Wszystkie posty dodane przez julia

  • ułomność myśli.

    Ułomnością człowieka zwykliśmy nazywać nasze fizyczne braki i niedoskonałości. 
    Jednakże tymi które doskwierają równie mocno, są braki i niedoskonałości w naszych umysłach, duszach i myślach. Natrętnych, i tych niewypowiedzianych, których nazwać nie umiemy i nawet nie ośmielamy się próbować. Często nawet nie wiemy, że nazwać je w ogóle można. Ba, nie jesteśmy często świadomi pewnych ciężarów jakie w sobie nosimy. Pewne nasze zachowania, reakcje, uważamy za naturalne, oczywiste i nie doszukujemy się w nich „ciężaru”. Jedynie typie osobowości.
    Jedną z największych ułomności człowieka, jest brak zdolności, by mówić o swoich uczuciach. 
    Rodzimy się z czystą kartą. Chętni czynić szczerze, dobrze, zgodnie ze swoimi pragnieniami. Chcemy mówić prawdę i odkrywać każdą dręczącą nas myśl. Dopiero czas i  napotkani przez nas ludzie, uczą nas, że za prawdę często dostaje się po głowie. I przy okazji wylatuje z niej chęć przyznawania się do tego, co w niej naprawdę mamy. Zaczynamy ukrywać myśli wstydliwe, przykre, bolesne. Myśli, które jeśli tylko uleciałyby z naszej głowy do właściwej osoby, mogłyby uleczyć nie tylko cierpiące ciało, ale całe nasze życie. Wszystko to co niewypowiedziane, przemilczane, gnije w środku i psuje jak niepozorna pleśń przy zakrętce. Wydaje się, że wystarczy zebrać z góry łyżeczką. A tymczasem choć niewidoczna, mogła dojść do samego dna głębokiego słoika. Nie wiemy o tym, że nieprzegadane i nie wydobyte na zewnątrz odczucia, niepostrzeżenie pójść mogą w nogi i ich sposób prowadzenia nas przez życie, w ręce i ich czyny codzienne. Mam na myśli wypowiedzenie nie tego, co gnębi nas w innych. Wyciągnięcie na światło dzienne pretensji do ludzi i otaczającego nas świata. Pisząc te słowa, mówię o myślach najważniejszych. Myślach o samym sobie. Bo to od nas się wszystko zaczyna. Również gniew na innych zaczyna się poprzez nasz gniew na siebie. Zazdrość wobec innych zaczyna się w nas i naszych brakach, czy kompleksach. Wszystkie złości które kierujemy w przestrzeń, mają swój początek w małym kącie naszego umysłu. Przegadać siebie, nie znaczy wygarnąć innym. Uzdrowić siebie poprzez wyrzucenie wszystkiego co nas dręczy, to mówienie o tym co siedzi w nas najgorszego. 
    Jednak aby móc te kurację przejść, potrzeba dwóch koniecznych i niezbędnych narzędzi.
    Po pierwsze człowieka, który nas potem tym co powiemy nie zaatakuje, nie oceni, nie oczerni, nie rozpowie, nie zgani… Człowieka, którego rozwój wewnętrzny i samoświadomość będzie na niezwykle wysokim poziomie. Albo inaczej, potrzeba nam człowieka wybitnie dobrego, akceptującego inne zachowania niż jego własne. Pogodzonego z najrozmaitszą odmianą ludzkich charakterów. Tego, który nie czuje potrzeby zwycięstwa, posiadania racji. Tego który nie jest  spragniony słów rozgrzeszających jego poczynania, czy zadowolenia poprzez troski innych i umniejszanie wówczas swoim problemom.
    Jeśli na naszej drodze pojawi się taka postać, wręcz bajkowa, bo w dzisiejszym świecie trudno o takie cechy charakteru, potrzebujemy jeszcze odwagi. Ogromnej odwagi aby wydobyć z siebie to, czego wstydzimy się przed samym sobą.
