• co mi piszczy…

    Można zapytać, co mi w telefonie piszczy, gdy Madzia pisze…
    Ale gdy pisze, to jak wiadomości pt „co w trawie piszczy…”
    A trawa u Madzi jest przepiękna.

    „A Żuka takiego też mieliśmy. I w domu u mnie było czarne nowiuśkie volvo xc90. A z Tatą załadowaliśmy złom na żuka i pojechaliśmy wywieźć do Czerwionki. Idę do kasy odebrać całe 73zł za złom, a Pan na kasie mi mówi „Pani taka teraz licha cena, że niedługo i my i Wy będziemy musieli te interesy zwijać…”
    Myślałam, że padnę, za złomiarzy nas wzięli, bo Tata w swoim waciaku w kolorze ecru z apaszką  jakąś od Mamy, bo to listopad był i dmuchało jak pieron, więc wziął coś na kark, co by mu nie zawiało.
    A tam mój kolega co autobusem razem jeździliśmy w takim pięknym wranglerze. Pyta się co u mnie, a ja nawet słowa nie umiałam powiedzieć jak kurna słyszał przy kasie, że „złom zbieramy”. Co za wstyd. :))”

    „Tata mi mówi  – Madzia, zobacz coś mi tu chyba ktoś pisze coś na ten telefon. Powiedz, co to mogą tak pisać przez telefon?
    Otwieram skrzynkę – ilość wiadomości 1.
    Taka wiadomość  „Zarząd Koła Łowieckiego przypomina o terminie wykładania siana i marchwi w paśnikach i karmikach. Darz Bór”
    Czytam Tacie o On – co za technika.”

    „Oj Julia, co ja wczoraj porobiłam!
    Sluchaj, koło południa byłam u kur. Pokarmiłam, pszenicy nasypałam i poszłam nalać wodę ze studni do beczki. Wygląda to tak, że takim szlauchem strażackim lejemy te 200 litrów więc wiesz, w mig się to napełni. Ale że mi ta chwilka jest za długą chwilą, to włożyłam ten szlauch i pojechałam do domu.
    Potem koło 14 ej pojechałam po Lolkę i jadę z Mikołowa, koło Mamy widzę z podwórka rodziców woda się wylewa. Dzwonię do Mamy i mówię Jej – Mamuś, chyba dolewałaś wodę do ryb, bo wypływa na drogę.
    Mama mi – o kurdę, tak, lecę wyłączyć.
    A sama na śmierć zapomniałam, że na folwarku załączyłam te wodę. Mało tego, nawet jak widziałam tę wodę wylewającą się z podwórka rodziców, mi się o tym nie przypomniało.
    Wieczorem koło 23 ej, mnie coś tknęło i mówię Jarkowi – kurdę tak sobie myślę, czy ja aby wodę w studni wyłączyłam. Jarek mi – a kiedy? w południe? nieee, no to na pewno już tam Twoja Mama była, albo Justyna dla koni nalewała. Więc mnie uspokoił.
    Rano jadę do Mamy skubać gęsi, wychodzę z auta a Mama mi -fajnie, że mi zadzwoniłaś, bo ja zapomniałam.
    a ja Jej – Mamo, a na folwarku wodę wyłączyłaś? Nieee? A Justyna?
    No to pięknie. Setą do auta i na folwark. Tam oczywiście woda leciała od dwunastej, całą noc i ranek takim grubym strażackim wężem. Dwustuletnia studnia wypompowana. Masakra.
    Wracam do Mamy i mówię – przecież Ty tam byłaś, Justyna…
    A Mama na to – nie, nikt nie nalewał wody, bo Justynce powiedziałam, że Tata te wodę do ryb potrzebuje i ma na razie nie brać ze studni.
    Ja pitole, Julka, wyobraź sobie, zakaz wybierania wody, nawet dla koni, a ja załączam o 12 ej w południe i o 8 ej rano wyłączam. Myślałam, że zawału dostanę. Tu będą jutro tony ryb do przechowania!
    A Tata ze stoickim spokojem – będziemy liczyć na to, że ta woda z placu szybko wpłynie do tej studni.”

