Archive for Maj, 2021

  • z przymrużeniem oka…

    Normalnie patrzę na to wszystko co się dookoła mnie dzieje z przymrużeniem oka.
    Inaczej szłoby zwariować. Wiecie, patrzę tak tym jednym zdrowym okiem spod byka.
    I trochę się jakby mnie boją. Choć może tylko mi się tak wydaje… Że wciąż sieje postrach.
    A to teraz tylko politowanie…
    No ale.. nie mogę mieć do nikogo żalu, bo sama to zaczęłam mówiąc do sąsiadów trzy dni po powrocie ze szpitala – „Będę Was wyglądać.” I parsknęłam śmiechem.
    A Oni wszyscy szybko podłapali. I powiem Wam, że rekonwalescencja żartem jeśli się te chorobę czy ułomność zaprosi na kabaretową scenę, może być naprawdę najlepszym lekarstwem…

    Pojechałam zakupić piękne, dorodne drzewa do wsadzenia na ogrodzie. Wiecie, z wielkim trudem, podnosząc głowę do góry i ślepiąc w te słońce jedną gałką – wybrałam.
    Gałęzie szerokie, wysokie, gęste. Tak żeby mi zasłoniły fajnie to, co zasłonić chciałam.
    Przyjeżdżają te drzewa. Wychodzę jakże uradowana. A Ogrodnik wyciąga nożyce i mi te gałęzie – ciach! ciach! ciach!
    Rany Boskie! – krzyczę! – Co Ty robisz? Przecież ja je ze względu na te gałęzie wybrałam!
    Muszę przyciąć gałęzie do rozmiaru korzeni, inaczej ci padnie – odpowiada wymierzając prawie te nożyce we mnie. Żebym bardziej uwierzyła, bo wie, że ja wszystkie prawdy tego świata znam najlepiej.
    Przecież ja się popłaczę zaraz – straszę. Choć na płacz naprawdę mi się zbiera.
    Co Ci za różnica jakie masz gałęzie, przecież i tak nie widzisz. – komentuje on. Dalej tnąc.
    No i pozamiatane. Zostałam bez gałęzi i bez słowa. Ze śmiechem.

    Wymieniane maile z moim przyjacielem informatykiem brzmią tak…
    „Jula, na moje OKO to jest to” (i tutaj wysyła mi plakat do druku)
    „Dzięki Marcinku, widOCZNIE to jest to.”
    „OCZYwiście zawsze możesz na mnie liczyć” – odpisuje zaś On.
    „SpOCZKO” – Mu potwierdzam.
    Kiedy Marcin dowiedział się o moim ubytku ocznym skomentował
    – To co? Już nici z naszego ulubionego hasła „I co zrobisz? Wyjmiesz oko? Oka nie wyjmiesz”.
    No oka nie wyjmiesz, ale zawsze możesz się jeszcze pośmiać. Bierzesz to co zostaje. Bez zastanowienia.

    Sąsiadka pisze wiadomość przed wieczornym sąsiedzkim spotkaniem…
    „Kupiłam dzieciom chipsy, choć wiem, że nie lubisz, ale to najwyżej przymkniesz na to OKO.”

    Mam wrażenie, że wszyscy bierzemy udział w czelendżu – kto wymyśli najwięcej ocznych gagów…

    Nosz! Nawet mój syn. Lat sześć.
    Robię Mu pogadankę. Życiową. Bo się wobec siostry brzydko zachował.
    I mówię, jak to Matki mawiają…
    – Mnie i Tatusia kiedyś Synku zabraknie, to Tosia jest najważniejszą osobą w Twoim życiu. Musisz o Nią dbać, jak Ona pięknie dba o Ciebie. Żebyś nie został w życiu sam jak palec.
    Patrzy na mnie poważnie. Myślę w duchu -uff, zrozumiał. A On mówi…
    – Sam? Jak palec? – tu wystawia mi swoją małą dłoń blisko przed oczy – Wies Mama, ty faktycnie nie widzis, bo palcy to jest pięć. 

    Piszemy ze Szwagierką smsy. Nie możemy podjąć decyzji więc Ona w końcu pisze…
    „Dobra, jutro to przedyskutujemy w cztery OCZY.” Po czym dodaje „Acha! To niemożliwe. Sorry.”

    Moja miłość do twórczości Krzysztofa Krawczyka była od dziecka ogromna.
    Nawet kuzynki się ze mnie śmiały, bo będąc dzieckiem wszędzie pisałam, że Krawczyk jest artystą na europejską skalę światową.
    Jako, że całe życie miał jedno oko mniejsze, a i ja mam teraz je znacznie mniejsze, to skleiłam swoje i jego zdjęcie obok. My razem z tymi mniejszymi oczami.
    Wysyłałam wszystkim i pisałam, że prawdziwi fani zrobią wiele dla artysty.
    Odpisywali mi, że jestem naOCZNYM debilem.

