Łódkami Luizy.


14.09.2018 zostanie otwarta część wodna Sztolni Królowa Luiza – Podziemna Trasa Wodna.
W poniedziałek był specjalny zjazd na dół, dla mediów. Ach, nawet nie wiecie jak miło mi się zrobiło kiedy zostałam zaproszona…
Blogerzy mieszkający w Warszawie biegają po eventach bo blisko, a ja blogerka ze Śląska jadę do kopalni.
No jakiś podział musi być i mnie ten bardzo odpowiada.
Jakiś czas temu z grupą dziewczyn byłyśmy na panieńskim od Niani naszego Benia.
(Najlepsza Niania na świecie. Jezuuuu!! Jakie to męczące, że nawet Niania musi się trafić taka doskonała!! 😉 )
Przed imprezą zrobiłyśmy sobie wycieczkę do kopalni Guido. Wstyd mówić, bo mieszkaliśmy w tym mieście 3 lata, a ja w kopalni nie byłam. No może raz na jakichś targach.
I oczywiście potwierdziła się moja teoria, że ludzie!!! Ludzie są najważniejsi.
Dostaliśmy za przewodnika pana o imieniu Ludek. Czech z pochodzenia. Pięknie mówił po Polsku ze swoim akcentem. Słuchało się go rewelacyjnie.
Genialne anegdoty, żarty, powiedzenia, riposty. No po prostu super chop.
Nie mam pojęcia kiedy zleciały te trzy godziny. To była taka wersja zwiedzania jak w kabarecie.
Muszę koniecznie przy najbliższej wizycie moich rodziców, wysłać ich na zwiedzanie z Ludkiem.
Mamy też w Zabrzu zwiedzanie pod dzieci, połączone z Parkiem 12C. (od 3 lat)
Jeżeli Ktoś  z Was jeszcze nie był, a mieszka stosunkowo niedaleko to polecam. 
Kopalina Guido jak mówiłam to klasyk. Koniecznie. I choć przewodnicy zajmują pierwsze miejsca w konkursach i są prawdopodobnie najlepszą grupą przewodników w Polsce, no to ja polecam Ludka.
Choć mówią, że inni wcale nie gorsi.
W poniedziałek po wodnej trasie oprowadzał nas młody chłopak (26 lat), którego wiedza przekraczała ludzkie możliwości zapamiętywania! No bo ileż można pamiętać.
Opowiadał z tym samym akcentem co Wołoszański. A podobno zna jeszcze kilka języków.
Jak to jest… Bo ja jednen znam. Średnio. Ledwo nawet. 
Bardzo imponują mi tacy ludzie.
Trasa wodna jest dla dzieci od 7 roku życia.
Czas zwiedzania około 2,5 godziny. Odcinek 2 km. Z czego 1,1 km łódką. Najdłuższa trasa wodna w Polsce i kopalniana w Europie. Temperatura na dole zależy od pory roku. Od 7 stopni do 16 (potrzebne pełne wygodne obuwie i peleryna/płaszcz przeciwdeszczowy).
W tunelu jest odcinek z grą świateł, z kagankami – tak jak było kiedyś.
Jak widać na zdjęciach, pod ziemią też może wyrosnąć roślina. Zielona.
Łódką przepływa się pod centrum miasta i wypływa niedaleko Teatru. Tam czeka autobus aby odwieźć zwiedzających na początek drogi/parking.
Mnie brakło tam tylko jednego… Przewodnik mówił zbyt mało po Śląsku… A robił to tak dobrze, że można by było słuchać i słuchać… (podobno zajął też pierwsze miejsce w konkursie z językiem śląskim).
Podobno są takie grupy z przewodnikiem, gdzie jako język można wybrać gwarę śląską.
Jak wiadomo, nie każdy z mediów znał słowa z gwary. 
Ale jak chcieć to móc. Jestem na Śląsku kilka lat i mało co mnie zaskakuje..
Nie marzy mi się władać Francuskim czy Hiszpańskim. Godać mie się marzy.

Moi Drodzy, mam dla Was do rozdania dwa podwójne zaproszenia na trasę wodną do Sztolni Królowa Luiza. Zostawcie w komentarzu jakąś swoją historię związaną z wodą. Dowolnie. 
W poniedziałek w południe, pod tym postem ogłoszę zwycięzców.

Poniedziałek godz: 12:22
Pierwsze miejsce Baśka!! Basia!! Mistrzowsko! Dla mnie Grand Prix!!
Drugie miejsce, jakże prawdziwe, dla Sandry.
Bardzo proszę o kontakt w sprawie odbioru biletów pod adres AFranik@muzeumgornictwa.pl
Gratuluję!

