• daleko od domu.

    Nigdy nie chciałam opowiadać tych historii publicznie. Bo też i nie wiedziałam czemu miałyby służyć.
    Jednak wczoraj jedna z czytelniczek napisała mi, że pewnie nie mam pojęcia jak wielkie znaczenie mają najdrobniejsze rzeczy o jakich piszę i jak wiele zmieniają w ludzkim życiu…
    Postanowiłam dziś przywołać w pamięci tamte dni, bo może zmienią one choć jedno nastawienie w stosunku do ludzi, którzy uciekają z różnych powodów ze swojego kraju i pojawiają się w innym… Nieswoim. I nie z własnej chęci, a poprzez konieczność.

    Niedaleko naszego domu, na placu budowy stanęła przyczepa kempingowa. Stara, mała i wysłużona. Rdzewiejąca. Marzec tamtego roku był bardzo niesprzyjający. A już na pewno nie dla tych, którzy musieli spać w przyczepie. Była malutka. Jedna z mniejszych jakie widziałam. Trudno sobie wyobrazić jak może zmieścić się tam kilku dorosłych mężczyzn. W niej jeść i spać. W niej żyć. Każdego dnia. W obcym kraju.
    Kiedy w wygodnej, ciepłej piżamie stałam przy oknie i kremowałam przed nocą dłonie, patrzyłam na tę przyczepę, na mróz, który zaczynał się wraz z każdą wtedy marcową nocą.
    Mężczyźni z przyczepy byli w różnym wieku. Też w wieku mojego Taty. Kiedy zaczynałam sobie wyobrażać mojego już wiekowego Tatę, który teraz miałby jechać na zarobek do innego kraju, spać tam w małej, zimnej i ciasnej przyczepie… Który miałby jeść ukrojony tam na kolanie kawałek chleba i do tego konserwę. Zimną, może i zamarzniętą, po zimnej nocy. Daleko od rodziny, swojego domowego kąta.
    Przecież jeśli człowiek całe życie sumiennie, z wielką starannością przykłada się do życia, pracy, obowiązków, to zasługuje chociaż na ciepły, spokojny kąt na stare lata. Nie na tułaczkę w obcym kraju.
    Na tułaczkę w tak nieludzkich warunkach…
    Trzeciego dnia po ich przybyciu, kiedy zobaczyłam, że nie ruszają się z miejsca, bo i za bardzo nie mieli też jak ( szef odpiął przyczepę od auta i odjechał, w niezwykle szykownym płaszczu) zaproponowałam im możliwość kąpieli u nas w domu, czy ogrzania się. Nie chcieli.
    Zatem każdego dnia stawiałam na kuchni wielki gar i robiłam w nim bigos, fasolkę po bretońsku, gulasz węgierski, żurek… Po południu piekłam ciepłą chałkę czy muffiny. Tylko tyle mogłam dla Nich zrobić.
    Madzia przywoziła mi codziennie świeży chleb do tych obiadów jednogarnkowych. Drożdżówki.
    Kiedy w każde południe podawałam Im garnek z parującym obiadem nie mówiliśmy za dużo. Bo i trudno byłoby się nam porozumieć. Patrzyli mi tylko w oczy, kiedy mówili „djakuju tobi” i do dziś pamiętam tamte oczy. Mało Kto tak dziś patrzy. Tak przenikliwie. Tak prawdziwie.
    Każdego ranka kiedy mój mąż odwoził dzieci do przedszkola, podchodzili do niego aby oddać pusty garnek. I ten garnek oddany o poranku, był dla mnie najpiękniejszym podziękowaniem. Umyć wielki rondel w zlewie, z ciepłą wodą, płynem… Umyć go w zmywarce… Nieduża to sztuka… Natomiast umyć go na mrozie,  wodą z beczki, tak, aby wyglądał jak nowy, było wielką sztuką. Dla mnie – było wszystkim. Podziękowaniem, szacunkiem, klasą, przyzwoitością, uczciwością. 
    Nie wychodzili poza obręb budowy. Może czasami któryś szedł do sklepu we wsi. I na tym placu budowy, z resztek, zrobili moim dzieciom samolocik na patyku. Kręciło się skrzydło i wirował dookoła swojej osi.
    Z tego co znaleźli na ziemi. Ze skrawków. Moje dzieci wiedziały, że to wielki i bezcenny prezent.

    Jakiś czas temu, do mojego męża jeżdżącego przed domem na motocyklu, podszedł mężczyzna.
    Starszy. Jak się potem okazało pięćdziesiąty piąty rocznik. Jak się też potem okazało… zdążyliśmy na naszym podwórku wiele historii życiowych poznać. My Jego, a On naszych.
    Nieopodal naszego domu, mężczyźni z Ukrainy wynajmują dom. Nie zdążył wyjechać przed epidemią, pracodawca nie płacił mu od dwóch miesięcy i przyszedł zapytać czy nie wiemy o jakiejś pracy…
    Na co mój mąż wieczorem stwierdził – Wezmę Go Puszku. Zapytałam czy mamy na podwórku coś pilnego do roboty… Odpowiedział, że coś znajdzie. I ponownie przypomniałam sobie, za co go tak mocno kocham. Za serce. 
    Oleg był u nas wczesnym rankiem. Nie pijał kawy. Miałam dla niego każdego poranka lemoniadę i ciasto.  Potem obiad. Zanim wyszedł, kanapki i gorącą herbatę, bo wcale nie wiedziałam co tam chłop będzie umiał sobie sam zrobić i czy jakiekolwiek jedzenie ma. Oleg opowiadał nam jak zaczął pływać na kajtach mając lat 55. A potem całe lato uczył turystów za darmo. Często powtarzał, że lubi robić coś dla ludzi.
    Mieszka nad samym Morzem Czarnym. 
    Niezwykle ucieszyło mnie, gdy w niedziele wolną od pracy przyszedł na podwórko. Dla towarzystwa. A my bardzo Go polubiliśmy. Choć pewnie jeszcze bardziej moje dzieci, które towarzyszyły Mu przy pracy. Razem robili samoloty z papieru i szukali motyli po podwórku. Tosia uczyła się ukraińskich słów.
    Czasami pracował z słuchawkami w uszach. Słuchał sobie muzyki. Sześćdziesiąt pięć lat. Wysoki. Wysportowany. Dokładny. Pracowity. Z wielką kulturą osobistą. Przecież nie tak powinna wyglądać Jego starość… Mawiał, że On się starym nie czuje.
    Pamiętam jak zamiatałam tarasy, a On wyszedł już po pracy przez furtkę… Po czym wraca się i mówi, oczywiście po swojemu – Wiesz, nie pożegnałem się z dziećmi, a dla dzieci to ważne.
    Raz przy obiedzie mój mąż przyniósł Mu moje książki, aby pokazać co robię. A On spojrzał na mnie i powiedział – Widziałaś Jego minę gdy mi je dawał? Jest z Ciebie taki dumny.
    Był u nas tydzień. Wniósł tyle serdeczności. Tyle potrafił dostrzec. Tyle poopowiadać.
    Gdy przyszedł się pożegnać usadziłam Go przy stole i odgrzałam obiad. Nalałam kompotu.
    Wkładałam naczynia do zmywarki, kiedy wychodząc drzwiami kuchennymi przystanął i powiedział – Wiesz, mam tam taki domek na plaży, wyremontuje go i do mnie przyjedziecie. Ugoszczę Was tak, jak Ty ugościłaś mnie.
    I popatrzył tak samo jak Panowie z przyczepy. Takimi pięknymi Ukraińskimi oczami.

    Rozpłakałam się dopiero gdy zamykał po sobie furtkę. Chyba głównie dlatego, że świat bezzmiennie mnie wzrusza. Tyle na nim dobrych, wdzięcznych, skromnych i pracowitych ludzi, których życie nie jest łatwe.

    Przy każdym z tych obiadów, które robiłam i mam nadzieję będę mogła zrobić jeszcze nie raz, potrzebującym, których spotkam, myślałam sobie o jednym. O tym, jak bardzo chciałabym, aby postawił Ktoś miskę z gorącą zupą mojemu Tacie, gdyby znalazł się w takim miejscu swojego życia…

     

  • boho swing.


    Kiedy dzieci były małe, miałam hopla na punkcie kocyków. Mam wrażenie, że z ich wiekiem przerodziło mi się to w uwielbienie huśtawek. 
    W kuchni mamy haki na wyższe i niższe sznury. Zmieniamy je co chwila. Prawdą jest, że jeśli odwiedzają nas inne dzieci, to zabawa w 80% kręci się dookoła tych huśtawki.
    Kiedy zobaczyłam tę, wiedziałam, że jest stworzona do tego właśnie miejsca. Tak jak idealnie wkomponowany kilka lat temu wóz. Nie wiem co ja tam dam, i czy będę potrafiła się z nim rozstać, gdy dzieci podrosną. 
    Póki jest na dworze jeszcze zimno, nasze koło buja się przy kominku, jednak z pierwszymi cieplejszymi dniami chciałabym powiesić ją na tarasie. 
    Myślę, że ratan, tak jak dywany i kwiaty dodają domowi ciepła i przytulności. 
    Do pustego salonu wystarczy włożyć dywan, ratanowe fotele i kilka dużych kwiatów. Jest pięknie. Nic więcej nie trzeba. No ja tego minimalizmu zachować nie potrafię 🙂
    Klasyka zawsze broni się najpiękniej. Przez lata, choć zmienia się moda.
    Huśtawka inspirowana Indonezją odnajduje się wyśmienicie w polskim domu. 
    Od zawsze byłam zwolennikiem wakacji w domu. Stworzyć swoją codzienną przestrzeń w taki sposób, aby każdego dnia czuć się jak na wakacjach.. Na razie jestem w tym świecie szczęśliwa, a jak jeszcze mogę wyjść na swoje podwórko i popatrzeć w niebo… to raj.
    ________________________________________

    Huśtawka ze sklepu z pięknymi boho produktami. Począwszy od bransoletek po meble.
    Czytałam dziś na Ich instagramie, że od jutra jakieś promocje z okazji dnia kobiet (-15%).
    Warto śledzić Ich profil na IG.
    A sklep TUTAJ – BOHO SWING

  • gwiazdkowy kożuch.

    Pierwsze zdanie jednego z rozdziałów „Dzieci z Bullerbyn” brzmi tak:
    „Nie wiem, kiedy święta zaczynają się gdzieś indziej, lecz dla nas, dzieci z Bullerbyn, Gwiazdka zaczyna się już tego dnia, gdy pieczemy pierniki.”
    I choć czytam na głos dalej, w głowie wiruje mi myśl i nie chce uciec… Kiedy zaczynają się nasze święta…
    Choć aby zaczęły się nasze, najpierw musiały zacząć się moje, a wcześniej mojej Mamy…
    Zatem moje święta zaczynają się tam dokąd jest w stanie sięgnąć moja pamięć i opowieści…
    Moje święta zaczynają się w kuchni Babci Adeli. 
    Przy wigilijnym, wysuniętym na środek kuchni stole. W kuchni ciepło od pieca.
    Dziadek wnosi choinkę. Wcześniej, pociągiem, jedzie do Katowic zawieźć jedną do Cioci Kozłowskiej. Żywą, pachnącą. Wraca z prezentami od Niej. Mama do dziś opowiada o Cioci, która była tą wymarzoną. Ciepłą, troskliwą, serdeczną. Przy której wracało się do domu jak z bajkowych opowieści. W kapelusiku, sukieneczce, z torebeczką.. Aż Babci Adeli trudno było na podwórzu rozpoznać własne dziecko..
    Od tej też stryjenki na choince wisiał sznur lampek elektrycznych, gdy w niejednym domu na uchwytach paliły się świece.
    Od rana wigilijna krzątanina. Babcia zmienia pościele. Potem Mama z wujkiem Maćkiem kręcą mak. Bo makowiec musi być. Ze swojego maku. Zupa grzybowa. Karp. Kapusta z grzybami. Zebranymi z Dziadkiem Staśkiem. Bo na jagody chodziło się z Mamą, a na grzyby z Tatą. 
    Do świątecznych obowiązków Dziadka należało obieranie kartofli.
    Na obiad zupa śledziowa. 
    Z gałązek, które zostały po choince Mama robi bukiet i wkłada do wazonu. 
    Za drewnianymi oknami mróz. Śnieg. Prawdziwa zima.
    Ciepłe światło kuchni wychodzi na podwórze. W gościnę przyjeżdża wujek Janusz ze swoją żoną.
    Przywożą prezenty. Wtedy pojawia się zwyczaj obdarowywania. W późniejszych latach Mama też stara się czymś odwdzięczyć. Choć najlepszy czas przychodzi, gdy starszy brat Maciek zaczyna zarabiać i mogą wspólnie jechać do miasta. I kupić prawdziwe prezenty.
    W pierwszy dzień świąt szukało się bramy i furtki w polu, bo gdzie panny na wydaniu, tam się bramę zdejmowało…
    Mama często powtarza, że było biednie, ale niczego w dzień wigilii Im nie brakowało. 
    Choć nie było mnie jeszcze wtedy na świecie, kiedy Mama snuje opowieść, mam wrażenie, że stoję w ciepłym kożuchu za ich kuchennym oknem i przyglądam się temu…
    Widzę jak w tym drewnianym, zielonym domku Ktoś dokłada drwa do pieca, widzę małą Mamę, która poprawia te gałązki w wazonie. I jak wujek Maciek wyciąga stół na środek.
    Może to ten sam biały, który ja jeszcze pamiętam…
    Widzę to wszystko doskonale, bo… wraz z moją Mamą ta historia przyszła do mojego rodzinnego domu.
    I gdybym założyła kożuch, już trochę większy i stanęła za kuchennym oknem drewnianego, kremowego domu moich rodziców, to ujrzałabym niezwykle podobny obrazek…
    Do kaflowego pieca dokłada się już od wczesnego rana, bo choć w dzień wigilii Mama szła jeszcze do pracy, to na piecu w garnkach bulgotało od wczesnych godzin porannych. Miałyśmy przykaz aby mieszać tą wielką drewnianą łyżką dochodzący bigos. Znosiłyśmy z góry świąteczną zastawę. W róże.
    Układałyśmy do wazonów bukiety sosnowych gałęzi. Wieszałyśmy ozdoby. Po świątecznych porządkach zostawały na koniec te pościele i do trzepania dywany.
    Tata, który wnosi choinkę i wiesza u sufitu. 
    Podłogę w kuchni myło się na pięć minut przed pierwszą gwiazdką.
    Makowce, serniki z rodzynkami. Zupa grzybowa z łazankami. Ryba z kapustą i grzybami.
    Ustalona kolejka do kąpieli i Justynka prasująca Tatową koszulę…
    I w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, szukamy bramy  w polu..
    Zanim zaczynamy jeść, Tato często powtarza – i patrzcie, kolejny rok spotykamy się przy tym stole wszyscy i w zdrowiu.
    I to są najpiękniejsze słowa jakie można wtedy powiedzieć. 
    Gdybym mogła wyjść ze swojego ciała i założyć kożuch (gruby bo im jestem starsza, tym szybciej marznę),  i stanąć za oknem swojego domu, ujrzałabym…
    Mojego męża, którego proszę o odkurzanie, zanim pójdzie pod prysznic.
    Ja mieszam jeszcze w garze z kompotem z suszu. Kartofle obrane.
    Zapalam świece i poprawiam gałęzie w wazonach.
    Kiedy widzimy z daleka nadjeżdżające auto Dziadka, wynosimy na dwór duże kolumny i puszczamy świąteczną piosenkę. Znam ich tak dobrze, że idę już do nich tanecznym krokiem, gdyż wiem, że zaraz po otwarciu drzwi wyjdą tłumnie, i jak tylko postawią nogi na ziemi, będą też tańczyć.
    Zupa grzybowa z łazankami, ryba i kapusta z grzybami. Serniki i makowce.
    Pod talerze powkładałam kilka słów.
    Tata mówi, że wszyscy i że razem. Że zdrowi.
    Po otwarciu prezentów gramy w gry. Słuchamy kolęd, bo Mama lubi kolędowe koncerty.
    My wtedy dużo się śmiejemy, podjadamy palcami. Obieramy mandarynki trzymając nogi na krześle obok. Na stole serwety. W sercach błogi stan.

    Dwudziestego listopada dostaję od mojej siostry sms’a..
    „Tak sobie zaczęłam wyobrażać święta i tak mnie miło ścisnęło w gardle na samą myśl. I pomimo kolejnych lat, które przyjdą zaraz po nich, to już się nie mogę doczekać! Będzie magicznie… jak zawsze!”

    Święta nasze nie zaczynają się w dzień gdy pieczemy pierniki, choć jest cudowny…
    Nie zaczynają się też w dniu kiedy wieszamy kalendarz adwentowy, albo kiedy zapalam pierwsze świąteczne lampki…
    Myślę, że nie jest to też dzień kiedy dostaję od mojej siostry tę wiadomość, choć przez chwilę się zastanawiałam, że to może ten…
    Krążą moje myśli, koło pierwszej choinki którą ściął Dziadek Stasiek.. Może to tam jest ich początek..
    Albo jeszcze dalej, pod zamkniętymi powiekami Któregoś z Pradziadków, na pasterkowej mszy, podczas donośnego śpiewu „Gdy śliczna Panna, syna kołysała…”
    Wiem na pewno, że nie zaczyna się on w mojej rodzinie w kościele i wierze, a bardziej w legendzie i obyczajach..
    Zanim skończymy ten rozdział „Dzieci z Bullerbyn” w mojej głowie przechodzą setki myśli, wspomnień, obrazów… Szukam dnia w którym zaczyna się nasza Gwiazdka…
    Kiedy zamykam książkę, przykrywam dzieci i gaszę światło uświadamiam sobie, że moje święta zaczynają się każdego dnia…
    Najbliżej szukać narodzin tych moich świąt, w okolicach aury mojej Mamy. Gdyby zechcieć poznać historię sięgającą głębiej, należy zapytać Babci Adeli albo… samego siebie…

    Z kieszeni ciepłego kożucha wyciągam rękawice i nakładam na zmarznięte dłonie.
    Spoglądam raz jeszcze w kuchenne okna tych rodzinnych domów i spokojnie odchodzę, bo wiem, że w wazonach z sosnowymi gałązkami jest wystarczająco dużo wody…