    Gadam z Kamilą przez telefon. Relacjonuję Jej co u nas. Jaka pogoda, bo u nas leje, a u Niej 30 stopni w cieniu od stworzenia świata. Idę po domu i tak gadam. Co na obiad. Co posadzone. Taras posprzątany.
    Przechodzę koło męża swego, to na Niego poujadałam. Wiecie, zwyczajowo tak poobrażałam jak czasami chłopa do przyjaciółki należy. On wtedy leje z tego pod nosem.
    Na co Ona mi – Zobaczysz, On Cię kiedyś za te słowa zostawi i wtedy PRZEJRZYSZ na OCZY!
    Wiadomym jest oczywiście i nie muszę Wam pisać, że nie wiem gdzie miałby On oczy gdyby mnie zostawił…

    W święta też… Se robimy jaja z moją siostrą z tych naszych chłopów. Taki rodzinny udany zwyczaj.
    I ja mówię tej Siostrze mej – Ty szukaj nowego, póki jeszcze możesz. Bo ja, to ani żadnego nie wypatrzę, ani nikt już mnie z tym jednym okiem nie zechce…

    Dzwoni mój strapiony kolega Orson, gdy dowiedział się o wypadku…
    – I co Jula? Dolałaś oliwy do ognia, co?

    Często Ktoś pyta mnie czy się szczepię i czy szczepić będę.
    Ja na razie o tym nie rozmyślam, bo mój organizm jest tak wypompowany, że musimy odczekać.
    Ale odpowiadam, że na razie będę się temu, co się dzieje ze szczepionymi, przyglądać.
    A jako, że tylko jednym okiem, to wiele mogę nie dojrzeć.

    Mój mąż jedzie na szkolenie integracyjne… Wiecie? Szkolą się, że doktoraty by szło po powrocie robić.
    No to schodzę po schodach i mówię – Rozumiem, że tak z żonami fajnie jedziecie?
    – Ach Puszku, co Ty… Po co żony?
    – Ty myślisz, że ja teraz na wiele rzeczy OKO przymknę?
    – No tak myślałem. Że teraz nie widzisz przeszkód.

    Leczenie też nie przebiega poważnie.
    Lekarz mój z milionem tytułów przed nazwiskiem mi mówi, że nie ma dla mnie nic przeciwbólowego, bo cierpienie uszlachetnia. Po czym proponuje pas cierpienia na udo rodem z Kodu Leonarda da Vinci. I jak boli oko to dociskać.
    Kiedy pytam o ściąganie szwów i przebieg zabiegu, czy pod narkozą czy znieczuleniem, poważnie mi wyjaśnia, że … Pacjentowi wkłada się kołek w usta, a pod dupę wkłada wiadro, bo srają z bólu.
    Tego, który wykonuje zabieg zwią na zapleczu rzeźnik.
    Uwielbiam Wariata.

    W ogóle o moje zdrowie dbają mądre głowy.
    Siedzę u mojej Cudownej Pani Lekarki.
    Z kaszlem siedzę. Coś tam notuje Ona, a ja mówię…
    – Umówiłam się do foniatry.
    – Gdzie się umówiłaś? – podnosi głowę znad papierów.
    – No do foniatry, żeby mi wykluczył te struny głosowe. Że to nie są żadne guzki, a faktycznie to tiki nerwowe mi dolegają.
    – Julka – spogląda teraz na mnie poważnie – ja Ci powiem co Ci dolega. Ty jesteś po prostu z natury popierdolona.
    Działa. Kurwa, powiem Wam, że działa.
    Co mi zaczyna dolegać, to se tylko w myślach przypomnę – Julka, to tylko stan popierdolenia.
    I powiem Wam, jak ręką odjął. Po trzydziestu latach taka diagnoza.
    Działa jak żadna inna. Foniatrę odmówiłam.

    Mam wrażenie, że ten rodzaj terapii pt. „złapmy dystans” odniesie ogromny skutek.
    Bo kiedy się śmieje, to odruchowo przymykają mi się oczy i zapominam, że nie widzę dość dobrze.

    Ale prawda jest taka, że nawet kiedy już wyzdrowieję…
    Znaczy dojdę do siebie, bo uparłam się, że dojdę.  To nadal pozostanę w świecie wariatów…
    Odzyskanie wzroku nic nie zmieni. Skoro jego utrata nic nie zmieniła, to i odzyskanie nic nie wskóra.
    Tak się to moje życie jednolitym, głupkowatym torem kolebocze….
    No bo taka moja siostra na przykład… Pani Nauczycielka po czterdziestce.
    Przysyła mi wiadomość na whats’upie…
    (Mama na wycieczce nad morzem była, a Tato imieninowy – taka podpowiedź)

    Dzisiaj wstaje
    Myśle sobie
    Cóż na imieniny zrobię
    Jędruś bowiem został sam
    gdyż Elutka poszła w tan.
    Wpadam ja na pomysł owy,
    Że podsmacze tatusiowi.
    I rozkładam se stolnicę
    Na niej walki, maselnice
    Mąki, jaja i dodatki
    Najpyszniejsze aromatki
    Żeby grzyby i kapusta
    Wypełniła tatki usta!
    Już pierogi se wałkuje
    Z cicha nawet podśpiewuje.
    Do roboty tak się rwałam
    Że aż wałek ujebałam!