Napisz komentarz...
  1. Ania says:

    Julia, czy te zdjęcia z kopalni są Twojego autorstwa? Mają niesamowity klimat!!!!

    Odpowiedz
  2. Agata says:

    Najświeższa historia z wodą w roli głównej jaka mi przychodzi do głowy to ta z ubiegłego tygodnia jak w trakcie wizyty u koleżanki mój 20 miesięczny syn wskoczył do stawu rybnego z okrzykiem „ciap, ciap”, a chwile potem my za nim 😀. Szczęśliwie okazalo się że cotygodniowe wizyty na basenie nie były na marne, młody cieszył się jak szalony nawet brudna woda i glony mu nie przeszkadzały tylko nie rozumiał dlaczego wszyscy są tacy dziwnie poruszeni;-) i nikt się nie cieszy tak jak on.

    Odpowiedz
  3. Kasia says:

    Medialna Julio, genialnie patrzysz. Tobie się nawet zdjęcia z kopalni udają, choć tam ciemno….Wiem, że to niełatwe, bo raz będąc w Wieliczce wychodziłam ze skóry, by mi coś wyszło.
    Żal, że ta trasa i kopalnia tak daleko ode mnie. Ciekawie to przedstawiłaś.

    Odpowiedz
  4. AniaM. says:

    Prześwietnie to wygląda, trasa marzenie. No i świetnie przedstawione i te zdjęcia.
    W zeszłym roku pokazałam mojemu M. Wieliczkę i bardzo mus się podobało. Muszę na listę „miejsca do odwiedzenia” wpisać Sztolnię Królowej Elizy!

    Odpowiedz
  5. MagdaMela says:

    Droga Julio .Pragne podzielic sie z Toba moja wodna opowiescia😆.Kilka lat temu kiedy dostrzeglam to jak szybko mija czas i jak szybko moj (wtedy jedenastoletni) syn rosnie postanowilam ,ze wazne jest abysmy mieli cos co mozemy robic razem (wspolne hobby). W dziecinstwie spedzalam cudowne chwile zeglujac.Kocham wode a co za tym idzie zagle ,wiec pomysl byl taki-wspolne zeglowanie .Jednak po kilku wspolnych wodnych sobotach okazalo sie ,ze Tomasz nie pokochal wody tak jak jego mama🙁Troszke mnie to wtedy przygnebilo .Aleeeee osiem lat pozniej pewnej soboty Dianka (dziewczyna Tomasza) oglasila ,ze marzy o tym by sprawdzic sie w wodnych sportach.Ale nie chce sama a nie zna nikogo, kto by zeglowal.I wtedy Tomasz dumny jak paw mowi: MOJA MAMA ZEGLOWALA .Jestesmy umowione na wspolne zeglowanie .A wiec jednak wodna pasja pomaga laczyc pokolenia 😁😁😁😊

    Odpowiedz
  6. Ewelina says:

    Był sobie Profesor- zwyczajny, pospolity. Nie! Był sobie Profesor NADzwyczajny, co to ma w głowie, a nie tylko na papierze. I my zawsze do Niego i za Nim. I choć na seminarium mówił o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba, to my i tak za Nim. Bo z Nim miał człowiek wrażenie, ze może wszystko. I choć o pracy magisterskiej nigdy nic nie wspomniał, to jakoś tym błogim głosem ukojenie dawał i człowiek mądrzejszy wychodził i nie śmiał nawet o magisterce pomyśleć. Bo i po co…życie.
    I gdy zamiast o magisterce, o kajakach wspomniał, to choć obrona się zbliżała, żal było jakoś odmówić. Bo i po co…życie. A może dni są policzone, bo Profesor lat w metryce sporo uzbierał-myślałam. No przecież życie. I strach przed wodą na stancji zostawiłam i pojechałam po Drawie na tych kajakach płynąć. I choć przez rękaw kapoka mogłam cała przepłynąć i potem po warszawsku próbować, to popłynęłam i na środku tej wody, gdzie wracać strach i płynąć jakoś do brzegu daleko, spoglądałam na Profesora ze zdziwieniem…
    Dziś magister na półce, a wokół życie…

    Odpowiedz
  7. Ewelina says:

    Był sobie Profesor- zwyczajny,pospolity. Nie! Był sobie Profesor NADzwyczajny. Dawno to było, choć w pamięci nic, a nic się nie zatarło. Był ten Profesor na seminarium. Dużo mówił, ale nigdy o magisterce. I choć NIC o tej magisterce, to my jacyś mądrzejsi wychodziliśmy, niż przed przyjściem sądziliśmy, że jesteśmy. I nikt nie śmiał powiedzieć, że my ciągle nic…tylko życie…I dalej słuchaliśmy błogiego głosu, a czas mijał. Wiadomo-życie. I gdy kajaki zaproponował, to każdy, że jedziemy, choć wciąż na temacie kursor migał. Bo Profesor sędziwy i umrzeć w każdej chwili może… No przecież życie… I kapok, co przez rękaw bym mogłam przepłynąć, założyłam i kajak odpowiedni wybrałam i w zimnej wodzie stopy zanurzyłam. I patrzyłam na Profesora, jak beztrosko kijem po wodzie przesuwa. Jak koszulkę najbardziej dziurawą na świecie założył i profesora w tafli wody utopił. I dalej z jego ust NIC, tylko życie.
    A dziś magister zakurzony na półce, a ja co?
    Dziękuję Panie Profesorze-Życie.

    Odpowiedz
  8. Jadzia says:

    Pochodzę z Małopolski, mieszkam w Krakowie, a mam w sobie taki sentyment do Śląska, że chyba zrobię drzewo genealogiczne bo musi się to skądś brać! Uwielbiam gware śląską, twierdzę że najładniejsze są Ślązaczki ( przynajmniej wszystkie które znam z Pszczyny)! No ogólnie mam słabość do tej części Polski ❤️

    Odpowiedz
  9. gogo says:

    Uwielbiam patrzeć, jak moja córka pływa – szybko, wolno, na plecach, bokiem 😉 stylami róznymi 🙂 – duma mnie taka rozpiera, jakby mi ktoś nobla, oskara czy inną wielką nagrodę wręczał – jakbym to ja tak przez tę wodę ‚pruła’ ….. a ja pływać nie umiem; woda powyżej kolan już przyprawia mnie o szybsze bicie serca i powietrze zabiera ….. bo ja się topiłam jak miałam 7 lat – i pomimo że minęło już prawie 40 lat od tego zdarzenia, dzień teń ciągle stoi mi przed oczami – bardzo wczesna wiosna, zimno, śnieg jeszcze leży na polach, dom sąsiadów przezd drogę naprzeciwko naszego a za domem potok – wody więcej niz zwykle bo to śniegi topnieją, ja oparta o pień drzewa przyglądajaca się krom i nagle trzask – spróchniały pień sie złamał i wpadł do wody, za pniem ja – nawet rąk nie zdążyłam rozłożyć, nawet krzyknąć nie zdążyłam … moją czerwoną kurtkę zauważył Witek – syn sąsiadów, który zjechał na przepustkę, wyciągnął mnie za tę czerwoną kurtkę ….. To jemu zawdzięczam życie ….. Pamietam jeszcze drogę do domu, w tej mokrej lodowatej kurtce, szeroko rozłożyłam ręce a woda lała się z rekawów, potem już nic nie pamietam … zemdlałam

    Odpowiedz
  10. Aśka says:

    Jak dobrze mieć Sąsiadów i wodę. Mieszkamy w lesie, a w naszej wsi nie ma wodociągu, woda jest tylko ze studni. Mieszkamy w lesie, a sąsiadów mamy najczęściej latem, bo to letnicy napływowi ze Śląska. W zeszłym roku doceniłam ich obecność stokrotnie bardzo, bo …. myłam sobie rano włosy przed wyjazdem do miasta i nagle bach susza w kranie, na głowie piękna piana, mąż na wyjezdzie a ja bez wody. No cóż wysłużona pompa poprostu padła, za nic sobie miała, że na mojej głowie piana i że w domu tylko pół butelki wody gazowanej. No cóż zostalo mi tylko zawiązać turban na głowie i przez lasek do Sąsiadów, dobrze że akurat byli. Doceniajmy Sąsiadów , że są. Bo my po tą wodę chodziliśmy sobie przez tydzień, tam i z powrotem. A ile kawki wypiliśmy ile ciasta przy okazji zjedliśmy. Fajnie było i nawet nie szkoda mi było że tej wody przez chwilkę nie było.

