• żółty, czerwony, zielony..

    _DSC0013 _DSC0023 _DSC0050 _DSC0075 _DSC0105 _DSC0082 _DSC0099 _DSC0129 _DSC0177 _DSC0210 _DSC0201 _DSC0230 _DSC0249 _DSC0257 _DSC0267 _DSC0269 _DSC0304 _DSC0312 _DSC0322 _DSC0262 _DSC0326 _DSC0328 _DSC0351 _DSC0368 _DSC0375 _DSC0391 _DSC0400 _DSC0402 _DSC0413 _DSC0419 _DSC0437 _DSC0431 _DSC0433 _DSC0456

    piszę zawsze prawdę bo inaczej po co to wszystko…?

    ale od początku…
    mało rzeczy się w życiu boję.
    nie boję się kłopotów finansowych, bo auta, dom to wszystko tylko rzeczy.
    czy z nimi czy bez nich, szczęście zależy od naszego zdrowia i tego co w głowie.
    a do tego mam ręce dwie i mój mąż też. mogę iść sprzątać po ludziach a On doły kopać.
    sprzątać uwielbiam i robię to dobrze więc odnalazłabym się w mig.
    ale nie o tym…
    najbardziej w życiu, wręcz chorobliwie boję się o nasze zdrowie.
    a już najbardziej w dzisiejszych czasach boję się raka.
    każdy ma swoją teorię dotyczącą tej choroby i moja jest taka, że jedna z przyczyn to chemia w jedzeniu.
    (druga to stres i wewnętrzne niezadowolenie).
    czytam składy na produktach, nie jakoś zwariowanie, staram się zachowywać umiar..
    ale ile mogę, tyle się staram robić..
    np. nie pijemy w ogóle napojów ze sklepów. codziennie robię kompoty.
    i ostatnio trafiłam na bardzo fajny tekst… był o profilaktycznej diecie antynowotworowej dla dzieci.

    „Świeżo wyciśnięte, niepasteryzowane soki warzywne, owocowe czy roślinne są bogate w witaminy, minerały, a ubogie w kalorie. W profilaktyce antynowotworowej szczególnie ważne jest uzupełnianie wszelkich niedoborów. Soki pełnią tutaj ogromną rolę ochronną i terapeutyczną. Są najszybciej przyswajane przez organizm – w ciągu 15 min. od spożycia składniki odżywcze znajdują się w ludzkim krwiobiegu i mogą służyć jako budulec zdrowych komórek. Soki to najbardziej efektywna forma przyswajania warzyw i owoców. 1 l to ok. 1,5–2 kg składników. Taką ilość ciężko by było zjeść. Soki pozwalają też na większą różnorodność diety. Można w nich z powodzeniem ukryć to, czego dzieci nie lubią. Warzywa i owoce neutralizują kancerogenne wolne rodniki (aktywne molekuły tlenu powodujące uszkodzenia DNA w komórkach). W świeżych sokach nie doszło jeszcze do przemiany zdrowych azotanów w kancerogenne azotyny. Ważne jednak, by były one uzyskiwane w odpowiedni sposób. Sokowirówki niestety nie zapewniają ich najwyższej jakości. Najlepszym narzędziem są wolnoobrotowe wyciskarki, zbudowane z bezpiecznego plastiku lub nierdzewnego metalu. (źródło-  dziecisawazne.pl)

    i ja nie robię wpisu z tą wyciskarką, bo dostałam duża hajsu za reklamę, piszę o niej bo sama ją wybrałam, wyszukałam, wyczytałam i stanęło na tej.
    ale zanim przystąpiłam do zakupu, to zwyczajnie zadzwoniłam i powiedziałam, że ja marzę o Ich wyciskarce a Oni chyba marzą by mi ją dać 😉 no i się okazało, że się nie myliłam.

