Archive for Marzec, 2015

  • Warszawa

    _DSC0397_2 _DSC0393 _DSC0398 _DSC0406 _DSC0420_2 _DSC0402 _DSC0385 _DSC0417_2 _DSC0375 _DSC0377 _DSC0391

    pojechałam ostatnio do Warszawy. pociągiem.
    kupiłam bilet w kasie. Pani miła. a to ważne. nawet bardzo.
    torbę w kratkę wzięłam. taką ulubioną. co osiem lat temu kupiłam. uszy już kaletnik raz naprawiał.
    w takim sklepie bardzo ekskluzywnym. trzy miesiące na nią odkładałam.
    można ją pod rękę, a można na kółkach ciągnąć. tylko ona wysoka a chuda więc się kolebie i przewraca, ale już się nauczyłam ją z kobiecą elegancją prowadzić.
    założyłam sukienkę, płaszczyk wiosenny, choć tak może jeszcze zimowo było. ale udawłam, że jest mi idealnie i to był wybór ze względu na pogodę a nie na to, że nowy..
    nie pamiętam kiedy byłam na dworcu w Katowicach.. może właśnie wtedy gdy czekałam na pociąg do Częstochowy wracając z Krakowa w dwutysięcznym szóstym. trochę się więc bałam, że głowa mi się ukręci gdy to wszystko ujrzałam.
    nie zdążyłam książki przed podróżą kupić i tak się łudziłam, że może jakiś skład na tym dworcu będzie.. książek w przejściu podziemnym na stole rozłożony.. w Krakowie takie bywały..
    a tam.. księgarnia, perfumeria, cuda na kiju i Starbucks na środku. europa proszę pana..
    kupuję tę modną kawę co na kubku mi moję imię koniecznie wypisują. zastanawiam się nawet chwilę w jakim celu, gdyż ani przede mną ani za mną nikt nie stoi. jakiś chłopak z słuchawkami na uszach siedzi w kącie i widać, że tylko przeczekać na pociąg chce. kawy ani nie pił, ani nie planuje pić.
    biorę ten kubek pysznej, pachnącej kawy z napisem „Julia” i zasiadam do książki.
    wyciągnęłam bilet by włożyć  jako zakładkę. zdjęcie telefonem zrobiłam. tej kawy modnej i biletu. na instagram dodałam..
    że w podróż wyruszam.. takie to teraz na czasie..
    a w tym pociągu.. nie wiem jak to opowiadać.. Kto Matką jest to może i zrozumie.. bez mówienia.
    siedzę. noga na nogę. płaszczyk na wieszaczku wisi. muzyki słucham, tak mi się stary przebój przypomniał z czasów liceum.
    skunk anansie śpiewało „hedonism”. kochałam się wtedy w Krzyśku. On zresztą we mnie też. miał białego opla kadeta i pod szkołę po mnie przyjeżdzał. poczciwina taka. ten Krzyś, bo opel to mniej, ciągle mu się woda gotowała.
    w okno zerkam, smsy piszę, Ktoś dzwoni, ale załatwiam szybko sprawę, bo o tej książce jedynie marzę.
    nikt mnie nie goni, nikt o nic nie pyta. stan błogi. błogostan.
    na dworcu człowiek mój czeka. człowiek, co jeszcze pokój ze mną w internacie dzielił, gdy po piętnaście lat miałyśmy.
    za wcześnie przyszła i zmarzła trochę. i ta morda wiecznie uśmiechnięta.
    jedziemy kolejką, a potem autobusem miejskim. nacieszyć się nie mogę, bo ile to ja lat tak nie jeździłam.
    zawsze tym autem tylko. drobnych na bilety szukamy.