    Pozbyłam się tej ułomności dopiero w wieku dorosłym, gdy napotkałam swojego męża.
    Jako dziecko i nastolatka bardzo charakterna, buńczuczna, pyskata, uparta nie znajdywałam nigdzie przestrzeni na wypowiedzenie słów, które zdjęły by mi z barków „ciężar” swoich myśli czy poczynań.
    Nie byłam dzieckiem ani dorosłym, który godzi się na wypominanie mi moich wadliwych cech.
    Dopiero zdolność mojego męża wobec mojego bagażu analiz i zachowań, pozwoliła mi wypakować dręczące mnie myśli, jak brudne ciuchy z wysłużonej walizki. Gdy mówiłam o tym co we mnie złe, próbował zrozumieć , choć dzięki temu, że jest niezwykle podobny, rozumiał od razu. Akceptował.
    Nie oceniał, nie ganił, nie wyśmiewał, nie miał potrzeby błyszczeć mówiąc „a nie mówiłem” czy popularne „tak, Ty i Twój trudny charakter”. Za to miał ogromną potrzebę uwolnić mnie, bo sam jak każdy człowiek na tym świecie ma przemyślenia, od wewnętrznej udręki wymagań i zmagań z samym sobą. Ludzie najczęściej nie mając komu ich powierzyć uciekają od nich, lub je wypierają. Najczęściej znajdują sobie na nie (myśli i swoje zachowania) usprawiedliwienia, aby żyło się lżej.
    Kiedy dopada nas największa złość po dyskusji, kłótni, wymianie zdań? Tylko ten kto analizuje siebie, dojdzie do tego, że nieprzespane noce nie biorą się z błędów innych, a najbardziej z naszych. Sobie wybaczyć jest najtrudniej. Do swoich błędów przyznać się jest nam nie po drodze. Bywają ludzie, którzy nawet nigdy przez cały żywot na tę drogę nie wchodzą. Na drogę swoich błędów. Uparcie myślą, że ich nie ma. To drogi widmo.
    A przecież z samym sobą przede wszystkim żyjemy. Dopiero później z innymi. Od nas zależy jacy ludzie do nas lgną. Od nas zależy jacy ludzie chcą z nami zostać. Od nas zależy czy ludzie chcą nam wybaczyć. I od nas też zależy ich lekkość bycia. Bo nie tylko my pragniemy znaleźć tych, którym ze spokojnym sercem powierzamy nasze myśli, obawy, dręczące wytwory naszego umysłu, ale i inni pragną takich w życiu znaleźć. Choć tak wielu na świecie jeszcze nigdy nie zaznało tego uczucia. Uczucia wyzwolenia się z tego co nas dręczy. I nigdy nie odkryją, dopóki nie znajdą w kimś, a może w Tobie, osoby, która nie zgani, nie wypomni, nie dopiecze, a jedynie zapyta, przemyśli, spróbuje znaleźć rozwiązanie. Osoba która znajdzie początek i zalążek tego co w Tobie trudne i wspólnie postaracie się poprzez wypowiedzenie tego na głos, odpędzić te uczucia. Poznać, rozpracować i znaleźć im drogę do wyjścia. A potem nauczyć się żyć tak, aby wracały jak najrzadziej aż w końcu wcale.
    Lecz Ty możesz dać Komuś jedynie swoją mądrość nieoceniania, zdolność zachowania tajemnicy, bez względu na to jak Wam się w życiu drogi potoczą. Możesz dać swój czas, zrozumienie. Może i swoje myśli wydobyć na wierzch. Jednak zacznij od siebie. W sobie szukaj powodów tego, że inni Cię złoszczą, że innym zazdrościsz, że inni wpływają na Twoją samoocenę. Znajdź tę myśl, to uczucie które powoduje takie widzenie świata i innych ludzi, a potem znajdź człowieka, któremu możesz powiedzieć to na głos.
    Choć ja dziś już wiem, że takiego człowieka nie da się ot tak znaleźć. On przychodzi sam. Jedynie pilnie należy się tym ludziom przypatrywać. 
    Ileż razy człowiek musi się potknąć. Ile razy te myśli wyjawić, by potem z tego powodu cierpieć.
    Jednak gdy los postawi Ci na drodze tego, przy którym będziesz mógł najbardziej wstydliwe myśli zdradzić, dbaj o niego. Bo tylko ten kto widzi w tobie dobro i wierzy w nie bardziej niż Ty sam, jest w stanie uczynić Twoje życie doskonałym przy niezliczonej liczbie Twoich niedoskonałości…
    A Ty pozwól sobie znaleźć w sobie to, co Cię dręczy i naucz się mówić o swoich uczuciach.
    Móc uwolnić się z dręczących nas myśli i być niezmiennie kochanym, a może i bardziej rozumianym, to wyjątkowy luksus XXI wieku…
    Mam wrażenie, że dziś nikt za tym drogocennym darem nie goni. Nie szuka, nie próbuje.
    Dziś dosyć dobrze jest schować się za kotarą udawanej doskonałości, zamiast te kotarę zerwać i polubić siebie takiego, jakim stoi się obdartym ze wszelkiej imitacji i gry na potrzebę społeczeństwa.
    Bo czyż myśli, które nas dręczą, które moglibyśmy wypowiedzieć na głos, nie będą tymi, które określą nas jako człowieka z krwi i kości przede wszystkim…?
    A tylko takim warto być. Tylko tak warto przeżyć życia jakie nam dano. Będąc niedoskonałym, który odnajdując odwagę mówienia o swoich słabościach i mankamentach, chce dążyć do doskonałości.

  • dopóki…

    Dopóki jest Mama…

    Reklamówka były w gerbery. Żółte i pomarańczowe. Uszy brązowe.
    W reklamówce trzy bratki. Na samym dnie wsypana ziemia. Żyzna. Już wilgotna. Idealna pod kwiaty.
    Wkład do znicza. W nim pudełko z zapałkami i gumowe rękawiczki. 
    W plastikowej butelce po coca coli, litr wody do podlania.
    I pamiętaj córeczko, jak podlejesz, napełnij na nowo i połóż gdzieś przy nagrobku. Tam chodzi sąsiad to  też podleje.
    Kiedy wracam z rodzinnego domu, po drodze mijam cmentarz na którym jest Babcia Adela. 
    Daleko od drzew, które rosną na skraju cmentarza. Za to blisko wejścia i kranu z wodą.
    Kiedy wyjeżdżam od Mamy, pamięta dać mi jajka, jabłka, ziemniaki. Swojskie takie.
    I daje mi te reklamówkę w gerbery.
    Dosadź tam córeczko na cmentarzu mi te kwiatki. Tu Ci wszystko włożyłam – otwiera torbę – tu masz wkład, ziemię na dole. Zapałki i rękawiczki. – wyciąga  i pokazuje – bardzo bym cię prosiła.
    Kiedy zajeżdżam na cmentarz, a jestem bez dzieci, rozsiadam się i powoli wyjmuję wszystko po kolei.
    Przyciągam doniczkę i robiąc otwory na bratki rozglądam się, czy jest na cmentarzu ktoś jeszcze. Nie ma nikogo oprócz mnie. Mogę mówić zatem na głos.
    Wiesz Adela – podnoszę głowę i patrzę na jej napis „Adela żyła lat 88 – zm. 24.04.2006” – mam tu dla Ciebie trzy bratki, ale oprócz tych bratków, wilgotną ziemię i wody litr. Jak już posadzę to podpalę Ci nowy płomień w zniczu. Patrz – wyciągam rękawiczki i pokazuję temu napisowi, a czuję jakbym Jej pokazywała – Mama pamiętała nawet o tym, żeby dać mi rękawiczki. I wiesz, te rękawiczki rozczuliły mnie najbardziej – tu na chwilę milknę i szybkim ruchem podsypuję ziemią, bo wiem, że zaraz się rozpłaczę – Wiesz Adejuta – tak mówiły na Nią wnuczki – ja dzięki Niej mogę jeszcze wciąż mieć tyle innych spraw na głowie. Innymi obowiązkami zaprzątać sobie myśli i pamięć. Wciąż mogę jeszcze tyle mieć w sobie z dziecka i dziecięcej beztroski. Nie muszę pamiętać o myciu nagrobków na święta i o zamówieniu świątecznych kwiatków. Robię to z wielką przyjemnością, gdy zadzwoni i mnie poprosi, ale wciąż jeszcze mogę sobie pozwolić aby o tym nie pamiętać… – uklepuję ziemię i wycieram donicę dookoła, czyszcząc z tego jak ją pobrudziłam – To taki czas jeszcze, który wciąż dużo mówi o młodości. Gdy nie trzeba pamiętać o grobach. Gdy masz jeszcze na świcie w zdrowiu tych, którzy o nich pamiętają. A przecież wiesz Adelko, że zawsze masz tu świeże kwiaty, palący się znicz. Na jesień jesienne bukiety, na zimę zimowe. Zawsze takie z gustem. Fajne Ci ta moja Mama tu umie postawić, zasadzić. Bez przepychu. 
    A i tam Adelko, jeszcze mam teściową co pamięta o grobach. I Teścia co na rowerze zajedzie i pomnik umyje. Tyle Adela mieć szczęścia, wiesz? – patrzę znów na napis, jakby miał mi przytaknąć – Bo to jest wielkie szczęście. Móc jeszcze nie pamiętać o grobach…
    Podlałam dookoła donicę. Powoli poszłam napełnić ponownie butelkę i zostawiłam jak mi Mama powiedziała. Zapaliłam knot we wkładzie. Co go wrzuciłam do znicza to gasł. Ale nigdzie mi się nie spieszyło. Powoli i spokojnie próbowałam na nowo różnymi sposobami, mówiąc wciąż na głos..
    Jak przyjdzie kiedyś czas – patrzę do góry i szybko mrugam – to też będę pamiętać. Nic się Adelka nie martw. Przecież Mama jest taka jak Ty, i moja siostra będzie taka jak Mama. Ja trochę inna, ale jak patrzę tyle już lat to przecież wiem… I będę dobrze pamiętać.
    Złapałam reklamówkę w pół z pozostałą ziemią i opowiedziałam Jej trochę o Tosi, Beniu i Adasiu. Zawsze Jej coś tam o nich poopowiadam, bo ich nie zdążyła poznać, a na pewno jest ciekawa.
    Piszę sms do Mamy ze zdjęciem jak wsadziłam te bratki. Odpisuje mi, że „Ślicznie. Dziękuję kochana.”
    Patrz Adelka, Ona mi dziękuje. Ty to rozumiesz? Ja tylko miałam wsadzić bratki, a Ona mi dziękuje. Przecież to ja Jej powinnam podziękować. Bo w tej torbie było wszystko. Gotowe. I że nie muszę jeszcze pamiętać, o grobach i świeżych kwiatach.
    Na odchodne zawsze mówię Jej – Pa Adelka.

    Zanim doszłam do auta, do reklamówki w żółte i pomarańczowe gerbery, pozbierałam wszystkie wyrzucone przez ludzi rękawiczki wzdłuż muru cmentarnego. I wstyd mi było za człowieka.
    W aucie włączyłam sobie wywiad z Iwoną Chmielewską i Agatą Tuszyńską.
    Kiedy wracam z rodzinnego domu popołudniową porą, mam przed oczami piękne, czerwone, zachodzące słońce. Do końca drogi nie opuszczała mnie myśl, że dzieckiem można być, dopóki jest Mama.

  • jeśli zrozumiesz…

    Śpię od wschodu. Jeśli nie zasłonię rolety, budzące się słońce wchodzi przez to okno i niczym nieskrępowane, trafia prosto w moje zamknięte jeszcze powieki. Czuję te jasność i ciepło. Jeszcze nigdy mnie nie rozgniewało. Wręcz przeciwnie. Zanim otworzę oczy celebruję tę chwilę. Mam wrażenie, że te promienie karmią moje ciało. A ja doceniam ten posiłek i zazwyczaj zostawiam wylizaną po nim miskę. Wówczas powoli przechodzę do stanu przymrużenia aby oswoić się z jaskrawym światłem. Jeśli jest dostatecznie wcześnie i wiem, że reszta domowników długo nie wybudzi się z błogiego snu, zbieram książkę ze stolika przy łóżku i schodzę na dół. Tam robię kawę i siadam na kanapie w pełnym słońcu. Najczęściej okazuje się, że zanim zejdą, przeczytam niewiele, bo nadal z zamkniętymi oczami podjadam to co daje mi bezchmurne niebo. 
    Tego dnia gdy zeszłam na dół, kanapa była już na wpół zajęta przez mojego męża, który dooglądywał serial, który zawsze bardzo pragnie obejrzeć wieczorem, a na którym zawsze zasypia. Gdyby miał w tym momencie udzielony głos na moim blogu, powiedziałby Wam, że jeszcze nigdy nie zasnął. 
    Jednak prawda jest taka, że często nie wie nawet jaki tytuł nosi dany odcinek.
    Usiadłam obok, a on objął mnie ramieniem jak obejmuje się dziewczyny na pierwszych randkach.
    Było mi dość niewygodnie, bo nie mogłam ułożyć głowy na oparciu sofy. Ale było na tyle przyjemne, że postanowiłam trwać tak chwilę, żeby nie zrzędzić już od samego rana. Przeszło mi też przez myśl, że te, które randkują, muszą to dzielnie znosić. Jakże wspaniale, że ja już mogę mu powiedzieć „weź tę rękę bo mi niewygodnie, a on wie, że wciąż tak samo go kocham.” 
    Z opresji wyratowała mnie Tosia, która zeszła na dół i stojąc naprzeciwko, zapytała czy może się w sam środek nas, jak to nazwała „wpasować”. Z wielką chęcią się rozdzieliliśmy, z czym ja z większą. Z racji tego miłośnie obejmującego mnie ramienia. 
    Siedzimy we trójkę w promieniach wiosennego słońca. Benio śpi. Po dziadku Andrzeju jest miłośnikiem snu. Opowiadam Im, że moja siostra wczoraj przez telefon powiedziała mi…
    Ale zanim…
    Moja siostra umiłowała sobie spacery. Zakłada słuchawki na uszy i potrafi spacerować godzinami. Wielkimi kilometrami. Słucha muzyki, rozmawia przez telefon, ale najbardziej rozkoszuje się naturą. Najczęściej jeśli już rozmawia, to z naszym przyjacielem od dwudziestu pięciu lat. Prawie bratem, chrzestnym siostrzenic. Tym który tytułuje naszych rodziców „mamo i tato”. Mieszka w Hiszpanii. Jako, że ma swoją knajpkę, a teraz jest epidemia, w dzień nie odsypia pracy, i może rozmawiać podczas spacerów z psami, czy porządków jakie robi. 
    Opowiadam zatem Im, że moja siostra przez telefon powiedziała mi jaką Rafał Szaton wymyślił mądrość…
    Możesz mieć w życiu wszystko, jeśli zaakceptujesz, że nie możesz mieć w życiu wszystkiego.

    Tosia stwierdziła, że piękne. Pytam Ją zatem jak to rozumie. Nie do końca wiedziała jak mi to wytłumaczyć więc Jej pomogłam. 
