kosmetyku mieści się bardzo dużo dobroci.
Jeśli jesteście na etapie poszukiwań dobrych, zdrowych, działających, naturalnych kosmetyków to polecam szczerze.

Roller do twarzy Crystallove trzymam w lodówce. Przed nocą wyciągam go i masuje sobie w łóżku twarz, wcześniej nakładając jakieś serum. Ogromna przyjemność. Oczywiście potem dzieci się tarabanią ze swoimi twarzami i muszę wymasować te dziuby.
Lubię ten roller, a mam go już z rok czasu, bo daje nie tylko mojej skórze duże odprężenie, ale przede wszystkim mojej głowie.
Szczotka do masowania ciała, a raczej szczotkowania. Pobudza krążenie. Redukuje cellulit. Ujędrnia skórę i oczyszcza z toksyn.
A mnie przede wszystkim daje czas dla siebie. Przemawia do mnie prosta forma tego urządzenia. Bo to co opiera się na najzwyklejszym z działań przynosi największe efekty.

Iossi – dla tych, którzy lubią dbać o swoje usta. Delikatny peeling do skóry ust oraz balsam na jesienną słotę i mroźną zimę. Niezwykle przyjemna konsystencja, delikatny zapach. Ja osobiście jestem zwolennikiem balsamów w słoiczku. Wystarczają mi na baaaardzo długo.

Cały komplet kosmetyków jaki dziś Wam pokazałam opiera się na kilkumiesięcznych moich testach. 
Nie są to domysły, a sprawdzone informacje, i jak nigdy wcześniej, miałam w tym roku masę czasu na kosmetyki. A Ekopolka wie jak nikt inny, że ja mówię wprost – to mi nie podeszło, nie pokażę tego. Bo mierzę swoją miarą. Nie lubię w życiu być, jak mówi mój Tato, nabijana w trąbę.
Ale Wy już chyba to wiecie. Że ze szczerego jedynie serca…
I jak zawsze – EKOPOLKA. 

To za co cenię ten sklep najbardziej, to wiedza właścicielki. Jeśli napiszecie do Niej czego oczekujecie od kosmetyku, z czym się borykacie, to doradzi Wam lepiej niż niejeden dermatolog. A wiadomo, za tą wiedzą idzie dobór towaru jaki posiada.

Kimono Kwiaty Polne – Las i Niebo


Zanim wzejdzie słońce…