    Wyślę na ten dowód zdjęcie
    A tateńko w testamencie
    Niech przepisze mająteczek
    Starczy wtedy na wałeczek!

    (I tutaj następuje zdjęcie ułamanego drewnianego wałka.)

    I powiem Wam, że jak się życia nie bierze czasami na żarty, to te życie wtedy ciemne choć oko wykol.

  • gdzie jest życie?

    Jeśli sięgnąć by pamięcią do tego co było…
    Co przez lata długie, towarzysząc człowiekowi się gdzieś tu i obok działo…
    Odnaleźć to, gdzie jest życie… To gdzie sięgać? Co w pamięci przywoływać?
    Co istotnym, a co mniej? Czy to co pamięć wciąż pamięta? Czy to co z pamięci już dawno uleciało?
    Czy szukać w drobnych czy w wielkich sprawach?
    Może należy dać obrazom samym w myśli nasze wlecieć?
    Otworzyć przestrzeń w głowie jak okno się otwiera. Szeroko. I czekać.
    W tych myślach nie przebierać. Brać wszystkie, jak nadchodzą.
    Może właśnie te są życiem naszym? Skoro się jako pierwsze pchają?
    Nie sortować. Swoimi dorosłymi wymaganiami nie odrzucać zbyt prędko. Albo wcale.
    Dać tym myślom płynąć… Swobodnie.
    Bez pośpiechu każdy szczegół w ręce złapać…

    Kiedy pytam sama siebie? Gdzie jest życie moje?
    Z czego składa się najbardziej?
    Zupełnie absurdalne chwile do głowy mi wpadają.
    A może właśnie tam najbardziej jest?

    Może jest tam w tej kuchni odrapanej, bez kawałka sufitu. U Kamili mojej.
    Siedzę na krześle, przez małe okienko wpada prosto na stół odrobina światła. Jej smukłe palce przewijają się pomiędzy moimi warkoczykami.
    Jeszcze tylko sto – mówi Ona. Zabiję Cię jak je jeszcze raz zrobisz – dodaje ze śmiechem.
    Potem w przeciągu kilku lat rozplątuje mi je jeszcze dwa razy.

    Kiedy pozwalam wpływać myślom swobodnie, widzę mojego licealnego chłopaka Krzysia.
    Jak rozkłada w moim wynajętym mieszkaniu wykładzinę, którą udało się kupić wyjątkowo tanio.
    Swoimi niezwykle kościstymi kolanami klęka na podłodze i przycina nożykiem przy rurkach kaloryfera.

    Widzę taras mojego rodzinnego domu spowity już wieczorną szarością.
    Tym tarasem gęsiego, bo wąski, wchodzą siostry koledzy z klasy. Chodziła do Technikum Leśnego i byli prawie sami koledzy. Rodziców nie ma w domu, ale wiedzą, że koledzy są. Zawsze o wszystkim wiedzieli.
    Stoję w drzwiach i się przyglądam. Mam może odrobinę ponad dziesięć lat.
    Moja siostra nachyla się do mnie i mówi cicho z groźną miną – tylko proszę Cię zachowuj się i nie przechwalaj. Chyba uważała to szybkie pouczenie za wystarczające, bo potem mam wrażenie jakbym razem z nimi miała zdawać egzamin z siewnika do rozsiewania nasion drobnych.

    Zaraz po tej myśli, która okazuje się być życiem prawdziwym, pojawia się obraz na naszym domowym ogródku. Przy stole siedzi liczna grupa naszych zbieranych latami przyjaciół i moi rodzice.
    Zbliża się północ. Szymon śpi a Orson kładzie Mu, takiemu śpiącemu, kromkę chleba na głowę i mówi – Chudy, wstawaj, Ty masz chleb na głowie.
    Chudego rodzice mieli piekarnię i rozwoził codziennie o czwartej rano chleb po okolicznych sklepach.
    Śmiejemy się wszyscy równie mocno.

    Pomiędzy wszystkimi wspomnieniami, które wpadają mi do głowy, jak krótka reklama na filmie przewija się wciąż ten sam obrazek. Jak Mama otwiera małe okienko w dużym korytarzu i woła do warsztatu Taty – Andrzej! Obiad!

