zdarzenia

Każdego dnia coś się dzieje. Jak w życiu każdego człowieka.
Nie dzieje się wiele temu, który jest wyjątkowy (zresztą co znaczy „wyjątkowy” i co taką osobę by miało określać?), a który potrafi swą codzienność traktować jako istotną a nie tylko przelotną….
Tych rzeczy milion, ale zostawię te, które z ostatnich dni wpadają mi do głowy.
Na przykład wczoraj….
Kto czytał post o załatwianiach mojej Mamy, ten wie, że na miejscu nie usiedzi, a co gorsza, gdyby siedziała istnieje ryzyko, że cały świat mógłby wtedy przestać istnieć.
Zatem istotny był przerzut.
Moi sąsiedzie jechali do Warszawy, a moje siostra na szkolną wycieczkę.
Natomiast ja miałam kombinezon na „pożyczkach” mojej siostry, a Ona owy kombinezon potrzebowała na JUŻ!
Przerzut miał nastąpić w okolicach godzin przedpołudniowych. W taki czas moja siostra siedzi na lekcjach. Wysłała Tatę. Ale wiadomo jak załatwić może facet. I to jeszcze jeśli o ciuch się rozchodzi. No a to idealne podłoże do załatwiania.
Mama jedzie z Tatą. I tu zaczyna się dialog sms-owy mojej siostry z Mamą.
„Tata wie. Jedziemy odwieźć też Bożenkę na pociąg. Ja mam telefon do Asi i Michała.” – pisze Mama.
„Super… ja nie mam!
Ale czy jest coś czego Ty nie masz czy nie załatwisz” – śle moja siostra.
„Łoj tam, łoj tam” – komentuje komplement Mama
Generalnie po to korespondencję mi przesłała, bo ostatnio zrobiłam sobie pierścionek z grawerem i Mamy słowami – Przyjdzie czas – będzie rada.
I tutaj moja siostra mi zasygnalizowała, że „łoj tam, łoj tam” jest również genialnym pomysłem na grawer.
No bo przecież takie – łoj tam, łoj tam – jest doskonałe na wszystko.
Na komplement, na uwagę, na gafę… No toż na każdą okazję!
Dalej Ich dialog wygląda tak, że Justynka pyta czy Ona jedzie też na ten przerzut, a Mama odpisuję, że tak, bo bez niej sobie nie poradzą.
I kiedy otrzymałam printscreeny tej rozmowy napisałam, wyciągając szybkie wnioski tak…
„Gdyby tworzono Biblię teraz, to na bank Ela byłaby Jezusem!!! Umie wszystko, kiejby cuda!”
Justyś odpisuje.
„A Bożenka z Basią byłyby Piotr i Paweł – najbliżsi współpracownicy!
Różnica taka, że jakby ją ukrzyżowali (bo też lubi się poświęcać, to wiadomo, że by się zgodziła), to nie zmartwychwstałaby za trzy dni tylko góra za trzy kwadranse, bo by ją szlag jasny trafił w tym grobie!!! Nie przeleżałaby tyle!! Nie ma szans!!!”
I tu wyobrażam sobie Mamę jak czyta posta i komentuje pod nosem – Jakie wyście są głupie! :))

Jeśli jesteśmy w wesołym nastroju, to chciałabym zostawić Wam fragment książki, którą ostatnio czytałam. Tak mnie to rozbawiło. No ale taaakkk… Że aż na imprezie na głos czytałam..
(Tu będą przekleństwa. Za co przepraszam z góry, bo wiem, że bloga czytają i dzieci i młodzież. Ależ przecież nie mogę Wam tego nie pokazać. Przekleństwo w takim wykonaniu ma inny wymiar. Są jak jeden z kolorów tęczy. Bez niego nie byłaby tak urokliwa.)
„Szatan pokonany”
Byli świadkowie Jehowy u mnie w chacie na pustkowiu. Teraz samochodami jeżdżą do takich samotni jak moja. Przyjechali powiedzieć mi, że szatan pokonany jest już, że pokonali go. Ja pierdolę – pomyślałem sobie – tyle, kurwa, nieszczęścia ten chuj pradawny nawyczyniał, tyle zmarnowanych nadziei, wojen, powodzi, chorób, morderstw, a pokonała go laska w garsonce z lat osiemdziesiątych i malczik w za małym garniturze z damską parasolką w ręku – oboje w białym lanosie. Kurwa!”

