Moi czytelnicy piszą pięknie.

Moi Drodzy, dwa tygodnie temu dodałam posta z małym scenariuszem…
Pisałam Wam, że opowiadać może każdy. Zostawiłam małe podpowiedzi jak zacząć.
Bo najważniejszy pierwszy krok, pierwsze zdanie…
Przysłaliście mi masę tekstów. Co to była za rozkosz czytać Wasze słowa!
Jesteście niezwykli. Nigdy tego pisania nie zostawiajcie. 
Do zapisywania swoich wyobrażeń czy myśli jest niezwykle ciężko przysiąść, zmobilizować się… Jednak Ci, którzy zaczną, zobaczą, że siła terapeutyczna jaka z tego płynie jest ogromna. Potrafi działać cuda. Spróbujcie.

Spieszę z wynikami, bo obiecałam nagrody…
Pierwsze miejsce – „Malowany dzbanek” Joanna Leszczuk.
Drugie miejsce – „Ameryka” Ania Grobelna (tytuł roboczy nadany przeze mnie)
Trzecie – „Kura” i „Ruda” Agnieszka Barczuk (tytuł roboczy nadany przeze mnie)

Opowiadania, które mocno zapadły mi w pamięć to też –
 „Maryjanka” , „Zaraza” Bernadetta Łazarska i „Owies”  Kasia Pich, Ona „Gniazdo”, Justyna „Układanka”.

Zostawiam Wam trzy pierwsze miejsca, gdyby Ktoś miał ochotę poczytać, a uwierzcie mi,  ogromna przyjemność literacka. Wielkie talenty drzemią w ludzkich głowach. 

Joanna Leszczuk
„Malowany dzbanek”

Na drewnianym płocie z nieoheblowanych, naznaczonych czasem nierównych sztachetek wisiał
do góry nogami Dzbanek. Był metalowy, pomalowany czerwoną emalią, przez co rzucał się w oczy na
tle zielonego żywopłotu porośniętego bluszczem i kurdybankiem.
Dzbanek miał metalową rączkę zakończoną rzeźbionym drewnianym uchwytem, by wygodnie się
w nim nosiło różnego rodzaju napoje.
Kawałek tej rączki ułamał się jakiś czas temu, kiedy przy nalewaniu kompotu dzbanek spadł
niefortunnie na mozaikową kamienną podłogę i z wyraźnym dźwiękiem brzęczącego metalu poturlał
się aż pod półkę z konfiturami.
Na krawędzi jego dna można było zauważyć obdrapaną , zaspawaną dziurę koloru metalowo
srebrnego. Był to bardzo ważny element dla naszego Dzbanka, będący dowodem na to, że nie
wyrzucało się rzeczy , a naprawiało, by służyły dalej następnym pokoleniom. A dzbanek był bardzo
stary i bał się ,że Pani domu postanowi o końcu jego żywota.
Pozycja do góry nogami nie była wygodna.
Dzbanek nie lubił też tego momentu dnia, kiedy wieczorem w promieniach zachodzącego słońca,
płukano go wrzątkiem i zawieszano na płocie do wysuszenia. To oznaczało, że nastawał odpoczynek,
a Dzbanek wolał być w ruchu, pragnął służyć, przenosić wodę ze źródełka przy leszczynowym lasku,
rozlewać kompoty o różnych smakach, gromadzić ciemnofioletowe jagody na pierogi.
Uwielbiał kiedy Pani domu wrzucała do niego pokrojone dojrzałe figi i zasypywała cukrem. Czekał
wtedy całą noc by rano zostać uzupełniony wodą po sam dziubek. Nalewał potem pięknie do
błyszczących się kryształowych szklanek i metalowych garnków pachnący i słodki napój.
Starał się nie rozlać ani jednej kropli, aby częstowani goście mogli cieszyć się smakiem napoju,
podziwiając przy tym jego grację, pomimo tak wysłużonych emaliowanych gładkich brzegów.
Zdarzyło się raz, że przez tą dziurę , stał w spiżarce przez kilka dobrych tygodni. Strasznie się
wtedy smucił, wzdychał, łzy mu płynęły po czerwonych policzkach. Nie miał nadziei na naprawę, bo
jedyną szansą na powrót do użyteczności było spawanie.
Spawacz mieszkał daleko, wzdłuż krętej drogi, za górą wysoką, do tego śniegi wielkie spadły, zaspy
białe, skrzące blaskiem słońca się porobiły.
Stojąc tak między słoikami z konfiturą z malin i garnkami pełnymi zsiadłego mleka w ciemnościach
spiżarni, czując wznoszący się dokoła zapach wilgotnej ziemi i zbutwiałego drewna, Dzbanek marzył
o dotyku metalowej cieczy, która jak za dotknięciem magicznej różdżki, miała go uzdrowić, zakleić
ubytek i przywrócić do aktywnego życia. Rozmyślał o swych latach młodości, kiedy to na prośbę Pani
domu, dzieci zabierały Dzbanek na pola owsa i pszenicy , gdzie mężczyźni i kobiety pracowali przy
żniwach, stawiając coraz to wyższe snopki zboża, ostrząc co chwilę swe kosy, aby ostrym końcem
smagać niesforne kłosy i równo przycinać słomę.
Wtedy w głębi Dzbanka chlupotał wiśniowy kompot. Nalewał on pachnącą owocami ciecz do
niebieskiego kubeczka w białe kropki. Kubek podawano z rąk do rąk, z ust do ust, dolewano napoju
ku uciesze spragnionych robotników.
Jaki on był wtedy doceniany, jak go chwalono, że tyle pomieści i że żadnej kropli nie uroni, że dobrze
się nosi, bo ani za ciężki ani za lekki nie był. Czasami ktoś się napił prosto z Dzbanka, czego bardzo nie
lubił. Męskie wąsy go łaskotały, a usta kobiet przylepiały się i zostawiały ślady różowej szminki.
Czuł się wtedy taki naznaczony i brudny, a lubił być czysty i lśniący. Denerwował go też osad
z owoców , które farbowały jego dno i brzegi. Ale to była mniej przyjemna cześć jego pracy i znosił ją
dzielnie bo jak zwykł mówić sam do siebie , nic nie jest tylko czarne i tylko białe.
A już najbardziej nie lubił Chochelki , która rysowała jego poemaliowane ścianki, uszkadzała farbę i
skazywała na rdzawe rysy. Chciał sam przechylać się w stronę kubków i szklanek, chciał żeby
pozwolono mu samemu wykonywać jego ważną pracę, poić ludzi i przynosić im coraz to nowe
smakołyki- źródlane orzeźwienie latem i rozgrzewającą hibiskusową herbatę zimą.