    prawie codziennie robię zakupy w naszym wiejskim sklepiku na rogu. 
    przy każdych zakupach wkładałam buteleczkę soku z marchewki. taki świeżo wyciskany.
    kosztuje 3,50zł. 
    soków ze sklepu takich w kartoniku nie kupuję, choćby nie wiem co było napisane bo podejrzewam, że wody dolane sporo. choć na pewno prawdziwe, szczere się zdarzają.
    mój mąż z racji dolegliwości brzusznych jest od jakiegoś czasu na diecie..
    i o tej wyciskarce już dawno w domu była mowa..
    policzyłam też, kiedy ją szukałam, że koszt zakupu to 1,5 roku kupowania codziennie soczku z marchewki.
    a mogę mieć soczków o niebo więcej.
    mogę w soczkach przemycać owoce i warzywa jakich moje dzieci jeść nie chcą..
    np ten zielony sok jest ze szpinaku, brokułów, a najlepszy jaki w życiu piłam.
    ale pomijając fakt wymyślnych soków..
    jadąc z pracy kupujesz siatkę jabłek. myjesz i wrzucasz.
    jabłka wrzucamy w całości. bez obierania, bez niczego. można wrzucić całe jabłko.
    chyba że duże to pokroić by się zmieściło.
    zajmuje Ci to sekundę. jak nie masz czasu umyć sprzętu to wlewasz wodę, przepłukujesz i wracasz do mycia gdy znajdziesz czas..
    a sok ze świeżych jabłek do obiadu… bezcenny.

    u nas to cały rytuał, bo dzieci muszą w tym bezdyskusyjnie uczestniczyć..
    podawać, wkładać, otwierać, przelewać.. i wtedy też chętniej piją i próbują skoro spod ich rąk wyszło.

    stanęło na tej (i szczerze, ja z głupoty zadzwoniłam zapytać, bo mój mąż i przystępował do kupna) ponieważ, nie ma dla niej konkurencji. wyciąga z owoców więcej soku niż inne.
    ona nawet ten ucisk przy wyciskaniu ma podobny jak gryzienie człowieka.
    jest bardzo cicha. ma 10 lat gwarancji! więc jesteś pewien, że 10 lat będzie służyć a to wychodzi 55 groszy na dzień.
    jest wiele rzeczy w domu czy w życiu do nadgonienia finansowego, ale na tę wyciskarkę byśmy te pieniądze wygospodarowali bo czuję, że piję życie.
    i jak tak wrzucam tam imbir, paprykę… to aż mi się serducho raduje…

    możecie zobaczyć TUTAJzdroweimarkowe.pl – Kuvings
    przez miesiąc od dziś będzie można użyć kodu rabatowego na kwotę – 100zł wpisując JULIA.
    (w przypadku chęci zakupu na raty aby wchodził kod rabatowy trzeba skontaktować się na maila  kontakt@zdroweimarkowe.pl)

    moje soki:
    zielony – szpinak+jarmuż+główka brokułu+pół banana+jabłko+pomarańcz
    czerwony – papryka+grejfrut+gruszka+pół banana+jabłko+plasterek limonki
    żółty – jabłko+pomarańcza+połówka cytryny (obranej oczywiście)+trochę banana+trochę imbiru

    Benia ubranka – coodo
    Tosi spodenki – pan pantaloni

  • legenda o tym jak Andrzej samochód strażacki kupował.

    to jest serio fajne. że ten Tata taki jest. że jest ciekawy, inny..
    i moja siostra ostatnio opowiada mi, jak to pojechali w niedzielę kupić wóz strażacki…
    oczywiście tamtej niedzieli dostawałam na bieżąco zdjęcia z telefonu.
    pomyślałam, że ja muszę napisać o tym posta. muszę..
    ale chwilę potem doszłam do wniosku, że nikt tego nie odda tak jak moja siostra.
    to jest Ich historia. wybłagałam więc u Niej tę opowieść dla Was..
    a opowieść napisana wprost genialnie, łącznie z tym, że na końcu nastąpiło moje wzruszenie…
    ta rodzina spadła mi z samego nieba… pomijając fakt, że ja chyba z centrum piekła.


    „Wyruszyliśmy  wczesnym rankiem. Termos z kawą – obowiązkowo. Kanapeczki – konieczność. Przecież nigdy nic nie smakuje tak, jak w drodze. A jak się człowiekowi jeść wtedy chce?! Ledwo, co poza gminę głowę wystawi, już kiszki marsza grają.

    Autostrada tam żadna nie prowadzi. A drogi wyboiste, dziurawe, kręte, wąskie. Toczymy się tak przez te miasteczka i wsie, a co jedna to bardziej urokliwa. Zimno jeszcze. Płeć piękna w jesionkach do kościołów tłumnie spieszy z ozdobą w ręku, gdyż to niedziela palmowa i święcić trzeba. Panowie zaś gromadnie uciechy pod spożywczymi  od wczesnych godzin zaznają, bo ich bardziej niż palmowa cieszy, że handlowa.