    „No Lola jest bardzo grzeczna i pracowita. Od czwartej rano zasuwa dzisiaj. Najpierw jagody, potem plewiłyśmy w cebuli. Nazrywała ogórków i zakisiła je, a potem czyściła basen i skosiła cały ogród.
    Bardzo bym chciała żeby te dzieci były dobre dla innych, prości i pracowici. To najważniejsze. Bo wiesz, praca fajnie kształtuje człowieka.
    Teraz leży w wannie, a za pięć godzin jedzie zaś na jagody, bo lubi…
    Ciężko mi to zrozumieć.”
    (info od Julii: Lola ma 16 lat)

    ” Julia, czy Ty pytałaś już swoich czytelnikow co dla nich jest luksusem? Czy czym dla nich jest luksus?
    Pytam, bo ostatnio myślałam, czytałam i widziałam. I czuję, że słowo luksus to znaczy przepaść.
    Dla niektórych i dla mnie luksus to spokój, cisza i rodzina na trawie czy sprawnym rowerze… A dla innych to moda, kosmos, lans i głupota pociskana głupotą!
    Zapytaj proszę kiedyś, bo wiesz chciałabym wiedzieć czy jest jeszcze coś po środku czy tylko te skrajności.
    No czy większy luksus ma ten co siedzi na meblach najlepszej kolekcji, patrzy teraz na mecz na najnowszy full telewizor podpięty złotym kablem co by wizja i dźwięk były krystaliczne.
    Czy ma się kurde bardziej luksusowo od tego co leży pod orzechem i słucha relacji meczu w charczącym radio i wyobraża sobie tylko jak nasi chłopcy teraz tyrają po boisku robiąc wszystko co mogą i popija to jakimś winkiem co ma przygotowane na wypadek wygranej, ale wypije za nich już teraz… To luksus i to luksus tylko w innym wymierza czy co?”

    „Jak będziesz w okolicy to podjedź, bo mam nadmiar cebuli i sałaty. A jak masz chęć na ruch, to dziś będę plewić na polu koło 20 ej. To tak jakbyś chciała gdzieś do ludzi wyjść.”

    „Julia, muszę Cię zabrać na fajne widowisko. Tata mówi, że na futersztele, tam gdzie dokarmia chlebem i pączkami, to przychodzą trzy lochy z młodymi pasiakami. Podobno widok cudowny!!!”

    „Jak wróciłam od Ciebie i leciałam szybko do kur to stajenny jak zwykle mi z gnojoka woła – cudny ten maj.
    A ja mu na to – mógłby ten maj trwać cały rok.
    A On – gdyby nie było tego szarego, smutnego listopada to może ten maj nie byłby taki cudny…
    Jaki mądry!! uwielbiam prostych ludzi. W nich największa mądrość.”

    „Pamiętasz te stare wesela? Te krążące namioty. Cały tydzień to stawiali. Wiadomo było gdzie wesele będzie. A my w nich cały tydzień siedzieliśmy i patrzyliśmy.
    Cudowny klimat i kilkanaście stołków pod gruszą było wystawionych i w stodole materace dla gości przyjezdnych. Na stole w zależności od kwiatów kwitnienia. Było w maju bzy, pelargonie. Potem jaśminy i tak do jesiennych nawłoci…”

    „Dałam Omie cztery paragony, bo Ona uwielbia studiować paragony. A ja jutro szykuję gościnę, więc wiesz jak przed imprezą wyglądają paragony z Lidla i Biedronki. Będzie miała robotę na popołudnie.”

    „Wiesz co, i my też nigdy nie byliśmy na wakacjach z rodzicami. Za dziecka raz jeden tak z siostrą płakałyśmy, że postanowili nas wziąć do Koszarawy nad rzekę, na dziko pod namiot. I uciechy, pakowania, pożyczania, bo my nic nie mieliśmy do tego i pojechaliśmy… Tata rozstawił namiot składający się z tysiąca rurek. Trwało to większą połowę dnia. I jak go postawił, to dziadek zadzwonił do Jeleśni na pocztę i kazał przekazać, że się krowa cieli.
    A mieliśmy być całe trzy dni!!”

    „Jadę na giełdę do Katowic, po jakieś nasionka dla nas i ptaków. Pytam się Omy czy coś potrzebuje, bo tam jest i niemiecka chemia i słodycze..
    A Ona mi – a kup mi co, co tam mi kupisz to będę miała.
    Cudowne jest to u starszych osób. To już jest wolność i prawdziwość absolutna!!
    Jak Jej kupię czekoladę to będzie się cieszyła z czekolady. Jak kupię coś do prania firan, to będziem miała bielsze firany. Jest tyle powodów do radości codziennie!
    Uwielbiam te zderzenie się tych światów. Młodych, rozpędzonych i starszych.
    Ach, jak mnie to przywołuje do porządku i przemyśleń.”

