miś

Dziś mija 120 lat od czasu powstania pluszowego misia.
Historia sięga do czasów polowania prezydenta Teodora Roosvelta. Ocalenia przez Niego małego Niedźwiadka, albo bardziej – darowania mu życia. Na podstawie tej opowieści powstaje komiks, a potem rusza produkcja pluszowych niedźwiadków o nazwie Teddy przez sklepikarza z Brooklinu.
Choć inne źródła podają też końcówkę XIX wieku. I niemiecką kobietę, inwalidkę, która szyje pluszaki zwierzątka. W 1880 roku Jej siostrzeniec postanawia ulepszyć zabawki i zakłada fabrykę. W 1903 misie zostają wystawione na targach w Lipsku.

Natomiast czas mojego misia, to ten 24 lata temu, gdy dostałam go od swojego Taty.

Ja, mając 15 lat, wyjeżdżałam do szkoły z internatem, a On postanowił na te wyprawę dać mi misia. Wydaje mi się, że to moja siostra, na Jego prośbę pojechała do Pajęczna dokonać owego zakupu. Poprosił by miał proste nóżki (nie takie siedzące), żeby łatwo było go przytulić. Tuliłam cztery lata mieszkając w Krakowie, potem kolejne lata w Warszawie, Bielsku…

Potem tuliły go moje dzieci. Choć mogły to robić pod moim nadzorem… 🙂  Bo tak bardzo na niego uważam. 

Dziś leży w mojej drewnianej, wielkiej skrzyni wspomnień.

Można mieć wiele lalek, można mieć króliczki i zajączki, ale to te niedźwiadki czynią, że serce nasze na ich widok i dotyk kruszeje.

Dziś z okazji tego święta, zostawiam Wam piękny cytat angielskiego Misia Paddingtona.

„Ciocia Lucy nauczyła mnie wyliczać sobie wszystkie dobre rzeczy, jakie mi się przytrafiają.
Ona sama zaczyna od tego każdy dzień.
Twierdzi, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć okazuje się, że jest takich rzeczy więcej, niż nam się wydaje.
Ja też wyliczam sobie dobre rzeczy w swoim życiu, ale robię to przed pójściem spać.
Jest ich tak dużo, że następnego dnia mogłoby mi nie starczyć na to czasu.”


Pozycja ta pojawiła się w wydawnictwie znak emotikon. Przepięknie wydana, z cytatami kultowego Paddingtona jako „książka pełna dobroci”. Można ją znaleźć tutaj – klik.

Ma puchate serce i chowa kanapkę z marmoladą pod kapeluszem. Wie, że na świecie nie ma nic lepszego niż miła pogawędka z przyjacielem przy kubku kakao.
To Paddington, ulubiony niedźwiadek wszystkich dzieci.
„Być jak Paddington” to 128 stron puchatego dobra! W książce znajdziecie prosty przepis, jak pysznie i dobrze sobie żyć, być, no misiować na całego. Po prostu – być jak Paddinton.


Do zdjęć dołączam Wam świąteczno – mikołajową wersję Paddingtona z ilustracjami R.W.Alley. Za to tę pozycję tutaj – klik.
Pełna obrazkowych szczegółów historia może umilić najmłodszym grudniowe wieczory lub prezentowe paczki.
Czy Święty Mikołaj robi marmoladę? Puchate serce Paddingtona szepcze, że tak. Rozsądek podpowiada, że jednak nie. Przecież gdyby tak było, wszystkie prezenty lepiłyby się od tego przysmaku! A jak jest naprawdę?

A na ostatnim zdjęciu mój osobisty miś, którego dostałam od Taty.

wpisy z instagrama 2022

Pierwsze wspólne zdjęcia jakie z Madzią mamy, to to z moich urodzin i z przedszkola. 
Później z racji różnicy wieku musiałyśmy rozdzielić się na różne klasy. Nie dane było nam siedzieć razem w ławce. Ale dziś z perspektywy czasu myślę, że to chyba dobrze, bo dzięki temu nie miałyśmy siebie nigdy dosyć. Dosyć? Głupie słowo. Z Madzią nie dało się nawet posprzeczać, nie mówiąc o kłótni.
Ona mieszkała w centrum wsi, a ja na uboczu. 
Razem siedziałyśmy w kiosku mojej Mamy. Razem leżałyśmy z rowerami w rowie, w wakacyjne popołudnia. Razem wieszałyśmy plakaty na ścianach i razem wzdychałyśmy do pierwszych miłości. Razem oglądałyśmy MTV, bo Madzia miała satelitę chyba jako jedyna we wsi. Do czwartej nad ranem grałyśmy w Mario Bros (bo miałyśmy kod do 99 żyć). Potem szłyśmy do szkoły ledwo patrząc na oczy. 
Na przerwach dogadywałyśmy – Ty do mnie czy ja do Ciebie? Z Madzią paliłyśmy pierwsze papierosy i nagrywałyśmy na kasety hity z radiowych list przebojów. Wyjechałyśmy na pierwsze wakacje z paczką znajomych, bez rodziców. Nad Wartę. 
Potem przyszły szkoły średnie, daleko od siebie. Widywałyśmy się na święta w rodzinnej wsi. Czasami odwiedzałyśmy się w weekendy. A potem Madzia wyprowadziła się do dalekiego Poznania, ja do Bielska. 
Wciąż było coś „nie po drodze”. Czy mnie to mocno martwiło? Nie. Wiedziałam, od zawsze, że Madzia jest mi dana na całe moje życie i kiedyś te drogi znowu się zejdą. Choć nigdy się przecież nie rozeszły.
Z Madzia nie widziałyśmy się kilka lat.
Kiedy w lipcu weszłam na salę weselną i zobaczyłam na rozpisce, że pomimo tak licznych stołów, Madzia posadziła mnie obok siebie… to do teraz, za każdym razem kiedy o tym pomyślę, mam w oczach łzy jak grochy wielkie… Bo wiem, że Ona też ma mnie w swoim sercu, bez względu na wszystko – na zawsze.
Są w naszym życiu ludzie, z którymi przeżyjemy tyle, że staje się to po prostu wszystkim. 

_____________________

W mojej garderobie na półce stoją buty na obcasach. Jedyne jakie mam.
Kupiłam je 11 lat temu. Pamietam nawet, że za becikowe.
Wyszłam w nich raz. Ale stoją. Bo są na tyle ładne, że stanowią dekorację.
Jedyne na obcasach jakie mam. 
Podczas ostatnich jesiennych porządków przełożyłam je na najwyższą półkę.
Wejście do naszej garderoby jest koło wanny w sypialni. 
W wannie, w pianie, leży Tosia.
Woła mnie z dołu. 
Kiedy przychodzę, mówi…
-Dwie sprawy Mamo. Pierwsza, pomożesz mi spłukać włosy, a druga to… 
-No co Tosiu?
-Chciałam dosięgnąć buty i urwała się półka.
Klęknęłam koło urwanej półki i patrzę co da się zrobić w sprawie naprawy. 
Myśle sobie, że ta szafa taka licha, że to się naprawi na chwile, że przecież mogła podstawić krzesło. To z krzesłem nawet mówię do Niej z pretensją na głos. Kilka jeszcze rzeczy myślę, kilka mówię, kiedy zaczynam rozkładać zaistniała sytuację szybko w swojej głowie na drobne. Na to co jest, na to co będzie i jak zwykle na to, jak moje teraźniejsze zachowanie wpłynie na przyszłość mojego dziecka…
Zatem wciąż klęcząc myślę sobie jakie to piękne…
Moja 11 letnia córka co wieczór przychodzi do mojej garderoby, sięga po jedyne buty na obcasach jakie mam i chodzi po sypialni sprawdzając czy są już dobre. Wypadają Jej te piętki, patrzy w duże garderobiane lustro…
Wstałam, przestawiłam buty na niższą półkę, na której stały wcześniej, odwróciłam się i podchodząc do Niej i spłukiwania Jej włosów powiedziałam…
-Tatuś to jakoś naprawi…

(A w środku wszystko mi się uśmiechało. Choć chwile wcześniej mi się złościło. 
Warto przyklęknąć nie tylko przy urwanej półce, ale i swoich myślach… czy są prawdziwe czy rządzone chwilą…czy są tymi, które nas określają czy rutynowo powtarzanymi…)

Bo czy też ja tak zawsze podstawiam sobie krzesło, mogąc szybko wejść na półkę..?