„Opowieści ze wsi obok” Mirosława Miniszewskiego czyta teraz w audiobuku młody Stuhr i wiadomo jest to doskonałe. Ja jednak kocham papier więc zakupiłam obie części.
Te krótkie fragmenty fantastyczne. W przenośni i dosłownie. Jeśli Ktoś spodziewa się prozy realistycznej, wytłumaczalnej zero – jedynkowo to nie… To dla tych, którzy lubią sarkazm, ironię, baśnie, bajania. Czasami czytasz i sama do siebie komentujesz – rany Boskie – jaki kosmos! Dla mnie niezwykle ciekawe doświadczenie literackie.

Co tam jeszcze mogę Wam z tych zdarzeń codziennych napisać, przytoczyć…
Aplikacją, z której korzystam w telefonie najczęściej to ” notatki”.
Zapisuję wyrazy, zdania, spostrzeżenia.
Często sobie myślę – o czym napisać by posta…? I zerkam w notatki. Czasami jedno zdanie mnie potem prowadzi po całym tekście.
No to z notatek dwa dni temu…
Moja córka umówiła się, z dziewczynką X, że będą razem siedzieć w autobusie jadąc na wycieczkę szkolną.
Po powrocie mówi mi – Wiesz, przed autobusem X powiedziała mi, że będzie siedzieć jednak z Y. I zostałam sama.
Usiadła obok dziewczynki, która ogromnie Jej dokucza. Życie. 🙂
Pytam Jej zatem – powiedziałaś coś X, że niefajnie tak?
Na co Tosia (tutaj cytuję słowo w słowo, bo zapisuję takie rzeczy od razu.)
– Nie, nic Jej nie powiedziałam, bo widziałam, że tak się fajnie bawi z Y i nie chciałam Jej psuć humoru.
Czy Wy to rozumiecie?!?!
Boże, daj mojemu dziecku dobrych ludzi na swej drodze, bo Ona każdego pogłaszcze.
Podobna sytuacja. Jesteśmy na wakacjach i Tosia odsłuchuje nagranie koleżanki z klasy.
Słyszę to i nie wierzę. Że można takie słowa i w taki sposób kierować do koleżanki.
Na co Tosia bierze telefon i nagrywa odpowiedź. Spokojnie, miło, grzecznie.
– Co Ty robisz Tosiu? Nie możesz dać się tak traktować?
– Mamo, gdybym chciała reagować jak Oni, to byśmy byli w ciągłej wojnie, ja wiem jakie mają charaktery i jak z nimi postępować. Patrz, nagram Jej się tak i Ona już za chwilę się uspokoi.
Moja córka czasami bywa infantylna, ale cieszę się. Zdąży być dorosła aż nadto.
Jednak czasami mam wrażenie, że ja nawet na łożu śmierci nie zgłębię, nie poznam i nie przyswoję Jej mądrości życiowej.
Kiedy pytam dziewczynki, które potrafią pisać czy nagrywać bardzo przykre rzeczy, czy Ich Mamy wiedzą co mają w telefonach, odpowiadaj, że nie…
Idąc mądrością Tosi, jest tylko jedno zdanie, którym można zakończyć ten fragment…
Jeśli pomimo wszystko będziemy dla tych mali ludzi dobrzy, wyrosną z Nich piękni dorośli.