    Odpowiedz
  11. Baśka says:

    Moja historia z wodą..to historia mojego życia. Wiosną 2010 roku w kraju szalała powódź, media doniosły o kolejnych zalanych terenach. Mieszkalam we wsi nad rzeką. Niewielki dopływ niedaleko płynącej Wisły o nazwie Łęg, takich Łęgow jest w Polsce wiele, nasz byl wyjątkowy. Jako dziecko spedzalam tu niemal całe lato. Czekaliśmy zawsze na Jana 24 czerwca, żeby wreszcie móc chodzic nad rzekę, wcześniej babcie nie pozwalały, bo Jan musi poświęcić wodę, wtedy jest bezpiecznie, mawialy. Jakie to były cudowne popołudnia! Ile szaleństwa w kąpieli, ile zabaw nad brzegiem!!! Ale to było w dzieciństwie, w tym wyjątkowym 2010 roki jako dorosła osoba również spędzałam niemal cale dnie nad rzeką, kilka dni parę tygodni przed Janem. Zabezpieczone co można w domu, wyniesione na strych, jaki upał wielki temu towarzyszył! A jaki pośpiech i strach. Co wziąć, co wynieść, a co wywieźć gdzies do bliskich, ktorych domom nie zagraża woda. Czy na tym strychu nie zaleje?? Ostatnio wieś obok zalalo tak, że dachow nie bylo widać, to co nam po tym wynoszeniu? Ale trzeba, żeby zająć czyms ręce, żeby mieć nadzieję. Ile razy patrzyłam przez okno i wyobrażałam sobie, że i u nas jak w tych obrazach w mediach na podwórku będzie mnóstwo wody…jak to będzie? Czy damy radę? Kilka lat temu udało się zatrzymać rzekę między wałami, ale czy i tym razem się uda? Wróciłam z dyżuru w szkole, rok szkolny zakończony, rozdalismy świadectwa juz 19 maja, bo niebezpieczeństw było tak duże, że wioska leżąca w widłach Wisły i Sanu, w ktorej pracowalam, niemal opustoszala, dzieci wywieziono po rodzinie. Dyżury w szkole były wyjątkowe, gotowalysmy litry bigosu, grochówki i innych dań które miały wspomóc w ciężkiej pracy ludzi na wałach. Nieustannie pakowali worki piaskiem i tworzyli zapory, a wciąż bylo słychać o nowych miejscach przecieku. To całe kilomery wałów, ogromna przestrzeń i mnóstwo pracy. Tak dużo, że rąk mieszkańców nie starczylo. Wspomogli ich żołnierze. Ile śmiechu na tych dyżurach! Ile historii ludzkich! Przecież musiałysmy zająć myśli czyms innym, choc każda i tak wciąż zerkala w okno, na każde wycie syreny dretwialysmy z przerazeniem. Mieszac jeszcze te kapustę,czy zbierać się i uciekać? Auto zaparkowane tak, żeby tylko wsiąść i jechać, umowione miejsce na górce, gdzie ewentualnie spotkac się z bliskimi. A bliscy? Wciąż w pracy, rodzice moi na ciepłych posadkach w budżetówce, a w czasie powodzi w bardzo trudnej pracy. Bo właśnie oni musieli pomagać mieszkańcom. Mama opiekun społeczny na tych amfibiach po najbardziej upartych wypływała, albo im jedzenie dowozila, tym co nie chcieli za nic dobytku zostawic, choc krowa juz utonęla, z domu tylko strych suchy, i na nim z kurami i rodzinną porcelaną, świętymi obrazami i pierzynami siedzieli do końca. Jesc i pic musieli, leki brac na cisnienie i inne co zawsze…to im mama z żołnierzami tą amfibią dowozila, bo ona wiedziała że nie ruszą się z domu. A pomóc trzeba. Wnioski wypelnic żeby pozniej pieniądze mieli, choc nikt nawet o tym później nie chciał myśleć, ona musiala, bo „papierologią urząd stoi”. A tato? Posiwial tak przez tydzień, że płakałam jak go widziałam, a widywalam tylko w przelocie. Jak jechał na kolejne miejsce przecieku rozdzielic ludziom