z rzeczy możliwych…

Czasami jeżdżę na spotkania z młodzieżą.
Wchodzę na jedną lekcję, a zostaję trzy.
Ale zanim tam dojadę to nie śpię dwie, trzy noce…
Moja Mama wtedy pyta – a czym Ty się dziecko stresujesz?
Stresuje się bardzo, bo… wejść i powiedzieć cokolwiek jest prosto. Wejść i nagadać wiele nic nieznaczących opowieści, nie jest wielkim trudem.
Mówić i patrzeć jak sięgają po telefony pod ławką, jak patrzą w okno, a potem przymykają oczy ze znużenia.. Jak zaczynają szeptać między sobą o rzeczach zupełnie niezwiązanych ze spotkaniem… z naszym spotkaniem. Nie chcę takich spotkań. 
Więc ja nie śpię… Nie śpię, bo zawsze mi się marzy porwać Ich na tyle, aby choć jedna osoba pomyślała – tak, przecież to wszystko co się w moim życiu wydarzy, leży w moich rękach.
W głowie mojej i w tychże moich rękach.
Już dawno życie nauczyło mnie, że wielkie rzeczy, to nic innego jak zbiór tych małych, zwykle nawet trudno dostrzegalnych.
Kilka dni temu usłyszałam przy moim blacie kuchennym piękne zdanie od młodego mężczyzny..
„Rzeczy niemożliwe składają się z dziesiątek, setek rzeczy możliwych. Drobnych.
Zacząć robić coś możliwego jest o wiele łatwiej. I kiedy przystąpisz z łatwością do tych tysiąca rzeczy możliwych, zupełnie niepostrzeżenie stworzysz rzeczy niemożliwe…”
Nigdy nie udało mi się stworzyć rzeczy wielkich. Jednakże tych drobnych trochę nazbierałam.. Bo to z nich tworzy się moje i moich dzieci życie..
Opowiadam Im to, często są tego świadkami…
A dziś zapiszę, aby gdy mnie już nie będzie, wiedziały, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jest tylko brak naszej wiary i naszych chęci.
Bo fajne życie nie przychodzi samo, to my musimy mu wyjść naprzeciw…
Zawsze kiedy podjeżdżam z wózkiem zakupowym w sklepie do kasy, patrzę na ludzi dołączających do kolejki, aby Im krzyknąć, żeby przeszli przede mną jeśli widzę, że mają kilka rzeczy. 
Ostatnio trzymam w ręku trzy produkty. Na dworcu PKP czeka na mnie moja chrześnica, dzieci czekają pod szkołą, obiad w piekarniku się zaraz przypali, a kolejka długa..
Pytam zatem z oddali czy jest możliwość otwarcia kolejnej kasy, bo tak strasznie mi się spieszy…. W tym momencie, całe siedem głów z kolejki się wychyla (ósma była dosyć pijana i każdy ruch sprawiał problem) i chórem mówią – My Panią przepuścimy.
Każdy jeden. Bez wyjątku. Tego co ledwo stał, przesunęła Pani czekająca za nim, mówiąc – przesuń się Pan, tu się kobiecie spieszy. A On pokornie się przesunął. 
Odchodząc od tej kasy miałam wrażenie, że nie przepuścili mnie tylko w kolejce, ale przykleili mi niepostrzeżenie parę wielkich, dorodnych, mocnych skrzydeł…
Przez resztę dnia leciałam w obłokach wdzięczności i wiary w to, że jeśli dajemy coś ze szczerego serca, a nie obowiązku, potrzeb czy wyrachowania, to wszystko do nas wraca. Z nie tyle podwójną siłą, co zwielokrotnianą siedmiokrotnie. Siedmiokrotnie i jakby pół, bo na niepełnej świadomości i pod presją tłumu.
Ale nie chciałam o tym. Chciałam o codziennych, drobnych sprawach, które wydawały się być niemożliwe do spełnienia…
To tylko drobnostki. Jednak jeśli poddamy się w drobnostkach, oddajemy swoje życie beznadziei istnienia, zamiast brać lejce w swoje ręce i krzyczeć – wio!