    – To jest Córeczko tak, że te zabawki które masz w domu mogą być dla Ciebie wszystkim i pełnią szczęścia, jeśli zaakceptujesz i zrozumiesz to, że wszystkie inne, które są w sklepach nie podniosą i nie zwiększą Twojego szczęścia. Wszystkie te, które stoją na półkach, w koszyczkach, na biurku i parapecie dają Ci fantastyczne możliwości do zabawy. I tylko Twoje szczęście, kreatywność, fantazja pozwolą Ci bawić się nimi lepiej i radośniej niż nowe i kolejne, które moglibyśmy kupić.
    To zdanie Rafała podobało mi się na tyle, że zaczęłam myśleć o innych przykładach. Nie tylko materialnych. 
    Możesz poczuć, że masz wszystko, jeśli mąż którego masz jest tym, który zrobi Ci rano kawę i skosi trawę, i wiesz, że ten który byłby bardziej domyślny i lepiej zorganizowany nie uczyniłby Cię szczęśliwszą.
    Chyba, że jest leniem, nierobem, chamem, to go zostaw i poczuj, że masz wszystko, bo teraz jesteś wolna i świat będzie zależeć od Twoich decyzji. Masz wszystko jeśli zaakceptujesz, że nie musisz mieć koniecznie kogoś u boku. I poczujesz się szczęśliwa sama ze sobą, mając wszystko, bo masz siebie. Zrozumiesz, że może być dobrze, a nawet najlepiej. Sama dla siebie jesteś wszystkim.
    Możesz być szczęściarzem jeśli z produktów jakie masz w domu, potrafisz zrobić obiad i zrozumiesz, że nie trzeba mieć wszystkich składników aby nakarmić rodzinę. Placki ziemniaczane ze śmietaną, a nawet i bez, są wszystkim. Dla niektórych bywają życiem.
    Masz wszystko kiedy stara, wyblaknięta pościel wyprana i wysuszona na wiosennym słońcu, pachnie jak spokój i  beztroska i rozumiesz, że ta nowa, widziana wczoraj w katalogu, czy na instagramowym zdjęciu nie da Ci wcale lepszego snu.
    Możesz mieć w życiu wszystko pośród ludzi z którymi żyjesz, kiedy zrozumiesz, że inni i następni też są tylko ludźmi.
    Możesz mieć wszystko czytając drugi raz tę samą książkę, niż wtedy gdy odkrywasz nową.
    Lub wiedząc, że kiedy na nową trzeba poczekać, możesz mieć więcej, doceniając tę której litery pochłaniasz teraz. 
    Możesz mieć wszystko sadząc małe drzewa dookoła domu, jeśli zaakceptujesz, że nie możesz mieć wielkich i dorodnych. 
    Możesz mieć wszystko wychwalając swoje oczy czy nos, nie gderając do losu o niezbyt udane nogi.
    Możesz mieć wszystkie sukcesy świata jeśli zrozumiesz, że na tych których dokonujesz, zbudowane jest wszystko.
    A jeśli runie, to możesz mieć całą tę ruinę, z której zbudować można na nowo wszystko…

    Kiedy wstałam i wyciągnęłam z lodówki mleko do kawy i owsianki, z góry zszedł Benio.
    Położył się na kanapie obok Nich i powiedział, że musi jesce polezeć, bo tylko jedno oko mu wstało.
    Zademonstrował wszystkim jedno przywarte i jedno rozwarte ślepie i ułożył głowę do słońca na poduszce od Kasi.
    Zapytałam czy chcą owsiankę. Chcieli. Mam nadzieję, że wiedzą, że ta owsianka to wszystko.
    Ja już wiem, że moja kawa, którą pijam rano na tarasie od wschodu, jest wszystkim. I nie ma na świecie kawy i innego wschodu, który dałby mi więcej. Bo jak można mieć więcej mając już wszystko?