baśniowe życie.

Ludzie zwykli mawiać – takie rzeczy to tylko w bajkach.
Nie wiem czy moja rodzinna wieś była ową bajką, ale na pewno mój dom, w moich oczach, nią pozostał. Czy wtedy był? Nie. W owym czasie wszystko wydawało mi się naturalne. 
Nie miałam pojęcia, że żywopłot okalający dom był granicą przestrzeni, w której mnogość rzeczy zwykłych w dorosłym życiu przeistoczy się w baśniową krainę.
Dopiero po latach, zdobytym doświadczeniu i zrozumieniu, jaka siła drzemie w zwyczajności, dobroci, chęci i dzieleniu, zrozumiałam, że dane mi było dorastać w nierealnej dla innych codzienności.
Że codzienne dobro, zaangażowanie i życzliwość sprawiają, że dzieje się to, co możliwe tylko w bajkach…
W dorosłym życiu, wciąż, na każdym rogu, spotykają mnie te klechdy życiowe.
Odwiedziliśmy ostatnio naszych przyjaciół. Na popołudniową kawkę i ciasto. Ach… i na pyszną zupę z imbirem.
W aurze przytulności ich domu, takie opowieści same cisną się na język.
A Oni są tymi, którzy też żyją w baśniowych realiach.
Zaczęłam od tego, że moja siostra nauczycielka, która od nastoletnich lat jest bardzo związana z Obozem Koncentracyjnym w Oświęcimiu, odnalazła informację o organizowanych tam darmowych lekcjach dla dzieci w wieku 12-13 lat. Wiedziała, że nie może tego pozostawić bez echa i musi tam zabrać swoich podopiecznych. Ale droga na tyle daleka, że trzeba było zorganizować miejsce noclegowe. Przy obecnych cenach opału i szybującej inflacji, zdawała sobie sprawę, że jeśli ogłosi dwudniową wycieczkę kosztującą 250 zł, to mało kto będzie sobie mógł na nią pozwolić. A przecież nie można części wspólnoty szkolnej zostawić na ten czas w placówce. Trzeba zabrać wszystkich! 
Usiadła zatem do klawiatury i napisała wiele maili z zapytaniem o obniżenie kwoty noclegu dla Jej szkolnych dzieci. Niektórzy zmienili kwotę noclegu nieznacznie. Niektórzy pisali, że chętnie, ale wszystko poszło w górę ( czynsz, opał) i nie mogą sobie pozwolić na zmniejszenie kosztów.   
Została jeszcze jedna instytucja. Ale odpowiedź z niej nie nadchodziła.
– Wiesz Jula, przecież takich maili dostają zapewne mnóstwo. Wrzucili do kosza. Chyba nie będę się, jak głupia przypominać – tak mówiła mi przez telefon.
Ale odważyła się zadzwonić. 
Pani z sekretariatu znalazła maila w spamie. Zaczyna czytać i pyta czy to ten. Tak, to był ten.
– To proszę dać mi piętnaście minut, wydrukuję go, zaniosę do dyrektorki i odpowiem Pani jaka jest decyzja.
Oddzwania i oznajmia zapłakanym głosem:
– Wie Pani, ja przeczytałam tego maila. Tak się wzruszyłam. Zaniosłam do dyrekcji. Tam przeczytałyśmy wszystkim na głos i tak się popłakałyśmy. I stwierdziłyśmy, że Wasze dzieci nie będą płacić za pobyt u nas. Chcielibyśmy także zaoferować Wam kolację w dzień przyjazdu i śniadanko w dzień odjazdu. Gdzie tam będziecie sobie kłopot robić, sami szykować, po sklepach biegać… My to dla Was zorganizujemy.
– Nie! Nie, ja nie śmiałam prosić o tak wiele. Ja marzyłam tylko o zniżce.
(Ja znam moją siostrę i wiem, że Ona by w tajemnicy niektórym dzieciom dopłaciła do tej wycieczki ,ze swojej nauczycielskiej, marnej pensji.)
– Nie proszę Panią. Ustaliłyśmy, że dzieci przyjeżdżają za darmo. Nocleg i wyżywienie będą miały. A panie opiekunki będą płacić połowę oficjalnej stawki ( u mojej siostry w szkole nauczyciele na wycieczkach organizowanych przez moją siostrę zawsze płacą za siebie, aby nie podnosić kosztów wyjazdu dziecka).
– Dla Pań będzie wspólny pokoik. I jeden dla kierowcy.
– Proszę Panią, wynajęcie busa kosztowałoby bardzo dużo, bo dzieci garstka. Przyjedziemy do Oświęcimia autobusami i pociągami.
-Są jeszcze nauczyciele, którym chce się ze swoimi dziećmi jeździć komunikacją publiczną?!
Kiedy moja siostra odłożyła słuchawkę rozpłakała się tak, jak przed chwilą Panie w Oświęcimiu. Kiedy z tą wiadomością poszła do Dyrektorki, popłakały sobie obie. Były to łzy szczęścia. Szczęścia, które udało się osiągnąć dzięki dobrym ludziom i wygrać kawałek losu dla swoich podopiecznych. I tak oto koszty wycieczki ograniczyły się praktycznie do cen biletów przejazdu.
Moja siostra czasami mówi, że jest zmęczona. Bardzo często to praca po nocach i w weekendy. Tego nikt nie widzi. Takie maile nie piszą się same. Dekoracje z wielkich, nowoczesnych szkół i państwowych teatrów  nie dorastają do pięt temu, co tworzy tam w weekendy moja siostra.
Mówię Jej, że karma wraca zupełnie gdzieś indziej, w zupełnie innym miejscu…
Jak na przykład w tym, że Jej córka jest w pracy w Niemczech. Daleko od domu. Pierwsza poważna praca. Tęsknota, spotęgowana obcobrzmiącym językiem. W dzień jej urodzin, kiedy wybiła północ Jej szefowa przyszła do Niej z tortem, prezentem i resztą pracowników śpiewając niemieckie „sto lat”. Wiedziała. Pamiętała, choć wcale nie musiała. A poczucie, że dziecku na obczyźnie jest dobrze, jest dla matki największym szczęściem.  

Zaraz po tym kiedy skończyłam historię o mającej się odbyć wycieczce do Oświęcimia, Ola u której zatapialiśmy się właśnie w przepyszne tiramisu, zaczęła swoją…

– Wiesz Juluś, zapisałam się do Rady Dzielnicy. To Ci już mówiłam, nie?
Och jak tam jest śmiesznie. Jak tam jest uroczo. Jestem chyba najmłodsza.
Na początku patrzyli na mnie dziwnie, ale teraz czuję dużą akceptację.
Powiedzieli nawet, że czują we mnie następczynię w zarządzie.
Bo wiesz, u nas na dzielnicy jest pięknie, ale ja chcę, żeby było jeszcze piękniej.
Różne zgłaszaliśmy potrzeby. Była potrzeba stu długopisów z logiem. Pan Staszek zanotował. Ja się zgłosiłam do odnowienia tablicy ogłoszeń. 
I nagle wstaje starsza Pani, że chciała poprosić o ławeczkę. Bo jej dwie sąsiadki, takie staruszki, spacerują codziennie wzdłuż ulicy, i dobrze by było, gdyby mogły sobie podczas tego spaceru przysiąść. Taka sąsiedzka prośba. Od starszej już Pani dla staruszek.
Tak. Możemy zrobić ławeczkę – orzekł zarząd. Przyjęte. Nawet pojawiła się debata, czy mają być dwie czy jedna.
Jednak stanęło na jednej, bo przy dwóch mogłoby się tam schodzić już menelstwo.
Pan Staszek zanotował ławeczkę dla dwóch spacerujących staruszek.

Adaś wychodząc z ketozy, przegryzł ostatni kawałek serniczka, co to go przywiozłam do Oli i Jasia i rzekł, że też chce coś opowiedzieć.
Jako, że odrestaurowuje te zabytkowe nasze auta, to zamawia części w Stanach. 
Czasami są to sklepy internetowe, czasami jakieś giełdy, aukcje, a czasami zwykła umowa „na gębę” na forach miłośników motoryzacji.
Zrobił ostatnio zakupy na ową umowę słowną. Przelał pieniądze. Niemałą kwotę. A owa paczka nigdy nie dotarła. Ślad za sprzedającym zaginął.
Adaś sprawę na forum amerykańskim opisał i przeszedł do obowiązków życia codziennego.
Kilka dni później dostał wiadomość prywatną od Jeffa. Jeff to obcy człowiek. Czasami wymieniali się fotografiami z postępów prac przy samochodach. Kilka wymienionych translatorem zdań
Przysłał zdjęcia jak pakuje części, które nigdy do Adasia nie dotarły, a które z chłopakami w Stanach pozbierali i wysyłają paczkę do Polski. Jeff wysyła też zdjęcie z córką. Stoją przed domem. Mam wrażenie, że to kadr z lat 80- tych. Jeff ma długie blond włosy i choć nie widać – piękne serce.

Takich historii tamtego wieczoru przytoczyliśmy jeszcze wiele. 
Każdy z nas może żyć w takiej bajce. Może przyglądać się takiej bajce.
Takiej bajki wypatrywać. Taką bajkę tworzyć.
Chyba, że woli horrory…
Bo to już od nas zależy, po jakie bilety w kinowej kolejce czekamy…

herbata

Moje pierwsze wspomnienie jakie wiąże się z herbatą, to ta w termosie, w szkolnym plecaku. Pamiętam zalany nią tornister i moją starszą siostrę w drzwiach klasy, która przyszła mi pomóc uporać się nie tyle z problemem, co ze smutkiem.
Kolejne herbaciane myśli to te, gdy w garnuszku żeliwnym stoi na grzejniku.
Ja w łóżku rodziców, z gorączką i kaszlem. Tato co chwila zagląda z warsztatu, aby zobaczyć jak się czuje. Mama dolewała do niej sok z malin.
Tę o smaku owoców leśnych kojarzę z czasami licealnymi. Zimowymi wieczorami parzyłyśmy ją z dziewczynami z pokoju w internacie. Najczęściej wtedy, gdy któraś miała złamane serce.
Sam rytuał zaparzania też był ważny. A najbardziej długość gotowania wody w czajniku.
To w pracy, w której było tak zimno, że idąc na przerwę lało się cały dzbanek, ażeby jak najdłużej grzać o niego ręce podczas gotowania. Nie pamiętam owego smaku. Natomiast dobrze pamiętam jej temperaturę.
Dobrze pamiętam smak tej z cytryną. Robionej z Kamilą. Miałyśmy wtedy przy tej herbacie siebie i to była moc ponad wszelkie ówczesne problemy.
Z wielkim wzruszeniem wspominam tą przyniesioną mi przez Adama do stołu na jednej z pierwszych randek. Miała smak dobrej intuicji i aromat nadziei. Nad nią unosiła się para poczucia bezpieczeństwa.
Kiedy wczoraj, gdy bolał mnie żołądek i zapytał – Puszku, a może zrobie Ci herbaty? – miała smak pewności i doskonały aromat niedoskonałości. Nad nią unosiła się para bezgranicznej siły jaką tworzymy we dwoje.
Kawa jest wielką przyjemnością.
Ale to herbata jest troską i miłością.


Wielka zatem była dla mnie to przyjemność móc smakować i delektować się naparami z teapigs.
Wybrałam jesienno – zimowe smaki i moje ukochane klasyki.
Tworzone z całych liści, owoców i ziół. W 100% naturalne.
W swojej różnorodnej gamie mają takie oryginały jak czekoladowe herbaty.
W całości są produktem eko. Torebki, które zalewamy wodą produkowane są ze skrobi roślinnej. Jest pierwszą herbacianą marką, która otrzymała certyfikat świadczący o braku plastiku.
To taki smak, który tworzy wspomnienia.
Mam dla Was kod rabatowy : juliarozumek
Kod daje 15% na całą ofertę herbat TEAPIGS w dniach 18.10 -2.11
Działa na stronie coffeedesk – TUTAJ.

Ja z całego serca polecam Wam lemon i imbir, jabłko i cynamon, miód i rooibos. Oczywiście ja kocham moje klasyki takie jak mango, lychee.
Ach, i niektóre z tych herbat można stosować do zimnej wody. Czyli wrzucamy do bidona z wodą. Ale to na zajęcia w siłowni. Teraz idzie jesień i cudownie jest trzymać gorący kubek w dłoniach… To tyle szczęścia…