Nie uznaję w swoim życiu zdania – nie da się. Wszystko się da! Jeśli się nie da, to znaczy, że po prostu się nie chce.
To coś, co najbardziej chciałabym przekazać swoim dzieciom – nie ma rzeczy niemożliwych.
Nawet jeśli są, to składają się z dziesiątek możliwych. 

Zajeżdżam z moją Teściową do szpitala. Na badanie. Teściowa chodzi o kuli, jest mocno schorowana. Droga od auta do drzwi szpitala jest dla Niej dużym wyzwaniem.
Dlatego wjeżdżam wszędzie, tam gdzie wjechać się nie da. Otwieram szlabany, których otworzyć się nie da. Wraz z żarcikami ze Strażą Miejską.
Jesteśmy. Siedzimy na poczekalni.
Trochę posiedzimy, więc mam w plecaku prowiant i książkę.
Przychodzi nasza kolej. Poważna Pani pielęgniarka wychodzi z listą i woła.
Patrzy na kulę mojej Teściowej i mówi, że aby wykonać to badanie, to musimy mieć wózek inwalidzki, bo inaczej Ona nie będzie miała jak tej mojej Mamy mi „wydać”.
Będzie po narkozie, więc o kuli iść nie może.
Mówię, że zaraz wózek załatwię.
Uśmiecha się do mnie lekko ironicznie i oznajmia, że wózka to ja w tym szpitalu na pewno nie załatwię, bo one są tylko dla pacjentów na oddziałach i jeszcze nigdy nikomu ich nie wypożyczyli. Wózek trzeba mieć swój. Mówi, po czym wchodzi z powrotem do rejestracji, żeby wpisać Teściową na inny termin. Na termin, gdy będziemy mieć wózek.
– Nie, nie Proszę Panią. – wchodzę Jej w zdanie – Pani moją Mamę teraz bierze na badanie, tak jak jest zlecone, a ja za pół godziny będę z wózkiem.
– Pani jest niepoważna. Wózka Pani nie załatwi, a co ja zrobię z pacjentką? Skąd Pani go weźmie? Wózków w szpitalu nie ma i nie będzie. Nie zdziała Pani cudów.
– Proszę się nie martwić. Do pół godziny będę z wózkiem. Nie będziemy czekać znowu pół roku na badanie.
Ludzie w poczekalni patrzyli na nas, jak w kreskówkach na zawodników meczu tenisa ziemnego. Prawa lewa, prawa lewa.
Kiedy moja Teściowa wchodzi z Nią do sali zabiegowej, odwraca się ostatni raz z przymrużonymi powiekami i ponownie patrzy na mnie ze wzrokiem mówiącym – ha, ha, naiwna. 
Kiedy puściły klamkę po drugiej stronie, założyłam na ramię plecak, torbę mojej Teściowej i puściłam się biegiem. Przez zakręty tego wielkiego szpitala szłam jak Kubica w najlepszej formie. Winda góra – dół. Dół – góra. Prawie bok.
Pytam w rejestracji ogólnej, na izbie przyjęć, Pań sprzątających i lekarzy w chodakach.
W końcu zapala mnie się lampka i biegnę do ratowników medycznych z karetek.
Pytam Ich o wózek i oczywiście ładnie się uśmiecham , opowiadam, gadam i żartuję.
Jeden z nich gasi papierosa, rozgląda się na boki i mówi – chodź.
Idziemy zaułkami, aż trafiamy do kamerlika, w którym stoją poskładane wózki.
Jest Twój – mówi i przytrzymuje mi drzwi.
Rozkładam go, wrzucam na niego plecak, torbę Teściowej i tymi samymi zakrętami pędzę ku miejscu rozpoczęcia przygody.
Nie muszę dodawać, że znając już rozkład szpitala na wylot, jadę już bardziej jak Małysz, że w locie.. Do tego pod nosem dodaję efekty dźwiękowe na zakrętach, jakoby pisk opon, co rozbawia Panią na oddziale sercowym..