_______________________

Przychodzi taki czas w życiu człowieka, w którym nie chcesz już mieć więcej czy lepiej. Chcesz mieć tylko inaczej. 
Czy tylko? 
To czasy, w których łatwiej jest zdobywać więcej niż zdobyć się na odwagę zmian. Zmian, które będą podążać za Twoimi wewnętrznymi pragnieniami. Tymi,które wydają się być niespójne z wymogami dzisiejszego świata. Które, choć proste,przerażają. 
Przychodzi taki czas w życiu człowieka, że szczęście odnajdujesz w powolnym, drobiazgowym smakowaniu świata.
Nie chcesz już tracić czasu na zarabianie pieniędzy aby zakupić zegarek liczący Twój dystans. Chcesz mieć dystans do zegarków liczących czas. 
Wiesz już, że nie ma czynników zewnętrznych takich jak ludzie czy miejsca, które mają na Ciebie wpływ. 
To co ma przy Tobie trwać, trwać będzie zawsze bez względu na Twoje decyzje i zmiany.
Uświadamiasz sobie, że reszta jest tylko przystanią. Piękną, ale przystanią.
Potrafisz odpływając patrzeć na te z przystani, które tworzyłeś sam i jest to widok domykający w Tobie wdzięczność lecz nie otwierający żal.
Czas, w którym tłok, korki i powierzchowność chcesz zostawić za sobą. Przychodzi taki czas, w którym zaczynasz nabierać odwagi by żyć tak, jak podpowiada Ci intuicja. I jak mawiają, mądrzejsza jest od rozumu. 
Kiedy wiesz, że pomiędzy dzikimi łąkami i polami czeka na Ciebie ziemia, na której o poranku pójdziesz wypuścić kury. Wydoić krowę i odłożyć mleka na masło. Z wieczora włączysz telefon aby zobaczyć, czy nie było ważnych połączeń.
Beztrosko wystawisz twarz do słońca.
Wszystko co drogie będziesz mieć przy sobie, wiec i czasu na mnożenie majątku tracić nie będziesz.
Przychodzi taki czas kiedy zaglądasz w głąb siebie i zauważasz, co dla Ciebie jest wartością, za którą chcesz podążać.
Przychodzi taki czas, kiedy jest Ci dobrze ze sobą i tylko Ty sam masz na to wpływ. 
Kiedy wiesz, że chcesz przeżyć życie idąc w prostocie i zwyczajności.
Kiedy fajerwerki, które proponuje świat nie palą się dla Ciebie wystarczająco zjawiskowo.
Kiedy chcesz spojrzeć przez okno w dzikie pole i tam wraz z idącą sarną, czuć głęboką i bezkresną lekkość myśli i istnienia.

Piękne jest uczucie, że czas, który trwa jest drogą do tego miejsca. Całkowicie konieczną i pełną. Najpiękniejszą z możliwych.

_______________________

Przymykało mi się oko do snu, kiedy telefon zadźwięczał i przyszła wiadomość…
„Kochana ma, wode se do wanny z pianką napuściłam, lody do miseczki nałożyłam, okulary na nos i zaczęłam czytać Twoja książkę. ( Blog – jak kazałaś jako pierwszą) i wiesz co…. jestem na 17 stronie i rycze jak bóbr od 5 strony, czyli w zasadzie od pierwszej… Jak tak dalej pójdzie, to se będę musiała wody upuścić, bo mi łzy wanne przeleją… 
Dziękuję Dziewczyno Niezwykła”
Odczytałam i zasnęłam z sercem przepełnionym spełnieniem, bo wzruszyć czytelnika to jest bardzo wiele. A dla mnie może i najwięcej… 

______________________

Moje pierwsze wspomnienie jakie wiąże się z herbatą, to ta w termosie, w szkolnym plecaku. Pamiętam zalany nią tornister i moją starszą siostrę w drzwiach klasy, która przyszła mi pomóc uporać się nie tyle z problemem, co ze smutkiem.
Kolejne herbaciane myśli to te, gdy w garnuszku żeliwnym stoi na grzejniku. 
Ja w łóżku rodziców, z gorączką i kaszlem. Tato co chwila zagląda z warsztatu, aby zobaczyć jak się czuje. Mama dolewała do niej sok z malin.
Tę o smaku owoców leśnych kojarzę z czasami licealnymi. Zimowymi wieczorami parzyłyśmy ją z dziewczynami z pokoju w internacie. Najczęściej wtedy, gdy któraś miała złamane serce.
Sam rytuał zaparzania też był ważny. A najbardziej długość gotowania wody w czajniku.
To w pracy, w której było tak zimno, że idąc na przerwę lało się cały dzbanek, ażeby jak najdłużej grzać o niego ręce podczas gotowania. Nie pamiętam owego smaku. Natomiast dobrze pamiętam jej temperaturę.
Dobrze pamiętam smak tej z cytryną. Robionej z Kamilą. Miałyśmy wtedy przy tej herbacie siebie i to była moc ponad wszelkie ówczesne problemy.
Z wielkim wzruszeniem wspominam tą przyniesioną mi przez Adama do stołu na jednej z pierwszych randek. Miała smak dobrej intuicji i aromat nadziei. Nad nią unosiła się para poczucia bezpieczeństwa. 
Kiedy wczoraj, gdy bolał mnie żołądek i zapytał – Puszku, a może zrobie Ci herbaty? – miała smak pewności i doskonały aromat niedoskonałości. Nad nią unosiła się para bezgranicznej siły jaką tworzymy we dwoje.
Kawa jest wielką przyjemnością. 

Ale to herbata jest troską i miłością. 

_______________________

Jest takie szczęście. Pełne i wielkie, jak wtedy, gdy kołdrę podkopujesz nogą znowu na pionową i możesz w pełni wyprostować nogi. 
Przychodzą w nocy te Dziady Małe. 
Kręcą się, kotłują. 
Ty zaspana, co rusz rękę tylko wyciągasz aby złapać kawałek materiału pierzyny i nakryć to ciałko. O świcie, a często w kwiecie nocy okazuje się, że kołdra jest przykryciem poziomym zamiast pionowym. Przykrywając dziecko, od kolan w dół czujesz chłód i kończyny twe znajdują się poza obszarem komfortu. 
Zatem przykurczasz te nogi do długości kołdry. Poziomej.
Ale kiedy już się w miarę ockniesz, lub zmarzniesz, zdrętwiejesz, to na ślepo tą stopą przerzucasz kołdrę jak ciasto na pizzę, aż w końcu nabiera pierwotnej wersji.
A wtedy… prostujesz nogi!!! 
Co to jest za uczucie!?!? 
Mój Ty Panie! Jakby się człowiek na nowo narodził. 
Wtedy się tak wyciągam z dumą i radością, że mogę! Że udało mi się przeciwstawić  tej niezrozumiałej fizyce ruchów kołdry i obrotów dzieci swych. 
Bo, że poduszka znika spod mojej głowy i jest to czyn nieodwracalny, to jasne i oczywiste. 
To będzie udany dzień, bo nogi miałam wyprostowane już od piątej. 
Dzień dobry poniedziałku! 

______________________

W młodości dzieliliśmy pory roku na te, w których Mama ganiała nas z czapką. Tata kręcił głowa patrząc na za krótką, kurtkę, mówiąc – dziecko, całe nerki na wierzchu, kiedyś będziesz żałować.
Na te, w których temperatura pozwalała randkować do rana nad stawem, na mieście, nie myśląc „gdzie tu się spotkać”.
Na te, w których można było już wyciągnąć rower z garażu. 
I te z agrestem za domem.
Dziś widzimy każdy długi, smukły i usychający liść kukurydzy.
Dziś patrzymy na dynię i myślimy – trzeba pokroić i zamrozić na zimę.
Dziś szukamy dzieciom kurtki, co by mogła być na co dzień i na narty zarazem.
Dziś inaczej czujemy pory roku. 
Czasami głębiej i z ekscytacją, innym razem z trwogą i żalem.
Jedno jest pewne… oby dane nam było ich wciąż doświadczać… 
I pokochać przemijający różnorako czas…

______________________

Są przyjemności powszechne i oczywiste.
Dosyć często spotykane. Często praktykowane. Zakupy, wakacje, kino, spa. Czekamy na nie. Gloryfikujemy. Są nagrodą, wypatrywany oddechem. Mamy poczucie, że uwolnią nas od zmęczenia fizycznego i umysłowego. Że pozwolą się oderwać. A skutki tego zostaną z nami na dłużej. 
Na to liczymy. Tego oczekujemy. Lecz czy dostajemy faktycznie to, czego pragnęliśmy?
Czy nowy, jesienny sweter dodaje długotrwałej przyjemności? Czy wakacje uwolniły umysł od napięcia? 
Nie neguję żadnych przyjemności z powyższych. Co więcej, uważam za potrzebne każdemu z nas.
Przykładam je jedynie do tych chwil, gdy wracam z córką z jazdy konnej, nalewam Jej syropu z czosnku, robię herbatę z sokiem malinowym, cytryną, imbirem i miodem.
Nalewam ciepłej wody do wanny aby zagrzać Jej stópki i ciało. Przykrywam kocem i powtarzamy historię na sprawdzian. 
Czuje wtedy w środku taką nieopisaną radość, że mogę się Nimi zaopiekować tak, jak pragnie matczyne serce.
I ta wewnętrzna radość jest we mnie o wiele dłużej niż rozluźnienie po pachnącym spa.
Te wszystkie przyjemności powszechne i oczywiste mają długotrwałą wartość tylko wtedy, gdy zwykłe, codzienne możliwości, mają kluczowe znaczenie w odczuwaniu wewnętrznego szczęścia. 

______________________

Zaproszono mnie ostatnio na kongres kobiet do panelu dyskusyjnego o kobiecie „(…) w jednej ręce wróbelek, w drugiej tasak”.
I temat – super! Tylko, że jako zszedł na akcent feministyczny, to ja… mówiłam nie na temat, bo ja feministką nie jestem.
Musiałam szybciutko pytanie przekształcić, aby powiedzieć to, co powiedzieć chce, a nie to, o co mnie pytają. 

Także generalnie nigdzie mnie nie zapraszajcie, bo nie dowiecie się ode mnie tego, czego dowiedzieć się chcecie…
Kiedy pytano o ten tasak, ja wybrałam cep, bo miałam pragnienie opowiedzenia historii z muzeum mojego Taty, jak to wszyscy powtarzają znane powiedzenie „proste jak budowa cepa”. Hmm…  skoro takie proste, to z czego ten cep jest zbudowany? I nikt z odwiedzających nie wie. A cep jest zbudowany z bijoka, dzierżoka, kapicy i troka. 
Kiedy pytano mnie o feminatywy, na które już wystarczająco odpowiedział Rusinek, ja miałam do opowiedzenia historię, jak to jeżdżę motocyklem od ósmego roku życia. Całą młodość spędziłam z chłopami w tatuażach, postawnych, w skórzanych kurtkach i piwem w ręku. Nigdy, żaden z nich mi nie ubliżył. Wręcz przeciwnie. Byłam traktowana jak księżniczka. Z klasą, szacunkiem. Na zloty motocyklowe wjeżdżałam jak po czerwonym dywanie. Zawsze niemożliwe czynili dla mnie w minutę.
Zatem czy dla mnie ma znaczenie czy ja jestem motocyklistą czy motocyklistką?
Wtedy padło pytanie o egoizm. Bo skoro mnie się trafiło tak dobre życie jako kobiecie, to dlaczego nie chce walczyć dla reszty?
Chce! Chce walczyć! (Choć Magda Schejbal powiedziała trafnie, że walka powinna być cicha, a chytra.)
Tylko walka o cokolwiek ma sens wtedy, gdy czujemy to całym sobą. Robimy to z pasją.
Ja całuję stopy kobietom, które wywalczyły w 1918 nasze prawa wyborcze.
Ale jak powiedziałam w panelu, gdy będą walki feministyczne, ja wtedy ugotuje walczącym kobietom ciepłej strawy. 
Dlatego nie zapraszajcie mnie na publiczne rozmowy, bo gadam co chce. 

___________________

Wstałam, gdy było jeszcze ciemno. 
Ubrałam dres i zeszłam do kuchni.
Zapaliłam światło i włączyłam express.
Na szkolna wycieczkę naszykowałam Mu plecaczek z przekąskami, herbatką, chusteczkami i portfelik z pieniążkami.
Zanim zrobiłam kawę, pojechałam do piekarni po świeżą bułeczkę do tego plecaczka.
Wsypałam do kubka kakao i zalałam ciepłym mlekiem zanim poszłam po Niego na górę.
Wzięłam na ręce to malutkie, chude, ciepłe ciałko i niosłam po schodach, kiedy tym zasypanym głosem, z zamkniętymi wciąż oczami powiedział mi cichutko – 
Jesteś najlepszą mamą na świecie. 
Kiedy pomagałam Mu się ubrać, bo wciąż jeszcze dosypiał na kanapie, pomyślałam sobie, że choć nie jestem najlepszą mamą na świecie, to cieszę się, że jestem najlepszą mamą na świecie… dla Niego. 

_______________________

Uwielbiam wiejskie społeczności. 

W takiej się wychowałam i choć lata młodości spędziłam w wielkich miastach, do takiej z wielką radością wróciłam. 

Na zebranie szkolne wpadam w ostatniej chwili, bo akurat klasy moich dzieci nachodzą na siebie. Na schodach łapie pod depo sąsiada zza lasku, dodając Mu tempa. Krzyczę też do Jego żony znikającej za rogiem, że przyjdę po wywiadówce po pomidory.
Na korytarzu zahaczam jeszcze Szwagierkę o piątkowe wyjście i rozdziawiam łuk zębowy z aparatem, szczerząc się w uśmiechu do wszystkich, których mijam. 
Przeskakuje próg klasy i łapie wzrokiem twarze. Dosiadam się do sąsiada zza dalszej miedzy i wchodzimy bez kozery w śmiech i żarciki.
Gdyby była to lekcja, na pewno stałabym już w kącie za gadulstwo, bo prowadzę dialog z wieloma ławkami na raz. Na migi, na szept i na wysokie tony.
Zgłaszam się oczywiście na zastępcę przewodniczącego, bo skoro jestem już przewodniczącą u Benia, to co mi szkodzi działać w hurcie…
Wychodzę z założenia – „nie robisz – nie żyjesz”. A ja lubię intensywnie żyć. Jeszcze z takimi ludźmi… 

Za mną siedzi sąsiad zza południowej miedzy i to jest fantastyczne miejsce, bo ja nigdy nie notuje nic… On za to zanotował cała stronę, wiec stałym zwyczajem robię zdjęcie cudzych notatek i sprawa załatwiona. 

Mówię do Niego, że niewyraźnie tu gdzieniegdzie. Pyta mnie czy mi przepisać? 

Proponuje Mu kanapki i cukierki na jutrzejsze lekcje w podzięce za ściąganie.
Wychodząc w obstawie sąsiadów stwierdzamy, że doskonale byłoby iść na piersióweczkę, w końcu sklep jeszcze otwarty… 

Jednak fakt tego, że dzieci zostały nam same w domu, sprowadza nas na ziemię.
Odwożę Ich po drodze w oparach żartu i doskonałej atmosfery.
Wpadam do domu, robie kolację i idę przez lasek po pomidory.
Z latarką czołową zrywamy z dorodnych krzaków do papierowej torby z mcDonaldsa.
Pomimo późnej już pory zbieram sąsiada do męża mego na wieczorną, małą kawusię.
Wiejska społeczność to wielki motor napędowy, który działa na obopólne chęci…

_____________________

Jestem niewierząca.
Pochodzę z rodziny, w której kościół i wiara nie była istotną częścią naszej egzystencji.
Jednak do dziś pamietam jak w kuchennym narożniku stoi kaseciak, a w nim taśmy z gawędami i filozoficznymi myślami ks. Józefa Tishnera, które puszczali rodzice.
Pamietam też jak w liceum pieniądze, które miałam na cały tydzień, wydałam na książki ks. Jana Twardowskiego. Mam je do dziś i te kolekcje uzupełniłam. Jak i każda pozycje Tishnera. 
W dorosłym życiu kupiłam i przeczytałam każde słowo ks. Jana Kaczkowskiego.
Dlatego czekałam na ten film baaaardzo….
Liczy się dla mnie życiowa mądrość. Nie wyznania, płeć, pochodzenie, status…
I choć obiecywałam sobie, że pójdę na ten seans w tygodniu, gdy ludzi w kinie będzie mniej, to… nie wytrzymałam. Byliśmy wczoraj i gdyby nie zapełnione fotele, to myśle, że płakałabym w głos…
Dawid Ogrodnik ponownie udowodnił, że jest wybitnie uzdolniony.
Wracaliśmy z kina, kiedy powiedziałam do Adasia, że ludzie mogą sobie stawiać na piedestał edukacje, wiarę, pasje, majątki, sukcesy… ale ostatecznie najważniejsze jest tylko jedno – to, co robimy dla drugiego człowieka…

_________________________

Czasami jeżdżę na spotkania z młodzieżą.
Wchodzę na jedną lekcję, a zostaję trzy.
Ale zanim tam dojadę to nie śpię dwie, trzy noce…
Moja Mama wtedy pyta – a czym Ty się dziecko stresujesz?
Stresuje się bardzo, bo… wejść i powiedzieć cokolwiek jest prosto. Wejść i nagadać wiele nic nieznaczących opowieści, nie jest wielkim trudem.
Mówić i patrzeć jak sięgają po telefony pod ławką, jak patrzą w okno, a potem przymykają oczy ze znużenia.. Jak zaczynają szeptać między sobą o rzeczach zupełnie niezwiązanych ze spotkaniem… z naszym spotkaniem. Nie chcę takich spotkań. 
Więc ja nie śpię… Nie śpię, bo zawsze mi się marzy porwać Ich na tyle, aby choć jedna osoba pomyślała – tak, przecież to wszystko co się w moim życiu wydarzy, leży w moich rękach.
W głowie mojej i w tychże moich rękach.
Już dawno życie nauczyło mnie, że wielkie rzeczy, to nic innego jak zbiór tych małych, zwykle nawet trudno dostrzegalnych.
Kilka dni temu usłyszałam przy moim blacie kuchennym piękne zdanie od młodego mężczyzny..
„Rzeczy niemożliwe składają się z dziesiątek, setek rzeczy możliwych. Drobnych.
Zacząć robić coś możliwego jest o wiele łatwiej. I kiedy przystąpisz z łatwością do tych tysiąca rzeczy możliwych, zupełnie niepostrzeżenie stworzysz rzeczy niemożliwe…”
Nigdy nie udało mi się stworzyć rzeczy wielkich. Jednakże tych drobnych trochę nazbierałam.. Bo to z nich tworzy się moje i moich dzieci życie..
Opowiadam Im to, często są tego świadkami…
A dziś zapiszę, aby gdy mnie już nie będzie, wiedziały, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jest tylko brak naszej wiary i naszych chęci.
Bo fajne życie nie przychodzi samo, to my musimy mu wyjść naprzeciw…

_____________________

Czytałam ostatnio wywiad z Emilem Bekier (em?) i mówił o tak prostej rzeczy, tak oczywistej… a jednak co chwila sobie o niej przypominam i z uznaniem wielkim o tym myślę…
Jego córka przyszła ze szkoły zapłakana, bo kolega nazwał ją brzydką.
Wziął Ją przed lustro i powiedział – Jesteś nosorożcem…
Po czy zapytał – Jesteś? Zmieniło się coś?
Odpowiedziała, że nie. Nadal jest sobą.
Jakie znaczenie ma to, jak Ktoś nas nazwie i co o nas powie? Te słowa nic nie zmieniają.
Dopiero my sami i nasze myślenie nas zmienia.
W każda ze stron. Dobrą i złą.
Dlatego też sami musimy być świadomi naszych wad i zalet, aby nie dać się ludziom prowadzać za nos komplementami i spychać z toru pogardą.
Niestety mało kto potrafi dziś obiektywnie się sobie przyjrzeć.
Jesteśmy zbyt zakompleksieni lub zbyt pewni siebie…
A wystarczy odrobine więcej czasu poświecić na wewnętrzny rozwój.
Nasz syn jest niestety podatny na słowa innych. Na Ich wobec niego wyzwiska.
Nauczyliśmy Go, że kiedy ktoś mówi mu – jesteś głupi, to trzeba odpowiedzieć – tak, jestem głupi. Wtedy ucina drugiemu język, wytrąca go z nastawienia na walkę.
A co on sobie pomyśli? Co nas to interesuje? Czy zależy nam na ludziach, którzy mówią takie rzeczy?
Bronić się należy i dyskutować jedynie z tymi, których poziom nam odpowiada i rozmowa jest konstruktywna…

___________________

Wiara we własne możliwości kiełkuje wraz z przekazanymi nam genami, wychowaniem, napotkanymi ludźmi, czasami zbiegiem okoliczności i zdarzeń…
Nasze życiowe drogi nie są wytyczone przez talenty, predyspozycje i umiejętności…
Droga każdego człowieka, wymarzona droga, zaczyna się od odwagi i wiary w siebie.
Można całe życie przeżyć cichutko, w kącie ze swoim darem i pragnieniem.
A można jak i ja, nie posiadać żadnych wybitnych zdolności, jednakże urodzić się w tej akurat rodzinie, z tymi akurat cechami i tworzyć coś z okruchów swoich możliwości…
Jakże często w życiu każdego z nas wystarczy jeden napotkany człowiek, aby odmieniło się wszystko… 
Nie ten, który nas pochwali czy zgani, tylko ten, który pokaże lub popchnie nas w nową, upragnioną drogę. Który postawi przed lustrem i powie – popatrz, tu masz skrzydła. Może na co dzień ich nie widzisz, bo rosną z tyłu, ale wystarczy się zatrzymać i się sobie z każdej strony przyjrzeć.
Bez względu na to, czy do lustra spoglądać będziesz, skrzydła będą wraz z Tobą całe Twoje życie… 

__________________

Wyświetliło mi się dziś na telefonie zdjęcie sprzed 4 lat. Takie wspomnienie. 
Ja na motocyklu, w bocznym koszu moje dzieci.

I pomyślałam sobie odnośnie tego nowego roku szkolnego, że…
Nigdy nie ciągnęło mnie do nauki.
Może inaczej, nie ciągnęło mnie do nauki z góry narzuconej. Szkolnej. Przy niej kombinowałam. Stosy lektur przykrywał kurz, a zjadałam w tym czasie „Mag’a” Fowlesa.
Interesowało mnie tylko to, co sama chciałam robić. Na szczęście robić chciałam dużo. 
Wydawałoby się rzeczy błahych.
Ale rodzice na to przystawali. Miałam mnóstwo energii i chęci do życia.
Na studia iść nie chciałam. Liceum ukończyłam artystyczne, wiec wiadomo jak to z nauką tam było… (a liceum – magia!)
Za to mając 10 lat zaczęłam jeździć tym oto motocyklem. Rok później jeździłam na dwóch kołach, unosząc ten kosz w powietrzu.
Miałam takie dwie kitki na głowie i psa w tej przyczepie.
„Ta umiejętność” doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj.
A to miejsce, przerosło moje wszelkie marzenia o dorosłym życiu.
Zatem patrzcie z nadzieją i wiarą na każde, nawet najdziwniejsze zainteresowania Waszych dzieci…
Nigdy nie wiadomo, która z „głupich” rzeczy uczyni Ich życie szczęśliwym i spełnionym.
Ścieżki do harmonii i dobrego bytowania są nadzwyczaj różne. Nie ma co do nich norm i reguł.
Nie prowadzą jedynie przez ortografię czy tabliczkę mnożenia.
Jest tylko jedna zasada. Trzeba chcieć. Cokolwiek to by było.
Zniechęcenie zabierze nam wszystko, choćbyśmy byli orłami w ułamkach.
Za to chęci, wielkie chęci, to wszystko nam dadzą, choćbyśmy byli wróblem z nadszarpniętym skrzydłem.

_____________________

Był taki moment w moim życiu, że bałam się iż nigdy nie zobaczę Ich odświętnie ubranych na rozpoczęcie roku szkolnego. Wtedy chyba najbardziej widać jak rosną, jak dojrzewają, jak się zmieniają…
Całkowicie pochłania mnie obserwacja tego, jak patrzą na świat, szkolny korytarz, na ludzi, zdarzenia, biedronki, chmury i zgubiony zeszyt…
Patrzę na nich i wiem, że piękno świata dookoła nas, to tylko i wyłącznie nasz wybór i nasze na niego spoglądanie…
Zaczynamy rok szkolny w cuuudownej naszej wiejskiej szkole, z najcudowniejszym na świecie Paniami Wychowawczyniami.
Ahoj piękna przygodo. 
Ahoj pospieszny poranku.
Ahoj ciężki plecaku i kurtko wleczona po podłodze.
Ahoj zgubiony worku na buty.
I witamy Cię piękna, smukła jedynko.
Zagięty rogu książki i wylana herbato na dnie tornistra.
Ahoj psiapsiółki i ciche dni.
Tępe kredki i puste kleje…
Jakże wspaniale jest mieć wybór, przez jaki pryzmat chcemy patrzeć na świat edukacji…
Łapki naszych dzieci mogą trzymać w paluszkach ołówki zamiast śrubek w fabrykach…
Witamy Cię szkoło 

________________________

Spotkałam ostatnio niezwykle fajną dziewczynę. 
Stoimy. Gadamy. I Ona pyta mnie, co robić żeby się nie przejmować? Nie myśleć?
Generalnie to pytanie nie powinno być do mnie, ale od roku niezwykle intensywnie zajmuje się tym tematem i muszę przyznać, że idzie mi to rewelacyjnie. Puszczam myśli, nie zakotwiczam ich, zmieniam na dobre lub wyśmiewam. I robie obraz drona. Od siebie w górę, aby zdać sobie sprawę, że ja i moje myśli to pył. Pozbywam się swojego ego.
Myśle, że to wielki problem dzisiejszej ludzkości. Kiedyś byliśmy jednością z naturą i przestrzenią. Wiedzieliśmy jakie zajmujemy miejsce w całości. Dziś wydaje się nam, że jesteśmy centrum. Jedynym i najistotniejszym.
Pytam Ją zatem, czym chciałaby się nie przejmować? 
Odpowiada, że ludźmi w pracy. 
Widzę po Niej, że taka chodząca dobroć, skromność, pokora, dowcip.
Zamień uczucia – radzę.
Ale najpierw to radość. Zwykła. Że możesz do tej pracy wstać i iść zdrowym ciałem. 
A potem wchodzisz do tej roboty i patrząc na tych ludzi, wkurzających Cię ludzi, pomyśl, że Ci Ich szkoda. Przecież Oni są nerwowi, złośliwi, chamscy, zachowawczy, przebiegli bo są nieszczęśliwi. I nie w życiu, ale w sobie są nieszczęśliwi.
Idziesz zatem po pracy i myślisz – Ciebie mi żal i Ciebie. O! Ciebie też mi żal.
Siadasz za biurkiem i sobie kiwasz głową myśląc – jak mnie jest Was wszystkich żal! 
No i oczywiście, że możesz się sama do siebie z politowaniem uśmiechnąć. 
Bo co Ci szkodzi zamienić gniew w litość i żart?
Nikomu krzywdy nie robisz, a w sobie znajdujesz przestrzeń na głęboki, swobodny oddech…
A jak takiego oddechu się nabierze to dzieją się rzeczy piękne i wielkie.
Świat się nie zmieni. W każdej pracy będzie ktoś, kto doprowadzi Cię do szału.
Zostaje Ci zatem, zmienić swoje o nich myślenie… 

_____________________

Sierpień obfituje w recenzje „sierpnia”. 
Taka piękna od Patrycji…
„Ta książka jest przepiękna. Kupiłam zeszłego roku, na przełomie sierpnia i września. Zostawiłam czytanie, do sierpnia następnego roku, czyli teraz. I już wiem, że niepotrzebnie tę lekturę odkładałam. Można ją czytać cały rok, choć zimą myślę ogrzeje szczególnie. To swoisty rodzaj przypowieści, powiastki filozoficznej o życiu, o wspólnocie, czasach jakie zapomnieliśmy, a jakie chcielibyśmy pamiętać. Ugruntowuje wartości, które były, są i będą ważne zawsze. Jest piękna i jestem pewna, że powstałby z niej przepiękny serial. Bo czytając ją miałam pod oczami „Nad Niemnem”, „Noce i dnie”, „Daleko od szosy”, moje ukochane ekranizacje. Ta książka ma w sobie dużo tych obrazów, emocji, wartości, tak bardzo mi bliskich. Czytanie jej to takie mini wakacje dla głowy. Polecam gorąco! Jest to też, uważam, doskonały pomysł na prezent. A ja już mam ochotę na następną książkę Julii a najchętniej kontynuacje losów bohaterów tej.”
Gdyby miała powstać ekranizacja książki „sierpień”, to Kogo w jakiej roli widzicie?

________________________

Kiedy wisieli tak twarzami nad miskami z rosołem w Babcinym domu, stwierdzili, że fajnie na tych wakacjach tu i tam, ale u Dziadków i Cioci Justynki jest jednak najlepiej…
Ja wiedziałam to od zawsze, cieszę się, że sami czują to jednako…
Dlatego gdy wyjeżdżamy na wakacje sami z Adasiem, a dzieci zostają u Babci, nie mam ani odrobine wyrzutów sumienia. Świat poczeka i zdążą zobaczyć cały jeśli tylko zechcą… W świecie jaki tworzy się wokoło domu Dziadków, kiedyś czas, cicho zamknie drzwi na klucz…
I mogą tam wrócić, ale zerwą jedynie nici pajęcze…
Ale teraz tętni tam prawdziwe Babciowo Dziadkowe życie! 
Kompot na stole, pierogi, jagodzianki.
Słychać kornika w ścianie i psy z każdego kąta wsi.
Szum drzew przed burzą. Traktory i kombajny…
Ale najgłośniej beczy stary, czarny baran! 

______________________

Jechałyśmy z Tosia autem..
Coś mi opowiadała, na co ja Jej słowami Jędrka Połoniny… „Pluć nie trzeba na ten świat. Można leżeć nawet w  błocie i patrzeć w niebo pełne gwiazd.”
Na co Ona – Mamo! Jakie to piękne! Naucz mnie na pamięć.
Pewnie, że piękne, bo prostymi słowami opisana najwieksza prawda tego świata.
Im bardziej skupiasz się i rozglądasz po błocie w którym tkwisz, tym bardziej w owej kałuży toniesz.
Im więcej patrzysz w niebo, tym każdego dnia dostrzegasz więcej jasnych punktów.
I jak nie imponują mi znani ludzie, nie mam potrzeby Ich znać czy spotykać, tak znajomości z Jędrusiem moim rodzicom zazdroszczę baaardzo…
Tylko czy Jędruś był znany? Nie. On był już za życia legendą. 

________________________

(pod zdjęciem z rodzicami)

Jesteście moją miłością do życia.
Jesteście moją odwagą.
Jesteście moim pragnieniem bytowania w pasji.
Jesteście moją pachnąca od wypieków kuchnią.
Jesteście moim przekonaniem, że nieidealny rodzic jest najlepszym rodzicem na świecie.
Jesteście moim przystankiem przy wdzięczności.
Moją wiarą w ludzi. 
Moją wiarą w sens istnienia.
Jesteście moimi wyborami.
Jesteście moją drogą.
Jesteście moim otwartym domem.
Jesteście moją tętniąca w żyłach krwią.
Moją wyobraźnią.
Jesteście moim postrzeganiem rzeczywistości, tam, gdzie wędruje mój żywot.
Jesteście moją energią. Moją chęcią. 
Zatem kim w poprzednim wcieleniu jestem ja, aby w tym, urodzić się Wam?
Jesteście moim najpiękniejszym ze światów.

____________________

Wysłaliśmy małego Dziada lokatego na obóz.
Gdyby nie to, że z siostrą, to nie wiem czy byłabym taka odważna z tym krokiem.
Istniałoby ryzyko, że albo będzie płacz albo rozsadzi zamek obozowy w pył. 
Spakowałam do osobnych woreczków komplety ubraniowe, płyn na komary i na słońce. Buciki, sandały, klapeczki…
Pokój obok siostry, bo na pewno w nocy będzie chciał lecieć się przytulić…
-Tosiu, poprawiaj Mu włoski, te koszule na tym balu Mu tu powywijaj.. – mówiłam.
Po czym przy pierwszym telefonie dowiedziałam się..
-Mamo, mogłabyś powiedzieć Tosi żeby przestała do mnie przychodzić? Bo my tu mamy męskie sprawy…
Wczoraj natomiast…
-Możemy już nie gadać? Bo ja tu chyba przyjechałem się bawić z kolegami?
Najgorsze to, że wchodzi jak w masło, w bandy największych huncwotów… 

________________________

„Mam tróję z norweskiego.
Szóstkę za radość, że nie dostałam dwói.

Mam tróję z niemieckiego.
Szóstkę za wiarę w to, że następnym razem pójdzie mi lepiej.

Mam tróję z matmy.
Szóstkę za to, że pocieszałam Jenny, która dostała czwórkę.

Mam tróję z angielskiego.
Szóstkę za to, że nie mogę się doczekać,
kiedy pochwalę się mamie i tacie.

Mam tróję z plastyki i prac ręcznych.
Szóstkę za to, że oblewam ocenę, pijąc cole na słońcu.

Mam tróję z WOS-u.
Szóstkę za to, że jestem szczęśliwa, ponieważ jest wiosna
i być może niedługo się zakocham.

Mam tróję z hiszpańskiego.
Szóstkę za to, że jestem nastolatką i nie wypaliłam się zawodowo.

Czy to nie całkiem dobra średnia na rozpoczęcie lata?”

(fragment książki: Młodość. Linn Skaber. Lisa Aisato.)

_______________________

Kiedy usłyszałam przed północą pierwsze krople deszczu w akompaniamencie błyskawic, przykryłam Ich kołderką pod sam nos i otworzyłam na oścież okna. Jako pierwszy wszedł szum wiatru i odgłos trzepoczących się, mokrych liści. Mam wrażenie, że liście klonów robią to najpiękniej. Zaraz za nimi brzozy… Choć, gdy się mieszka przy lesie, trudno odgadnąć, które z drzew jest tym grającym pierwsze skrzypce. Ich szum łączy się w jedna orkiestrę.
Zapach spulchnionej wodą ziemi…
Zapach wznieconej na nowo, skoszonej popołudniowa porą trawy podwórkowej…
Leżałam pół nocy, czując burzowy chłód na policzkach i wiedziałam, że to najpiękniejszy rodzaj medytacji jakiego dane jest nam doświadczyć…
Powolny, długi oddech był metafizycznym doznaniem.
A o poranku wszystko było tak świeże i wonne…
Tak bardzo odczuwalne, w każdym ze zmysłów, że gdy zamknęło się oczy, słychać było dżdżownice przeciskające się przez nawilżoną glebę.
Z pól, w których zatapiałam się bosymi stopami w gumowych klapkach, zrywałam polne kwiaty.
Dorodny bukiet zdobi dom. Muszę co chwila iść na niego zerknąć, by zdążyć się nacieszyć…
Czasami mam ochotę się też uszczypnąć, aby uwierzyć w to, co mnie spotkało…
Że pomimo wielkich cen, masa produktów w życiu nie tyle nie drożeje, co są zupełnie za darmo…
Tylko mało kto chce je brać… stoją na półkach samotnie, podczas gdy wszyscy biją się w kolejce z towarem – Malediwy.
Stajemy zbyt często nie w tych kolejkach. Zamiast podejść do tych, które oferują prawdziwe szczęście, tłumnie i wyczerpani gnieciemy się w tych do – drogi odpowiednik zadowolenia.
Kiedy pakowałam do serca zapach trawy, burzy, lasu… kiedy ładowałam w dłonie kolorowe kwiaty, kłosy… kiedy wlewałam w siebie wielkie pokłady wdzięczności i spokoju… nie było wówczas w tej kolejce nikogo…
I wszystko pomimo szalejącej inflacji – całkowicie za darmo.
Jestem też przekonana, że ostatecznie człowiek najbardziej żałuje, że nie było go stać na życie tym życiem, jakie mu się dostało… tym, co dookoła niego się pojawiało…
I dopiero w godzinie umierania zauważy, że cena swojej drogi jest warta zachodu…
A cena popularnego życia, mocno przereklamowana… że „modne szczęście” jest ulotne jak chińska, plastikowa zabawka…

___________________________

O świętach z moją rodziną zawsze mogłabym pisać długie opowieści…
Jak my szli przez całą wieś z krzesłami na głowach. Rozumiem, że by się dziwić mógł przy zwykłym dniu, ale przy świętach… Toż to oczywiste i zrozumiałe.
Że człowiek z krzesłem. Na głowie.
Obeszliśmy też wieś z Taty opowieściami o starych czasach wsi i wojskowych onucach….
Ale ja lubię zapamiętywać zdania.
Z tych świąt też mam ich wiele.
Jednak na pierwsze miejsce wysuwa się zdanie Taty, który przyszedł na Maminy obiad cały brudny od drwa. 
Jako, że wycinkę w swoich lasach robił, to teraz ma co rżnąć, a on prace z piłą mechaniczną uwielbia. Zatem usiadł spracowany ale i szczęśliwy. I mówi do Adasia mojego… 
– Ano robie sobie przy sobocie. 
– Słyszałem Tato, że fajny masz projekt. Coś co lubisz. – odrzekuje Zięć.
– Aaaa wiesz… W czasach, gdy wszyscy robią projekty, ja robię zwykłą robotę.

Ano.
Pół świata tonie w projektach i nieszczęściu zamiast czasami wziąć się za zwykłą robotę… 

____________________________

Nie życzę Wam na święta. 
Życzę Wam na życie. 

Abyście odnajdywali czas na rozmowę z samym sobą.
Abyście zdołali odnaleźć w sobie to, co Was przygniata i krok po kroku odgruzowywali to miejsce.
Abyście zanim pójdziecie w świat szukać winy, najpierw poszukali jej w sobie.
Abyście znaleźli źródło gniewu i złości w sobie, nie w otoczeniu.
Abyście zobaczyli jak wielka siła drzemie w przyznaniu się do winy, w akceptacji innych poglądów, w przeprosinach…
Abyście poznali niewyobrażalną moc panowania nad emocjami. Że siłą i mądrością jest spokój.
Abyście zrozumieli, że krzyk i obrażanie to najgłupsza z broni i lini obrony.
Abyście pomyśleli nad szczerością. Wypowiadaną i zdolnością jej przyjmowania.
Abyście pomyśleli nad mocą rozmowy. 
Że unikanie jej, buduje latami niewidzialny mur. 
W miłości, przyjaźni, rodzinie…
Abyście w ciszy i spokoju zajrzeli w siebie i nazwali to, co Was boli. A potem znaleźli tego, któremu powiecie to głośno.
Że łagodne mówienie o swoich odczuciach potrafi naprawić wszystko…
Abyście zrozumieli, że nie mamy wpływu na świat zewnętrzny… choć ludzkość traci na to najwiecej siły. 
Natomiast mamy całkowity wpływ na świat wewnątrz nas… a wciąż tak mało poświęcamy czasu sobie…
Trudno? Nic co ważne i piękne (najważniejsze i najpiękniejsze) nie przychodzi łatwo. 
Życzę Wam abyście zaczęli dokonywać zmian w swoim wnętrzu, zanim zezłościcie się na świat…
Nie możemy jako jednostka zakończyć wojny w Ukrainie, jednak w pojedynkę, z mądrością swojego umysłu, możemy zakończyć każda wojnę, jaką prowadzimy w sobie i dookoła siebie….
Schowaj swoją broń głęboko w szafę. 
Uratuj świat, na który masz największy wpływ.
Największą siłą i mądrością człowieka jest spokój i pokój. 
Zaprzestań wojny póki masz na to czas.
Twoje wnętrze to Twój kraj. Tylko Ty decydujesz czy wyciągasz przeciwko sobie i najbliższym atakującą broń…
Bo atakując innych, najbardziej atakujesz siebie…
Chcemy pokoju na świecie, a nie potrafimy umeblować swojego…
Znajdźcie na to czas. 
To najważniejsze co możecie dla siebie i dla najbliższych zrobić…
Zróbcie w sobie remont.
Jeśli będzie trzeba, zbudujcie jakiś stół…

____________________

Wczoraj byłam w teatrze odebrać z Tosią nagrodę, bo zajęła 3 miejsce w konkursie recytatorskim. 
Całe życie recytowałam. Nie potrafiłam śpiewać, malować a lubiłam coś robić, tworzyć.
Pamietam wszystkie wiersze i prozy, które mówiłam. „Wietnam” Poświatowskiej, „Dno” Nałkowskiej…
(Tosia wybrała sobie „Dom Dziecka” Ewy Lipskiej.)
Ale najbardziej pamietam te „modlitwę”. Dostałam grand prix, a w pierwszym rzędzie siedziały trzy zakonnice.

„Ojcze Nasz, któryś jest w niebie
o ile jesteś, bo zaczynam w to wątpić
Święć się imię twoje
chociaż nie mam pojęcia jak ono brzmi
Przyjdź królestwo twoje,
którego ustrój polityczny będzie
autokrytyczny i zniknie konieczność
wybierania co 4 lata kolejnych
głupców na wysokie stołki
Bądź wola twoja
i niech się nadal źle dzieje na świecie,
niech trwają wojny, niech giną dzieci
i chwała bądź broni nuklearnej
Jako w niebie, tak i na ziemi
niech młode anioły noszą kosy w kieszeni
Chleba Naszego powszedniego
i masła
i wędlin
i wódki
Daj nam dzisiaj
i jutro
i pojutrze
i aż do pierwszego
I odpuść nam nasze winy,
do których sie nie poczuwamy
Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
zaraz po ich śmierci
I nie wódź nas na pokuszenie,
bo sami się wodzimy
i nie potrzeba nam twojej pomocy
Ale nas zbaw ode złego
dozorcy obłudnego
od wysokiego rachunku telefonicznego
hałaśliwych sąsiadów
i pijanych ojców.
AMEN”

(Niestety nie znam autora. Miałam go z gazety „Filipinka”.)

___________________________

Kiedy dziesięć lat temu zaczynałam prowadzić blog, miałam taką ogromną potrzebę przekazania, że zwyczajne życie, to najzwyklejsze, może być najlepszym co nam się w życiu może zdarzyć…

Ostatnio, mój 7 letni syn powiedział mi – Wiesz, chciałbym zobaczyć, jak to jest żyć inaczej. Mieć inny dom, rodziców, rodzeństwo. Być innym człowiekiem, mieć inny charakter…
(Jest dzieckiem WWO wiec takie tematy to Jego główny temat rozmów )

Opowiedziałam Mu historię, która również była tą, która nadała rytm temu wszystkiemu co w życiu robię i o czym piszę…
Kiedy miałam 14 lat zamarzyła mi się szkoła teatralna. Ja, dziewczynka z maleńkiej wsi… Znaleźliśmy taką w Krakowie.
Ruszyłam w wielką podróż. Spełniać marzenia i odkrywać piękny świat… bo ten, który miałam wydawał się być zwyczajny…
Pojechałam zobaczyć jak to jest żyć inaczej.
Tam, przez te wszystkie lata, przyglądając się ludziom, ich rodzinom, relacjom dane mi było zauważyć i uświadomić sobie, że najpiękniejsze z możliwych żyć, miałam szczęście wylosować między innymi ja…
W tej maleńkiej wsi, w bezpiecznym domu, pełnym zrozumienia, akceptacji, wsparcia.
Z kochającymi rodzicami.
Ta wyprawa w świat uświadomiła mi, że największe bogactwo leży w moim domu i mojej rodzinie. I o to warto w życiu dbać.
Taki dom cenić i samemu budować. 
Okazało się, że nie ma sztuki teatralnej tak ważnej i wartościowej jak sztuka tworzenia domu i rodziny. 
Bo nawet jeśli reżyser i aktor wrócą po oklaskiwanej premierze do pustego domu, niczym jest ich sukces…
„Prawdziwe szczęście możliwe tylko wtedy, gdy możemy dzielić je z innymi.”
Mój rodzinny dom od zawsze był filarem mojego szczęścia, ale trzeba było iść w świat, szukać innych żyć aby się o tym dowiedzieć…
A potem, wszystko to spisać… 

Idź kiedyś w świat mój synu… Odnajdź odpowiedzi na swoje pytania…
Gdyż odpowiedź jednego człowieka, nie jest odpowiedzią wszystkich…
Dom każdego człowieka, choć pod jednym niebem schowany, tak inną historię nieść może…
Każdy odnaleźć musi swoją…
Odpowiedź i drogę.
Zawieszę Ci tylko na te wyprawę klucz z domu na szyję…
Żebyś mógł wejść kiedy chcesz, opowiedzieć mi swą podróż lub jeśli zmęczy Cię świat cały…

__________________________

Spotkania autorskie najbardziej stresują mnie przez oczekiwania jakie sobie wyobrażam… Zatem wyobrażam sobie, myśle, podejrzewam, że moi czytelnicy spodziewają się takiej mistycznej, elokwentnej, z klasą i eleganckim zachowaniem – Julii. Nie prowadzę stories zatem trudno zobaczyć moje miny, gestykulacje. Choć szczerze Wam powiem, że znam ludzi na żywo i patrząc na Ich stories, widzę innego człowieka. 
No ale… nie macie możliwości, oprócz bezpośredniego spotkania, aby mnie poznać…
A ja… jestem… Podam Wam jeden przykład.
Jadę przez wieś. Widzę, że idzie Karolka, to otwieram okno i się drę – cześć Ruda!!!
A Ona mi mówi – Rany Boskie, myślałam, że to jakiś pijak bezdomny się za mną drze.
Wczoraj pod szkołą widzę Kaśkę. Jadę busem. To otwieram okno i się drę – cześć Kaśka!!!
A Ona mi mówi – Matko Świeta! Jaki Ty masz ten głos! Jak przepity menel!
Do tego słuchajcie mam chód jak kowboj, przeklinam i mówię za dużo i za szybko. Także jak Ktoś myśli, że mnie lubi taką eteryczną, to może nie być to w realu prawda …

_________________________

Wyciągałam ostatni talerz ze zmywarki, kiedy prostując się zobaczyłam w kuchennym oknie – Ją. Moją siostrę.
Jak wjeżdża pod mój dom, niosąc za kołami kurz zbyt mało deszczowych dni.
Nie dziwiłabym się wcale, gdybyśmy były umówione, gdybyśmy mieszkały blisko czy gdyby lubiła jeździć autem. Ale nic z powyższych nie miało miejsca.
Kiedy wybiegłam w skarpetkach Ją powitać, stała z kwiatami, prezentem i winem mówiąc – Kochana, to już rok od kiedy mamy Cię na nowo.
– Tak mi się nie chciało – kontynuowała – wiesz przecież jak kocham jeździć na dalekie trasy. Ale pomyślałam sobie, Boże Drogi, świeci słońce, mam czas, przecież mogłam nie mieć do Kogo jechać. Mogło Cię z nami nie być.
Oczywiście zaraz po tym kiedy wytarłam policzki z łez wzruszenia pomyślałam sobie, że ja się umiem ustawić…
Prezenty na urodziny, Wigilie, dzień kobiet, wszystkie inne okoliczności i jeszcze do tego prezent z okazji wypadku. 

Patrzę na te „oko” i nie widzę siły wybuchu, a niewyobrażalną siłę miłości jaka tkwi w naszej rodzinie… 

_________________________________________

baśniowe życie.

Ludzie zwykli mawiać – takie rzeczy to tylko w bajkach.
Nie wiem czy moja rodzinna wieś była ową bajką, ale na pewno mój dom, w moich oczach, nią pozostał. Czy wtedy był? Nie. W owym czasie wszystko wydawało mi się naturalne. 
Nie miałam pojęcia, że żywopłot okalający dom był granicą przestrzeni, w której mnogość rzeczy zwykłych w dorosłym życiu przeistoczy się w baśniową krainę.
Dopiero po latach, zdobytym doświadczeniu i zrozumieniu, jaka siła drzemie w zwyczajności, dobroci, chęci i dzieleniu, zrozumiałam, że dane mi było dorastać w nierealnej dla innych codzienności.
Że codzienne dobro, zaangażowanie i życzliwość sprawiają, że dzieje się to, co możliwe tylko w bajkach…
W dorosłym życiu, wciąż, na każdym rogu, spotykają mnie te klechdy życiowe.
Odwiedziliśmy ostatnio naszych przyjaciół. Na popołudniową kawkę i ciasto. Ach… i na pyszną zupę z imbirem.
W aurze przytulności ich domu, takie opowieści same cisną się na język.
A Oni są tymi, którzy też żyją w baśniowych realiach.
Zaczęłam od tego, że moja siostra nauczycielka, która od nastoletnich lat jest bardzo związana z Obozem Koncentracyjnym w Oświęcimiu, odnalazła informację o organizowanych tam darmowych lekcjach dla dzieci w wieku 12-13 lat. Wiedziała, że nie może tego pozostawić bez echa i musi tam zabrać swoich podopiecznych. Ale droga na tyle daleka, że trzeba było zorganizować miejsce noclegowe. Przy obecnych cenach opału i szybującej inflacji, zdawała sobie sprawę, że jeśli ogłosi dwudniową wycieczkę kosztującą 250 zł, to mało kto będzie sobie mógł na nią pozwolić. A przecież nie można części wspólnoty szkolnej zostawić na ten czas w placówce. Trzeba zabrać wszystkich! 
Usiadła zatem do klawiatury i napisała wiele maili z zapytaniem o obniżenie kwoty noclegu dla Jej szkolnych dzieci. Niektórzy zmienili kwotę noclegu nieznacznie. Niektórzy pisali, że chętnie, ale wszystko poszło w górę ( czynsz, opał) i nie mogą sobie pozwolić na zmniejszenie kosztów.   
Została jeszcze jedna instytucja. Ale odpowiedź z niej nie nadchodziła.
– Wiesz Jula, przecież takich maili dostają zapewne mnóstwo. Wrzucili do kosza. Chyba nie będę się, jak głupia przypominać – tak mówiła mi przez telefon.
Ale odważyła się zadzwonić. 
Pani z sekretariatu znalazła maila w spamie. Zaczyna czytać i pyta czy to ten. Tak, to był ten.
– To proszę dać mi piętnaście minut, wydrukuję go, zaniosę do dyrektorki i odpowiem Pani jaka jest decyzja.
Oddzwania i oznajmia zapłakanym głosem:
– Wie Pani, ja przeczytałam tego maila. Tak się wzruszyłam. Zaniosłam do dyrekcji. Tam przeczytałyśmy wszystkim na głos i tak się popłakałyśmy. I stwierdziłyśmy, że Wasze dzieci nie będą płacić za pobyt u nas. Chcielibyśmy także zaoferować Wam kolację w dzień przyjazdu i śniadanko w dzień odjazdu. Gdzie tam będziecie sobie kłopot robić, sami szykować, po sklepach biegać… My to dla Was zorganizujemy.
– Nie! Nie, ja nie śmiałam prosić o tak wiele. Ja marzyłam tylko o zniżce.
(Ja znam moją siostrę i wiem, że Ona by w tajemnicy niektórym dzieciom dopłaciła do tej wycieczki ,ze swojej nauczycielskiej, marnej pensji.)
– Nie proszę Panią. Ustaliłyśmy, że dzieci przyjeżdżają za darmo. Nocleg i wyżywienie będą miały. A panie opiekunki będą płacić połowę oficjalnej stawki ( u mojej siostry w szkole nauczyciele na wycieczkach organizowanych przez moją siostrę zawsze płacą za siebie, aby nie podnosić kosztów wyjazdu dziecka).
– Dla Pań będzie wspólny pokoik. I jeden dla kierowcy.
– Proszę Panią, wynajęcie busa kosztowałoby bardzo dużo, bo dzieci garstka. Przyjedziemy do Oświęcimia autobusami i pociągami.
-Są jeszcze nauczyciele, którym chce się ze swoimi dziećmi jeździć komunikacją publiczną?!
Kiedy moja siostra odłożyła słuchawkę rozpłakała się tak, jak przed chwilą Panie w Oświęcimiu. Kiedy z tą wiadomością poszła do Dyrektorki, popłakały sobie obie. Były to łzy szczęścia. Szczęścia, które udało się osiągnąć dzięki dobrym ludziom i wygrać kawałek losu dla swoich podopiecznych. I tak oto koszty wycieczki ograniczyły się praktycznie do cen biletów przejazdu.
Moja siostra czasami mówi, że jest zmęczona. Bardzo często to praca po nocach i w weekendy. Tego nikt nie widzi. Takie maile nie piszą się same. Dekoracje z wielkich, nowoczesnych szkół i państwowych teatrów  nie dorastają do pięt temu, co tworzy tam w weekendy moja siostra.
Mówię Jej, że karma wraca zupełnie gdzieś indziej, w zupełnie innym miejscu…
Jak na przykład w tym, że Jej córka jest w pracy w Niemczech. Daleko od domu. Pierwsza poważna praca. Tęsknota, spotęgowana obcobrzmiącym językiem. W dzień jej urodzin, kiedy wybiła północ Jej szefowa przyszła do Niej z tortem, prezentem i resztą pracowników śpiewając niemieckie „sto lat”. Wiedziała. Pamiętała, choć wcale nie musiała. A poczucie, że dziecku na obczyźnie jest dobrze, jest dla matki największym szczęściem.  

Zaraz po tym kiedy skończyłam historię o mającej się odbyć wycieczce do Oświęcimia, Ola u której zatapialiśmy się właśnie w przepyszne tiramisu, zaczęła swoją…

– Wiesz Juluś, zapisałam się do Rady Dzielnicy. To Ci już mówiłam, nie?
Och jak tam jest śmiesznie. Jak tam jest uroczo. Jestem chyba najmłodsza.
Na początku patrzyli na mnie dziwnie, ale teraz czuję dużą akceptację.
Powiedzieli nawet, że czują we mnie następczynię w zarządzie.
Bo wiesz, u nas na dzielnicy jest pięknie, ale ja chcę, żeby było jeszcze piękniej.
Różne zgłaszaliśmy potrzeby. Była potrzeba stu długopisów z logiem. Pan Staszek zanotował. Ja się zgłosiłam do odnowienia tablicy ogłoszeń. 
I nagle wstaje starsza Pani, że chciała poprosić o ławeczkę. Bo jej dwie sąsiadki, takie staruszki, spacerują codziennie wzdłuż ulicy, i dobrze by było, gdyby mogły sobie podczas tego spaceru przysiąść. Taka sąsiedzka prośba. Od starszej już Pani dla staruszek.
Tak. Możemy zrobić ławeczkę – orzekł zarząd. Przyjęte. Nawet pojawiła się debata, czy mają być dwie czy jedna.
Jednak stanęło na jednej, bo przy dwóch mogłoby się tam schodzić już menelstwo.
Pan Staszek zanotował ławeczkę dla dwóch spacerujących staruszek.

Adaś wychodząc z ketozy, przegryzł ostatni kawałek serniczka, co to go przywiozłam do Oli i Jasia i rzekł, że też chce coś opowiedzieć.
Jako, że odrestaurowuje te zabytkowe nasze auta, to zamawia części w Stanach. 
Czasami są to sklepy internetowe, czasami jakieś giełdy, aukcje, a czasami zwykła umowa „na gębę” na forach miłośników motoryzacji.
Zrobił ostatnio zakupy na ową umowę słowną. Przelał pieniądze. Niemałą kwotę. A owa paczka nigdy nie dotarła. Ślad za sprzedającym zaginął.
Adaś sprawę na forum amerykańskim opisał i przeszedł do obowiązków życia codziennego.
Kilka dni później dostał wiadomość prywatną od Jeffa. Jeff to obcy człowiek. Czasami wymieniali się fotografiami z postępów prac przy samochodach. Kilka wymienionych translatorem zdań
Przysłał zdjęcia jak pakuje części, które nigdy do Adasia nie dotarły, a które z chłopakami w Stanach pozbierali i wysyłają paczkę do Polski. Jeff wysyła też zdjęcie z córką. Stoją przed domem. Mam wrażenie, że to kadr z lat 80- tych. Jeff ma długie blond włosy i choć nie widać – piękne serce.

Takich historii tamtego wieczoru przytoczyliśmy jeszcze wiele. 
Każdy z nas może żyć w takiej bajce. Może przyglądać się takiej bajce.
Takiej bajki wypatrywać. Taką bajkę tworzyć.
Chyba, że woli horrory…
Bo to już od nas zależy, po jakie bilety w kinowej kolejce czekamy…