    mówię Jej, że koniecznie chcę na film „disco polo” iść i zapuszczam Jej w telefonie „cztery osiemnastki”. jedną słuchawkę Jej do ucha wsadzam i śpiewam w tym autobusie. Ona mnie od głupków przezywa.. znakiem tego też nie jestem Jej obojętna.
    w domu ma przytulnie, ciepło. pyta czy ja na miasto bym chciała wyjść. a ja o piżamie i kocu już myślę.
    z talerzy podjadamy, herbatę siorbiemy. gadamy jak za starych czasów.
    śpimy razem i jeszcze po ciemku coś plotkujemy. czuję się jak nastolatka.. a Ona się tak wdzięcznie śmieje. całą sobą.
    z samego rana łapię taksówkę, po drodzę kupuję bukiet żółtych tulipanów dla Ani.
    wpadam na konferencję prasową za wcześnie. ustawiam więc krzesła z właścicielką marki i Jej nową twarzą.
    twarzą jest Kasia Cichopek. i choć tak chciałam nadal za Nią nie przepadać, chciałam jak wszyscy mówić „no już wszędzie Ona jest!” to wkurzam się aż sama na siebie. bo jak można tak wbrew sobie? Kogoś tak polubić, choć się polubić nie planowało..
    jak może być tak fantastyczną dziewczyną!? przedziwnie zaskakującą gwiazdą co nie gwiazdorzy, tylko croissanta tak samo na talerzyku jak ja kruszy..
    szalik zgubiłam.
    w tym marcu dziesięć lat mija jak Bartka za przyjaciela mam. nic się nie zmienia. wozi mnie tym autem po Warszawie jak wariat, a ja mu tłukę do głowy, że ja już dwójkę dzieci mam, że już wydoroślałam i że na kolejnym rondzie to już wysiądę na pewno!
    siedzę na tych skórzanych fotelach w super furze. leci jakiś przebój lat 80tych. On się pyta czy ja jestem szczęśliwa tam w tym szarym domu. odpowiadam , że jak nigdy w życiu.. dobry chłopak w ciele twardziela.. a jak przypomnę gdy go poznałam, jaką nienawiścią darzyłam. jaki to był Warszawski debil i cwaniak!
    zreszta, ciągle nim jest, ale teraz już Go lubię. nie ma Warszawy bez cwaniaka.
    do kina wpadam na ostatnią chwilę. nie ma „disco polo”, jest „Samba”. Kaśka uwalona od sosu z zapiekanki. Andzia śmieje się tym całym ciałem, gdy ja tańczę na końcowych literach.
    Mama dzwoni, żebym się rano nie spieszyła. żeby tym późniejszym pociągiem.
    żebym pospała rano i na spokojnie kawę wypiła. 
    zrywam się o świcie by zdążyć na pierwszą. i jadę znów tym autobusem i kolejką na dworzec. torba się przewraca, bo już nie chce mi się być elegancką.
    przytulam Ją na dworcu stolicy i chciałabym Jej powiedzieć jaka jest wspaniała i podziękować. ale ja mam taką wadę, że nie potrafię mówić miłych rzeczy. mam tylko dużą buzię do pyskowania.. Mama tak mówi. i ma rację. 
    na peronie czeka mój mąż. już z okna Go widzę. że też lata mijają, a ja tak samo… jakbym na randkę do Niego przyjechała, a nie do domu naszego i gromady dzieci. rzucam Mu się na szyję. 
    wpadam do przedszkola za pięć pierwsza. otwierają się drzwi stołówki i z bandą gadających i dłubiących w nosie wyskakuję też mój mały lokaty ryj. ustawia się do schodów by jeszcze umyć zęby i krzyczy do przedszkolanki „widziałam moją Mamę”.
    i choć Warszawa piękna, to ten pociąg o świcie, był najlepszym w rozkładzie jazdy tamtego dnia.