    Teraz stoję na boisku szkolnym a Pani Wuefistka robi mi reprymendę, że zanim zacznę ćwiczyć mam ściągnąć wszystkie rzemyki i zmienić obuwie z glanów na trampki.
    Zanim to zrobię wymieniam wszystkie swoje przekonania, które utrudniają mi ten ruch.
    W drodze powrotnej do domu psioczę na Nią pod nosem.
    Wieczorem, przy prasowaniu na ławie, na którą układało się gruby koc a na to ręcznik, Mama mówi mi, że spotkała się z Panią Wuefistką. Doszło do spotkania na przystanku autobusowym, który mieścił się zaraz obok kiosku mojej Mamy.
    Powiedziała – Ela, jak ja te twoją Julę lubię, co to jest za charakterne dziewcze.
    I potem na każdym wuefie mówię o przekonaniach już mniej i lekko się uśmiecham.

    Andrzej!Obiad!

    Siedzę na miejscu pasażera w naszym niebieskim aucie Suzuki. W niedzielę. Dziwne było to auto. Teraz można spotkać je w Egipcie. Mocno zdezelowane. Wtedy było ok. Tylko może nadkola odrobinę zgniłe.
    Czekamy z Tatą aż nadjedzie autobus z Łodzi do Częstochowy. Tam przesiadałam się na pociąg do Krakowa. Tata wyciąga pieniądze z tylnej kieszeni, odlicza i mówi – Tylko proszę rozważnie, nie tak łatwo jest zarobić pieniążki. Mówi to w każdą niedzielę przez te moje cztery lata liceum.

    Andrzej!  Obiad!

    Siedzimy z moją siostrą obok siebie w kościelnej ławie. Ja jestem mała, Ona pięć lat większa.
    Przychodzi spod ołtarza, klęka i potajemnie wyciąga z buzi opłatek, który ja biorę i wkładam do swojej buzi.

    Andrzej! (Wiadomo co…) – Obiad!

    Ilość kart do telefonu, które miała moja Mama w kioskowej szafce była ogromna.
    Raz, że je kolekcjonowałam, to mi zbierała, dwa, jak ktoś zostawiał w budce, a był jeszcze jeden impuls to moja Mama brała, bo wiadomo, szkoda. A taki jeden impuls akurat wystarczał aby zadzwonić do domu.
    – Mamo, mogę zamknąć na chwilę kiosk? Idę do Magdy siku.
    – Idź dziecko. – tu przerywała się rozmowa, która była na długość jednego impulsa właśnie.
    Siedzimy z Magdą na trzepaku za Jej domem. Palimy papierosa na pół.
    Nie chce się palić i gaśnie. Nie zaciągnęłyśmy się ani razu, ale kaszlemy mocno.
    Bierzemy po dwie gumy do żucia.
    Zeskakuję z trzepaka i mówię – muszę iść, tam już pewnie kolejka.
    Kiedy idę do drzwi kiosku, mijam te kolejkę najdalej jak się da, bo wydaje mi się, że już cała wieś czuje, że paliłam.

    Trzymając wciąż w sobie pytanie – gdzie jest życie – wlatuje mi ta myśl, jak przestraszony przez otwarte okno ptak. Kotłuje się po głowie jak zwierzę szukając choć małej dziurki do ucieczki.
    Śpię na dużym materacu. W rodzinnym domu. W pokoju na górze. Czarnym, bo na czarno pomalował go Tata.
    Piękny, choć niektórym ludziom we wsi się nie widział. Taki czorny pokój – mówili.
    Słyszę jak na dole krząta się Mama. Jest wczesny poranek. Słyszę jak wchodzi do łazienki. A potem następuje taki dziwny dźwięk. Nie głośny. Nie huk. Ale przerażający. Staje na baczność i garściami rwę włosy z głowy. Wiem, że interferon Ją wykańcza. Ona nikomu się nie skarży.
    Jak już przeniósł Ją Tato na łóżko, taką wpół omdlałą od uderzenia, schodzę powoli na dół. Z wyrwanymi pomiędzy palcami włosami.
    Zanim postawię nogę na ostatnim stopniu, słyszę z pokoju głos Mamy – Przestańcie robić ceregiele. Wstaje i idę.
    Wstała wtedy i poszła.

    Andrzej! Obiad!