Wczoraj czytałam piękny fragment w książce „czesałam ciepłe króliki”.
To książka wywiad. Z kobietą z Ravensbruck.
Myślę, że jeśli moja Mama przeżyłaby obóz koncentracyjny, to dokładnie tak samo wyglądałby wywiad z Nią.
„- Jaki miała pani sposób, żeby przeżyć?
– Polubić sytuację.
– Polubić obóz koncentracyjny?!
– Tak! Polubić obóz koncentracyjny! Popatrzeć rano na apelu – gdy się stało trzy godziny – jakie wschodzi piękne słońce.
Stałam i na wprost siebie miałam mur. Lecz za murem był las. Gdy drzewa pokrywał szron i śnieg, ta biel odbijała się w słońcu i wspaniale to wyglądało. Zapominałam gdzie, jestem.
Zawsze miałam w głowie, że to, co człowiek robi, powinien polubić. Zwłaszcza, gdy sytuacja jest nie do zmiany. Mam sytuację przymusową i nie ma innego wyjścia. Wyrzucałam z głowy rzeczy nieprzyjemne, nie rozmyślałam, mówiłam: „To jutro…” Zapewniam pana – ta metoda daje efekty. Moje życie potwierdziło, że to jedyny sposób, żeby uchronić się przed nieszczęściem.
– Czyli jak działać?
– W każdej sytuacji znaleźć swoje miejsce, odkryć, że to, co nas spotyka, nie jest złe.
Przeżyć można tylko dzięki odpowiedniemu nastawieniu. Trzeba mocno popracować nad sobą.”

I jeszcze może taki cytat..
„Bo, wie pan, ja wiem, że mężczyźni to słabi ludzie, nie mam najlepszego zdania o ich charakterach. Ale słabość do mężczyzn mam.”
I jeszcze ten…
„Gdy źle się czułam, nic mi się już nie chciało, myślałam: „O, to zły sygnał”. Nie wolno! Trzeba wstać, trzeba się ubrać, trzeba coś zjeść, trzeba wyjść na dwór, nawet jeśli człowiekowi bardzo się nie chce.”
No tak cudowna kobieta…
Tyle radości, mądrości życiowej, dystansu. Warta uwagi pozycja książkowa. Króciutka. Na jedno popołudnie.
I ostatni.
„Niech mi mówi, kto chce: duch duchem, ale wygląd jest ważny. Sprawia, że człowiek jest dla otoczenia milszy, wzbudza większe zaufanie. Ludzie ładnie wyeksponowani zewnętrznie łatwiejsi są do kontaktu. Zaniedbany nie daje łatwości zbliżenia. Człowiek, który nie dba o wygląd, ma w charakterze coś niekorzystnego, coś tu jest nie tak. Nie przepadam za obdartusami.”

Ja to mam tak, że codziennie przy czymś przystaje i myślę – no muszę się tym podzielić z moimi czytelnikami, a potem ulatuje, przychodzą inne sprawy.
A też i od jakiegoś czasu poświęcam więcej uwagi temu co teraz… I o tym dlaczego tak jest też kiedyś napiszę…
Ale do jednej z tych rzeczy muszę wrócić i Wam pokazać. Bo to jest piękny obraz.
I duchowy i wizualny.
Moja siostra ma w klasie kilkoro uczniów. W całej szkole jest Ich nie wiem… z 35.
Nie, nie jest to szkoła prywatna w Warszawie a szkoła w bardzo maleńkiej, biednej wsi.
I te szkołę chcą co chwila zamykać.
A tam moi drodzy są tacy nauczyciele i takie przedstawienia, że ja nawet w teatrach nie widziałam takich scenografii, takich ról…
A chodziłam do szkoły teatralnej w Krakowie więc coś tam widziałam…
Najczęściej przedstawienia szkolne to wyklepane piosenki i kilka wierszyków na zmianę.
A moja siostra nocami szuka tych ról, nocami siedzi w szkole i robi dekoracje.
Mój Szwagier i Tata te płoty, lasy i inne takie Jej strugają i zbijają.
Myślę, że wielkie, prestiżowe szkoły w stolicy czegoś takiego nie widziały.
Szkoda tylko, że to Jej zaangażowanie widzi 20 dzieci, bo 15 gra :)))
No i Pani z Gminy czy z Biblioteki publicznej (nie pamiętam) poprosiła moją siostrę o jedno zdjęcie, jak starsze dzieci czytają młodszym Konopnicką. Z okazji rocznicy.
A moja siostra jak to moja siostra, myśli sobie – ale jak? Tak zwyczajnie pod drabinkami zrobić zdjęcie? Pospolicie? Bez finezji?
Nie, to do Niej niepodobne. Albo robić coś najlepiej albo wcale.
To też poubierała dzieci i pojechali na łąki czytać i robić zdjęcia.
Czarną owce wzięła Dziadkom z zagrody. Wózki drewniane.
Ja to oczywiście zawsze z Niej leję, bo jak można mieć tyle strojów?
Wiejskich, pozytywistycznych, na halloween, na poważnie, na śmiesznie…
Całą piwnicę ma tych ubrań… A kapeluszy do przedstawień… ło Panie!!!
O! Patrzcie i tu też idealnie by pasowało – łoj tam, łoj tam…
Na zakończenie zatem wkleję Wam kilka zdjęć, (a jest ich ogrom), aby pokazać Wam, że nasze życie to nasze zaangażowanie. Albo nasze chęci sprawią, że będziemy mieć pięknie, bo na piękne życie składają się drobne zdarzenia, dni i nasze nastawienie, albo nasza obojętność spowoduje, że będziemy zaledwie opierać się o istotę faktu istnienia… a to już tylko synonim przeczekania do śmierci…
A my mamy żyć! Żyć moi Kochani nam trzeba! Brać zwykłe zadanie i robić z niego przygodę!
I jak jest taka potrzeba, to czarną owce brać pod pachę!
Patrzcie na te przepiękne dzieci!!
(zdjęcia robiła moja siostrzenica Emilka, córka siostry mej.)



świąteczny wpis.

Kiedy siedzę z Nim, takim już siwiuteńkim, w tej poczekalni kardiologicznej, widzę wyraźnie, jakby było to wczoraj, jak siedzimy w poczekalni do ortodonty.
On jeszcze z burzą gęstych, brązowych włosów. Z jednako brązową brodą. Ja z krzywymi zębami. Siedzę obok i kręcę się jak każde dziecko.
Jechaliśmy naszym niebieskim, śmiesznym autkiem, którego Tato nigdy nie zamykał, a kluczyk zostawiał w stacyjce.
Teraz ja, wiozę Go przez kręte ulice miasta.
Obdzwaniam wcześniej moich znajomych i przyjaciół, aby załatwić wizytę na już, choć On twierdzi, że do lekarza to On może na wiosnę pójdzie, jak śniegi zejdą, mrozy odpuszczą.
Czekamy dosyć długo, ale nigdzie nam się nie spieszy. Fajny ten czas. Jak On siedzi obok mnie. Płaszcz tak ładnie sobie poskładał, zanim odłożył na parapet. Z szacunkiem.
Mężczyźni obok opowiadają o swoich przeszczepach serca.
Ciekawie to opowiadają. Miło się słucha. Z wielkim niedowierzaniem.
Tato bezzmiennie czasami wrzuca swoje poczucie humoru, które trudno zrozumieć obcym, dlatego bezzmiennie szybko Go tłumaczę, bo mi szkoda tych ludzi, jak tak na Niego patrzą ze zdziwieniem. Specyficzne bym nazwała. Tłumaczyłam też ten żart, również wtedy, gdy do domu w moim nastoletnim czasie przyjeżdżali koledzy.
Czasami nas to irytuje. Ale czyż dodając pod kreskę Jego cechy charakteru nie wychodzi nam wynik dodatni? Z sumą nie tyle tysięczną, co milionową!
Z czasem też robimy z tego rodzinne opowieści…
Jak to Tato pojechał do sanatorium w tym roku i dzwonił do nas codziennie opowiadać nam różne historie.
Wieczorem zdzwaniałyśmy się z Mamą i Siostrą. Z uśmiechem wymieniałyśmy się tymi opowieściami, bo nie każdej zdążył wszystko opowiedzieć.
A opowiadał między innymi tak…
– Wiesz Julisiu, tańczę tak z pewną Panią i Ona w tańcu mnie pyta, czy ja jestem trzeźwy? Odpowiadam, że wprost przeciwnie. Gdybym był trzeźwy, to by mnie tu nie było.
Ale chyba się Jej spodobało, bo piosenka się skończyła a Ona nie odchodzi.
Po kilku tańcach, pokazuje mi, że Ona jest tutaj ze swoją siostrą i czy bym siostry do tańca nie poprosił. Ależ oczywiście – odpowiadam. Idę, kłaniam się, rękę wyciągam, pytam o taniec, a Ona odpowiada mi, że nie. Że dziękuję. To grzecznie odszedłem.
Na drugi dzień przychodzę. Drinka kupiłem i siadam. Patrzę w lewo, a ta Pani, z którą tańczyłem mi macha, żebym podszedł. To pytam na migi, czy na chwilę, czy kurtkę i drinka brać? A Ona pokazuje, że brać. No to biorę i idę. I ta Jej siostra mówi, że chciała mnie przeprosić, że nie zatańczyła wczoraj, ale muzyka Jej nie odpowiadała i nie umiała do Niej podrygiwać.
Wiesz, odpowiadam Jej, że to normalne jest. Nic nie szkodzi. Nie każda muzyka każdemu pasuje.
Ale najważniejsze jest to, że zrozumiała swój błąd. 🙂
Także jakbyście spotkali mojego Tatę, to tańca nie odmawiajcie. Spokojnie tańczy. Dwa na jeden. Pije jedynie dla humoru.
I tak też u tej Pani Doktor od serc muszę Go tłumaczyć, bo mam ochotę otwartą dłonią oczy swe zakrywać. Ale uśmiecham się pod nosem i prostuję.
– Bo wie Pani, że ja dopiero od sześćdziesiątki alkohol piję. I nie mogę teraz przestać, bo mi dzieci mówią „Tatuś, Tobie się charakter nawet poprawił na lepsze od kiedy pijesz”. Zatem, jak przestać jak dzieci tak mówią. A wnuki mówią, że fajka mi dodaje uroku. To jak przestać palić?
Zatem siedzi obok mnie, taki chudziutki, w tym sweterku i koszuli pod spodem. I zalewa Panią Doktor swoim żartem.
A potem wchodzą studenci na praktyki przyglądać się badaniu i wiem, że będę musiała tłumaczyć Tatę przed tą dużą ilością młodzieży.
Pani Doktor wychodzi na chwilę, a ja na głos czytam Tacie sms’a od Mamy.
– Julciu, daj znać, o której wracacie, bo pierogi gotowe i wrzucę na wodę.
Studenci w zielonych kitelkach uśmiechają się do siebie.

Całkiem niedawno pojechałam na lekcję do klasy mojej siostrzenicy.
Czuję w takich momentach ogromny stres. Bo myślę, że najtrudniej jest zaciekawić młodzież.
Młodzież, która w dzisiejszych czasach ma cały świat w zasięgu ręki, w której leży telefon czy internet.
Mama pyta, czemu się stresuję… Mój strach pochodzi stąd, że iść i powiedzieć byle co jest bardzo łatwo, ale powiedzieć coś, co mogłoby w jakikolwiek sposób wpłynąć na życie tych młodych ludzi jest już niezwykle trudno.
Słuchali tak pilnie, i tak pięknie na mnie patrzyli, że trudno mi było przestać mówić.
Dudni mi to spotkanie w sercu do teraz.
Wsiadłam po nim w auto i pojechałam do rodziców. Zaraz obok. Całkiem niedaleko. Dwadzieścia kilometrów.
Wchodzę i widzę najpiękniejszy obrazek świata. W kuchni krząta się Mama. Stała tam, jak zawsze stoi. Kręciła się między stołem a kuchenką. Miała już dwie brytfanny zwiniętych gołąbków. W rondelku sos grzybowy.
Z kuchennego telewizora słychać było pomrukiwanie jakiegoś teleturnieju.
Dubeltowe okna, pomimo zimy, lekko uchylone, bo taki się zrobił gorąc od parującego oleju.
Oprószony mąką stół, usłany długimi, wyciętymi faworkami. Tymi w kolejce do pieczenia i tymi już ułożonymi na dużym talerzu.
– Robię Wam Julciu gołąbki i faworki, to weźmiesz do domu.
Włosy jej się od tego gorąca polokowały, powywijały, choć lubi mieć proste.
Siadam na taborecie, a Ona ścisza telewizor. Na przycisku zostawia po palcu ślad mąki i kładzie go między stolnice a talerz.
Pyta mnie jak było. Kiedy coś już zrelacjonowałam, powiedziała to, co zawsze mówi każda prawdziwa Mama…
– Dobra, to idź do Tatusia i przyjdźcie na pierwszą. Żebyście mi tu, w tej kuchni nie przeszkadzali.
Otwieram te drzwi warsztatu i widzę najpiękniejszy obrazek świata.
Na samym środku, na wysokim drewnianym stołku siedzi mój Tato i ma szeroko rozłożone ręce. Ręce do przytulenia mnie. Musiał widzieć mnie już z okna, że sobie przysiadł i rozłożył te ramiona. Przytulam się mocno i długo. Tak jak zawsze. Z moim Tatą nie wita się naprędce.
Szybko i przelotnie. Trzeba temu poświęcić czas.
Idę z nim do domu. Widzę, że jest jeszcze przed pierwszą i Mama na pewno nas w drzwiach już opierniczy.
Tak się też dzieje. Mówi, że za wcześnie, jednocześnie nakładając nam ziemniaki.
Jemy na stole, na którym jedliśmy, gdy chodziłam do podstawówki i gdy wracałam na weekendy z liceum. Myślę, że gdybym zajrzała do szuflad pod tym stołem, wciąż byłyby te same rzeczy. Szuflady pod stołem mają to do siebie, że choć mija czas, one przechowują bezzmiennie te same przedmioty, w tym samym ułożeniu. Długopisy, karteczki, adresy, wizytówki, dokumenty. Nad tym jednostajnym rytmem szuflad stoją nasze talerze z gołąbkami polanymi grzybowym sosem. Do tego szklanka z kompotem.
Ten kompot z miękkimi truskawkami na dnie i my. Ja z nimi.
Gdyby Ktoś wtedy namalował obraz, byłby On dla mnie najpiękniejszym z malowideł.
Przejazdem wchodzę do rodzinnego domu, a Oni tam są.
I choć opowiadamy już dosyć długi czas, ja wciąż przed oczami mam ten widok gdy stoję w drzwiach, a Ona z tymi faworkami przełożonymi na palcach kładzie je na olej. Podnosi głowę, uśmiecha się i mówi – O! To ty już jesteś!
Jestem. I Ona też jest. W tej kuchni, z tym samym stołem od tylu lat.
I choć opowiadamy już dosyć długi czas, ja wciąż przed oczami mam ten widok gdy stoję w drzwiach, a On siedzi na tym wysokim stołku, ze swoim, długim, siwym, rozwianym włosem, rozkładając do mnie swe ramiona…
Jestem. I On też jest. W tym warsztacie, z tym samym spokojem od tylu lat.

Kiedy wracamy z kardiologi, przy ośnieżonych poboczach, Tato mówi..
– Wiesz Julisiu, gdyby przyszło mi do przeszczepu serca, to bym się już na to nie zgodził.
Tak na stare lata. Tyle by mi się przyszło wycierpieć. Tyle bólu znosić. Tyle strachu i stresu.
Nie chciałbym już. Wolałbym w spokoju dożyć swoich dni.
– Ale Tatuś, gdy trzeba to ta siła sama przychodzi. Ona po prostu jest. Tak jak przy tych moich oczach. – odpowiadam.
– Przecież Ty młoda jesteś. Tyle masz jeszcze do zrobienia. Dzieci małe. To zupełnie inna historia. Ja Julisiu, już zrobiłem, co miałem w życiu zrobić. Wszystkiego już dopilnowałem.
Wszystko już załatwiłem. Wszelkie odpowiedzialności poniosłem. I gdyby mi przyszło się pożegnać, to nie miałbym żalu. Tyle mi się dobrego od życia dostało…

Chciałam Mu coś odpowiedzieć, ale patrzyłam uporczywie w lewo, bo wiedziałam, że jeśli spojrzę na Niego, na te chudziutkie, spracowane ręce, na te palce poprzycinane przez stolarskie maszyny, to rozpłaczę się tak, że będę się musiała zatrzymać na jednym z tych ośnieżonych poboczy. Bo najbardziej to mi się płaczę ze wzruszenia.
On tak do mnie mówił o tym spełnionym swoim losie…

Życzę Wam, abyście dożyli czasu, w którym będziecie mieć pewność, że wszystko to, co człowiek zrobić musi, zostało spełnione. I abyście nigdy nie czuli, że coś jeszcze jest niedokończone. Że coś zostawiacie niedopisane. Jak opowieść. A nikt inny nie nakreśli jej tak, jak Wy.
I z całego serca życzę Wam Moi Drodzy, abyście usiedli nad siankiem pod obrusem, jak nad tymi szufladami przy kuchennym stole.
W poczuciu tego, że tli się Wam przed oczami najpiękniejszy z obrazów…


mieć w domu cały świat…

Nigdy nie ciągnęło mnie do nart.
I nie to, że nie próbowałam. I na nartach jeździłam i na desce.
A że predyspozycje jakieś tam mam, to najgorzej mi nie szło.
Ale mnie nie ciągnie. Taka natura.
Zatem gdy przychodzi zima, ja nie krążę myślami dookoła wyjazdów, ferii, stoków, a tylko dookoła ciepła w swoim domu. Ciepła jako takiego jak i tego w przenośni.
W ogóle mnie w świat mało rwie. Bardziej może wyjeżdżam bo pasuje, bo dzieci chce gdzieś zabrać… Ale nie rwie mnie do wyjazdów. Jak już kupimy ten dom w ciepłych krajach, to tam mnie będzie rwało. Do siebie. Do domu. Zaś właśnie do domu.
Jeśli Ktoś zapyta mnie na co wolę wydać pieniądze… Czy aby wyruszyć w świat, czy aby wydać na dom… Zawsze wybiorę dom.
Ja nie mam potrzeby wyjazdów, bo każdego dnia robię wszystko aby cały świat najlepszy mieć w swoich czterech ścianach.
Tak lubię tu być… Jak się muszę gdzieś pakować, to od razu towarzyszy mi niepokój, podminowanie… A ta myśl, że spokój, błogi spokój i moi domownicy, albo goście… Mmmm… Raj. Mój własny raj.
Lubię sobie tu wysprzątać, świeczki palić, dekorować. Piec, kocyki składać, czytać, dobry serial oglądać, z mężem gawędzić, z dziećmi lego układać…
Mogłabym się w te odległe czasy przenieść, gdzie człowiek jedynie koło własnej chałupy świata doglądał…
No ale żyjemy w innych i staram się złapać taki balans pomiędzy tym czego potrzebuję ja, a czego mogą potrzebować moje dzieci.
Nie mogę doczekać się Wigilii.. Przecież widzę jak znowu się ładują przez te drzwi.
Z garnkami, paterami z ciastem, z tymi prezentami. Moje dzieci dookoła Nich skaczą.
To obraz o jakim się marzy. A ja go co roku mam.
Dlatego już się cieszę… Jak przyjadą całą zgrają. Będziemy w jacuzzi leżeć, filmy świąteczne oglądać. Mandarynki obierać. W planszówki grać. Spacery nocne uskuteczniać. I po sąsiadach z grzańcem się przejdziemy.
Jeśli Ktoś zaproponowałby mi dziś, możliwość zwiedzania całego świata w zamian za te Wigilię z Nimi, to ja już wiem, że nie ma takiego świata…
Mój mąż ma takie same odczucia, poglądy i potrzeby co ja, zatem idealnie się w tym wszystkim odnajdujemy. Pragniemy oboje stworzyć w domu miejsce, w którym jest nam najlepiej.
Oranżeria to było coś najlepszego co mogliśmy dobudować.
Urodziny, imprezy, potańcówki, bale, kino domowe. W zależności od potrzeb, szybkie do przebudowy. Nagrzewa się do 28 stopni w godzinkę.
Jako, że ja kocham leżeć w wannie z gorącą wodą, a mój mąż, który pracuje za dużo, potrzebował chwili oderwania, to zawitały gorące bąble przy kuchennym tarasie.
Prawda jest taka, że se tam leże i myśle… serio, aż tak mi jest dobrze?
A gdy tańczę w oranżerii pełnej laserów, świateł, dymu i przyjaciół myślę – to jest moje życie? Pełne tak dobrych emocji i przygód?
(Robimy tu Andrzejki, bale karnawałowe, sylwestra. Mamy zdjęcie z lutego tego roku, czterdziestu głupoli w przebraniach równo ustawionych do fotografii. A aparat postawiliśmy na stosie, ogromnym stosie moich książek.)
Wiecie, nie przestaje być wdzięczna i pokorna w stosunku do życia jakie mi się przytrafiło, jakie sama zbudowałam i temu co przyszło mi w nim spotkać.
Ostatnio przyjeżdżali moi rodzice. Dzień przed, piszę do Mamy wiadomość – Mamuś, weźcie stroje. Na co Mama odpisała – już mam dawno spakowane. 🙂
I powiem Wam, że jak sobie przez kuchenne okienko na Nich patrzyłam… Jak sobie leżą, to tak mi było cudownie, tak dobrze…
Mieć świadomość, że są i leżą sobie w tej przyjemności…
To tak dobre uczucie – kochać swój dom.
Ale takie towarzyszy mi od zawsze. Tą samą miłością kochałam rodzinny dom, jak i pokój w internacie z odrapaną szafą i trzema współlokatorkami. Bo zrobiłam w tym pokoju wszystko aby czuć się tam najlepiej. Tam też zapalałyśmy z Andzią świąteczne lampki.
Zrobić wszystko aby czuć się najlepiej. Nigdy nie robiłam trochę, albo dużo. Zawsze robiłam wszystko. Spalałam się nie raz. Ale zawsze satysfakcja warta była pracy…
I czyż nie na tym polega życie. Nie taki jest nam nadany rytm? Ciężka praca i nagroda…?
Ja mogę według niego tańczyć… Mnie ta melodia pięknie dźwięczy w uszach…
Budować swój świat.
A wiadomo, dla każdego szczęśliwy świat ma inny obraz, zatem niech maluje go wedle własnej wizji.

A jak wejdą w te Wigilię w nasze drzwi, to ja będę mieć nie tyle świat cały co wszechświat i to co nieodkryte. Bo nigdy nikt nie zdoła odkryć więcej niż miłość.
___________________________________________________

P.S Te trzy stanowiska przy choince, to zawody LEGO Master 🙂 Tata, Benio i Tosia. Ja jestem Prokopem.

P.S Jeśli Ktoś z Was chciałby kontakt do jacuzzi, bardzo polecamy.
(Bo info odnośnie oranżerii i kwestii technicznych już pisałam. Chyba, że chcecie znać model rzutnika… Mój mąż jak coś chce kupić, to zgłębia temat całkowicie. :))
Super gość. (Ten od Jacuzzi, bo że mój Adaś to wiadomo.) Bardzo zaangażowany, zawsze odbierający telefon. Słowny.
Wszystko można sobie wybrać wedle własnej wizji i potrzeb.
Jacuzzi kwadratowe, okrągłe. Ogrzewane prądem, piecem…
Sauny i wszystko czego zapragniecie.
My jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani. Nasi znajomi też kupili od tej firmy i równie zadowoleni. Zresztą z Ich polecenia kupiliśmy akurat tą.
No a potem mój mąż znowu dwie noce nie spał aby znaleźć najlepszy sposób czyszczenia wody itp… Bo choć radzi się wszystkich, ostatecznie temat musi zgłębić sam i zrobić to tak aby było bez obsługowo.
SPA in the Garden – z czystym sumieniem. Polecamy.