    image image_1

  • El Mundo

    oczywiście żadnego filmu nie kocham tak jak Ani z Zielonego Wzgórza, Nocy i dni, Dumy i Uprzedzenia (z Keira Knightley) i Ogrodu Luizy.. ale ten „about time”  jest w pierwszej dwudziestce..
    rano wpadłam na ten fragment  to i z Wami się dzielę..

  • robota

    _DSC0165

    lubię się narobić. tak najzwyczajniej na-ro-bić! przysłowiowo – paść na ryj.
    lubię ten ból w nogach. kiedy kładę się wieczorem z Tosiulką by poczytać Jej do snu..
    taka nasza umowa, że zawsze dwie książki. i kiedy Ona już zaśnie, ja długo jeszcze patrzę na księżyc w oknie, bo nie mogę wstać.
    coś sobie rozmyślam, analizuję. a po tych nogach jakby stado mrówek biegało.
    i tak najzwyczajniej po prostu … lubię. bo myślę sobie, że co człowiek bez roboty by był wart.
    i przecież ta robota to dla nikogo innego jak dla nas samych, dla dzieci naszych, a może i dla wnucząt coś z tej roboty zostanie.
    żyjemy w czasach lenistwa. dziś młodzież chciałaby skończyć studia i gotową, dobrą posadę znaleźć. zrobić swoją robotę w pół dnia, a potem jeszcze się na krześle pokręcić i na internet zobaczyć.
    pamietam jak poszłam pierwszy dzień do nowej pracy. otworzyli mi takie drzwi, a tam nie było widać nic, tylko kartony.
    nie było nawet widać wielkości tego pomieszczenia, bo były tylko kartony, papiery i śmieci. kolega mówi, że trzeba to posegregować jakoś…
    no to dobra. podwinęłam rękawy i zaczęłam wyciągać po jednym pudełku, odklejać taśmę i składać. segregowałam rozmiarami.
    po kilku godzinach zrobiłam sobie przerwę na kanapkę. o 18ej był błysk. kartoniki poukładane, pozamiatane, okienko umyte.. sterty śmieci do wyniesienia.
    jak usiadłam do auta to nie miałam siły gazu nogą wciskać..
    i jak to? ja? ja, która pracowała już wcześniej w wielkim, pięknym salonie hondy w Warszawie? ja, która odbyła tyle szkoleń w zakresie sprzedaży motocykli? ja, która zajęła trzecie miejsce w polsce w owej sprzedaży?
    ano tak. właśnie ta. robota jak każda inna. a może nawet lepsza bo efekty od razu widać.
    zostałam tam na trzy lata i przemiło tą pracę wspominam. jak w każdej byli ludzie co doprowadzali do szału, byli też tacy, za którymi dziś bardzo tęsknię. były dni gdzie chciało się płakać jak i takie gdzie chciałyśmy z Kaśką pospadać ze śmiechu z krzeseł.  kartony układałam jeszcze trzy razy z własnego wyboru.
    czasami myślę co by było gdyby powinęła nam się noga.. bo przecież los nieodgadniony jest.. a ja już nauczyłam się pokory wobec życia.. nie idę rozpychając się łokciami, że mnie to się uda na pewno.. bo tego nie wiem.. wierzę w siebie, ale nie daję sobie głowy uciąć.. bo dziś o tę głowę już muszę dla dzieci dbać.
    siadam czasami z mężem i mówię Mu, że nie ma się co martwić. oby tylko zdrowie było, bo wszystko inne pokonamy gdy będziemy mieć sprawne ręce do pracy. ludzie dziś lubią narzekać.. że może w Niemczech by się lepiej żyło, może do Ameryki.. ano jedź.. ale pamiętaj, że wszędzie narobić się trzeba tak samo. nigdzie z nieba manna nie leci.
    a my i tak w dobrym kraju żyjemy.. choć szlag człowieka trafia jak przychodzi podatki zapłacić, zusy.. toż to nie do wiary!
    a mój znajomy na Ukrainie mieszka.. hotel miał piękny, restaurację.. i pewnego dnia przychodzi Pan, który mówi, że teraz to jest Jego. ot tak. to się spakował i wyszedł. przyjeżdza teraz do Polski na handel. z mafią nie dyskutujesz.
    ja nie mówię, że do lepszego nie trzeba wzdychać. owszem i trzeba. marzyć i planować.. tylko najczęściej jest tak, że gdy zadowolony z tego co ma, to lepsze samo przychodzi. nagle. niespodziewanie.