    A ja w męskim, doborowym towarzystwie, kawą się delektując  w podwórka ludziom zaglądam i pogodę nie najlepszą komentuję. I tak przemierzamy kolejne kilometry nieświadomi zupełnie kresu tej podróży.

    I nagle ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazuje się, że aby dojechać do celu musimy przepłynąć Wisłę. Promem!!! Ja nie sadziłam, że w XXI w. istnieją jeszcze takie środki transportu!!!

    Samochód załadowany , tato z moim mężem spokojnie stoją, a ja ciekam jak poparzona, bo w szczęście swe uwierzyć nie mogę. Mówię do pana promiarza, że fajną ma tę robotę, bo wszystko wie – kto z kim na randki chodzi, do której teściowej na obiady niedzielne jeżdżą, o której dziewczyny z zabawy wracają – zorientowany jakby w wywiadzie pracował. Pan mało gadatliwy, uśmiecha się tylko pod nosem nieśmiało ( ale ci z wywiadu tak mają, że informacje zbierają, a mówią niechętnie), więc urazy nijakiej nie żywię i beztrosko Wisłę przemierzam.

    Dzwonimy:

    -Halo, tu mój teść  samochód obejrzeć do Was jedzie – mówi mój mąż

    – Dobra, już na Was czekomy! Ekipe zbierom  i pod straż zajedźta – odzywa się sympatyczny głos w telefonie.

    Wjeżdżamy. Malutkie chatki, stare stodoły, zabudowy często drewniane jeszcze, piękne, czyściutkie, zadbane. Polską pachnie. Ciszą. Ludowością. Ławki przed domami puste. Wieś wałem ochronnym od reszty świata odgrodzona.

    Nagle mym oczom ukazuje się Trzech Muszkieterów pod remizą strażacką OSP. Stoją. Machają. Uśmiechy szerokie na pyskach, więc i nam się gęby śmieją.

    Wyskakuje z samochodu i już się zabieram do ściskania Strażaków!

    -Heniek, na boga – rzecze jeden – patrz no ty, dziołcha ma gołe nogi! Dej no tam, w remizie te wełniane skarpety leżą, od razu ją ubierzemy, bo nom tu zmarznie!

    I gotowi lecieć mi skarpet szukać.

    – O tu panowie mamy wóz do sprzedania!

    I bramy drewniane otwierają, a oczom naszym ukazuje się Mercedes, rocznik 77

    – My tera nowy dostali, nam ten już niepotrzebny!

    – A dużo panowie nim jeździli ? – pyta tato

    – Gdzie ta dużo?! Panie! Najwięcy  to my do Łagiewnik się modlić.

    Podczas kiedy chłopy do oględzin przystąpili i przejażdżek po wsi zażywać poczęli, ja gadki uskuteczniam…

    -A grzeje on? – pytam

    – A to pani zależy …

    – Zależy od czego? – dochodzę

    – Zależy ile pani wcześnie wypije, czasami to tak grzeje, że się wysiedzieć nie da – otrzymuję w odpowiedzi

    -A ile on wyciąga? – kontynuuję w obawie, że wracać będziemy do poniedziałku

    –  A do Łagiewnik to my se stówką lecimy lekutko!

    W tym czasie podjeżdża elegancka Pani , wysiada z BMW. Młoda, zadbana, ładna. Dowiaduję się, że to pani Bożenka – pełniąca bardzo ważną funkcję skarbnika w straży i kole gospodyń wiejskich, bo jak się okazuje w rozmowie obydwie te instytucje prężnie działają w ich miejscowości, która posiada 104 mieszkańców.

    Podczas miłej rozmowy z panią Bożenką co rusz podchodzi do nas ktoś ze wsi, bo pora to przedobiednia i wszyscy z palmą do domów wracają. Odświętni i dostojni. Każdy przystaje, gdyż wielkie się dzieje na wsi wydarzenie – kupce po strażacki przyjechali.

    A to Pani Danusia z Halinką przystanęły i zaraz opowiadać poczęły o potrawach regionalnych. I przepisy, które to „są słodka tajemnicą, ale rąbek mi zdradzą, jak się przyrządza te specjały”.

    A to, że Danusia głodna, bo nic od rana nie jadła, a już dużo schudła. Od tej roboty w gospodarce to też, ale najbardziej to dlatego, że kurteczkę od siostry pod choinkę dostała i zapiąć się w niej nie mogła. I takie se postanowienie zrobiła, że do wiosny wejść w nią musi.

    – I proszę, niech pani ino patrzy! Leży jak ulał!

    I pod boki się łapie i po brzuchu gładzi.

    Faktycznie, stwierdzam, że bardzo twarzowa.

    Ale żebym nie myślała, że pani Danusia nieszczera, to od razu mi mówi, że i ona siostrze za ten prezent coś tam na podwóreczku złapała, oskubała i za prezencik się odwdzięczyła.

    -Halinka – słyszymy głos jednego z Trzech Muszkieterów – Tyś jeszcze naszego nowego wozu nie widziała! Heniek, pokaż no Halince niech zoboczy!

    I już Halinka do garażu bieży  nowy nabytek straży oglądać.

    W pewnym momencie na rozstaju dróg ukazuje się elegancki, starszy pan.
    Ubranie ma bardzo szykowne – czarny garnitur, skrojony na miarę, szal biały dookoła szyi powiewa, kapelusik na głowie. Stąpa krokiem lekkim, jakby lat miał o połowę mniej.

    Pytam moich już znajomych któż to taki. W odpowiedzi słyszę, że pan Władek. Wiele lat mieszkał w Ameryce i choć tera wrócił to pewnie znowu wyjedzie. Pan Władek, kiedy zobaczył pod remizą zamieszanie również postanowił zbadać sytuacje.

    Więc ja niewiele myśląc, rzucam Mu się w objęcia i mówię:

    – Jakże miło pana poznać! Słyszałam, Że pan z Ameryki?

    – Kto? Jooooo??? Eeeeeee…..

    I się dowiedziałam. Ale kapelusz zdjął, dłoń mi szarmancko pocałował, ukłonił się nisko i poszedł na niedzielny rosół.

    Tato rzecze:

    -Panowie, samochód stary, trochę rdzy, wiele remontów jeszcze mnie czeka, dołożyć do niego musze. Wystawiliście taką cenę, ale ja proponuję mniej. Co wy na to? Oczywiście jeszcze na flaszeczkę dla straży dołożę.

    – My się musimy naradzić! Chodźta chłopy  za samochód, chodź z nami Bożenka, boś skarbnik i wiedzieć musisz .I zniknęli za drzwiami. Prosto. Zwyczajnie. Bez ogródek. Uczciwie. Normalnie. Swojsko.

    Za 4 minuty wyszli

    – No my uradzili, że się zgadzamy, wóz sprzedajemy! – powiedział Herszt Bandy

    I tak poszliśmy spisywać umowę do domu kultury.

    – A co tu macie u góry? – pytam ciekawa

    – A tu to se tirówki przyjmujemy… chce pani zobaczyć?

    – A ma pan pieniądze? To już idę oglądać! – wyparowałam bez ogródek

    Ale chyba nie miał gotówki, bo temat się skończył…

    Pani skarbnik kasę przeliczyła komisyjnie i schowała. Pieniędzy na flaszkę wziąć nie chciała, gdyż nie wiedziała jak ma tą wpłatę zaksięgować i oddała głównemu Muszkieterowi.

    Kiedyśmy się żegnali dowiedzieliśmy się, że jeszcze tego samego dnia ma się odbyć BARDZO WAŻNE zebranie strażackie o 19.00. Obecność obowiązkowa!!!
    Kiedy mój mąż usiadł za kierownicę, a ja obok w nowym nabytku taty jeden z Trzech Muszkieterów powiedział:

    – A niech pani tylko głośno krzyczy przez głośnik, żeby cała wieś słyszała, że samochód już sprzedany.

    I sygnały też puścić! A co? Niech wiedzą!!! Śmiało!!!

    A że mnie dwa razy powtarzać nie trzeba to darłam dzióba jeszcze daleko poza wsią.

    Samochód strażacki płynie promem za darmo.

    Pan promiarz grzecznie spytał, czy aby nowy nabytek, bo przecież widział, że my ani nie do pożaru, ani nie do Łagiewnik…

    – Ale se lekutko lecimy! – rzekł mój mąż w drodze powrotnej, kiedy bujaliśmy się Mercedesem rocznik 77, ledwo co 70km/h. O rzeczonej stówce mowy nie było.

    Niewiele mówiliśmy, gdyż hałas panujący w nowym wozie nie pozwalał na konwersacje.

    Niewiele mówiliśmy, jednak każdy z nas miał taki szczery uśmiech na twarzy…

     I ja, i on uśmiechaliśmy się do swoich myśli i wspomnień owego dnia.

    Wiele w życiu widziałam, doznałam, przeżyłam.

    Miałam okazję jeździć bardzo luksusowymi samochodami .  Ale nigdy nie czułam tylu spojrzeń przechodniów – dzieci, młodych chłopców, dorosłych mężczyzn i kobiet mijanych po drodze kierowców, co podczas bycia pasażerką  mało luksusowego  za to przyciągającego ludzkie spojrzenia wozu strażackiego.

    Miałam okazję bywać w różnym towarzystwie, wśród tzw. „śmietanki towarzyskiej”. Ale nigdzie nie spotkałam się z taką staropolską życzliwością, przychylnością, prostą, nieskomplikowaną myślą człowieczą, prostolinijną szczerością. Ci ludzie byli dobrzy. Po prostu.

    I to smutne uczucie we mnie, że są chwile, które się już nigdy nie powtórzą… Są miejsca, do których już nigdy nie powrócimy… Są ludzie, których już nigdy na swej drodze nie spotkamy…

     

    Wszystkim mieszkańcom Strojcewa pięknie dziękuję za niedzielę, o której będę opowiadać jeszcze moim wnukom.”

    zdjęcie

    P.S. Imiona bohaterów zostały zmienione.

  • słowa zostawione.

    – Czy ty oszalałeś? Kurde, jak mogłeś tak zrobić?! Człowieku! wszystko zjebane!
    (oczywiście w tej wypowiedzi było koło setki przekleństw i milion obraźliwych słów, kierowanych do tego po drugiej stronie słuchawki vel kabla telefonicznego).
    a potem widzę Ich.. koło południa. stoją i gadają. śmieją się, coś planują..
    podchodzę i pytam – a Wy się odzywacie już do siebie?
    na co Oni zgodnym chórem – a my żeśmy się pokłócili ?!?!?!?!
    no właśnie… powiedzieli co mieli powiedzieć.. nakrzyczeli. naklęli siarczyście…i życie płynie dalej.

    a u nas kobiet jest trochę inaczej.. słowa rozpamiętujemy, analizujemy, rozkładamy na drobne i wchodzimy dogłębnie w logikę tego co do nas przemawiał..
    a logiki tej nie poznamy nigdy. najczęściej zostanie to tylko naszym domysłem, jakże często mylnym..

    dzwoniła do mnie kiedyś pewna dziewczyna. blogerka. nie kumplujemy się. widziałyśmy może przelotnie raz w życiu. zadzwoniła wtedy zapytać o coś.
    gadałyśmy długo. opowiedziała mi dużo o innej blogerce, z którą przyjaźniła się mocno.
    wyciągnęła wszystko. takie rzeczy o których mi było nawet wstyd słuchać.
    nigdy więcej już nie miałyśmy okazji rozmawiać, a ja pamiętam to do dziś bo..
    Ona ponownie się z tamtą blogerką przyjaźni… a gdzieś tutaj na boku zostawiła tyle słów.
    a te rzeczy były czyjąś prywatną tajemnicą, może czasami prywatną tragedią..
    ja jestem zupełnie obcym człowiekiem.. skoro powiedziała mnie, to ile innych osób musiało to usłyszeć..?
    potem wypowiadane z ust do ust nabiorą innych barw, przerysowanych..

    przyjaźniłam się kiedyś bardzo mocno z dziewczyną, z którą potem rozeszły nam się drogi..
    i choć nie pokłóciłyśmy się bezpośrednio, to zahaczyło o ważne osoby obok i drogi się rozeszły..
    w tej przyjaźni wyznała mi wielką tajemnicę. taką największą. o wielkiej wadze.
    i gdy szłyśmy już obok, zapytała co ja z tą tajemnicą zrobię..
    jak to co? zachowam na zawsze dla siebie.. bez względu na to co między nami..
    nawet gdybyśmy się nienawidziły! bo tajemnica jest tajemnicą na zawsze.
    nie tylko podczas złotych lat przyjaźni.. nie przestaje nią być również wtedy gdy gaśnie wszystko..
    zawsze wtedy stawiam się w tej sytuacji..
    ufam Komuś, wierzę, jest dla mnie ważny. jest wsparciem, ulgą… i powierzam Mu co najgłębiej we mnie siedzi.. co nie dla każdego, a wręcz prawie dla nikogo..
    a potem przez potknięcie, niedomówienia, złość, dumę coś się psuje…
    i czy ja wtedy chciałabym by Ktoś o tej mojej porażce mówił innym? czy ja bym chciała?
    czy ja na to zasługuję? by Ktoś za plecami mnie ośmieszał, obrażał, poniżał, szydził..?
    nikt z Kim coś mnie połączy na to nie zasługuję..
    coś ja plotę… nikt w ogóle na to nie zasługuję by pozwalać sobie na taki krok..

    była też taka sytuacja. jakieś niedomówienie.
    lubiłyśmy się mocno. bardzo mocno. nie była to może zażyła przyjaźń, ale dużo więcej niż koleżeństwo.
    i ja coś palnęłam. nie widziałam w tym nic złego. a Ona widziała. i mąż Ją poparł. a mój mnie.
    i był niesmak wielki. cisza nastała. ja miałam złość na Nią a Ona na mnie. i każdy wierzył w swoją rację.
    i przez ten czas.. może rok… nikomu nie pisnęłam ani słowa.
    trochę pomruczałam pod nosem mężowi i siostrze, że jak Ona tak mogła, taką błahą rzecz tak mi wypomnieć, tak wręcz potraktować z góry. zamiast normalnie powiedzieć..
    a wspólnych znajomych miałyśmy wiele…
    a tajemnic jeszcze więcej..
    do dziś nikt nie wie, że był czas w którym się nie odzywałyśmy.
    los znowu postawił nas na te same tory.. i wracamy do tego co było..
    a wiecie jak wraca się lekko, z jaką wielką ochotą gdy wiesz, że sumienie masz czyste..
    gdy wiesz, że jesteś godna rozpocząć tę znajomość na nowo. jesteś Jej warta.
    najpiękniejsze jest to, że Jej klasa też zachowała milczenie..

    bo to przecież normalne, to przecież wręcz konieczne by człowiek tak się wyżalił jak Go Ktoś wkurzy, zawiedzie, zrani…
    to przecież nawet oczyści jak z siebie wyrzucimy…
    tylko zupełnie inaczej gdy wyrzucimy do jednego, od lat sprawdzonego…
    a zupełnie inaczej gdy w swej złości rozpowiemy…
    i czy ja nie rozumiem..? oczywiście, że rozumiem… że jak Ktoś zrani to chcielibyśmy światu wykrzyczeć czasami, winę na Niego zwalić i opowiedzieć gdzieś może… rację nam przyznają i spać pójdziemy spokojniej.. rozgrzeszeni.. że to my.. my Ci lepsi.. wygrani.
    a wygrany ten oto co milczenie zachował. klasę. dobór słów…
    często patrzymy na chwilowe zadowolenie.. to teraz. to na najbliższe dni..
    a życie długie jeszcze… i jak Kto potem do Twych drzwi zapuka, a co gorsza Ty do czyichś drzwi..
    to ze spokojną głową powiesz „no cześć…”… i zaczniesz od nowa..

    do dziś nie wiem, Kto tam miał rację..
    ale pamiętam jak to w mediach głośno było o Kasi Figurze i Jej mężu.
    Ona o tym rozwodzie opowiedziała wszystkim gazetom. udzieliła wielu wywiadów..
    nie pozostawiła na nim suchej nitki…
    On za to nie powiedział nic. milczał i robił swoje.
    kiedyś raz widziałam Go w DDTVN. krótko, treściwie z wielką klasą..
    nie wiem Kto rację ma, ale Jego zachowanie wtedy bardzo mi zaimponowało.

    nudzą mnie czasami rozmowy z tymi co zupełnie na nikogo nic, ani słowa nie powiedzą..
    ale tych, co zdradzają mi sekrety innych trzymam od siebie z daleka..

    i jeżeli zostawiamy na Kogoś Kto był nam bliski, słowa złe, to tu to tam, to źle tylko o sobie mówimy..