    „A poza tym u nas spokojna niedziela. Takie lenistwo. No oprócz akcji sztalowania stu pięćdziesięciu zegarków i zegraeczków Omy i szukania zębów, które straciły jej się po kościele i zapadły się pod ziemię!
    I szukanie winnego. Kto mógłby być zainteresowany Omy zębami?
    No i nie ma do teraz. Właśnie byłam u Niej, a Ona – Magdeczko, ale co Ty mi na te zęby powiesz i co wymyślisz?.  Nosz, swoich nie oddam.
    A wiesz, że wszystkich świętych za chwilę, a tu złota keta na szyi, kołnież z lisa, kolczyki takie depne a zębów nie ma! Tak mi powiedziała. I te kolczyki pokazuje, oczy smutne, a zębów nie ma.
    Już nawet w spiżarce, w lodówce i w popielniku przy piecu patrzyłam, bo czasami zbiera patyki na placu  i wkłada do popielnika. A w tym piecu nie paliła już 7 lat! No nie ma.
    Już się poddałam, ale od jutra rana zaś będzie akcja zęby.
    Z zębami jeszcze nie koniec jednak na dziś.
    Zeszła Karolina i mówię Jej, że Omie się zęby straciły, czy nic nie widziała..
    A Ona mi – o kurdę, a ja tam wczoraj u Niej okna myłam, to jestem pierwsza podejrzana
    A Kacper na to – no Ty i Kościelny to główni podejrzani, bo mogły jej jeszcze w kościele wypaść jak komunie przyjmowała. Jak w czwartek miałem służbę, to już jej tak klapały.
    Dom wariatów.”

    „W tym stawiku za chlewem (równolegle do gnojoka jest stawik) zielony od rzęsy, ale i prawie wyschnięty, wpadła kura. I się w tym mule zakleiła. Nogi i pióra całe.
    Więc my ją grabiami i do brzegu z Mamą popychałyśmy i wyjęłyśmy ledwo żywą i wystraszoną.
    Potem kąpiel w dwóch wiadrach, bo taka była czorna, a z natury biała.
    Ciekawe czy przeżyje, bo Mama mówi, że kury to są zmarzluchy i może się wychłodziła.”

    „Lubię jak piszesz, że siatki nosisz z zakupami, a nie parkujesz samochód pilotem, zakupy robisz wpisując w komputerze i Ci to w złotych tytkach wnosi facet nasmarowany olejkami, a ty w tym czasie leżysz w jedwabnym szlafroku na skórkowej białej kanapie i modnego mopsika głaszczesz.
    I nie masz pojęcia czy dzieci są teraz na gimnastyce artystycznej, balecie czy robotyce z nianią.
    No i chodzisz w laciach, a nie w szpilkach od LB.”

    „Teraz skończyłam robić z cebulą. A od środy będziemy u mamy kartofle przebierać i workować. Muszę u kur zrobić porządek, bo aż się prosi. Ale z tym poczekam na brzydką pogodę. To w chlewie spędzę dwa przedpołudnia na ciepaniu gnoju. Wczoraj Tata mi mówi – szczupaka trzeba Madzia złapać z sadzawki.
    Dynie koniem zawieźć, bo na stawach porosły nam dynie giganty. No i grzyby obzbierać.
    Jeszcze te pieroństwo ćmy bukszpanowe zeżarły mi bukszpany i obcięłam. Dziś rano o 6 ej obcinałam i teraz muszę to na stawy wywieźć i spalić, żeby się te gąsiennice nie przepoczwarzyły i nie rozprzestrzeniły.”

    „I jeszcze Karolka mi tu z Krynicy wiadomość pisze – Mamooo!! Uważajcie, bo u nas cyganie grasują, na fejsbooku ludzie ze wsi udostępniali. Powiedz Omie, bo Ona taka urna!
    Taka ufna nie urna!!! Ten słownik mnie po prostu nie rozumie. Jak pisze świniobicie to mi uparcie Świnoujście proponuje!! I tak bym mogła wymieniać bez końca. Mój słownik nie jest ze mną kompatybilny i za cholerę nie wie o czym pisze czy myślę.”