    dążyć, ale na los obecny nie skarżyć..
    jak sięgnę pamięcią to ostatni raz leżałam gdy byłam w ciąży z Tosią. bo tak to wiecznie szkoda mi czasu. tyle jest do zrobienia..
    ja nie mówię, że to dobre, może i lepsze o wiele podejście gdzie się człowiek kładzie i w nosie ma.. w końcu może nie na robocie świat polega..
    ostatnio moja znajoma mówi.. „wiesz, z tymi dziećmi to nie ma końca, nawet jak dziesięć lat mają to trzy godziny przy lekcjach trzeba z nimi siedzieć, prace plastyczne robić”…
    hmm… nie wiedziałam co odpowiedzieć, bo dla mnie to było i jest bardzo oczywiste i naturalne. decydując się na dzieci, decydujesz się na życie w połowie dla nich, lub całkiem dla nich.. to już zależy od potrzeb rodzica i każdy może jak chce. dla jednych tak lepiej dla innych inaczej i wcale niepowiedziane co lepsze..
    ale czy ten czas przy lekcjach nie może być fajny? patrzysz jakie ma bazgroły w zeszycie z tyłu popisane, coś o nauczycielce pogadacie, pośmiejecie się, powycinacie wspólnie… możnaby też było w tym czasie przeczytać gazetę, obejrzeć film lub poplotkować z sąsiadką, ale uważam, że wszystko da się pogodzić, a ten czas z dzieckiem, obojętnie przy czym spędzony jest jedną z najlepiej wykorzystanych chwil  w naszym życiu… nawet z matematyką w tle…
    byłam wczoraj na zebraniu przedszkolnym.. i mówią, że na festyn to po piętnaście ciast z każdej grupy potrzeba..
    słychać gdzieś po kątach „ło rany, o Boże”.. te wzdychania, że coś trzeba.. rozglądam się i nie wierze. raz na rok proszą o ciasto i pierwsza reakcja to marudzenie.. a ja drodzy Panśtwo z chęcią zrobię dwa i muffin dopiekę do kompletu.
    i nie dlatego, że mam więcej czasu, bo go nie mam.. mam tylko więcej chęci..
    jak mam obiad z poprzedniego dnia i chwilę czasu to sadzam Benka do leżaka żeby nas widział, Tosię sadzam na blat i robimy.
    Tosia mąkę rozsypuję, jajka tłucze, nie tam wlewa białka gdzie powinna.. no cyrk! sprzątania na pół godziny…
    ale ja po prostu lubię się narobić. bo jak żyć inaczej?
    są Mamy co o 18ej z pracy przychodzą i mają jeszcze tyle obowiązków domowych.. pranie, obiad na drugi dzień.
    ale nie wierzę, że w tych dwóch godzinach od osiemnastej do dwudziestej nie spędzają pół godziny z dzieckiem..
    więc niech to pół godziny będzie zabawą w pieczenie ciasta..
    były też Mamy co wpisały, że zrobią dwa ciasta.. serce rośnie!
    staram się nigdy nie oceniać ludzi, zawsze, nawet jak znamy Kogoś latami, to zawsze wiemy o Nim za mało by go oceniać.
    najczęściej w życiu kiedy ciężko pracujemy, to możemy odnieść sukces. nikt nam tego nie gwarantuje, ale jest wtedy nadzieja..
    czekając na lepsze czasy, leżąc na kanapie, mogę obiecać, że nie nadejdą..
    słowem praca nazywamy oczywiście wiele.. pracę fizyczną, umysłową.. jeden ma sprytu więcej, drugi mniej i narobić więcej musi..
    jeden większy ma talent a inny żadnego nie ma. bywa różnie. nie ma reguł i sztywnych zasad.
    ale często ludzie by dziś chcieli dużo dostawać.. i ciąglę słyszę, że robota, dzieci, dom, robota, dzieci, dom.. i ani wakacji, ani nic..
    a ja się tak cieszę jak mi sił wieczorem starczy by paznokcie pomalować, na tych moich zdrowych rękach co pozwalają mi dzieci nosić i kąpać..
    prawda jest jedna.. robić trzeba..
    można robić i być nieszczęśliwym albo można robić i być szczęśliwym..
    wybór należy do Ciebie, jak spędzisz jedyne życie jakie Ci dano..