Wpadam pod właściwe nam drzwi. Stawiam wózek koło siebie, siadam, wyciągam pudełko z tartą marchewką i brzoskwinią. Zanurzam widelec i patrzę na zegarek. 12 minut.
Kiedy Pani pielęgniarka – niedowiarka wychyla głowę, pokazuję Jej kiwnięciem głowy na wózek pod ścianą. Uśmiecha się do mnie i nie mówi nic. Nie musi. 
Osiemnaście minut przed czasem. 
Moja Teściowa zasługuje na to, aby czynić dla Niej rzeczy niemożliwe. 
W końcu od dwunastu lat znosi mój niemożliwie trudny charakter…

Wracałyśmy z Tosią z Warszawy. Stoimy na peronie pełnym ludzi.
Późny wieczór. Ciemno.
Pociąg przed chwilą dobił do toru, a tłum zaczyna napierać na drzwi.
W tym zamieszaniu widzę młodą dziewczynę . Zbiega ze schodów obwieszona torbą i torebką, a w dłoni dźwiga ciężką walizkę. Oczy ma rozbiegane.
Wbijam więc swoje oczy w Jej, aby zobaczyła, że widzę i czekam na pytania.
Zdyszana mówi, że rozładował Jej się telefon i czy mam powerbanka?
Mówię, że nie mam, bo ładowałyśmy z córką telefony i jest rozładowany.
Ale wkładam rękę do torby i wyciągam, modląc się, aby jeszcze raz zaskoczył.
Zaskakuje. Podpinamy.
Kolejka do wejścia się zmniejsza a Ona mówi, że nie zdążyła kupić biletu. 
Chciała przez telefon, ale się rozładował.
Przysłuchujący się temu konduktor mówi, że już nie kupi. Choćby się naładował, bo możliwość zakupu biletu znika pięć minut przed odjazdem pociągu.
Jej oczy robią się jeszcze większe. Bo za chwilę noc, kolejny pociąg za kilka godzin..
A konduktor dodaje informację o wysokości kary za brak biletu…
Dziewczyna stoi i gotowa jest oddać mi tę ładowarkę z myślą powrotu na dworzec.
– Nie ma takiej opcji! – mówię – Wsiadaj do tego pociągu. Wymyślimy coś.
– Ale co?
– Nie wiem jeszcze. – odpowiadam popychając ją lekko do wejścia, a w głowie myślę, że kiedy nie ma co wymyślić, to trzeba liczyć na życzliwość ludzką i ja w tej chwili zaczynam na nią liczyć. – Dawaj, dawaj. Wsiadaj. Nie przejmuj się. 
Widzę jak niepewnie wchodzi do wagonu. 
Siada obok nas, a ja włączam swój telefon, żeby zakupić bilet z kolejnej stacji, bo może tam jeszcze nie zamknęli sprzedaży – i jest to cicha podpowiedź konduktora.
Od tego momentu nie liczę na ludzką życzliwość, ale już w nią wierzę.
Niestety nie udaje się zakupić.
Pan Konduktor opiera się o rząd foteli przed nami i zaczyna opowiadać o kwotach karnych w pendolino za przejazd bez biletu… Naszej podróżniczce na gapę serce dudni tak mocno, że widzę to przez Jej sweter..
Ale ja już słucham tego z uśmiechem, bo mam dwadzieścia lat więcej od Niej i wiem…
Widzę Jego oczy i ten uśmiech, który mówi – Mogę wszystko, ale po co…
– Studiuje Pani? – pyta On.
– Tak.
– To poproszę legitymację.
I wtedy z tej walizki i dwóch toreb zostaje wyrzucone wszystko w poszukiwaniu legitymacji.
Nie ma. 
Co za zakręcone dziewczę – myślę sobie.
Ale urok ma wielki. Taka owieczka.
– Nie ma… – komentuje Pan biletowy – mhm… A Pani bilet pokaże – mówi do mnie.