    – Czekajcie! Zrobię Wam wszystkim zdjęcie – krzyknął Adaś.
    Stoimy na tle esioka z przyczepką, który dostał Tato na 70’te urodziny.
    W przyczepce koce i poduszki. Torba z wałówką. Siadamy wszyscy. Tata kręci korbą i jedziemy.
    Z komina leci dym. Dzieci mówią – ale wstyd – kiedy przejeżdżają obok Audi a coś tam i Mercedesa klasy jakiejś tam. Na twarzy Taty maluje się to, co chciałby nam powiedzieć, a nie do końca potrafi. Nie musi mówić. Każdy z nas to widzi.
    Zdjęcie jeszcze robimy koło starej obórki, na ukochanej przez Tatę ziemi, którą odszykowaliśmy Mu również na te 7o’te urodziny. Piec koza, leżanka. Dwa fotele i stół. Ma tam swoją samotnię.
    Justynka mówi – patrz Tato, nie każdy na siedemdziesiąte urodziny dostaje wóz i mieszkanie.
    Na gniazdo obok wyszykowanej obórki jak co roku przyleciał bocian.
    – Dobra robię! – mówi Adaś wymierzając w nas telefoniczny aparat.
    – Czekaj, ściągnę opaskę z oka. – odkrzykuję bo wieje i wiatr słowa porywa.
    – Zostaw, będziesz miała pamiątkę. – dopowiada z boku Tata.

    Kiedy pozwolimy tym wspomnieniom swobodnie przepływać przez nasze ciało, bez segregacji i stopniowania, okazuje się, że odpowiedź na pytanie – gdzie jest życie? – jest zupełnie nie tam gdzie byśmy go szukali..
    Prawdziwe życie jest pomiędzy.

    Andrzej! Obiad!

  • z gazety..

    Jeśli szukałabym największego ze swoich uzależnień, tego, które zabrałabym na przysłowiową bezludną wyspę i tego, o którym uporczywie myślę, kiedy mi go brak… aż wreszcie tego też, które podczas zażywania sprawia, że odlatuję to… czytanie. I nie tyle książek, co poznawanie historii w ogóle. Opowieści. O ludziach, ich poglądach, dokonaniach, przejściach. Szukam w tym co czytam wytchnienia, mądrości. Szukam ukojenia. I zawsze znajduję. Bo jeśli nawet jest ich mniej niż się spodziewałam, bądź niż oczekuję – szukam dalej. Nigdy nie poprzestaję.
    Książki jak najlepszy przyjaciel pomogły mi w życiu w najtrudniejszych momentach.
    Pomogły mi radzić sobie z lękami, obawami i wszystkim tym, co chciałoby się pokonać, ale potrzebny jest czas i towarzyszący temu spokój. Czasami patrzę na niektórych ludzi i myślę sobie jak bardzo pragnęłabym móc zabrać i wykorzystać ich marnowany czas. Od młodości powtarzano mi, że nudzi się tylko człowiek nieciekawy i leniwy. Poza krótką nudą twórczą.
    Jest na świecie tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle sportów do uprawiania, tyle pasji do poznania, tyle dobrego dla świata do zrobienia… Ale nie wiemy o tym nic, dopóki nie zaczniemy… I nie bez powodu mawiają, że najtrudniej założyć but i wyciągnąć stopę do pierwszego kroku. 
    Pandemia spowodowała lawinę chorób psychicznych. Zaburzenia lękowe, depresje.
    68% – o tyle możesz zredukować poziom stresu czytając. 68%!! To jest ogromna pomoc dla umęczonego człowieka. Kto z niej korzysta?
    Czy Ktoś o tym mówi głośno? Czy Ktoś stosuję to jako terapię?
    Ileż ja się naproszę bliskich, którzy borykają się z nerwami… Ileż książek Im nakupuje, napożyczam…
    Nic. Ani zdania. A jeśli nawet, to próbują się usprawiedliwiać, że trudno się skupić…
    Dla mnie owe usprawiedliwienie jak w dzienniczku ucznia – Proszę o usprawiedliwienie nieobecności mojej córki. Nie była obecna, bo trudno rano wstać. 
    Z czytaniem jak z każdą inną w życiu pasją czy zdolnością… Trzeba się jej nauczyć. Trzeba dać jej swoją cierpliwość, zaangażowanie i wiarę w powodzenie.
    Książkę nie raz można zamknąć z hukiem jak drzwi auta na lekcjach jazdy.
    A potem… sunie się po autostradzie, w ognistych obłokach zachodzącego nieba z Jamsem Bluntem w tle.
    No dobra. Może z Tracy Chapman też. I ta jazda autem koi wszystkie nerwy i stresy.
    Trzeba zatem nauczyć się czytać, choć wydaje się nam, że zrobiliśmy to w pierwszej klasie.
    Trzeba odnaleźć swoją czytelniczą drogę. Kiedy już na nią wejdziesz, zrobisz wszystko, aby móc nią podążać. Od tylu lat czytam Wasze do mnie „listy”. Piszecie w nich podziękowania i prośby o polecenia kolejnych książek. Wtedy wiem, wtedy czuję, że mało jest w życiu większej satysfakcji niż ta, aby rozkochać drugiego człowieka w czytaniu… 
    O magii świata jaki istnieje podczas zatapiania się w książkach wie tylko ten, kto nigdy się nie poddał.
    Aby osiągnąć sukces trzeba coś z siebie dać. A to jeden z najważniejszych sukcesów w życiu… – dać sobie, swojej duszy, swojej głowie, swojemu sercu i układowi nerwowemu lekarstwo. 
    W bibliotekach jest za darmo. A czy w jakiejś aptece rozdają bez zapłaty psychotropy?