    _DSC0203 _DSC0191 _DSC0176 _DSC0177 _DSC0224 _DSC0228 _DSC0264 _DSC0212 _DSC0171 _DSC0169 _DSC0160 _DSC0151 _DSC0194

    a jak tak się narobisz to i nagroda czasami przyjdzie..
    uśpiłam dzieci i już chciałam usiąść gdy przypomniało mi się, że pranie jeszcze trzeba rozwiesić. poszłam więc.
    jak rozwiesiłam to już niby koniec roboty, a tu podłoga cała w kićkach. a podłoga w pralni biała to widać jak cholera.
    idę więc po odkurzacz, wlokę, odkurzam, bo tak mnie to denerwuje, że nie zasnę.
    i jak już się uporałam to siadam obok męża i mówię.. „tak mi się marzy taki odkurzacz co sam odkurza, bo ja tutaj codziennie ciągle odkurzam. góra dół, góra dół..”. na co On stwierdził, że może pomyślimy..
    i wtedy po raz kolejny zaczęłam się bać własnych myśli.. zdarzyło się to trzeci raz. dosłownie cztery dni po wypowiadanych słowach się staje..
    wracamy z wyciągu narciarskiego z dzieciakami siostry kiedy przychodzi mi mail..
    „Pani Julio, czy nie zechciałaby Pani przetestować naszego nawilżacza powietrza, a potem napisać kilka słów?”
    Nawilżacz zawsze chętnie, bo w naszym domu jest 30 procent wilgotności i nawilżam do snu i dla dzieci. Benio jako atopowiec musi mieć wilgotno, Jego skóra nieznosi suchości.
    Patrzę. Ładny, duży, konkret, potrzebuję, biorę. Angażuję się w posty sponsorowane gdy faktycznie to mi się przyda.
    i pisze jeszcze ten facet „Pani Julio, jak Pani taki post wycenia?”
    a ja słuchajcie na tej Ich stronie znajduję co?!?! odkurzacze co same odkurzają!
    i pisze do Niego „Panie, ja nie chcę żadnej kasy, Pan da ten odkurzacz a ja będę w dziesiątym niebie!”.
    i dali. Nawilżacz i odkurzacz. 
    to najpierw może o nawilżaczu bo o Niego miało się rozchodzić najbardziej..
    Stadler-form to Szwajcarska marka, która oprócz funkcjonalności nie zapomniała o wyjątkowym wyglądzie.
    Uwielbiam połączenie staroci z nowoczesnymi formami. Nawilżaczy mamy kilka, jednak te, które są w stanie nawilżyć nasz dom są przemysłowe i wyglądają okropnie. Te małe do pokoików dziecięcych są już zgrabniejsze i dekoracyjne.
    Jednak nic nie było w stanie dać rady sypialni, ktora ma 40 metrów kwadratowych i wielką kubaturę, bo ma około 5 metrów wysokości..
    Dlatego dla mnie to zapytanie ofertowe było genialne. Włączam jakiś czas przed spaniem na największą prędkość a potem przełączam na tryb nocny czyli bardzo cichutki. Choć Benio woli jak szumi, co oczywiste przy maluszkach. śpi przy tym szumie jak zaczarowany. Nawilżacz ma dozownik zapachów, czujnik ruchu, dotykowy panel sterowania.
    posiadamy w domu rekuperację, ale przy Benia chorobie każde dodatkowe oczyszczanie jest pomocne. nawilżacz ma również fukncję oczyszczania powietrza. po miesiącu testów mogę stwierdzić, że wad nie widzę. gdy chodzi na najwyższym, najmocniejszym poziomie to go słychać, jednak wydmuchuję On taką ilość wody, że jest to zupełnie wytłumaczalne i usprawiedliwiam go maksymalnie 🙂 można zobaczyć tutaj.

    odkurzacz iRobot!!! – o mój ukochany! Tosia nazwała go Modo. Benek myśli chyba, że mamy psa 🙂
    nabrudzimy w przedpokoju, ja idę robić obiad, a tam się odkurza. albo jadę na zakupy i zaniosę go na górę a on mi odkurza.

    oczywiście trzeba mu jakoś delikatnie przestrzeń naszykować. czyli schować kable by się nie zaplątał lub odstawić krzesła od stołu.
    ale to drobnostki. wjeżdża w każdy kąt. jak podjeżdza pod schody to odkurzy i wraca, bo jego czujki wyniuchują pustą przestrzeń pod nim. jest bardzo łatwy do czyszczenia. posiada pilota i także oczyszcza powietrze odkurzając. czasami jak nie zbierzemy klocków to je w kąty poroznosi, więc lego musi być uprzednio uprzątnięte. 
    powiem Wam, że jak dla mnie to pomoc ogromna. czasami jest taki śmieszny, jak domownik 🙂
    a odkurzacz tutaj.

    pościel z łosiem – scandidecor.pl