    To zaledwie kropla w wielkim oceanie tego co Madzia do mnie pisze…
    Myśle sobię, że Madzi telefon Jej nie rozumie, bo taki człowiek jak Madzia to wyjątek.
    Ach, jaki wyjątek… Takich ludzi już prawie nie ma.. Żyje lat 35. Znam Ich mnóstwo. A taką Madzię tylko jedną. Czasami mam wrażenie, że żyje w Niej kilkadziesiąt niezwykłych kobiet. Bo jak w jednym ciele i umyśle może się zmieścić tyle energii, charyzmy, dowcipu, ciepła, mądrości, talentu, urody…
    Jak to te człowieka losy się toczą…
    Kto by pomyślał, że pobudujemy się akurat tutaj, że pójdę na fitness do wsi obok i Ona tam będzie…
    Madzia to człowieka, z którym jedzie się zimą w zaprzęgu konnym. W saniach. Po lesie. Mróz pod butami skrzypi. Powozi Jej siostra. Ja z Ewą pod jednym kocem w tych sankach ciała sobie grzejemy.
    A potem jest ognisko i bulion z czosnkiem. Grzane wino w termosach mamy.
    Z ostatnich sanek co rusz spadają dziewczyny.
    Madzia systematycznie dowozi mi ziemniaczki, marchewki, mięsko z tego „Świnoujścia”. Dżemy, kompoty, powidła, smalec, kapustę, pietruszki, kwiaty, czereśnie, jabłka, gruszki… I wymieniać by całe setki dobroci.
    Mam nadzieję Madziu, że może w przyszłym życiu uda mi się „zarobić” na tę przyjaźń z Tobą, bo w tym na pewno nie zdążę…
    Jesteś moją inspiracją, wzorem, motywacją, objawieniem…
    Najbardziej wtedy, gdy podjeżdżasz pod fitness rowerem przy mrozie – 10, a w koszyku masz 60 jajek.
    Albo wtedy, gdy widzę Twoje dzieci i marzę o tym, by moje choć w połowie były tak dobre, mądre, pracowite, pomysłowe…
    Kiedy patrzę na Ciebie, widzę najpiękniejszy ze światów, jaki człowiek może sobie stworzyć dzięki temu jaki jest.

    Wysyłam Ci te wybrane Twoje wiadomości na maila, z zapytaniem czy mogę opublikować i idę robić zupę meksykańską. Z Twoich marchewek.

  • ulica Mysia.

    Nikt nie może nam uwierzyć, że mieszkamy w środku pola, w drewnianym domu i nie mamy myszy.
    No całe lato drzwi pootwierane, a tu żadna nie przemyka.
    Dlatego zamieszkały u nas miłe gryzonie z ulicy Mysiej. Bo zamiast rozgryzionych orzeszków niosą wraz z sobą historię. Mają imiona, profesję..
    Ilustratorką tych przepięknych stworzeń jest Katya z Rosji.
    A pomysłodawcą i realizatorem firma dekornik.pl
    Pewnie doskonale Wam znany z najpiękniejszych ścian w dziecięcych pokoikach.
    I każdy może znaleźć coś ze swojej wyobraźni i na miarę swoich potrzeb.
    Może być słodko i bajkowo, może być vintage.. Ale zawsze pozostaje oryginalnie, na lata (nie jest to chwilowa postać z modnej bajki, która po dwóch latach dziecku i domownikom się znudzi.)
    Może być dla niemowlaka, dziecka i nastolatka..
    Choć powiem Wam, że ja te myszy miałam ochotę naklejać sobie w kuchni, że mi ta Babcia mysz, ziarno sypie do thermomixa.
    Jestem zwolennikiem pomysłowych, oryginalnych rzeczy. Lubię mieć coś co nie jest popularne. Mieć coś, co zawsze będzie miało urok i z miłą chęcią się człowiek z tym zżywa zamiast denerwować „kiedy to zamalujemy/zmienimy/przemeblujemy). I nie mam tej chęci z racji posiadania, a wpojonego przez Tatę i zebranego w genach braku akceptacji na bylejakość.
    Myszy są naklejkami na takiej jakby gumie, którą bardzo wygodnie się nakleja. Można też przeklejać, oczywiście niezbyt często, a gdy zachodzi konieczna potrzeba.
    Zanim trafiły do nas te myszy, ja już od dawna upajałam się asortymentem dekornika.
    Zdjęcia z Ich aranżacjami w dziecięcych pokoikach zachwycają.
    Lubię marki w których każdy najdrobniejszy produkt, sposób pokazania go, strona, są dopracowane do granic możliwości. Jest w tym wszystkim przy tym taka lekkość. Widać, że płynie to z Ich poczucia piękna. Zapewniam Was, że wchodząc w dział inspiracji można przepaść. TUTAJ.
    A już mnóstwo zdjęć znajdziecie TUTAJ – na instagramie.
    Lubią też robić dobre filmy instruktażowe 🙂 TUTAJ.
    Ich produkty to tapety, miarki, mapy, zwierzęta, miasta i mnóstwo innych.
    I gdybym stawiała murowany dom, to bym w tych produktach się rozkoszowała. Ale jak się okazało, w drewnianym domu myszy też z wielką przyjemnością zamieszkały.. A dzieci je pokochały.
    Sklep dekornik można pooglądać TUTAJ – dekornik.pl