Wyciągam swój nie wiedząc w jakim celu.. Może się rozmyślił w swej dobroci, myśli, że my razem i chce nas wspólnie ukarać… (Gdyby Ona dostała karę, jestem gotowa ponieść ją na pół, bo to ja Ją do tego pociągu wepchnęłam.)
Podaję wydrukowany bilet.
– A tak. Rodzinny widzę Pani ma. – podnosi głowę i patrzy czy przytakuję.
– Tak, tak. Rodzinny.
– A czy czasami to dziewczę nie jest Pani córką? – tym razem pokazuje na naszą zamotaną studentkę, która wciska z powrotem swoje rzeczy do toreb.
– Oczywiście! Przecież, że to moja druga córka! Właśnie odebrałyśmy Ją z Tosią z Warszawy! – mówię z ekscytacją – ledwo co zdążyła na pociąg.
– No dobrze. To dołączam Ją do biletu rodzinnego.
Później Pan Konduktor wraca do nas jeszcze kilka razy. Między innymi po to, aby pytać Tosię czy nie jest Jej za zimno? Bo jeśli jest, to zwiększy ogrzewanie w całym pociągu. – W końcu to Panienki urodziny – dodaje -więc to Panienka może mieć życzenia jakie chce.
Mojej „drugiej Córce” zostawiłam na pożegnanie swojego pojemnego powerbanka, aby już nie miała tyle niepotrzebnych, stresujących przygód…
W końcu Mama musi myśleć o wszystkim…
Na dworcu, przed północą, czekał na nas Adaś. W aucie spał Benio w piżamie.
W domu czekał urodzinowy bukiet balonów od sąsiadów.
Kiedy poszłam dać Tosi buziaka przed snem, szepnęła – fajnie Mamo, że pomogłaś tej dziewczynie…
– Nie tylko ja Kochanie miałam w tym swój udział. To ten Konduktor z wielki sercem, zrozumieniem, empatią i bystrością myślenia. Zbieg okoliczności i pokora tej Dziewczyny.
To nigdy nie jest jednostka. Może być zapalnik, ale w całości, to czasami cała armia. 
Chcę Córeczko, aby ta historia pokazała Ci jedną ważną rzecz…
Nie ma rzeczy niemożliwych. Najwyżej składają się one z dziesiątek tych możliwych…
Zacznij robić pierwszą, a reszta potoczy się sama…
Tak zbudujesz świat pełen pięknych, niemożliwych rzeczy do spełnienia…

39

Jest taki rodzaj letniego powietrza, w którym wszystko stoi w miejscu.
Ten spokój nie zwiastuje nadchodzącej burzy i silnego gradobicia.
Wręcz przeciwnie. Unosząca się nad ziemią cisza, w jednostajnym kołysaniu, pomrukiwaniu ruchu liści, bzyczeniu owadów, zapachu suchych traw, daje poczucie całkowitego zatrzymania się w czasie. Pojawia się wrażenie jakby planety przestały krążyć wokół słońca, jakby fale na oceanach zapadły w letarg, a kolejny dzień był tylko iluzją i złudzeniem. To ten rodzaj zjawiska atmosferycznego, który nie bacząc na nic, ma nad Tobą całkowitą władzę i poprzez swój obraz zmusza Cię do bezwładnego pozostania w chwili obecnej.
Siedziałam przy kuchennym stole mojej siostry, w jej drewnianym domu pośrodku lasu, gdy kłosy rosnącego obok zboża tkwiły w bezruchu.
Na tymi kłosami unosił się skwar. Krajobraz w oddali zdawał się być rozmazany poprzez wiszącą przez ostatnie dni falę upałów.
Oplatający dom bluszcz, unosił co rusz jeden z liści, który pokazywał się i znikał w kuchennym oknie. Widocznie robił się tam jakiś przesmyk powietrza.
Kiedy ten liść opadał w dół, ukazywała się za nim alejka, na końcu której znajdowała się asfaltowa droga. Tam też życie jakby stanęło w miejscu.
Zjadłam sernik udekorowany na górze porzeczką. Rozpłynął mi się w ustach.