worki i piach, wysłuchać skarg i utyskiwan, przekleństw i próśb. Niedawno, tyle juz lat po tych zdarzeniach, gdy odchodzil na zasłużoną emeryturę chłopaki(starsi faceci) śpiewali mu piosenkę, którą sami ułożyli o tym jak im zupę woził na wał i jak pokonali razem wodę! Jak wszyscy przy tym śpiewie płakali! Jak wspominali! Dni, tygodnie kiedy spali po kilka chwil na podłodze w szatni zakładowej, a on im organizował choc śpiwory i wciąż zalatwial skądś tony piasku żeby wozić i ratować! Takie to były dni. A ja jak juz nagotowalam tych żurkow i bigosow wracałam do domu, szczesliwa że dzisiejsza fala nie była tak silna i jeszcze wał stoi! I szybciutko zbieralam się nad rzekę. Żeby tam z sąsiadami i bliskimi pakować te worki! Ile tego trzeba było! Pomagala nam nadzieja i żołnierze. Jeden z takich wieczorów był wyjątkowy. Moja zwariowana siostra, ja i grupka znajomych rozkopywalysmy nową dostawę piachu. Jeden trzyma wór, drugi ładuje piach łopatą, trzeci zawiazuje i na wał! Podaj dalej..podaj dalej… Komary cięły niemiłosiernie, woda jakies 70cm od korony wału, nasyp grząski jak galareta. Trzeba się uwijac! Jeden rzuci żart, ktos podchwyci i zasmiewamy się do łez przy tej robocie! Jakoś łzy czasem nie chcą przestać płynąć, ale zaraz ktos coś głupiego powie i już raźniej!!! Podaj dalej! Żołnierze do pomocy przyjechali! Jaka ulga! Teraz kobiety zajmują stanowiska przy łopatach i zawiazywaniu. No i pakuję ten piach do worka, a moja siostra woła żeby „panowie w mundurach podnieśli prawe dłonie!” po co nikt nie wie, ale podnoszą ciekawi…lubią nas już, piwko przywiozła sąsiadka i kanapki. To chlopakom raźniej. Przeciez oni od domu daleko, a może i u nich powódź a oni w robocie akurat do nas rzuceni. To im trochę pospiewalysmy, pozartowalismy razem. No i ona z tymi rękami wyskoczyła! Co ci? -pyta koleżanka, na co ci ich łapy? Przecie worki noszą!. -a ta drze się w ten tłum, że ma siostrę na wydaniu i ciekawa, który z panow kawaler, a który ma obrączkę. Moglabym się zapaść pod ziemię ze wstydu, ale komary tak juz mnie zgryzly, pęcherze od łopaty na rękach tak piekły, że było mi wszystko jedno, co ona bredzi i jak mnie ośmiesza. Przecież tu albo sami swoi albo całkiem obcy, kto wie skąd. co ich juz pewnie w życiu nigdy nie spotkam! I on podniósł rękę. Po czym wyciągnął ją w moją stronę przedstawiając się. Wojtek ma na imię i nie ma obrączki, -zdałem? Nadam się? No i przepadłam! Ja już wtedy, w ten czerwcowy wieczór przy tym wale nad Łęgiem wiedziałam w jednej chwili, że to ja mu obrączkę założę. Po prostu wiedziałam. I on też wiedział. Wały puściły tej nocy na drugą stronę. Nie zalało mojego domu, niebezpieczenstwo minęło. Zostalo mnóstwo pracy. Pomoc tym po drugiej stronie, wyjazd z dziecmi które przecież nie mialy tego lata domu na kolonie, sprzątanie w domach i gospodarstwach bliskich z zalanych wiosek. To były intensywne wakacje. W wigilię wspominaliśmy to lato, ten ciężki czas, który moi rodzice bardzo odchorowali. W wigilię Wojtek oświadczył mi się. Mamy dwoje dzieci, Ludi niedawno zapytał,gdzie poznalam tatusia, akurat byliśmy na wakacjach u dziadkow, więc zaprowadzilam go nad rzekę, bezpiecznie płynącą w korycie, stanęłam tuż przy wale i powiedziałam że tu wlasnie poznałam jego tatusia, nad wodą.