Raz się nawet z Chochelką pokłócił. Jedna z Pań na polu zawiesiła na brzegu Dzbanka ową wielką
łyżkę do czerpania wody. Speszony nieco, ale zdenerwowany Dzbanek, zmuszony był do niej
przemówić:
– Czy mogłabyś z łaski swojej ze mnie zejść, nie wieszać się i nie czekać by samej zbierać pochwały?
-powiedział zniesmaczony. – Uwierasz mnie okrutnie i ciąży mi twoja łyżka, haczyk obdziera mnie
z emalii, a chciałbym jeszcze ładnie wyglądać.
Chochelka wygięła się jeszcze bardziej, wytrzeszczyła oczy, napięła usta jakby do krzyku, ale z jej ust
spokojnie popłynęły słowa:
-Widzę ,że myślisz że wiszenie na Tobie sprawia mi przyjemność…Muszę cię wyprowadzić z błędu,
ponieważ nie lubię tego tak samo jak ty.
Zanim oskarżysz mnie o zbieranie pochwał ,zapytaj, czy chcę tu być, w upale… przekazywana z rąk do
rąk, rzucana czasem na trawę, zostawiona na kocu.
Tak się składa, że uwielbiam być w kuchni, wśród garnków i patelni, wśród lśniących łyżek i
pięciopalczastych widelców, pracując zgrabnie przy gotowaniu pysznych zup z białego kalafiora,
batatów i zielonej pietruszki. Męczy mnie brak miłej rozmowy i fakt, że jestem od kogoś uzależniona.
Wyglądałeś na przyjaznego towarzysza, tymczasem myślisz tylko o sobie.
Dzbanek zaniemówił. Nie chciał urazić Chochelki. Zaczął zastanawiać się dlaczego pomyślał, że lubi
ona pracę na polu u jego boku i że nawet czerpie z tego satysfakcję.
Wydawała się wesoła i zapracowana, szczęśliwa i taka dobrze zorganizowana.
Nigdy by nie zgadł, że jest jej żal, że lepiej czuje się w innym miejscu i innym towarzystwie. Nie
domyślał się, że nie odpowiada przydzielona jej praca.
– Łatwo można się pomylić-pomyślał Dzbanek. Wzniósł swój dziubek do żarzącego się słońca, poczuł
lekki powiew lata, wziął głęboki oddech w swoja emaliowaną buzię , stanął najprościej jak umiał i
wygłosił głębokim, ale niskim tonem:
-Przepraszam cię Chochelko. Jestem od zawsze sam i trudno mi się z kimś dzielić pracą.
Przyzwyczaiłem się do usługiwania, przechylania, nalewania i nawet do wiszenia na płocie, kiedy
mnie suszą. To jest mój pierwszy raz kiedy musze współpracować z kimś innym i , jakby na to nie
patrzeć, iść na pewien kompromis.
Jest to dla mnie trudne, ale ze względu na fakt ,że zasługujesz by być szczęśliwa, przytaknę twojemu
towarzystwu i pozwolę byś wisiała na moim brzegu i nalewała napoje, sięgając do najgłębszych mych
miejsc. Proszę cię jednak w zamian byś starała się nie wiercić, tak aby nie obdzierać mego
czerwonego kubraczka, ponieważ chciałabym jak najdłużej zostać w aktualnym stanie. Czy przystajesz
na moją propozycję?
Chochelka najpierw się nadęła jak urodzinowy balonik, potem westchnęła jak parowóz, na końcu
przewróciła oczami od góry do dołu i wykrztusiła:
-Skoro się już poznaliśmy nieco i przyszło nam razem funkcjonować, pójdę z Tobą na kompromis.
Nie potrzebne nam są kłótnie i zwady. Obiecajmy sobie, że jak nie będzie nam dobrze powiemy to
sobie od razu, żeby nie tkwić w bólu i niepotrzebnej frustracji.
Rozmów takich Dzbanek odbył jeszcze z Chochelką kilka, upominał ją, że za dużo się rusza, a ona
zwracała mu uwagę ,że się obraża o byle co.
W rezultacie letnia współpraca minęła w miłej atmosferze. Dzbanek nauczył się, że samemu nie
koniecznie jest być dobrze, a Chochelka, że czasem warto nauczyć się nowych rzeczy i zmienić
środowisko, by poznać inny świat.
Rozstali się w zgodzie- w kąpieli w kuchennym zlewie.
Dzbanek został zawieszony na płocie do wieczornego suszenia a Chochelkę Pani domu powycierała
haftowana ścierką i schowała do szuflady wśród dawnych znajomych-tłuczka do mięsa, rogalki do
klusek i nożyc do kurczaka.
Żniwa się skończyły. Słońce chowało się za górami nieco wcześniej niż latem. Złote liście zaczęły
skakać ze spadochronami z drzew, wiewiórki zbierały twarde orzechy do swych przytulnych dziupli.