    Zanim wróciłam po wypadku do czytania książek, kupiłam kilka gazet. 
    Krótkie teksty. Wywiady. Aby nie poczuć rozczarowania gdy oczy nie dadzą rady przeczytać za jednym razem więcej. 
    Pomimo książek, internetu, wszechobecnej możliwości czytania wszędzie, gazety wciąż mają u mnie wiele miejsca. 
    Lubię w trakcie gotowania, czekania na dzieci, czy przy szybkiej kawie, przeczytać dobrą historię.
    Mam wrażenie, że odeszliśmy od gazet, bo tłumaczymy się tym, że w internecie jest teraz do przeczytania wszystko. Zgadzam się. Ale kiedy ostatnio wyszukaliście historię dotyczącą bohaterów wojennych, historię obrazu, biografię mało znanej postaci? Kiedy przeczytaliście dobry wywiad?
    Kiedy było to coś innego niż polityka i kolejne spekulacje odnośnie pandemii i towarzyszących jej szczepionek? 
    Dobry artykuł to piętnaście minut. Tylko piętnaście.Dziesięć. A może i mniej. 
    Nie oglądam instastories. Wiem, że nie jestem w stanie zobaczyć i poznać w życiu wszystkiego. Cenię swój czas i dlatego filtruję to, na co poświęcam wolną chwilę.
    Zatem… Kupiłam kilka gazet. Aby zacząć od czytania liter na papierze, które tworzą krótką, jedną całość.
    Trafiłam na wywiad, który przeczytałam dwa razy. Dwa. Bo tak dobrze było mi na duszy podczas zagłębiania się w jego treść…
    To kwintesencja życia do którego dążę. Które pochwalam, aprobuję i błogosławię.
    „ile człowiek człowiekowi może dać samym uśmiechem” – wyrywam fragment wywiadu Anny Dymnej.
    Taki trywialny. Aż wydawałoby się śmieszny i żałosny w swojej budowie.
    Tak. Dopóki nie zacznie się go stosować. Staram się jechać na rowerze z uśmiechem. Z uśmiechem wchodzić do sklepu i zdecydowanie jeszcze go poszerzać zbliżając się do ekspedientki.
    Z uśmiechem odbierać dziecko ze szkoły i z uśmiechem czekać w kolejce. 
    Moja siostra często mówi – to jest niesamowite, Ty i Mama to gdziekolwiek się nie pojawicie macie wiecznie jakieś przygody do opowiadania. Tak się faktycznie dzieje. Ale dopiero niedawno odkryłam dlaczego… Ten wieczny uśmiech to powoduje. On te przygody rozpoczyna. Te rozmowy z ludźmi, śmieszne sytuacje. A o ilu przykrych myślach w głowie pozwala zapomnieć. Wystarczy, że kilka osób odwzajemni ten nastrój i nagle to co Cię gnębiło, przeszło tylko do skali zadania, a nie problemu.
    „Mam zasadę, że unikam mówienia o kłopotach jak je mam. Próbuje zaczarować rzeczywistość”.
    Życie nauczyło mnie, że każdy problem który będziemy wyolbrzymiać faktycznie urośnie.
    Jestem zwolennikiem wyrzucania z siebie. Lęków czy obaw. Tego co nas gnębi, boli. Trzymanie w sobie to trucizna. Trzeba tylko wiedzieć do Kogo. Trafnie wybierać. I wiedzieć kiedy skończyć.
    To co dotychczas przeszłam pozwoliło mi uwierzyć, że nie ma tak, że za ścianą nie ma nic.
    Zawsze jest. I strach przed zburzeniem tej ściany towarzyszy od pierwszej z nich, do ostatniej pewnie, którą nam przyjdzie na starość burzyć. Tylko należy ten strach oswoić. Już człowiek wie jak najlepiej trzymać łom, od której strony zacząć aby się zbytnio nie kurzyło. Wtedy te problemy staną się normalną koleją losu. Jeśli dziś od rana mówiłabym o moim bólu, o dyskomforcie życia z jakim przyszło mi żyć,  stałabym się zrzędliwą, zgorzkniałą Julią, która nigdy nie odzyskałaby wzroku. A ja sobie myślę (i nie dlatego, że tak powinnam, tylko dlatego, że całą sobą tak czuję), jak to się wszystko dobrze toczy. Lubię czuć swoją siłę w tej drodze. A im więcej jej mam, tym więcej mam ochotę jeszcze jej z siebie wykrzesać.
    Ta siła to wdzięczność, pokora, i ciągłe żarty. Aż chyba zadedykuję temu kolejny wpis. 🙂 Ileż może powstać sytuacyjnych gagów z niewidomym 🙂