    **************************************************************************

    Do siedmioosobowej Mysiej gromady napisałam Wam małą opowieść.
    Opowieść ta będzie dołączana do Myszowych paczek, wychodzących z firmowej norki dekornika.
    Może idealna na nadchodzący Dzień Babci i Dziadka..
    Na początku przedstawię Wam bohaterów..

    Na ulicy Mysiej małe były tylko myszy i ulica. Wszystko inne było wielkie

    Wielkie były serca i uczucia. Wielkie uśmiechy i zdziwione oczy. Wielkie okrzyki radości i podskoki szczęścia. Niestety wielkie też bywały łzy. Przeciskały się te krople wzdłuż całego oka, aby spłynąć po czubku nosa i na koniec zrobić wielkie „kap!”, gdy spadały na ziemię.

    Posłaniec Miki miał wielki pośpiech i dlatego najlepiej ze wszystkich roznosił paczki, wiadomości i listy. Był zawsze na czas. Stawał w drzwiach i wesoło wołał:

    – Poczta! Mysia poczta!

    Babcia Greta miała wielkie wspomnienia. Miała też głębokie kieszenie swetra, w których zawsze było coś słodkiego. Krówki, landrynki, galaretki.

    Uczennica Mela miała wielką chęć do nauki. Do poznawania świata. Miała grube i ciężkie książki o zdrowiu, przyrodzie, historii. Zawsze siedziała w pierwszej ławce, patrząc uważnie na swoją mysią panią nauczycielkę.

    Piekarz Paul miał wielki dryg do pieczenia chleba. Drożdżowe babki rosły mu jak potężne, rozłożyste góry, bagietki jak wysokie drabiny, bułki jak okrągłe słońca, a rogale jak księżyce. Kolejki do jego piekarni ciągnęły się przez kilka ulic, bo poranny zapach pieczonego chleba wabił wszystkie mysie nosy.

    Złota rączka o imieniu Mario miał na ulicy Mysiej wielkie zasługi. Pomagał swoimi zręcznymi rękami w szkole, w ośrodku zdrowia, mleczarni i w domu kultury. Dokładnie i z dużym zapałem malował ściany, dokręcał rury, łatał dziury w dachu. Mario potrafił zrobić wszystko. A kiedy pytali, ile do zapłaty, odpowiadał:

    – Wielki uśmiech się należy.

    Marzyciel Elon miał wielką wyobraźnię i wielkie nadzieje. Kiedy zamykał oczy, widział się na odległych wyspach, na których był groźnym piratem. Innym razem ratował piękne królewny ze szczytów wież. Był też muszkieterem, kosmonautą, piosenkarzem i malarzem. Elon zawsze mawiał, że gdy się marzy i czyta dużo książek, to wtedy wszystko staje się możliwe.

    Sportowiec Max miał wielki spryt. Był szybki, zwinny, giętki i prężny. Chciał być dobry w tym, co kochał. A kochał sport i swoją deskorolkę. Nawet gdy padało, brał pod pachę deskę z kółkami i szedł z uporem ćwiczyć. 

    Na ulicy Mysiej czas płynął tak samo, tak samo słońce szło przez niebo i deszcz kropił w ten sam sposób. Na ulicy Mysiej nie działo się nic innego niż w naszym człowieczym świecie. 

    I babci też zdarzyło się podobnie, jak to u wielu babć na starość bywa. A było to tak…

    W poniedziałek przed południem Max zobaczył babcię Gretę, gdy rozpędzony jechał w dół ulicą. Stanął, zerka. Babcia płacze do fartuszka. Siedzi sobie na schodeczku, karmi motyle, pyłkiem sypie, a przy tym łzy łapie i ociera…

    – Co się, babciu, stało? Czemu ci tak smutno? – zapytał Max.

    – Bo już coraz trudniej chłopcze, coraz starsza jestem. Młodość i zdrowie mi umyka. – mówi babcia zachmurzona.

    Max pomyślał, że pomoże. Wziął pod nogi deskorolkę i szybko ruszył w drogę. Na początku spotkał Paula. Opowiada, mówi prędko. Piekarz podumał chwilę. Może babcia bez śniadania? Może głodna i sił nie ma? Wsadził bułki, butlę z ciepłym mlekiem do plecaka wielkiego i razem z Maxem do babci wyruszył.

    Babcia je powoli, gryzie dobrze, mlaska, chwali.

    – Dobra buła, wypieczona – rzecze piekarzowi. – Taki wypiek samo zdrowie.

    Max z Paulem patrzą uważnie na babcię. Czy pomogło?

    – Babciu, babciu, czy już lepiej? Młodziej teraz?

    Babcia myśli… Nie pomogło, choć śniadanie dobre było. A tu wciąż młodości nie ma.

    Wtem zjawił się posłaniec Miki z listami. Myśli i drapie się po głowie.

    – Wiem – oznajmił. – Tutaj leku trzeba.

    I pojechał do apteki. Wziął miłorząb, lecytynę. To pomoże naszej Grecie.

    Po drodze spotkał Elona. Zsiadł z roweru. Idą razem i o babci rozmawiają. A Elon, jak to marzyciel, mówi:

    – Tę młodość ktoś pożyczył. Taką młodość mieć każdy by chciał, choć na chwilę. Mieć siłę i witalność. Wziął ktoś w nocy i pewnie zapomniał zwrócić. Może odda jutro rano…

    – Ach, Elon, ty jak zwykle mówisz pięknie – westchnął Miki. – Ale leku trzeba pilnie. 

    I Miki, nasz dzielny posłaniec, popędził prędko przed siebie.

    Złota rączka już babci przyszykował plan i rejestr: jaki dzień dziś mamy i jak młodość pielęgnować. Co zapomni, to przeczyta, i już wiedzieć wnet powinna.

    Siedzą wszyscy. Babcia w środku. Na schodeczku, tym drewnianym. Motyle karmią i tak myślą, gdzie podziała się ta młodość… 

    Po chodniku pewnym krokiem sunie Mela – uczennica. Niesie książki i parasol, choć nie pada i nie leje. Patrzy na to zgromadzenie mysie, dosiada się i pyta:

    – Co wam wszystkim tak poważnie?

    Wysłuchała opowieści i spokojnie mówi:

    – Tak to bywa już w tym życiu, że się młodość gdzieś podziewa. Tak jest człowiek zbudowany, że czasami, gdzieś w tej drodze, moc umyka. Ruch i krzepa. Ale mądrość nieco większa, doświadczenie i świadomość. Babci teraz nas potrzeba. I to nasza w tym jest rola, żeby babci w codzienności pomóc. Chleba przywieźć, leku podać.

    Meli każdy wierzył szczerze. Mela była uczennicą. Świat już znała i człowieka.

    I choć dzień ten może się wydawać nieco zagadkowy, gdy już babcia zasypiała, przypomniało się jej, że młodość wprawdzie stracić można, ale jedno jest najważniejsze… I tego nikt jej nigdy nie ukradnie. Miłość myszy z jej ulicy. Wielka, piękna, szczera…

    *************************************************************************

    KONKURS
    Mam też dla Was jeden komplet Myszy. Zerknąć możecie sobie na nie bardziej szczegółowo TUTAJ.
    Naklejki polecą do wybranego osoby, która zostawi komentarz pod tym postem z odpowiedzią na pytanie… „Kim są dekornikowe Myszy w Twojej wyobraźni?”
    Wyniki 17.01.2019 – Dekornikowe Dziewczyny postanowiły nagrodzić „Czekoladową Lenę”.
    (proszę o kontakt na adres mailowy julia.rozumek@gmail.com)


  • kundel


    Nie wiem ile to było lat temu… Tak na oko licząc piętnaście.
    W moim domu rodzinnym. Boże Narodzenie. Choinka. Zapachy. Ciepło. Ktoś zapukał do drzwi.
    Wychyliłam głowę ze swojego wtedy małego pokoiku i ujrzałam Jej twarz.
    Stała w tych drzwiach. W moich drzwiach. Naszego domu. Choć przecież mieszkała już na Cyprze.
    To był jeden z najpiękniejszych prezentów świątecznych w moim życiu.
    Moja Kama z nami w święta. Choć wydawało mi się wtedy, że jest trzy tysiące kilometrów stąd.
    Prezentem, który mocno pamiętam była też skrzynia zrobiona przez mojego Adasia w nasze pierwsze Boże Narodzenie. Szlifował, malował, w środku wykładał materiałem. I przymocował tabliczkę „czapki, szaliki, dodatki”, bo tak miałam nazwane tekturowe pudełka z Ikea.
    Pamiętam też maila zaraz przed  Wigilią od czytelniczki. Że dzięki temu blogowi, wycofała pozew o rozwód. Stałam na środku parkingu pod supermarketem, spadały z nieba wielkie puchate płatki śniegu.
    W tym ciemnym już wieczorze, mnóstwo świateł aut. I ja czytałam tą wiadomość…
    I choć te święta jeszcze nie przyszły, to ja już najpiękniejszy prezent otrzymałam. 
    Ponownie od mojej Kamili. Otrzymałam Jej czas, piękną pamięć i odrobinę talentu, którego ma bardzo dużo a nie ma zapału się nim dzielić… 
    Pozwolę sobie przytoczyć początek Jej wiadomości…
    „Juluś, w związku z tym, że paczka się spóźni, a nawet kiedy już dojdzie to ani w 1/5 nie będzie taka  jakbym chciała i jest  mi zwyczajnie smutno z tego powodu, aby nadrobić trochę, napisałam głównie chyba dla Tosi, bo Benio jeszcze za mały 🙂 opowiadanie o psie, które jest też trochę opowiadaniem o naszej przyjaźni. Jeśli uznasz, ze jest jeszcze za mała możesz przeczytać jej za rok czy kiedy. Mam ogromną nadzieję kiedyś jeszcze spędzić święta z wami. „

    Tosi i Beniowi przeczytałam przed snem. Tosia obcierała rękawem łezki.
    A paczka, która ma nadejść? Bez względu na to co zawiera, lub co zawierać by mogła, nie da mi pamięci o tym darze na całe życie, jak to o kundlu opowiadanie..
    Poprosiłam Gosię Gibas Grądman aby zrobiła mi choć jedną ilustrację do tej historii.

    Zostawiam Wam tę opowieść Mojej Kamili na święta. Myślę, że to jedna z tych, gdzie pojawia się świąteczna magia, choć rzecz się dzieje w wakacje…

    Życzę Wam moi Kochani, aby każdy z Was odnalazł szczęście i spokój w prostym życiu. I aby uwierzył, że tylko proste życie może to szczęście dać.

          „Od kiedy sięgam pamięcią byłam na łańcuchu. Lato, zima, słońce czy deszcz byłam tylko ja i moja zapchlona buda. Te pchły to gryzą tak niemiłosiernie, za uszami miałam jeden wielki strup od drapania. Zamiast miski stary garnek, oblepiony resztkami jedzenia, to jedzenie też rzadko bywało psie, zazwyczaj chleb namoczony w wodzie z łyżką smalcu dla zapachu. Może być. Ważne żeby w brzuchu nie burczało. Nikt nigdy mnie nie bił, ale też nikt nigdy nie pogłaskał. Ostatni raz ktoś mnie dotykał kiedy zakładali mi obrożę z łańcuchem. Nerwowe ruchy człowieka szarpały moją szyję,  choć ja merdałam ogonkiem i lizałam po rękach próbując zachęcić go do zabawy. Nie udało się. Trudno było przełykać .Pierwszej nocy w budzie było ciepło. Pachniało świeże siano. Przyśniła mi się mama, jej ciepły, puchaty brzuch, i zapach mleka. Rano ucisk obroży przypomniał  smutną rzeczywistość.
    Tak mijały mi pory roku, siano przestało pachnieć, buda przemakała w największe ulewy i coraz bardziej zapadała się w ziemię. Kiedy przychodziły największe mrozy, razem ze mną spały koty z sąsiedztwa. Było miło grzać się nawzajem, choć czasem zapominały się i wbijały pazury w bok podczas snu. Lepsze to niż mróz. Gospodyni wołała na mnie Aza. Tak miała na imię ta piękna pani z serialu, który oglądała czasem po południu. 

             Pewnego dnia w odwiedziny do syna gospodarzy przyszła Iśka. O tej Iśce to baby wiele razy mówiły, słyszałam na własne uszy, że jej ojciec to nie był Polakiem, tylko żabojadem.
    -Fuj-pomyślałam- nawet w największym głodzie nie zjadłabym żaby, ten jej tata to musiał być bardzo biedny człowiek.
    Gospodyni nie podobało się, że ta Iśka do Wojtka zachodzi. Bo ta dziewucha, to nic dobrego. Włosy farbuje na rudo! Kto to widział żeby na rudo się farbować! Mahoń to się rozumie! Ale rudy???
     No w każdym razie Wojtek zdaje się lubił tę Ines. Często latem pod gruszą siadali i zajadali się owocami aż ich brzuchy bolały. 
               Razu  jednego jak tak w ogrodzie siedzieli, Iśce zachciało się siku, a że w domu matka Wojtka porządki robiła na Wniebowzięcie, nie chcąc świeżo pastowanej podłogi zadeptać,  poszła za stodołę i tam zobaczyła mnie. Wtedy też pierwszy raz pokłócili się z Wojtkiem. O mnie. „Kto to widział żeby psa na łańcuchu trzymać?!!” Krzyczała ona, on próbował się bronić, ale nie bardzo mu to szło. Wtedy też pierwszy raz ktoś znowu mnie dotknął. Tej nocy Ines przyszła do mnie z prawdziwym jedzeniem. Przymiosła mi ryż z wątróbką. Tak mówiła. Zjadłam tak szybko aż dostałam czkawki. Potem ugłaskała mnie do snu. Tak przychodziła co noc. Ze smakołykami i kojącą dłonią, nie przeszkadzało jej, że moja buda śmierdzi, że pchły skaczą po mnie jak po trampolinie. W świetle księżyca wypatrywałam pomarańczowej poświaty jej rudych włosów. Ostatniego dnia wakacji długo nie przychodziła. W końcu pojawiła się, ale bez jedzenia. Myślałam, ze to koniec naszej przygody, że przyszła się pożegnać.
    Zamiast tego odpięła delikatnie moją starą, zbutwiałą obrożę i założyła mi nową, mięciutką, która zamiast łańcucha miała ładny czerwony sznurek na końcu. Tą starą zapieła na powrót, żeby wyglądało jakbym sama uciekła. Na początku nie bardzo wiedziałam co robić, Iśka mówiła „chodź, chodź” najciszej, najdelikatniej jak tylko można. Nigdy nie odchodziłam od mojej budy, wokoło niej była tylko uklepana ziemia. Pierwszy raz moje łapy poczuły trawę, potem asfalt żeby w końcu dotrzeć do domu Ines i jej rodziny. Mama czekała na nas w kuchni, kiedy weszłyśmy do domu staneła w drzwiach i patrząc na mnie załamała ręce – „co to za siedem nieszczęść!” – krzyknęła.
    Potem obie wykąpały mnie i nakarmiły. Tata- żabojad wrócił z pracy późno, ale zamiast żab jadł kiełbasę z wody. Kiedy mnie zobaczył, poklepał mnie po łbie i powiedział – „No, witaj w rodzinie kundlu”.
    Tej nocy po raz pierwszy spałam w domu, na miękkim posłaniu, pchły przestały gryźć. Pachniało gotowaniem i praniem. Ludzie pod tym dachem naprawdę się kochali, a teraz i ja dzieliłam tę miłość. Los się do mnie uśmiechnął, bo ta szalona dziewczyna o rudych włosach nie brzydziła się mną, moją biedą. Zobaczyła we mnie przytulną, puchatą sierść, miłość i lojalność jakie we mnie siedziały czekając by je uwolnić. To zadziwiające ile łaskawy dotyk i czuła dłoń potrafią zdziałać cudów.
    Jestem najszczęśliwszym psem świata. Kundlem z rodowodem można powiedzieć. „