Dzbanek stał na parapecie i obserwował , odsuwając ciężkie welurowe zasłony, jak za oknem spadały
krople ciepłego jesiennego deszczu, jak rysowały na szybach smugi, jak grały w wyścigi sunąc w dół aż
do ramki.
Rozmyślał o swoim życiu jak co roku, kiedy to odkładano go na parapet i używano tylko w niedzielę
by napełnić jego środek po brzegi owocowym kompotem do obiadu. Było ciepło, ospale i nieco
nudno. W pachnącej suszonym koprem i melisą kuchni, słychać było tylko tykanie starego
drewnianego zegara, w którym nawet wahadło zapadało w zimowy sen i nieruchomo wisiało
zbierając kurz.
Dzbanek rozmyślając pocieszał się marzeniami o wiośnie.
Tłumaczył sobie, że wszystko przemija i te dobre rzeczy i te złe, że mija ciepła pora i zimna też ulatuje
w mgnieniu oka. Wszytko ma swoje miejsce i czas-powtarzał sam do siebie cmokając pod swym
nosem.
Postanowił się cieszyć chwilą i tym co ma, a miał niezwykle dużo.
Miał przecież swoje wspomnienia, które napawały go radością i uśmiechem, miał swoje
doświadczenia, które sprawiały ,ze stawał się mądrzejszy.
Przytrafiły mu się wzloty i upadki, dzięki którym powstały piękne historie i miał przede wszystkim
poczucie, że całe swoje życie może zakończyć ze spokojem, z myślą, że dał z siebie wszystko,
a przynajmniej tyle i potrafił.
Czasami czegoś żałował, ale odganiał te myśli, ponieważ nie były one warte poświęcenia.
Spędzał natomiast czas na dumaniu i przypominaniu sobie zapachów i kolorów-czarnego
rozgniecionego bzu, wypestkowanych wiśni, gorącego mleka i dotyku zimnej źródlanej wody.
Podnosił nos do góry pamiętając woń stokrotek, skoszonej trawy i ścinanej pokrzywy.
Nade wszystko uwielbiał wilgotną atmosferę potoku, dźwięk rozbijającej się wody o śliskie,
porośnięte mchem kamienie.
Zamykał oczy i był tam, gdzie mu dobrze, wdzięczny, że po prostu dane było mu być.
Wtedy i tam. Tu i teraz.
Nie przeszkadzała mu pospawana dziura i złamana rączka, pogodził się z obitymi brzegami.
Stał tak i dziarsko otwierał swoje nieco zaspane oczy, patrząc w przyszłość i czekając z radością na
następne lato.
Dźwięk latających obijających się o siebie pszczół nucił mu w głowie melodie, że będzie ono jeszcze
lepsze niż poprzednie.
Na drewnianym płocie z nieoheblowanych, naznaczonych czasem nierównych sztachetek wisiał
do góry nogami Dzbanek. Był metalowy, pomalowany czerwoną emalią, przez co rzucał się w oczy na
tle zielonego żywopłotu porośniętego bluszczem i kurdybankiem.

Ania Grobelna
„Ameryka” 