    Im więcej poświęcisz czasu i energii na opowiadanie o kłopotach, na ich roztrząsanie i rozpacz, tym mniej zostanie w Tobie siły na poradzenie sobie z nimi. 
    Czasami zwyczajne przeczekanie i przemilczenie rozwiązuje wszystko.
    „Pewnie, że czasem mam ochotę odpowiedzieć złością na złość. Pokazać zęby, bo takiej świętej cierpliwości do trudnych ludzi jak moja mama nie mam. Na szczęście! Ale nauczyłam się, że warto zareagować przekornie.”
    Po pierwsze, mam wrażenie, że Anna Dymna ukradła mi Mamę. Po drugie, jakże ja się zgadzam!
    Kiedy uda mi się na złość odpowiedzieć dowcipem, miłym słowem, czy tym przytaczanym tu uśmiechem, mam wrażenie, że wygrywam życie. Nie jedną bitwę, a całą „wojnę”. 
    Ten kto spróbuje raz, jak z czytaniem książek, nigdy z tego świata nie będzie chciał wychodzić.
    Ten sposób życia nadaje ogromnej lekkości istnienia i bytowania, na tym często pełnym złości padole.
    Niewiarygodne jak wiele mamy wpływu na tarczę, która chroni nas przed czyjąś złością. Wystarczy się w nią nie dać wciągnąć.
    „dlatego lubię myśleć, że ludzie chcą być dobrzy, tylko nie zawsze im to wychodzi. Przerasta ich presja, pokutują za wzorce. Jak się Im stworzy szansę, by mogli być dobrzy, wielu chce skorzystać.”
    To zdanie jest dla mnie kwintesencją tego wywiadu. 
    Myślę sobie, że dostałam od życia wszystko. Kraj bez wojny. Cudownych rodziców. Niezwykłą siostrę. Zdrowe ciało. Piękne dzieciństwo i młodość. Aż w końcu wymarzoną dorosłość. 
    Myślę sobie, że moim obowiązkiem jest dawać szansę innym. Że Ci, którzy tego nie dostali często nie wiedzą jak być dobrym. A nawet jak wiedzą, trudno wcielić to w życie. Z tym dobrem jak z językiem.
    Dziecko, które wychowuję się w dwujęzycznej rodzinie mówi płynnie w dwóch językach. Bez względu na jego predyspozycje językowe, włada nimi bez trudności. Inni muszą się tego drugiego języka uczyć w dorosłym życiu poprzez różne metody.
    Dziecko wychowywane z wzorcem dobra w rodzinnym domu, włada nim bez trudności. Inni, którzy tego nie otrzymali, muszą uczyć się tego jak obcego dla niego języka. 
    Wciąż nie mogę się nadziwić temu, jak pięknie tego języka nauczyła się moja przyjaciółka.
    Całe życie nie widziała zbyt dużo dobrego… Przez długie lata nie wiedziała nawet jak czynić inaczej.
    Tak bardzo chciała to zmienić, że uciekała się do książek, psychologów, aż wreszcie do prób w życiu realnym. Te dobre zachowania wobec innych pokazały Jej, że życie w taki sposób bywa piękne. 
    Nauczyła się tego jak i języków. A włada kilkoma. Perfekcyjnie. Jak lokalni obywatele. Jednak najpiękniej włada mową dobroci.
    Kiedy nie udaje mi się być dobrą, nie starcza mi czasami na to sił, czy zwyczajnie się zagapię, albo pełnia księżyca wpłynie na mój nastrój, mam do siebie żal jakiego nie miewam o nic innego.
    Zawodzę sama siebie. Bo to przed sobą musimy się najmocniej tłumaczyć. Tylko my znamy prawdę o nas samych. A to najważniejsze o co warto w życiu „walczyć”. By wygrywać dobrem.
     „Gdy sobie przypomnę, że ta szklanka wody, którą często wypijam machinalnie, to czyjeś największe marzenie, już inaczej ją piję i jeszcze bardziej mi smakuje.” – to zdanie kończące historie o dziewczynie, którą zapytano o jej marzenie. Miała chore nerki i marzyła o tym aby wypić szklankę wody duszkiem, a potem zwyczajnie się wysikać. Ludzie z tą chorobą nerek muszą liczyć każdą wypijaną kroplę i niewyobrażalnie cierpią przy ich wydalaniu.
    Kiedyś wydawało mi się, że obcięcie dzieciom paznokci to normalny, matczyny obowiązek.
    Dziś, kiedy widzę te małe paluszki i potrafię trafić nożyczkami, traktuje to jak niewyobrażalny wręcz rodzicielski przywilej. Móc obciąć dzieciom paznokcie. 
    Jest taki piękny cytat Wiesława Myśliwskiego (tu ponownie przychodzi mi myśl o mocy czytania i możliwości pławienia się w słowach.)
    „Czasem w chorobie więcej się czuje niż przy zdrowiu. Zdrowie zamula, a przy chorobie może taka jasność przyjść, że widzisz, czego w zdrowiu nigdy nie zobaczysz.”
    Może to szczęście nie widzieć, tej jasności nie zaznać? Może właśnie wtedy, gdy zdrowie dopisuje, mamy prawo nie rozmyślać nad każdym przywilejem dzięki posiadanemu zdrowi i sprawności?
    Może gdybyśmy przyklękali przed każdym najdrobniejszym szczęściem, to zapominalibyśmy zwyczajnie żyć? Może zatem wystarczy nie galopować w narzekaniu? W oszczerstwach wobec życia?
    Może wystarczy zatrzymać się raz w ciągu dnia? Może dwa? Może przy tej właśnie szklance wody?
    „Znam wiele ludzkich losów i są one potwierdzeniem słów wielu filozofów, że największym cierpieniem człowieka jest samotność”. 
    Kiedy kilka dni temu trafiłam na ten wywiad Ani Dymnej, odniosłam wrażenie, że jeszcze nikt dotychczas nie trafił tak mocno ze swoimi wyznaniami wobec życia odzwierciedlając moje własne.
    „Gdy obok jest ktoś, gdy kochają i są kochani, nawet najgorsze cierpienie i kalectwo nie zabiera im szczęścia. Dla mnie to kolejny dowód, że człowiekowi najbardziej jest potrzebny drugi człowiek – nie sukces, bogactwa, czy inna pozycja z listy rzeczy, za którymi tak gonimy.”
    Każdy z nas ma swoją siłę. To ona nas podnosi, unosi na powierzchni. Jak każda z sił, musi być napędzana. Nie odnaleziono jeszcze perpetuum mobile.
    Pieniądze, sukces, sława napędzają na krótką chwilę i niestety złudnie. Proporcjonalnie więcej siły jest zabierane niż nam oddawane.
    Tylko ludzie, ich miłość, dobro i zwykłe wysłuchanie, mogą dać nam siłę, dzięki której życie staje się wojną, w której bitwy zwyciężamy prostym uśmiechem.
    „Pamiętaj, nigdy nie dementuj! Nie poświęcaj temu uwagi. Uśmiechaj się i mów „Naprawdę? Nie wiedziałam.” A potem idź, spokojnie rób swoje, jeśli nie masz czegoś na sumieniu.”
    Ostatnio z moim mężem, jeśli coś nas wkurza, mówimy, że się temu dziwimy. O jak my się dziwimy. Sytuacjom jakie zaistnieją, ludzkim zachowaniom, polityce (choć to ostatnio w ogóle nas nie zajmuje).
    Zamieniamy złość na zdziwienie. I sami się z tego śmiejemy. Ważne jest to, co w sobie rozbudujesz.
    Czy urośnie w środku do rangi robaka, który rozłoży macki w całym Twoim ciele, czy nie dasz sobie zarobaczyć swojego wnętrza…
    Można mówić „Naprawdę? Nie wiedziałam.” Ale można też jak kiedyś pisałam „Skoro tak mówisz, to na pewno masz rację.” 
    Doświadczenie w blogowaniu nauczyło mnie jednej rzeczy. Każdy hejt (jakież szczęście, że było ich tak mało, aż wyginęło całkiem) należy lekceważyć. Wszystko to, na co próbowałam odpowiadać, tłumaczyć, rosło w mojej głowie, w moim ciele. Rany Boskie! Przecież ja ciało mam jedno. Dla siebie, swoich dzieci, moich bliskich. Jakże można je poświęcać dla tej złej energii jaką niesie za sobą odpowiedź na hejt.
    To samo dotyczy tego, co mówią o nas inni w realnym życiu. Im szybciej to zostawiamy, tym mniej naszej wewnętrznej mocy nam ubywa. A moc, jak mówią, mamy w sobie jedną. Niechże nam jej do śmierci nie zabraknie na słowa ludzi, którzy trumny naszej nieść nie będą…

    Życie wbrew pozorom jest dosyć proste. Wystarczy nie mówić zbyt wiele o problemach, do gniewu i złości się uśmiechać, dawać ludziom szansę, uwagi ocenie innych nie poświęcać, doceniać, a w ludziach pokładać życia sens. Tak mówi Anna Dymna. A ja się z Nią zgadzam, bo w myśl tej samej wartości życia wychowała mnie moja Mama.
    Dodałabym jeszcze jeden składnik do tej potrawy dobrego życia… – czytać. Więcej czytać.