    Odpowiedz
    • B. says:

      No nie wcięło na szczęście. Aż mi łzy wzruszenia poleciały. Baśka, jak nie wygrasz tego konkursu to ja bilet Ci kupię i Wojtkowi też. Piękna historia. I praca i trud i poświęcenie i MIŁOŚĆ. Życie.
      dobrego dnia
      B.

      Odpowiedz
      • Baśka says:

        A to bardzo mi miło,ojej, jak bardzo! Dziękuję😍 ale ja wygrać nie chcę, kiedyś wspomniałam Julii że tą historią chciałabym się podzielić. Ale wygrać biletów nie chcę, ja z podkarpacia, dzieci małe, obowiązków zawodowych moc. Nie pojechalabym zwiedzić tego miejsca na pewno. Może kiedyś tam z klasą pojadę na szkolną wycieczkę, to sobie zobaczę te łódki😊

        Odpowiedz
    • julia says:

      Basia, ja się popłakałam.

      Odpowiedz
      • Baśka says:

        A to bardzo mi miło,ojej, jak bardzo! Dziękuję😍 ale ja wygrać nie chcę, kiedyś wspomniałam Julii że tą historią chciałabym się podzielić. Ale wygrać biletów nie chcę, ja z podkarpacia, dzieci małe, obowiązków zawodowych moc. Nie pojechalabym zwiedzić tego miejsca na pewno. Może kiedyś tam z klasą pojadę na szkolną wycieczkę, to sobie zobaczę te łódki😊

        Odpowiedz
      • Baśka says:

        Nawet nie wiesz jak się cieszę, że ktoś przeczytał w ogóle. Julio ja nie biorę udziału w konkursie, powinnam może zaznaczyć na początku. Za daleko mam do tego miejsca. Tylko jak przeczytałam, że historia z wodą, to napisałam.

        Odpowiedz
        • julia says:

          Basiu, jak to? Przecież to tak zasłużona wygrana! W takim razie napisz do mnie na maila proszę. Mam dla Ciebie inną nagrodę.
          Bo nagroda musi być.

          Odpowiedz
    • Basiu miałam pisać historyjkę swoją z wodą związaną, ale po przeczytaniu Twojej…..juz nie napiszę.. Jest 4.50 rano, od 2 dni jestem w odwiedzinach u brata w Chicago walczę z jet lagiem czytając blog Julii i płacząc ze wzruszenia. Dziękuję i Julii i Tobie za emocje szczęścia jakie wyzwolił we mnie dzisiejszy wczesny poranek. PIĘKNEGO DNIA I Wygranej życzę :*

      Odpowiedz
  12. Baśka says:

    tyle się opisałam i chyba wcięło 🙁

    Odpowiedz
  13. Magda says:

    Kochana! Na wstepie chce zaznaczyc, ze walcze o nagrode nie dla siebie (bo ja na razie z malcem w wozeczku zwiedzam place zabaw na pólnocy Polski) tylko dla przyjaciolki, kochanej mojej Madzi, co to w październiku za mąż wychodzi za chlopaka ze Śląska i tak go kocha, że juz gwara prawie mowi. A na południe Polski pewnie predzej sie niz ja wybiora, chocby do jej nowych rodziców 🙂 No dobra historia z woda jest taka. Wybralismy sie z mężem, wtedy jeszcze niemężem na wakacje do Chorwacji. Jak ta nasza milosc rozkwitala w kusych koszulkach pod wiatrakiem klimatyzacji, hyc-dostalam zapalenia krtani i glosu wydobyc z siebie nie moglam. Ale plażować trzeba wiec ktoregos dnia pławie sie na materacu na morzu, bliziutko przy brzegu, bo plywam tak sobie a tu hyc! wielka fala mi materac porwala i mnie razem z nim. Brzeg sie oddalal niebezpiecxnie, ja juz cala w strachu wołam narzeczonego Krzyyyyysiuuu Krzyyysiuuu! Tylko ze zamiast wołania z moich ust sie tylko szept wydobywal! Bylabym odplynela jak Robinson na suchego przestwor oceanu, na szczeście moj dzielny mąż chyba sercem uslyszal „wołanie” i wyratowal z opresji 🙂 Tyle, ze do dzis sie smieje i mnie przedrzeznia jak zachryplym glosem wzywalam pomocy 😀

    Odpowiedz
  14. Kinga says:

    Jako dziecko spedzalam co roku wakacje nad jeziorami. Moi rodzice byli zapalonymi kajakowiczami. Na swoj pierwszy splyw poplynelam majac trzy lata. Plywac nauczylam sie sama, nie balam sie wody, jako nastolatka potrafilam przeplynac wplaw jezioro, obok tata asekurowal w kajaku. Jedyna rzecza, ktorej nigdy nie potrafilam sie nauczyc bylo otwarcie oczu pod woda Probowalam wiele razy, bezskutecznie Wydawalo mi sie to jakies takie nienaturalne
    Ten moment mam pod powiekami do dzis. Moge go przywolac w kazdej chwili, jakby ktos pstryknal zdjecie i na zawsze zachowal je w bazie danych jaka jest nasz mozg
    Sloneczne niebo. Rzeka, ktora splywalismy juz wczesniej kilkakrotnie, za kazdym razem w wielu miejscach ciagnac kajaki z powodu plytkiego dna, tym razem wezbrana po sezonowych deszczach W jednym miejscu nurt byl wyjatkowo szybki, chcac troche zwolnic kajak popelnilam, jak to potem skomentowal moj ojciec, kardynalny blad. Przytrzymalam sie galezi mijanego drzewa Pamietam uczucie paniki kiedy poczulam, ze kajak „ucieka” spode mnie i mojej osmioletniej corki, nie umiejacej jeszcze wtedy plywac. Nie majacej na sobie kapoka, bo przeciez zawsze bylo tam tak plytko. Zadziwiajace jak dziala ludzki mozg. Jak cale cialo w ulamku sekundy potrafi osiagnac stan stuprocentowej koncentracji. Otworzylam oczy i nie widzialam brunatnej o tej porze roku wody wokol siebie, choc bylam pod jej powierzchnia. Pamietam tylko moja reke chwytajaca za rozowe ramiaczka stroju kapielowego mojej corki, w nastepnej sekundzie wrzeszczacej ze strachu juz nad powierznia rzeki. I te paralizujaca mysl, juz grubo pozniej. A gdybysmy wywrocily sie w duzo glebszym miejscu?

    Odpowiedz
  15. Asia says:

    Koło gospodyń wiejskich z wioski obok zorganizowała wycieczkę do Tarnowskich Gór, myślę fajnie będzie, ze starszymi paniczkami, pośmiejemy się, pofulamy, gdy już płynęłyśmy łódką pod ziemią, jedna z lódek jakoś tak dziwnie się nachyliła i wpadłyśmy do wody, chyba taka historia pierwszy raz w Polsce :), jakoś nam się udało wyjść, dzięki że dyskont był blisko, po spódnicę poszlam cała przemoczona z resztą frelek:)

    Odpowiedz
  16. Marta says:

    Witaj, ja poza konkursem, bo z Kaszub kawał drogi, ale chciałam podzielić się moją historią z wodą. Jako młode dziewczyneczki chciałyśmy zaimponować chłopcom i jeździłyśmy z koleżanką i jej młodzą o rok siostrą dookoła jeziora na rowerach. Teren mocno zarośnięty trochę górek i podjazdów,a rowery oczywiście składaki, ale nie to było w tym momencie ważne 😆 no i w pewnym momencie kiedy ostro szło z górki Aducha, najmłodsza z nas, nie opanowała hamulców i wjechała wprost do jeziora. Wody po same koła. Chłopaki pomogli jej się wyczołgać z tych szuwarów. Ubaw był co nie miara. A co najlepsze dzisiaj dookoła tego jeziora jest piękna ścieżka i park po którym mogę chodzić na spacery z moimi synami i wspominać dawne czasy. Już bez obawy o wypadek bo teren wyrównany. 😂 pozdrawiam

    Odpowiedz
  17. Paula says:

    Najśmieszniejsza historia związana z wodą? Wyobraź sobie śmiech panów ratowników na basenie, kiedy nie możesz nadążyć bo Teoje półroczne dziecko popyla pod wodą szybciej od Ciebie😜

    Odpowiedz
  18. monika says:

    Wakacje , wakacjole , wyczekane , wyproszone , wyzbierane , we trojke . Turcja – wybralismy . Najwyzej za moje blad loki sprzedadza mnie za dwa wielblady . A moje „fekju” pokaze jaka to wielojezyczna jestem . Hotel wybralismy pod moja latorosc . Zjezdzalnie, place , Baseny , trampoliny , zamki , cuda na kiju I jeszcze z posypka . Nagle patrze ONA wielka , mosiezna , nie jakas dziecinna , antyczna taka , zabudowana , z woda wciaz plynaca , 8 cud swiata . Zjechalam o jak milo mysle , wpadlam do baseniku , brodziku ktory na moje oko z 100 cm mierzyl . Zjechal mlody moj . I tak milion razy . „A tata czemu nie jedzie? ” . A no wlasnie ! Woda piekna lazurowa , w kolorze nieba tak .. my juz w recznikach z gofrem w reku . On pojedzie .. zjechal I basenik zaczol zyc jak gdyby walka z rekinem badz innym wodnym stworem sie odbywala . Trzepotal , tarmosil , wiercil , zrozumialam ze topi sie , TONIE w brodziku metrowym . Juz chcialam pobiec .. ale do akcji wkroczyl ratownik . Udalo mu sie go „wydostac” na brzeg . Spojrzal na niego I wykrzykiwal cos po arabsku . Ja zwijalam sie ze smiechu . Nastepnego dnia widzac mojego nurka ratownicy pokazywali zakaz wstepu tego Pana do wodnego raju 🙂