Autobus podjechał osiem minut przed planowanym odjazdem. Biało-niebieski z długim, chudym psem namalowanym na całej długości. Z ciemności zadaszenia wzdłuż budynku Port Authority wyłoniło się kilkanaście osób, każda z walizką lub przewieszoną przez ramię torbą. Podałam kierowcy swój plecak, mamrotał coś pod nosem, nucąc ulubioną melodię. Miałam wrażenie, że lekko się kołysał i dygał niemal jak w niewidzialnym dla innych tańcu. Wyprostował moje zmarszczone od napięcia czoło, niewyspane po dziesięciu godzinach lotu, wprawiając w jednej chwili w zaskakująco dobry nastrój. Niepokój jednak szybko powrócił. Zarysował na nowo pionową zmarszczkę na moim czole i kazał być czujnym. Przemknęłam szybko wąskim wejściem do autobusu i przeciskałam między fotelami w poszukiwaniu wolnego miejsca. Usiadłam w czwartym rzędzie, pod oknem, z wielką nadzieją, że nikt nie usiądzie obok. Obawiałam się tej samotnej podróży od samego początku, od tej zaskakującej informacji, że biuro załatwiło nam zupełnie osobne loty, inne daty! Początkowo nie chciałam się zdecydować, ale byłam już tak zmęczona oczekiwaniem na koniec formalności związanych z wyjazdem do Stanów, że sił na dodatkową batalię po prostu mi zabrakło. Szymon pocieszał mnie, że nie jest to przecież pierwszy lot, wiem, jak poruszać się po lotnisku i że będzie na mnie czekał w Bozeman. Lubiłam wyzwania, nowe miejsca, uwielbiałam być zagranicą, wydeptywać nieznane dotąd ścieżki na swój sposób. Wiedziałam, że sobie poradzę. Nie podobało mi się to, że kolejny raz rozdzielamy się z Szymonem. Kolejny kiepski znak. 

Autobus ruszył punktualnie. Gapiłam się na oświetlone i ciągle żywe ulice Manhattanu, choć było już po północy. Miałam ochotę dotknąć szyby, a przez to niemal i tych budynków z cegły, a przy nich rusztowań, metalowych schodów przeciwpożarowych, ogromnych neonów, chińskich barów, miasta, które nigdy nie śpi. Nowy Jork mnie zachwycił, był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam, był spełnieniem moich marzeń, tych wielkich, potencjalnie nieosiągalnych. Rok wcześniej spędziłam tu całe 3 dni, przed powrotem do Polski po pierwszym lecie w Montanie. … Tym razem miało mi wystarczyć te pół godziny w autobusie, wśród obcych ludzi, w środku nocy. Z daleka mignęła mi jasna sylwetka Empire State Building, zdziwiłam się, że zdążyliśmy odjechać na tak duży dystans. Po chwili autobus wjechał do tunelu. Zapadłam się na nowo w fotelu i we własnym oszołomieniu. Z niepokojem wyczekiwałam na jego koniec, obawy niestety okazały się słuszne, po wyjeździe z tunelu po Manhattanie nie było już śladu, musieliśmy przejechać na drugą stronę rzeki Hudson i dopiero po kilku minutach jazdy zobaczyłam sylwetki budynków na Manhattanie niknące w oddali, potwierdzające, że to już za mną, że Nowy Jork pooddycha dalej beze mnie. Zanim porządnie ochłonęłam i upewniłam się, że paszport z wizą i pieniądze są nadal na swoim, ukrytym miejscu, a fotel obok jest szczęśliwie pusty, dotarliśmy do Philadelphii, droga była przeważnie nudna, kilkupasmowe międzystanowe autostrady i ciemność. Zasnęłam na jakiś czas, zerkając raz po raz, w półśnie, przez szybę, żeby znowu odpłynąć. W pewnej chwili miałam wrażenie, że słyszę język polski, ale zmęczenie ponownie wygrało ze wszystkimi moimi zmysłami. Bałam się tylko tej pierwszej nocy. Przygoda życia rozpoczynała się późnym wieczorem, strach było zmrużyć oczy, dokumenty, czek i parę dolarów ściskałam mocno przy sobie, ekscytacja wygrywała z oczywistą potrzebą snu. Ten jednak pojawiał się niezależnie od pory dnia, była to dopiero druga doba w Stanach, dzień mieszał się z nocą. Właściwie, według polskiego czasu, było już rano. Nie spałam jednak większą część ostatniej doby. Ocknęłam się na dobre podczas krótkiego postoju około 5. Baterie w discman’ie szybko się wyczerpały, miałam zapas na kolejnych parę godzin słuchania płyt, ale przyjemnie było wtopić się w odgłosy podróży, zwłaszcza, że kolejny raz, z niemałym niedowierzaniem, rozpoznałam w autobusie język polski! No tak, znowu Polacy, jaka radość! Rozejrzałam się ostrożnie, nie chcąc zwrócić na siebie zbytniej uwagi, ale nie napotkałam na twarz inną, niż chłopak w kapturze, milczący Żydzi, pozostali w zasięgu mojego wzroku spali. Poczekałam do najbliższego dłuższego postoju w Pittsburghu, za oknem zrobiło się jasno, w moim brzuchu pusto, ale musiałam koniecznie ustalić, czy nie straciłam zmysłów z tym polskim. 

W Pittsburghu mieliśmy ponad godzinę przerwy, wysiedli wszyscy pasażerowie, kierowca już wcześniej mówił coś o restauracjach, niewiele zrozumiałam, bo jego głos wyrwał mnie ze snu i nie zdążyłam uchwycić szczegółów. Rozejrzałam się uważnie, próbując zgadnąć, kto mógłby być Polakiem, kogo mogłam wcześniej słyszeć. Nie było to trudne, bo wyglądali, jak ja, czyli nie byli ani Żydami, ani Meksykanami, ani Afroamerykanami. Dwóch chłopaków i dziewczyna, w luźnych bluzach i z małym plecakami, stali przez chwilę niepewnie, jeden z nich czytał coś z kartki. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do nich.

– Cześć, mogę się przyłączyć? – Głos musiał mi drżeć, ale tylko przez chwilę.

– O matko! Cześć! No jasne! Jedziesz naszym autobusem? – krzyknął zaskoczony chłopak z kartką.

– Tak, i właśnie wydawało mi się, że słyszę język polski, ale nie chciało mi się w to wierzyć.

– Jesteś sama? – zapytała blondynka, choć miałam wrażenie, że nie byłaby zdziwiona, gdybym to potwierdziła. Wyglądała na pewną siebie, z kucykiem zaczesanym wysoko, na tyle, żeby swobodnie pogodzić go z czapką z daszkiem. Nie była zbyt wysoka, ale i tak zwracała na siebie uwagę. 

– Tak. Jadę sama…

– Żartujesz? – z lekkim niedowierzaniem wpatrywał się teraz we mnie drugi chłopak. – To szacun.

– …no i.. może mogłabym tak… jednak z wami byłoby raźniej… skoro już się znamy… – uśmiechnęłam się najładniej, jak umiałam.

– Jestem Krzysiek – „drugi” wyciągnął do mnie rękę.

– Helena. – Uścisnęliśmy sobie dłonie mocno, przyjaźnie, ciepło.

– Iwona.

– Jacek. Cała przyjemność po naszej stronie – odwzajemnił mój uśmiech najpiękniej, jak potrafił.

– Miło mi, czyli jednak z moim słuchem nie jest tak źle. – Odetchnęłam z ulgą.

– Chodźmy, bo czas leci, mamy niecałą godzinę. Idziemy coś zjeść. Głodna? – Zapytał Jacek. Miał przyjemną urodę i pasowałby na chłopaka blondynki, pomyślałam, zupełnie odruchowo i aż uśmiechnęłam się na tę myśl. Poprawił plecak i ruszył w stronę wysokiego budynku z mnóstwem małych okien. Dopiero teraz zauważyłam logo Starbuck’s na przyklejonym do niego niskim łączniku, a dalej bar z burgerami. 

– Ja zawsze jestem głodna – ulżyło mi jeszcze bardziej, bo głód zaburczał mi w brzuchu niemal boleśnie.

– Jedziemy do Glacier National Park, a ty? – zapytał, cichy dotąd, Krzysiek.

– Do Glacier? – pamiętałam, że to na północy Montany – ja do Bozeman, niedaleko Yellowstone.

– Coś ty? Czyli jesteśmy sobie przeznaczeni! – Jacek ponownie się odwrócił i puścił mi oko.

– Nie słuchaj go, to podrywacz i ściemniacz – Iwona znacząco podniosła brew, przekonana, że mi, dziewczynie, nie musi mówić nic więcej.

Ciekawe, czy Szymon miał tyle samo szczęścia, co ja, pomyślałam. Nie rozmawialiśmy po jego wylocie, napisał tylko maila, że dotarł na miejsce, że zatrzymał się u Kasi i Roberta, i czekają na mnie. 

Burgery okazały się pyszne, trzypiętrowe, podane z frytkami na dużych plastikowych talerzach wyłożonych serwetką z logo baru. Chłopaki zamówili po piwie, zapewniając, że dawka śmiechu, którą nam zaraz zapewnią pozwoli pozbyć się promili w pół godziny. Picie alkoholu w autobusach Greyhound było zabronione. Przy każdym fotelu wciśnięty był długi i szczegółowy regulamin dla pasażerów oraz restrykcje grożące tym, którzy nie będą go przestrzegać. Wróciliśmy grzecznie do autobusu, każdy na swoje miejsce, postanowiliśmy nie robić zamieszania do przesiadki w Chicago. Jacek mrugnął do mnie kolejny raz, przepuszczając dżentelmeńsko przy wejściu do autobusu. Iwona zachichotała, wskakując zaraz za mną. Co za historia! – pomyślałam, gdy zostałam na swoim miejscu sama, sprawdzając ponownie kieszenie i plecak, zdjęłam buty, założyłam świeże skarpetki, ucieszyłam się na kolejny etap mojej podróży, na nowe znajomości, dobry humor, i początek słonecznego dnia w Ameryce. Zmęczenie i niewyspanie, mimo ogromnego podekscytowania, otuliły mnie jednak szczelnie, kolejnych czterysta kilometrów przespałam, obudził mnie miły polski głos tuż przed przesiadką w Chicago. 

– Hello, śpiąca Aniu, wysiadamy! Głodna?

Podróż autobusami Greyhound zajęła mi dokładnie 54 godziny. Cztery przesiadki, dziewięć stanów, niezliczona ilość drzemek, niezliczona ilość twarzy, które wsiadały i wysiadały na kolejnych przystankach. Podejrzliwe spojrzenia, ciekawość zmieszana z nieufnością, którą analizowałam przez pierwszych kilkanaście godzin, a która z biegiem kilometrów znużyła mnie. Może dlatego, że oni pojawiali się w mojej podróży i za chwilę z niej znikali.  Ciemnoskóry chłopak, wwiercający we mnie swój wzrok, ilekroć nie spojrzałam w jego stronę. Kilku ortodoksyjnych Żydów, trzymających się blisko, w czarnych długich płaszczach, mimo tego, że był to początek lipca, w czarnych kapeluszach, spod których wypływały im na ramiona cienkie, charakterystyczne warkocze. Wszyscy oni wysiedli we wschodniej części Stanów. W miarę oddalania się od Nowego Jorku, wsiadało mniej Żydów, za Chicago wysiedli wszyscy Latynosi. Zmieniały się widoki za oknem i menu w mijanych po drodze restauracjach McDonald. Przejeżdżaliśmy przez Wisconsin, Minnesotę i Dakotę Północną. Przez Fargo (!). Im dalej na zachód, a właściwie im bardziej na północ, w miarę przesiadania się na mniej komfortowe autobusy, pozostali niemal wyłącznie biali pasażerowie. Niewielu towarzyszyło mi do samego końca. Właściwie oprócz Iwony, Krzyśka i Jacka, pozostali wysiedli najpóźniej w Billings, mieście ostatniej przesiadki. Już od Chicago siedzieliśmy we czwórkę na tyłach autobusu. W trakcie podróży okazało się, że oprócz nas, jechało jeszcze dwóch Polaków, w podobnym wieku, ale musieli przymusowo wysiąść w Minneapolis z powodu puszek po piwie znalezionych w workach na śmieci przy ich siedzeniach. Puste puszki świadczyły o tym, że spożywali alkohol w autobusie, co było surowo zabronione. Odebrano im bilety i możliwość dalszej podróży. Po prostu zostali na przystanku, a my ruszyliśmy dalej. Nawet nie było nam ich żal, bo wyglądali na cwaniaczków, no i do samego końca nie odezwali się do nas, a nas z pewnością było słychać dość dobrze. Nie podeszli, nie ujawnili się. Ich strata.

Żartom i śmiechom nie było końca. Policzki bolały mnie przez resztę podróży. Krzysiek okazał się genialnym rozmówcą, przez długie godziny jazdy przez Minnesotę i Dakotę Północną, nie zdążyłam się znudzić. Opowiadał o studiach na politechnice i o przeróżnych przekrętach w akademiku, których był inicjatorem, otwierałam szeroko oczy słuchając tych historii, a na końcu zawsze wybuchałam śmiechem. Siedziałam z Iwoną, chłopaki za nami, choć tak naprawdę wisieli nad naszymi głowami, prześcigając się w zwracaniu na siebie uwagi, każdy na swój uroczy sposób. Nie mogłam trafić na lepszą ekipę na te 3 tysiące kilometrów. Iwona i Jacek nie byli parą, co nie przeszkadzało całej trójce flirtować w znany i mi sposób. Przypomniałam sobie, jak to jest, balansować na krawędzi fantastycznie odwzajemnianej zabawy i flirtu. Damsko-męskiej bezpiecznej gry, bez zobowiązań, bez dalszego rozdziału. Tu i teraz. Beztroska. Chyba udało mi się nawet na krótkie chwile zapominać o Szymonie, choć jak zwykle było to złudne, bo cała szczerość mojego droczenia się z nowo poznanymi facetami opierała się na bezgranicznej pewności co do nadziei na miłość Szymona. Znowu nie było dla mnie innych, oprócz niego.

W Dakocie krajobraz wypłaszczył się a linia horyzontu zdawała się oddalać, otwierając przed nami niesamowitą przestrzeń z każdej strony. Autobus zatrzymywał się rzadziej, ale ja nadal zachłannie rejestrowałam nazwy mijanych miast i miasteczek, ulic, kształty domów. Miałam wrażenie, że w tym stanie nie ma nic, jedynie bezkres. Wjazd do Montany uczciliśmy toastem z wody mineralnej i krakersami z polskim pasztetem. Jacek z dumą wyjął go z plecaka, głosząc po swojemu, że zostawił ten rarytasik na taką właśnie, szczególną okazję. Za oknami było już ciemno, podróż zbliżała się do końca, podróż przez dodatkowe strefy czasowe na zachód nie ułatwiała pogodzenia potrzeby snu z porami dnia i nocy. Nie przeszkodziło nam to opanować ostatniego autobusu po przesiadce w Billings. Trafiliśmy na prawdziwy stary, jak świat, ogórek. Bez klimatyzacji, bez nadmiaru pasażerów, z głupawką sięgającą szczytu naszej bezczelności, jeśli chodzi o żarty i śmiech, i poziom łapanych w locie półsłówek, które doprowadziły mnie do bólu brzucha i rosnącego we mnie żalu, że za chwilę rozstanę się z tą ekipą, że pewnie więcej się nie zobaczymy. Wymieniliśmy się mailami. Umówiliśmy na wspólną podróż Greyhoundem w bliżej nieokreślonej przyszłości, choć po tylu godzinach spędzonych na siedząco, byliśmy niemal przekonani, że nie chcemy tego więcej powtarzać. Autobus dojechał do Bozeman przed czwartą rano, pożegnaliśmy się uściskami i zapewnieniami. Zyskałam miano żony Jacka, a on mojego męża. Wysiadłam jako jedyna na przystanku w Bozeman. Pokiwałam grupie wariatów okupujących tylną szybę autobusu. I tyle. Usiadłam na ławce przed małym, ale zamkniętym budynkiem z napisem Greyhound bus stop. Przytaszczyłam za sobą mega ciężki plecak, żałując, że nie wzięłam jednak walizki na kółkach. Dotarłam do kolejnego etapu swojej podróży życia. Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać, wierzyłam na słowo, że na końcu tej drogi ktoś na mnie czeka, znajoma twarz, znajomy przewodnik po pierwszych dniach w Montanie. Montanę poczułam dopiero tu, w Bozeman, stojąc samotnie na Greyhound Station przy Main Street z wielkim szarym plecakiem i nadzieją na miłość.

Dokładnie pamiętam ten widok, szeroka ulica, mokry od deszczu asfalt, cudownie rześkie powietrze, którym zaciągnęłam się, tak naprawdę, na kilka lat. To działo się naprawdę, dotarłam do końca, żeby móc na nowo coś zacząć. Czułam się trochę tak, jakby ktoś postawił mnie na planie serialu „Przystanek Alaska”, zabrakło tylko łosia na środku skrzyżowania. Ogromne samochody przejeżdżały leniwie w obie strony, na niebie przesuwały się, równie leniwie, ciężkie chmury, wschodziło słońce, a mnie przepełniała euforia, szczęście. Stałam. Czekałam na Szymona, który miał po mnie przyjechać i zabrać do Big Sky. Spóźniał się, ale mi nie pozostawało nic innego, poza uzbrojeniem się w cierpliwość. Nie miałam telefonu komórkowego, z zasięgiem w Stanach. Stałam. Czekałam.

Szymon podjechał starym, wysłużonym Fordem Escortem, w spodniach z szelkami i tym jego uśmiechem pewnego siebie gościa. Nie widziałam go dwa tygodnie i w pierwszej chwili wydał mi się bardzo zmieniony. Jednak gdy wysiadł z auta i po chwili zawahania otworzył ramiona, wpadłam w niego, jak kiedyś, całym swoim zmęczeniem i tą niegasnącą nadzieją, a właściwie pewnością, że znowu zaczniemy, że cokolwiek nie układało się między nami w Polsce, tutaj się poskleja, tutaj nikt nas nie dosięgnie, będziemy tylko ja i on. Ja i Szymon, tacy szczególni dla siebie, tacy sobie bliscy, na nowo. To musiało się udać. Taki był plan. Nie miałam wtedy żadnego planu B.”

Agnieszka Barczuk
„Kura”

Zapadał zmierzch, rysując cienie na trawie. Wszystko wyglądało tajemniczo, żeby nie powiedzieć złowrogo..Z ulubiona kurą pod pachą szybko przemierzałam trawnik, biegnąc za róg starego domu. Dwa kucyki ciasno związane łaskotaly mnie po policzkach, a cienka letnia sukienka powiewała na wietrze. 
Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby jakiemuś zwierzęciu tak mocno biło serce, no może małemu zajączkowi, co go kiedyś nasza kotka przyniosła w zębach ( i niestety tego nie przeżył…). Kur nigdy nie nosiłam na rękach, ta była pierwsza, ulubiona, wychowana od małego kurczaka, od kiedy jej matkę zjadł lis.
Jeździła już w wózku dla lalek, w koszyku na rowerze, a od kiedy zmieniła puszek na pióra u mnie na rękach. Dziwne to było zwierzę, kiedy tylko wsadzalam ją pod pachę, zastygała bez ruchu i tylko ciekawie rozglądała się dookoła. 
Wiedziałam, że muszę ją schować, żeby czasem nie trafiła pod nóż i nie wylądowała w niedzielnym rosole.
Otworzyłam drewniane drzwi do stodoły i szybko w ciemności wypatrzyłam kupkę siana. Zrobiłam w nim zagłębienie, posadziłam kurę, a obok nasypalam jej parę ziaren wyjętych z kieszeni. 
– Postaraj się być cicho Henrietto- wyszeptalam – przyjdę rano.
Popatrzyła na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem i z ruchami jak u hrabianki zaczęła dziobać ziarno. Szybko zamknęłam drzwi od stodoły i pobiegłam nazbierać mleczu dla królików, a potem  świeżo opadłych jabłek na kompot. 
Podśpiewywałam pod nosem zadowolona ze swojego planu, jaki tylko mógł zrodzić się w głowie 9 -latki. Nagle usłyszałam człapanie i  poczułam uderzenie w nogę, a kiedy się obejrzałam …Henrietta stała tuż za mną z zadowoleniem prostując skrzydła. I tak, to już wtedy dowiedziałam się, że nie zawsze idzie w życiu jak po maśle i czasem trzeba parę razy próbować by się udało…
No tak ale pewnie zapytacie co się stało z kurą? Wyobraźcie sobie, że wracałam z nią jeszcze dwa razy do stodoły i za każdym razem z niej uciekała w tajemniczy sposób. Na szczęście dzięki obietnicy taty ( i niezadowoleniu mamy) nie została przeznaczona na rosół i żyła sobie jeszcze kilka lat….      

„Ruda”

 

 Pod kaflowym piecem dawno już wygasł ogień i czuć było mróz przenikający przez szczeliny w deskach. Otuliłam Stasia mocniej kocem i przytuliłam się do niego. Mój mały braciszek spał jak tylko malutkie dzieci spać potrafią, z rączkami u góry i z uśmiechem na twarzy, lekko posapujac….jakby świat się nadal kręcił i wszystko było zwyczajne…
A to przecież dopiero niedawno skończyła się wojna, wszędzie dookoła panowała bieda, zimno i smutek, szczególnie w sercach, że tylu zginęło, że tylu nie wróciło…
Nasza rodzina ocalała, ojciec wrócił z raną w nodze i mimo że się zagoiła, to nadal kulał…
Ten dom, starą drewniana chatkę, stojącą na uboczu, nad rzeką dostaliśmy chyba cudem. Kosztowało to mamę mnóstwo godzin wystanych w urzędzie i kilka kur, więc kiedy gruby urzędnik ( pewnie on zjadł  nasze kury) przyprowadził nas tutaj byliśmy pełni euforii, że w końcu nie musimy mieszkać w stodole…Wydawało nam się, że trafiliśmy na Ziemię Obiecaną, a jakże szybko pierwsza zimowa noc zweryfikowała nasze wyobrażenia. Chatka była zimna, deski miały szczeliny i ślady po kulach…Mama spędziła kilka dni by gliną wyjęta z rzeki zapychać te szpary i dziury. Próbowaliśmy też mchem, ale nie na wiele się to zdało. I tak pierwsze mrozy wszystko zmroziły…
Musiałam teraz wstać, napalić w piecu i zgotować kaszę dla rodzeństwa. Rodzice skoro świt wyszli do pracy, nie biorąc nawet śniadania …Tato pracował jako pomocnik młynarza, więc czasem przynosił trochę mąki lub kaszy, a ostatnie nasze kury czasem zniosły jajka, zaś mama w waflarni mogła zabierać resztki, które wyciekały z formy. Wyglądały jak grube kluski, a nie wafle, ale nikt nie narzekał bo ważne, że były słodkie.
W drugim łóżku spały Hania i Basia, moje młodsze siostry, więc po cichu narzuciłam na siebie stary szal mamy i poszłam po podpałkę do sieni. Ach jak mnie korciło, by wrócić jeszcze na chwilę do łóżka, ale wiedziałam że będzie coraz zimniej. Kiedy ogień już się palił, zagotowalam kaszę na wodzie i usmażyłam parę podpłomyków na blasze. To je Hania i Basia zabiorą potem do szkoły. A my ze Stasiem ubrani we wszystkie nasze ubrania nakarmimy kury i przyniesiemy wody z rzeki na później. O i zrobimy obiad, mamy jeszcze trochę ziemniaków. Najgorszy jednak ten mróz, gdy w domu zimno, a na dworze jeszcze zimniej, zamarza rzeka i trzeba kuc lód, by dostać się do wody. Buty moje trzymają się tylko dzięki skrawkom materiału którymi je okręciłam, więc gdy przemokną cały dzień muszę chodzić w mokrych by wysuszyć je na wieczor…
No ale nic to, za to wieczorem wszyscy zbierzemy się przy świecy, by zjeść wspólnie kolację, skromną, ale z taty wesołymi historiami nawet posny chleb smakuje jak  z masłem…
Właśnie szłam przez podwórko od rzeki niosiac wiadro pełne wody, a w drugiej ręce trzymając rączkę Stasia, gdy usłyszałam wołanie.
-Jasia! – to wołała sąsiadka zza płotu – przyjdź na chwilkę. Zostaniesz z dziećmi bo Ruda nam się źrebi!

Czym prędzej zaniosłam wiadro do domu i zlapawszy mocniej Stasia poleciałam do nich. Bardzo lubiłam tam przebywać, bo i ciepłej u nich było i wesoło bo kilkoro maluchów w domu. A i za opiekę nad dziećmi miskę ciepłej zupy można było zjeść. Powiadali, że sąsiad to zdrajca, donosiciel, ale co ja tam wiem, czy to nie czasem ludzkie oczy kłuje jego zaradność i dobrobyt…To, że u niego i krowa i koń, gdy u innych domy rudery i puste brzuchy……..

 

Napisz komentarz...
  1. Dziękuję! Dziękuję Julio za motywację i za wyróżnienie:) Cudownie znaleźć się w tak wykwintnym Gronie. Joanna, Agnieszka – piękne teksty, gratulacje:)
    Można udawać, że pochwała nie jest do szczęścia potrzebna, ale z pewnością dodaje skrzydeł, wyciąga je spod koszuli:)
    Nie pozostaje nic innego, tylko pisać dalej…
    dziękuję!

    Odpowiedz
  2. Joanna says:

    Powiem tak….nigdy nie wiesz co Cię spotka za rogiem i co masz w głowie.
    Coś dla mnie niesamowitego się stało.
    Gratuluję wszystkim i dziękuję Julii ,że wpadła na taki pomysł;)
    Magia postu o scenariuszu niech trwa!

    Odpowiedz

Zostaw komentarz.