Benio chodził między podwórkami. Między rosołem u Babci, a słodyczami u Cioci.
Tosia wyciągała z walizki sztuczne, kolorowe włosy, z których pragnie porobić kuzynkom warkoczyki.
Dostałam kombinezon, którego szukałam na vintage od roku. Dobrze mieć siostrę, która potrafi znaleźć wszystko. Leży idealnie. Muszę znaleźć Jej coś nowego do szukania.
Mama dała mi koszyk jaj. „Zostaw sobie ile chcesz, resztę daj Teściowej” – powiedziała.
Tata szykował się do popołudniowej drzemki, ale zdążyłam wytłumaczyć Mu jak zakrapiać Beniowi oko. Bo wiadomo, że Dziadek dzięki cierpliwości delikatności kropi najlepiej.
W drodze powrotnej słuchałam poleconego przez siostrę wystąpienia Jacka Walkiewicza.
Wspomina On we fragmencie o pewnej rozmowie. Przytoczę.
Stoi na przyjęciu On i dwóch mężczyzn. Kiedy jeden z Nich dowiaduje się, że jest On psychologiem, zaczyna się zwierzać – Przez dziesięć lat mówiłem żonie, żeby nie zostawiała mydelniczki pod prysznicem. Robią się wtedy z mydła gluty, którymi nie da się potem umyć.
I po dziesięciu latach, kiedy tego nie zmieniała w końcu się rozwiodłem.
Stojący jeszcze z Nimi inżynier skomentował – Dziesięć lat? I przez dziesięć lat nie wpadłeś na to, żeby zrobić w mydelniczce dziury?!
Przepiękna przypowieść o tym, że jeśli chcemy zmian, to musimy zmienić coś w sobie.
Zmienić coś od siebie. Zamiast nieustannie żądać zmian u innych.
Kiedy wróciłam, wyciągnęłam z garażu nasze stare auto i pojechałam z otwartymi oknami cieszyć się zachodzącym słońcem i okolicznymi wsiami.
Pojechałam zamówić urodzinowy tort i do Madzi po czerwone cebule. Zrobie tę dobrą sałatkę. Latami jej nie robiłam.
Teściowej zawiozłam jajka. Sobie zostawiłam czterdzieści.
Odebrałam paczkę z paczkomatu.
Kiedy już zmierzchało założyłam słuchawki do uszu i poszłam na spacer po przydomowych lasach. Spotkałam sąsiadów, a Ich pies uślinił mi kurtkę. Morda nasza.
Mama zadzwoniła zapytać czy sok z malin to mi robić sam, czy przeciskać przez sito i miąższ zostawiać na dole słoiczka? Mówi też, że to samo zdrowie, ten miąższ.
Odpowiadam zatem – zostawiaj. Cieszy się jak jest po jej myśli.
Adasiowi odgrzałam leczo, które Justynka dała mi dla Niego do słoika.
Napisałam do Niej czy robiła je z głowy, czy z przepisu.
Odpisała, że mogę zadzwonić to mi powie jak robiła jeśli nam smakowało. Jeśli nie, to się mam głupio nie pytać i spadać. (tutaj były przekleństwa, ale nauczycielce nie wypada a i Mamusia zła jak przeklinamy.)
Odpisałam Jej, że pytam bo było w …. niedobre i żebym kiedyś przez przypadek podobnego nie zrobiła.
No ale na pieczonym boczku robi. Zrobię jutro. Gościom na urodziny. Przepis ma z głowy.
Pozbierałam z tarasu klapek czterysta par. Może jak dzieci tydzień nie będzie, to będę mieć chwilę choć przestrzeń na tym dywaniku około-drzwiowym.
Do wanny wlałam wodę i dosypałam soli jaśminowo – waniliowej z lidla za 3,79.
Mam wysprzątane w domu.
Mam wolną głowę jak nigdy wcześniej.
Pełną dobrej, lekkiej energii.
Zdrowych rodziców i teściów.
Siostrę wariatkę.
Fantastycznych przyjaciół.
Męża, który imponuje mi jak nikt inny na tym świecie.
Normalne, fajne dzieci.
Pasję do życia.
Wiarę, że dostajemy to, na co czekamy i czym wypełniona jest nasza głowa.
Mam czas na zapatrzenie się, w kołujący w powietrzu sierpniowy skwar.
Za dwa dni mam 39 lat i najpiękniejsze życie z możliwych.


Katamaran. Wyspy Jońskie.

Zanim napiszę parę słów, zostawię Wam obraz. Myślę, że on powie wszystko.
(Pamiętajcie proszę na kółeczku zębatym ustawić jakość 1080.)

Mogłabym napisać wiele przymiotników.
Było cudownie, zjawiskowo, wspaniale…
Jednakże żadne z powyższych nie odda tego towarzyszącego nam uczucia.
Uczucia podczas rejsu oraz zebranych wspomnień
I myślę, że było to możliwe, bo zagrało nam po prostu wszystko…
Zacznijmy od początku.
Zadzwoniła do mnie Madzia z zapytaniem czy chciałabym jechać na taki rejs…
Z Madzią znamy się jakiś czas. Mieszkała we wsi obok oraz przyjaźniła się z naszymi sąsiadami.
Od pewnego czasu pracuje dla firmy, która organizuje rejsy i w celu zrobienia zdjęć reklamowych poszukiwała blogerskiej rodziny.
Mój Adaś co jakiś czas mówił o katamaranie…
Ale co siadaliśmy do poszukiwań, to nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie uderzyć, co jest sprawdzone… Zwyczajnie nie wiedzieliśmy jak się do tego zabrać, a co najważniejsze, co wybrać aby wybór był trafiony.
A tu nagle telefon…
Chyba jednak ten czas jest odpowiedzią na wszystko…
Samolotem na Korfu. Muszę tam wrócić, bo nie było czasu zwiedzać, a coś czuję, że będzie mi się baaaardzo podobało. Tam jakby czas się zatrzymał.
Z Korfu promem do Igumenitsy, a potem autem do Prevezy.
Tam cumuje katamaran.
Najważniejsze… Nigdy nie wybrałabym się na łódkę z dziećmi.
Znam ludzi, którzy pływają i są zachwyceni, jednak w życiu trzeba mocno znać swoje potrzeby, aby wybrać wakacje pod siebie. Maniacy żagli nie wsiedliby na katamaran. Za to ja jestem zainteresowana tylko taką formą.
Na łódce zwariowałyby moje dzieci, a ja przed nimi. Jest zdecydowanie za mała.
Nasz katamaran był tak duży, że każdy mógł mieć swoją przestrzeń.
Cztery kajuty, każda z własną łazienką. Dwa łóżka na przedsionkach.
Duży salon z kuchnią. W kuchni express, toster, trzepaczki do jajek i wszystko, wszystko co potrzeba…
Na zewnątrz też stół z „kanapą”, obok dwie kolejne kanapy, materac na rufie.
Ogromna siatka na przodzie. Mostek. No miejsca ogrom.
I kolejny plus jak dla mnie to fakt, że nie bujało tak jak na łódce.
Ja jestem strachliwa więc wolę się w ten strach nie pchać.
Wody tam spokojne, a katamaran stabilny. Idealnie.
Na wyposażeniu ponton, dwa sup’y, maski, rurki, hamaki, materace i dużo, dużo innych gadżetów..
Ale takie szczegóły znajdziecie na stronie Ocenias i Bluecharter.
Co ze sobą zabrać? Nic oprócz strojów kąpielowych i dwóch zestawów ubrań na schodzenie na ląd. Ani się tam człowiek nie maluje, ani nie ubiera. Wstajesz rano i zakładasz strój.
No i książkę trzeba zabrać 🙂
Dzieci? Rejs zniosły rewelacyjnie. Tylko Tosia, która ma chorobę lokomocyjną tam też wzięła sobie w dwa popołudnia aviomarin i pospała dwie godzinki.
Trasa rejsu.. Są wytyczone, ale nasz Kapitan zmieniał kursy, gdy na przykład Madzi wymarzyła się Kefalonia. Totalny luz podróży. Wypływamy o której chcemy, zostajemy na plażach ile chcemy… No chyba, że spieszyliśmy się na otwarcie mostu…
Odwiedziliśmy wyspy Vonitsa, Kalamos, Mitiki, Atokos, Kefalonia i ten jeden raz nie spaliśmy na dziko tylko w Porto Spilia w porcie szalonego Babisa, który jeździł motorówką jak koniem (tam jest na fragmencie filmu). W Atokos chodziły po plaży świnki. Mam i malutkie czarnuszki. Była też wyspa, na której mieszkały same kozy. A że nie miały wody słodkiej, pitnej to żyły na słonej. Tak się potrafiły dostosować.
Trafiliśmy fantastycznego Kapitana. Choć teraz nazywają Ich skiperami, to ja wciąż wolę pozostać przy klasyce w nazewnictwie…
Tosia co rano szła na mostek „Kapitanować”.
Tam Filip uczył ją przeróżnych opcji wiązania lin, które były powiązane z historiami.
Dawał ster i słuchał Jej niekończących się opowieści :))
Po dwóch dniach miałam wrażenie, że zwyczajnie przyjechał z nami.
Tydzień na wspólnej przestrzeni to duży egzamin dla relacji międzyludzkich.
Myślę, że zdaliśmy go celująco.
Śniadania i obiady bez słów. Ten wyciągał produkty, już wrzucał na patelnie, tamten zbierał talerze, mył…
Tylko Adaś miał rolę przy pilnowaniu dzieci w wodzie, bo do kuchni to on się nie garnie.
No i kotwica z linami była też w jego zakresie obowiązków.
Marek był wspaniałym łowcą wodnych potworów.
Madzie oparzyła meduza.
Każdy dzień przepełniony przygodami..
Wieczory do późna w dzikich zatoczkach, przy chłodnym winku i głośnych cykadach.
Zdecydowanie nie da się porównać tego rodzaju wypoczynku do żadnych innych wakacji.
Już planujemy rejs za rok po Chorwackich wyspach.
Wstawaliśmy rano. Kawka. Potem Filip ruszał, robiliśmy śniadanko i dobijaliśmy gdzieś, gdzie dzieci mogły się bawić w wodzie. Potem ruszaliśmy do kolejnego miejsca.
Czasami na dziko, czasami w porcie.
I choć ja nie lubię wakacji z własnym wyżywieniem, bo nie po to jadę żeby przy garach stać, to w tamtych okolicznościach przyrody i z tak zgranym zespołem było to niezauważalne, a wręcz przyjemne.
Ach! No i milion ciekawostek.. Jak to, że do portu przybija się w ubraniu.
Nie można w stroju kąpielowym.
Do końca myślałam, że nas Filippo w to wkręca.
Na łódce, która też była ze stajni Oceanis, pływał Bruno. Pracował w Marynarce Wojennej więc domyślacie się ile miał fajnych historii do opowiedzenia, gdy przypływał do nas wpław, gdy akurat cumował obok.
A Filipa to żeśmy już całkowicie zalali pytaniami.
Mnie takie życie na wodzie ciekawiło niezmiernie.
Kiedy na początku powiedział mi, że Mama bardzo się cieszyła, gdy udało Mu się skończyć liceum, bo podjeżdżał pod szkołę, patrzył na niebo i kierował swoje kroki nad jezioro zamiast na lekcję, po raz kolejny upewniłam się , że nic nie prowadzi przez życie piękniej niż pasja…
No a jak opowiadał, że pływał po Lofotach to miałam ochotę umrzeć z zazdrości!
Mijają dni a ja wciąż nie mogę wyjść z zachwytu.
Fajnie, że ta Madzia pomyślała o mnie..
Fajnie, że ten mój Adaś mnie przekonał..
I czy wiecie, że nadal płynę…?
Słyszę te fale, gdy zamykam oczy przed snem…
Jakże się cieszę, że gdy je otwieram, ta podróż snem nie jest…