    Odpowiedz
  19. Magda says:

    Mam dwie historie związane z wodą. Moi przyjaciele mieszkają we Włodawie nad Bugiem, zorganizowaliśmy spływ kajakowy tą rzeką, jak za bardzo zbliżaliśmy się do Brzegu rzeki po białoruskiej stronie to zaraz pojawiała się ich straż graniczna, mieliśmy taki ogon ze strażników przez cała wyprawę 😁 pewnie myśleli że chcemy coś przemycać, a my uczyliśmy się pływać na kajakach.
    Druga historia związana jest z moim tatą. Jak byliśmy mali zabrał mnie i brata nad staw zimą żeby karmić łabędzie. Było tam też dwóch chłopców, staw nie był cały zamarznięty. Weszli na lód i pod jednym z nich lód się załamał, nie potrafił wyjść, po prostu się topił. Mój tata który sam nie potrafi pływać bez wachania wszedł do wody i wyciągnął tego chłopaka. Od tamtego wydarzenia minęło 25 lat, tata ciagle jest dla mnie bohaterem 😊

    Odpowiedz
  20. Iwona says:

    Dziś się z tego śmieje, ale wtedy było to dla mnie przerażajace. Kolonia nad jeziorem. Jedna z atrakcji były kajaki. Każdy miał dobrać się w pary i tak w tych kajakach pływać. No to spoko. Wzięłam sobie kuzynkę mą. No i płyniemy. Wielkie jezioro a my sterować tym kajakiem nie potrafimy. Dziś wydaje mi się to banalna, ale wtedy co ja przeżyłam. Raz kręciliśmy się w kółko, potem przywaliłyśmy w brzeg (a dokładnie w korzenie drzewa) a najgorsze było to jak utknęliśmy w trzcinach. Myślałam, że utkniemy tam na zawsze. Popłakałam się, darłam się jak szalona na kuzynkę, z tego wszystkiego chciałam wyjść z tego kajaku (mimo że nie umiem pływać, ale miałam kapok więc chyba nie zatonełabym jak titanic). Końcu jednak drę się do kuzynki „ciągnij za tą trzcinę, no ciągnij” i zaczęłyśmy razem tak ciągnąć i się uwolniliśmy z tych trzcin. Pamietam odcisków na rekach co nie miara. Zmęczona byłam tak ogromnie, że kolacje ledwo zjadłam bo marzyłam, aby zasnąć tylko.

    Odpowiedz
  21. Potencjał I po wycieczce do lasu stwierdził że mamy brudne rowery. Przytaknęłam i powiedziałam że po obiedzie umyjemy a on długo nie czekając wsadził swój, brata i mój do basenu rozebrał się do golasa i umył. Matka potem miała basen do mycia. Więc następnym razem z obiadem poczekam i od razu dam wodę do mycia rowerów 🙂

    Odpowiedz
  22. Sandra says:

    W planie moich studiów był przedmiot instruktorski do wyboru. Mając na uwadze zdanie kolegów ze starszych roczników, jednogłośnie z grupą wybraliśmy kajaki. Wyjechaliśmy na obóz. Dostaliśmy dokładną instrukcję jak mamy dobierać się w pary do kajaka. Najlepiej chłopak z dziewczyną, cięższy z tyłu. Nasi wykładowcy (młode małżeństwo), zaznaczyli też, aby nie płynąć ze swoim lubym w żadnym razie, gdyż grozi to rychłym rozwodem.
    Wylądowałam na kajaku z kolegą Marcinem. Spływ super. Z kolegą Marcinem dogadywaliśmy się bez słów. Przodowaliśmy podczas spływu. Niejednokrotnie musieliśmy czekać na resztę grupy. Można powiedzieć, że spijaliśmy sobie z dziubków.
    Rok później. Wraz z moim chłopakiem Marcinem wybraliśmy się na wyścig kajakowy, organizowany na Zalewie Rybnickim. Pośród wzajemnych zarzutów „co Ty wyprawiasz?!”, kierowanych do siebie w coraz bardziej soczysty i dobitny sposób, dotarliśmy do mety ostatni. Po czasie. Zdyskwalofikowani. Ku przestrodze-nie wsiadaj z ukochanym mężczyzną do kajaka.

    Odpowiedz
  23. Magdalena says:

    Zasłużone nagrody :-)! I łzy i śmiech 🙂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz.