podarunki 43 – imieniny w PRL’u

Wczoraj rano dostaję od mojej siostry sms. O treści takiej…

 


I tak jak Jej odpisałam -biorę to!
Nagrodą jest bukiet goździków oraz te rajstopy o których mowa.
Tylko nie nadam tego paczką, a wręczę osobiście podczas wspólnej kawy, obiadu czy kolacji..
Termin i miejsce do „obgadania”. Ja się dostosuję.
Konkurs trwa do 8.03.2018.
No i dla przypomnienia…Przywołajcie swoje wspomnienia i zostawcie je w komentarzach pod tym postem.
Bo wiecie, statystyki można mieć różne, ale czytelników z największym zaangażowaniem, dystansem, humorem, zdolnością pisania, inteligencją, elokwencją i wyobraźnią to akurat mam ja.

Nie pozwalacie myśleć inaczej..

Ach! I napisała jeszcze „koniecznie musisz dorzucić piosenkę z San Remo!”

Napisz komentarz...
  1. Martyna says:

    Julia o takim spotkaniu marzę! Opiszę więc imieniny nie prl-owe (bo tych za bardzo nie pamiętam), ale z początku lat 90-tych więc prawie takie. Mam obchodziła 40-te urodziny (my ze Śląska, więc tam się 40 obchodzi) i obchodziła je miesiąc prawie. Tzn codziennie ktoś pukał do naszych drzwi i najlepsze w tym wszystkim było to, ,że goście się mnożyli (miało być np 4 gości a było 8). Historii wokół tego mnóstwo – o tym jak Pani w sklepie społem, w połowie tego miesiąca, widząc mamę wyciagała już zestaw alkoholi do drinków (oj tak wtedy koniecznie piło się driny wódka z sokiem i słomką :)), do jedzenia królowały oczywiście sałatki przeróżne, szynki na stole, coś ciepłego też się zawsze znalazło (na szczęście bigos zawsze gotowało się w wielkim garu, więc jak goście się mnożyli to nikt nie wyszedł głodny). Natomiast najbardziej pamiętam dzielenie sałatki owocowej – była przygotowana dla 4 gości elegancko w pucharkach. Najpierw przyszła 2 dodatkowych, to jeszcze jakoś się tą sałatke rozłożyło, ale jak przyszło kolejnych 2 to w sumie można uznać, że było to danie degustacyjne ;). Moja rola? Najpierw sie świetnie bawiłam, jednak po 2-3 tygodniach się rozpłakałam i powiedziałam, że mam dość i że ja chce już mieć znowu moje spokojne życie bez niekończącej się imprezy 🙂

    Odpowiedz
  2. Marta says:

    Ooo co za dzień się kroi! Impreza-magiczne , mobilizujące słowo. Krzątanina od rana. Mama wraca z siatkami w rękach , które wydają się długie jak u gibona( kochana mama ) bo udało się towar na targu dostać. Towar: szynka, masło – luksusy. Ja z bratem na luzie jeszcze, ale szykuje się polerka mebli na wysokiedy połysk. Ojciec grzebie przy adapterze. Robi to z takim namaszczeniem jak gdyby to była najważniejsza robota przed imprezą. W powietrzu czuć juz to radosne napięcie w oczekiwaniu na przybycie gości. Mama czarodziejka wyciąga wspaniałości…tort-jesoo jaki ten jest pyszny! Prawdziwy, maślany, domowy. Żaden już nigdy tak smakował nie będzie. Galareta z nóżek, sałatka jarzynowa, śledziki, ogóreczki, szynka, paluszki, cola- ambrozja na którą każdy czeka. Fantastyczna mama przygotowała wszystko jak supermenka bez pomocy zmywarki, blendera czy miksera planetarnego. Już tylko odswiętne ubranie- ja w białej bluzce z kołnierzykiem Richelieu. Dzwonek i przyszli. Przyszli goście! Moja kuzynka , wujostwo razy ileś tam ( spokrewnione ciocie i wujkowie oraz nie ) . My dzieciaki buszujemy po pokojach z wszechobecnymi paluszkami. Zgrzani, radośni. Dorośli śmieją się, jedzą, coś tam się polewa, palą papierosy bo to takie zwyczajne i na porządku dziennym – cygarety. W końcu my dzieciaki lądujemy pod stołem przyglądając się paluchom dorosłych i szczypiąc co które ku naszej uciesze. Wieczorem chowany się w namiocie z koca. Straszmy się opowieściami o duchach by zapaść ostatecznie w imprezową drzemkę przy dźwiękach adapteru ojca i… I just call to say I love you…

    Odpowiedz
  3. Imieniny w PRLu były taką miłą odskocznią od codzienności. Moja mama obchodziła imieniny 5 grudnia, więc jakieś drobnostki od cioć i wujków zawsze jakoś tak trafiały do pudełka zarezerwowanego pod choinkę. Piekło się ciasta, robiło sałatkę jarzynową i bigos. Goście schodzili się już od 16 w umówioną sobotę. Nie było niepotrzebnego przesytu, robienia jedzenia lepszego od innych bo i tak w sklepach nic nie kupił, a domowe smakołyki były rarytasem bo nie było ich na co dzień. U mnie w pokoju zbierały się wszystkie dzieci, na pewno było beztrosko i wesoło, aż dziw że nasze śmiechy i piski nikomu nie przeszkadzały i domu nie roznieśliśmy. Najbardziej lubiliśmy zapach piernika i cynamonu z szarlotki i kompotu wiśniowego. Prezenty też nie były wyszukane, bukiet goździków, kawa była już prezentem ekskluzywnym. Trochę szkoda mi że teraz nie ma już takiego luzu, gdzie spotykali się znajomi i rodzina i było po prostu zwyczajnie wesoło.

    Odpowiedz
  4. Magda says:

    Wrzucam piękny wzruszający filmik, coś zupełnie nie w temacie, ale za to przekazem pasujące do Twojego bloga Julko 😉 https://www.youtube.com/watch?v=kQjtK32mGJQ

    Odpowiedz
  5. Justyś says:

    U nas obchodziło się urodziny. Zawsze obowiązkowo sałatka jarzynowa , jajka z majonezem i grzane cienkie parówki. Takie imprezy były zawsze zakrapiane mocnym alkoholem i od tego powstało hasło w mojej rodzinie że wracając do domu do facetów strzelano, tzn musieli robić uniki przed kulami. Najmilej wspominam jak dzieci padały pod stołem i tam spały aż do końca imprezy. Nikogo z tego powodu nie nazywano patologią. Fajne czasy.
    Jeśli choć raz w życiu coś wygram to wiedz że czekamy tu na was. bier te rajtuzy i przyjeżdżej!
    Lov

    Odpowiedz
  6. Monika says:

    Imieniny w PRL u to tylko u mojej mamy Halinki 1 lipca i teraz wyobraź sobie:
    łódzkie blokowisko, parter, trzepak, otwarte okna, zapach sałatki warzywnej koniecznie z kiełbasą, nóżki, śledzik, biszkopt z galaretką i truskawkami podawany koleżankom prosto z okna, kotlety schabowe smażone na bieżąco, młoda kapustka, ciocia Hania oglądająca każdą nową rzecz na nas, wujo Jurek palący papierosy jak lokomotywa ( były to czasy kiedy paliło się przy stole i piło przy dzieciach), w radiomagnetofonie kaseta z utworami Kapeli Czerniakowskiej ( utkwił mi utwór szedł coś tak „Rum Helka, Rum Helka….) zabawa do nocy z głośnią muzyką, dzieci bawiące się z rodzicami i gośćmi do ostatniej piosenki….. to moje wspomnienia które przenoszę w czasy dzisiejsze i ostatnio zorganizowałam konkubentowi urodziny pięćdziesiąte, menu było podobne tylko zamiast młodej kapustki bigosik i zamiast Kapeli Czerniakowskiej Krzysztof Krawczyk i Sławomir, dzieciaki wyluzowane tak jak Ja wtedy w PRL u ____________ to były piękne czasy.

    Odpowiedz
  7. karolina says:

    sałatka jarzynowa to podstawa do dzisiaj! było ciepło więc to pewnie urodziny moje lub mamy. najbardziej z siostrą czekamy na kuzynkę, którąi tak widujemy co najmniej 2 razy w miesiącu bo mieszka wioskę obok. jemy lody na dworze siedząc na studni. dla zabawy gonię kury, jedna wpada w mój talerzyk z lodami zostawiając tam słomę i inne paprochy. dorośli siedzą w domu. średnio fajny tam klimat – zaduch i smród fajek. jak już robi się ciemno i jestem zmęczona, wchodzę do pokoju i mówię: Wy se tak siedźcie, a patrzcie jak tam już ciemno.
    po 10 minutach nikogo nie było 😂😂

    Odpowiedz
  8. katarynianka says:

    Wanda i Leszek (Mama i Tata)maja blisko siebie imieniny. Normalnie wiec od lat łącza okazje przy jednym stole. Jesteśmy w zachodniopomorskim . Ja lat poniżej 10 , moja siostra i kuzynka zawsze wyżej o 3. Nasz dom na wsi a wokół saaaaame maliny. Cała rodzina przysposobiona do zbieractwa . Gorac niezmierny . A jak gorac, to trza go sobie jakoś ubarwić. No bo gorąca głupawka często się trzyma . Najpierw leci jedna malina . Potem druga. Wojna malinowa! Zapach soku malinowego rozmazanego na rozgrzanej skórze !! No a potem to do mycia w jednej wodzie , to oczywiste . Kończymy odpowiednio wcześniej . Będzie ognisko. Takie wielkie. Na horyzoncie pola i klony ukochane. Babcie tańczą na ławce, wujek rzeźbi , a my? Dawaj robić przedstawienie. Gronkie brawa. Solenizant przy gitarze odśpiewuje cała listę obowiązkowych hitów : Kesera, Anna Maria, Cyganie , Noc Czerwcowa…. zasypiamy nocą ciepła , pachnac malinami , a za oknem słyszymy Siedem dziewcząt z Albatrosa, tys jednyna…. potem słychać , już trochę przez sen, jak Dziadek Nyska wszystkich odwozi do domów . … te klony nasze dzieci oglądają z okien mojej siostry domu. Zbudowała go na pewnym malinowym polu Wandy i Leszka…..

    Odpowiedz
  9. Ewelina says:

    Na myśl przychodzą mi dwa wspomnienia. Jedno mego męża i jedno moje opowiadane przy każdym spotkaniu rodzinnym, zawsze obśmiewane do rozpuku, chyba nigdy się nie znudzi.

    U mego męża w domu imprezowało się co tydzień. Mieszkanie 48 m2, 3 dzieci, 2 rodziców i dużo gości. Człowiek na człowieku. Dużo wódki, osławiona sałatka jarzynowa i fajki. Dzieci siedziały zawsze w pokoju „bez wyjścia”. Pokoju na końcu mieszkania, z jednymi drzwiami, prowadzącymi prosto do „imprezowego” salonu. Mąż miał wtedy 7, może 8 lat. Impreza trwała w najlepsze, a małemu chłopcu zachciało się siku 🙂 Przejście z pokoju do toalety wydawało się niemożliwe, no chyba, że chciałoby się przeciskać między obcymi, roześmianymi ludźmi. Mały Mariusz więc gorączkowo rozglądał się po małym pokoju w poszukiwaniu ratunku i… jedyne co znalazł to półlitrowy, czerwony, plastikowy kubek 🙂 Och co to była za ulga 🙂 Dobrze, że ta historia nie kończy się o krok dalej 🙂

    Historia moja. Przy okazji większych imprez w domu mojego wujostwa spotykaliśmy się całą rodziną. Właściwie większość wspomnień mam stamtąd. Jednak przy dużych spotkaniach pozwalano sobie na więcej i kupowano to czego nie było na co dzień. Tym razem na balkonie stała skrzynka z oranżadami. Wiecie takimi w szklanych małych butelkach. Cała skrzynka! Jakże ona kusiła. Zostawiała po sobie trwały ślad, więc pić można było póki nikt z dorosłych się nie zorientował. Tego dnia dorwała nas babcia. Po jednym spojrzeniu na zaczerwienione dziubki wokół ust nie powiedziała nic tylko od razu poszła na balkon a tam… doznała szoku. Wróciła do pokoju lekko wściekła, wyciągnęła przed siebie środkowy palec i machając nim przed nami powiedziała: „Tylko jedna oranżada została! Tylko jedna!!!”

    Rozpisałam się, ale mam nadzieję, że i przy tym trochę Was rozbawiłam 🙂 ŚCISKAM! :*

    Odpowiedz
  10. Alka says:

    „Dzieci i ryby głosu nie mają”, wydobył z siebie solenizant, wujek Jurek, nim zadławił się śledziem lub sałatką jarzynową. Wuj krztusił się, czerwieniąc po cebulki włosów, które skąpo obdarzały bogatą niegdyś w loki czaszkę. O tej czuprynie, ku milczącej, bądź, w przypływie uczuć, pomrukującej aprobacie wujka, lubiła opowiadać ciocia Grażynka. Na dowód czego, z gracją Magdy Masny, asystującej w „Kole Fortuny” Wojciechowi Pijanowskiemu, wskazywała monochromatyczne fotografie, poutykane między przesuwanymi szybami lśniącej meblościanki.

    Początkowo nikt z nas się dławieniem nie przejął, jednak gdy wujek wstał, unosząc ponad stół imponujące krągłości, wiadomo było, że nie ma żartów. Mimo to, zgodnie z wyartykułowaną maksymą, głosu nie wydaliśmy, choć może wypadało, bo wuj dusił się do głośnego akompaniamentu akordeonowego „Tylko we Lwowie”, a dorośli zajęci byli tańcem na skrzypiącej pod piętami klepce lub śpiewem, takim co sąsiedzi w czwartej linii zabudowy, na trzecim piętrze budynku w kształcie prostopadłościanu, słyszeć musieli.

    Najgłośniej, jak zawsze, śpiewała ciocia z okolic Tczewa, ekspedientka Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, dzięki której na imprezie nie brakowało chyba niczego, a i na co dzień herbaty Jubileuszowej. Dzieci tradycyjnie obdarowała wedlowską czekoladą, sklejając nam usta jej nadzieniem orzechowym. Przełykaliśmy słodycz, coraz mocniej wybałuszając oczy na wujka, który zmieniał kolory, niczym kameleon, szarzejąc jak dym z Popularnych, bielejąc jak krem Nivea, i różowiejąc jak Konserwa Turystyczna.

    „I bogacz i dziad, tu są za pan brat”, wyrwało się, jak z przebudzenia, wujowi Staśkowi, marynarzowi, który teraz, całą rozciągłością unoszącej się postury, zataczał zamaszysty ruch wahadłowy, jakby inscenizował kołysanie łajby lub parodiował ekspresję akordeonisty. A wtedy wuj, co się dławił, rzucił się na wuja Staśka, jakby z pretensjami, co uwiarygodnić chciał aktualny, buraczkowy koloryt jego twarzy. Szarpnął wuj Jerzy wuja Stanisława, uchwyciwszy jego kamizelkę, pod którą z impetem trzasnęły gumowe szelki, podtrzymujące spadające z chuderlawej postury sztruksowe spodnie. Wuj Stanisław, nim się zreflektował, że tu o ratowanie życia idzie, podskoczył z krzykiem, któremu wraz z ubożejącym rezonem, łamała się intonacja: „cooo?” Niespodziewana napaść nadwątliła i tak niewielką energie vitalae wuja, więc oparł się o stojące nieopodal krzesło, względnie trzeźwo odstawiając dzierżący w dłoni kieliszek. Podpora okazała się fotelem bujanym z rattanu, który latem pozostawiał na udach cioci Grażynki cętki, co z niekrytym entuzjazmem z odkrycia, z mocą mutacji zdradził najstarszy z dzieci, kuzyn Artur. Chwilę później stało się nieuniknione. Za sprawą zmaterializowanej, dwubiegunowej wariacji Thoneta, wujowie padli na podłogę, a wuj Staś pośpiesznie ruszył ku pośladkom wuja Jurka, by siąść na nich i bez wahania, w czynie społecznym poklepać masywne, szerokie, milicyjne plecy.

    Wówczas ciocia Grażynka, niosąc czerwony, emaliowany garnek z wystającą spod pokrywy łyżką wazową, weszła do pokoju uroczystym krokiem, by, z nieco reżyserowaną elegancją, zaindagować: „kto ma ochotę na flaczki”? A wtedy już bez trwogi i ceremonii, zachłyśnięci ulgą szczęśliwego zakończenia, z niemodulowaną emfazą, niecenzurowanym bon tonem, wykrzyknęliśmy chóralnie: „ja, ja, ja”. Chcieliśmy bowiem czym prędzej zjeść, a następnie ujść, by inaugurować właściwą cześć imprezy. Ta odbywała się na poddaszu nadmorskiej hacjendy, gdzie można było pić niereglamentowane ilości Polo Cocty, zjeżdżać z balustrady i śmiać się z podsłuchiwanych rozmów dorosłych, tonących w odmętach wódki Baltic.

    Odpowiedz
  11. EWA says:

    Maria – moja mama. Obchodziła imieniny w lipcu. Wspomnienie tamtego dnia, to zapis obrazu licznej wtedy jeszcze rodziny zebranej przy stole. Dania były przygotowane w domu – rosół z domowym makaronem, warzywa z własnego ogrodu, tort biszkoptowy z owocami wiśni, porzeczek, ostatnich truskawek – wszystko zebrane własnoręcznie. Gromkie sto lat niosło się tym późnym popołudniem przez spokojną w tym dniu wieś, był i jest to bowiem dzień odpustu w parafii. Przy stole rozmawiano, rozmawiano i jeszcze raz rozmawiano. Nie było wtedy,,telefonów bez limitu rozmów” i takie imieniny były okazją do opowiedzenia sobie tego co się wydarzyło , obejrzenia swoich pociech, spotkania z kuzynami. Omawiano bieżące sprawy, dopytywano co u kogo, ale dla mnie jako dziecka ważnym elementem tych spotkań były opowieści o wydarzeniach i osobach z dawnych lat. Wspominano i ciekawe było to, że te same fakty często zapisywały się w pamięci różnych osób zupełnie inaczej. Jak ważne dla nas były te spotkania świadczy fakt, że jeszcze kilka lat po śmierci mojej mamy, w dniu jej imienin rodzina spotykała się przy stole. Ale wtedy przede wszystkim to Ona , choć nieobecna ciałem, była głównym tematem naszych rozmów, a na stole stały dania serwowane zwykle przez nią . Tort już nigdy nie smakował tak samo.

    Odpowiedz
  12. Magdalena says:

    Kiedyś mi koleżanka powiedziała ze byłam za mała żeby dobrze pamiętać czasy PRLu.
    Chyba pamiętam mało ale co do imienin i tego typu imprez coś mi tam się przypomina ,pamiętam dni kobiet te inne niż teraz, gdzie sąsiedzi wpadali do mamy z goździkami już od rana i jak mama kręciła na głowie termo wałki bardzo wcześnie , i jak potem szła ze mną do pracy i tam też kwiaty dostawała od klientów .Pamiętam co sobotnie imprezy ,rodzinne , w sensie raz my do nich raz oni do nas , i szło sie daleko na nogach jak wracało nie pamiętam wcale.Na stole były ogórki ,i jajka i sałatka warzywna chyba ….my bawiliśmy się z kuzynami , rodzice w drugim pokoju .Rolą dziecka było chyba nie przeszkadzać inie narobić wstydu ale tez świetnie sie bawić w grupie dzieci 🙂 czasem wpaść i porwać ogórka ….Pamiętam jak ubrania i buty nosiło się po kuzynach i potem oni po nas i takie koło to zataczało( nic sie jakoś nie psuło) .W urodziny czy imieniny po prostu ludzie wpadali do naszego domu a mama od rana miała juz naszykowane wszystko a my oczywiście byliśmy wystrojeni.Pamiętam jak raz posikałam się w czerwone rajstopy i mimo łez wstydy byłam bardzo szczęśliwa bo chyba były wełniane ,strasznie gryzły mi nogi.O i ciasto zebre mama robiła .Mam też takiego kwiatka co mi opowiedział moj niedoszły teść .A więc był Nowy
    Rok a niedoszły teść na kacu i :” mowie do Tomka wtedy pięciolatek ( moj dawny chłopak ) idz do wujka Romka po taśke ,i stoję na balkonie i patrze idzie ( a mieszkali na parterze wujek Romek w bloku na przeciwko tez na parterze )Romek podaje mu taśke …. ( w taśce alkohol)A on obraca sie cały uśmiechnięty ,kręcone zęby szczerzy i biegnie do mnie i jeb ciulnoł jak długi ….wszystko potrzaskane.”Każdy ma inne wspomnienia oni mieli to ale sposób w jaki opowiadał o tym ten pan był taki ze nie sposób było się nie roześmiać .
    Jeśli chodzi o te rajstopy to one muszą być te w tych małych woreczkach te mega cienkie co szybko oczka idą ,bo inaczej konkurs sie nie liczy !!:P

    Odpowiedz
  13. ula says:

    Większość czytelników Twojego bloga opisuje imieniny rodziców lub krewnych ja natomiast opiszę swoje. Wielkopomne imieniny kiedy to miałam lat 21, a rodzice w swej łaskawości opuścili pielesze domowe na czas dłuższy aniżeli wyjście do pracy na 8 godzin. Oczywiście nie pytałam ich o zgodę bo i tak bym jej nie otrzymała. Ciekawą sprawą na takich imieninach młodzieżowych było menu. Wiadomo, na półkach nie za wiele – ale jeszcze umiarkowanie – rok 85 , brak czegoś takiego jak internet ( może i dobrze) jak się chciało błysnąć kulinarnie to trzeba było nieco pogłówkować. Moim sztandarowym daniem była pizza na koniecznie grubym spodzie z furą pieczarek z cebulką, żółtym serem i keczupem rzecz jasna ;). No i ta pizza w środku imprezy wyjechała z pieca w dość nietypowy sposób. Jakaś awaria piekarnika się wdała , a piekarniki wtenczas mieliśmy wyłącznie gazowe. Pizza zatem wyjechała z piekarnika na podłogę przez szybę owego za pomocą tajemniczego wybuchu. A że była to jedyna ciepła potrawa, to goście niezrażeni nietypowym zaserwowaniem – czyli wybuchowa pizza na szkle – rozsiedli się na podłodze w mikroskopijnej kuchence i pieczołowicie z pomiędzy tego szkła kawałki pizzy powybierali i zjedli ze smakiem. I choć minęło od tego zdarzenia lat 32 to nadal ją wspominają i pizze i imprezę jako najlepszą spośród innych. Skąd się brało alkohol ? – ano bywał. Lepsze wino cyklicznie pojawiało się w tzw. Instytucie Bułgarskim, przybywało przeważnie wraz z płytami znanych wykonawców typu ABBA itp. Były to nieczęste dostawy przeróżnych towarów jak na czasy komuny i lekko egzotycznych jak np. olejek różany. Sowietskoje Igristoje i wino czerwone Merlot tam nabyte, było żelaznym punktem imprezy poza tanią wódką typu Żyto czy Bałtyk. Na deser obowiązkowo musiał być sernik na zimno z kolorową galaretką i w środku i na wierzchu. Jako przystawka paluszki i oczywiście kanapki z pastą jajeczną itp. Prosto i bez większego kłopotu. Jednak nie o jedzenie tu chodziło najbardziej i jakieś tam wystroje-nastroje.
    Na takiej imprezie chodziło o ZABAWĘ. Aby móc razem wysłuchać tych kopiowanych o sto razy kaset magnetofonowych z ulubionymi piosenkami, pogadać o tym co kto upolował w zagranicznym czasopiśmie, oczywiście chodziło o zdjęcia i artykuły o ulubionych wykonawcach, a w przypadku naszej paczki były to wieści o zespole ABBA:). Jak już towarzystwo się trochę podhecowało alkoholem zaczynał się główny punkt obchodów imieninowych czyli granie w „butelkę” ( kto grał grabka w górę?) dowcip polegał na tym, by tak udatnie pokręcić butelką, by móc się pocałować z tym kto nam najbardziej odpowiadał. Inną zabawą w podobnym klimacie był poker rozbierany, tu było pole do popisu i mnóstwo oczywiście ciekawych sytuacji, oj działo się działo. Jak już wszyscy byli dostatecznie rozebrani i porządnie napici zaczynały się kąpiele w wannie, latające mokre gąbki, no i śpiewy… nie tam basy z super stereo i
    hi-fi wkurzające sąsiadów, ale śpiewy – obowiązkowe miedzy 2 a 4 rano. A jakie to śpiewy, a takie nasze sztandarowe , pozwolę sobie zacytować naszą ulubioną.
    Przepióreczkę
    Służyłem u pana przez 1 lato
    2x Dał cimi cimi dał cimi cimi przepiórkę za to
    2x A ta przepióreczka latała, skakała aż się zesrała
    Służyłem u pana przez 2 lato
    2x Dał cimi cimi dał cimi cimi dał kurę za to
    A ta kura dupą szura
    2x A ta przepióreczka latała, skakała aż się zesrała
    Służyłem u pana przez 3 lato
    2x Dał cimi cimi dał cimi cimi koguta za to
    A ten kogut złotopióry lata po wsi gwałci kury
    A ta kura dupą szura
    2x A ta przepióreczka latała, skakała aż się zesrała
    Służyłem u pana przez 4 lato
    2x Dał cimi cimi dał cimi cimi dał kaczkę za to
    A ta kaczka robi kwak sypie jej się z dupy mak
    A ten kogut złotopióry lata po wsi gwałci kury
    A ta kura dupą szura
    2x A ta przepióreczka latała, skakała aż się zesrała
    Służyłem u pana przez 5 lato
    2x Dał cimi cimi dał cimi cimi gąsiątko za to
    A ta gęś dupą trzęś
    A ta kaczka robi kwak sypie jej się z dupy mak
    A ten kogut złotopióry lata po wsi gwałci kury
    A ta kura dupą szura
    2x A ta przepióreczka latała, skakała aż się zesrała
    potem dodawaliśmy węża
    Z końcówką – a ten waż pierdzi wciąż 😉 itd. Co fantazja podpowiedziała.

    Do dzisiaj współczuję sąsiadom szczerze.
    O 6 nad ranem jeden z naszych kolegów przebrał się za Nerona używając do tego oczywiście prześcieradła i łaskawym gestem pozdrawiał z balkonu drugiego pietra snujących się do pracy przechodniów. Impreza życia dodatkowo urwał się żyrandol i przypięliśmy go na agrafki, moi rodzice zorientowali się dopiero jak się przeprowadzaliśmy do innego mieszkania, ale za piekarnik mi się oberwało 🙂

    Odpowiedz
  14. B. says:

    A ja też pamiętam takie imprezy z sałatką jarzynową, tatarem, śledzikiem, jajkiem z majonezem. Jedna z sałatek jarzynowych przeszła do historii… bo uczestnicy (Ci co więcej zjedli wylądowali w szpitalu) I z tego co mi wiadomo, w tym szpitalu nikt pary z ust nie puścił, gdzie tej sałatki się najadł…A Sanepid też jej chciał spróbować…
    Ale przypomniałam sobie inne imprezy z domu rodzinnego, też z PRL, jeszcze bardziej odległe…Byłam dzieckiem.
    Każdy we wsi pamiętał kiedy są imieniny Janka, Marysi, Karola, Stacha, czy Kazi. Telefon jeden we wsi, gdyby trzeba było pogotowie wezwać. Więc nikt się nie umawiał na spotkanie, a jednak wieczorem sąsiedzi pukali do drzwi. Nie.. zanim zapukali słychać było charakterystyczne otrzepywanie butów z błota. W tej sieni takie charakterystyczne… Bo wieś rozległa, to przez pola szybciej było. Radość wielką pamiętam. Prezenty były. Kto zdążył to do miasta po prezent pojechał: krawat jaki kupił, chusteczki do nosa- komplet koniecznie – w paski dla mężczyzn, z kwiatkiem dla kobiety („nosówki”) , fartuszek, wazonik. A ten co nie zdążył kurę pod pachę złapał albo gorzałkę i jeszcze szybciej przez te pola pędził. Radość wielką pamiętam, wędliny ze spiżarni, galarety z octem, śmiechy i rozmowy. Jak się chłopów nie dało już przekrzyczeć, bo alkohol przez nich już krzyczał, to kobiety zajmowały się sobą. Przepisami się wymieniały, krojami, poradami wszelakimi. Chyba mocno się wspierały. O sukcesach szkolnych swoich pociech nie pamiętam żeby rozmawiały. Śpiewy były. Zazwyczaj te same przyśpiewki coś tam…”cała noc psy szczekały…” a potem tylko ra ra ra i koniec, obowiązkowo „Góralu, czy Ci nie żal…” Jakie miejsce w tym wszystkim dzieci… ano cichutko zajmowały się sobą, albo spały. Niepojęte! czasami same w domu… bo rodzice do Karola na imieniny wyskoczyli. No i tych dzieci nie było co ciągać co po nocy:)
    B.

    Odpowiedz
  15. Marta says:

    Nie mam wspomnień imienin, ale wspomnę moje i męża urodziny. Obaj jesteśmy rocznik 87. Obaj urodzeni w luty, ja starsza od niego o całe dwa dni. Urodziliśmy się w kolorowych latach 80, pełnych kiczu, błysku i ortalionu. Wymarzyłam sobie, żeby nasze okrągłe urodziny przeniosły nas do tamtych lat. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wynajęliśmy stodołę w Czechowicach (tak dobrze Ci znaną), p. Dorota zadbała o goździki i inne dodatki, które miały przypominać tamten czas. Gości poprosiliśmy o stroje z „epoki”. Przebrali się wszyscy. Od moich małoletnich synów, po teściową. Śmiech nie miał końca. Był i Wałęsa, były gwiazdy disco i wąsy u mężczyzn! Trwałe ondulacje. Muzyka disco. A i Abba przyjechała zaśpiewać nam piosenkę. I tasza na chleb, w prezencie. Taka, jaką pamiętam z tamtych lat, kiedy to moja kochana Babica Helena jeździła i pakowała do niej 10 bochenków chleba, bo w jej domu w tym czasie mieszkało nas 13! Taka typowa śląska rodzina.
    Choć jedzenie było teraźniejsze, ale ludzie dzięki strojom, jak w tamtej erze. Mieliśmy czas na wspomnienia, oglądanie starych zdjęć, opowieści typu… bo za naszych czasów. Czy to typowy PRL, nie wiem. Wiem jedno, że to były najpiękniejsze urodziny, które dały radość mi i tym, na których nam zależy. Szkoda, że zdjęć nie da się wrzucić 🙂

    Odpowiedz
  16. Agata says:

    Zamykam oczy i mam obraz imienin moich Rodziców – Danuty i Jana, obchodzonych 24 czerwca.
    Mieszkaliśmy wówczas w malej wsi, w małym pałacyku na skraju parku, przez który wiodła droga prosto do przedszkola, w którym pracowała mama, a ja byłam jej wychowanką.
    Na imieniny przychodzili znajomi z córką Małgosią, moją rówieśniczką. Dorośli zasiadali za stołem, na którym królowały grzybki i inne marynaty ze słoika, sałatka warzywna z własnych jarzyn, karpatka, kokosanki z prodiża ( biszkopt pokrojony w kostkę oblany czekoladą i obsypany wiórkami), domowa wędlina, bigos lub gołąbki. Do picia oczywiście parzona, czarna jak heban kawa, podawana w szklankach z koszyczkiem zalewana wrzątkiem z czajnika, który gwizdał niemiłosiernie na starej gazówce. Dorośli rozmawiali o sprawach codziennych, wrzało, jak rozmowy schodziły na tematy polityczne. Popijali przy tym wódeczkę i zagryzali korniszonym lub grzybkiem. W tle leciała „Niewolnica Isaura”, program „Bliżej Świata” lub „Dziennik”.
    Ja z Małgośką bawiłam się w moim pokoju lalkami Barbie i małymi miśkami. Tworzyłyśmy teatrzyki, przebierałyśmy lalki, śmiałyśmy się i nigdy się ze sobą nie nudziłyśmy. Często robiłyśmy bazy z koców i tam siedziałyśmy przez większą część imprezy. Byłyśmy przeszczęśliwe, jak rodzice pozwolili nam włączyć starego Kasprzaka na „Słuchowisko” – bajki opowiadane przez lektora. Kładłyśmy się wtedy na wykładzinie i słuchałyśmy w ciszy i skupieniu. Zwiastunem nadchodzącego końca zabawy był szum wokół stołu i wstający od niego goście. Nikt nie musiał przypominać dziecku pięć razy i nawoływać do domu. Po prostu karnie się żegnałyśmy i Małgośka wychodziła razem z rodzicami. Pamiętam, że nie przeszkadzałyśmy dorosłym i nie wołałyśmy co chwilę, że czegoś potrzebujemy. Nikt nie robił dla nas osobnego bufetu – podkradało się to co akurat było na stole 🙂
    Podarunki, którymi obdarowani byli rodzice nie były wymyślne. Pamiętam, że była to domowa konfitura, nalewka z róży, bawełniane chusteczki do nosa czy serwetka zrobiona na szydełku. Do tego kwiaty – oczywiście prosto z ogrodu, świeże i pachnące.

    Odpowiedz
  17. taJustyna says:

    Najbardziej podobało mi się i do dzisiaj o tym wspominany, że gdy ktoś miał imieniny to było dla wszystkich wiadome, że będą goście. Nikt nikogo nie zapraszał! Każdy kto miał imieniny przygotowywał poczęstunek i zawsze impreza rozkręcała się na całego. Każdy przynosił coś od siebie i starczało dla wszystkich. Trzeba przyznać, że różnie kończyły się imieniny, nie było wtedy tematów tabu, a i chłopy potrafiły sobie dać po mordzie. Ale i tak na drugi dzień w pracy rozmawiało się ze sobą i nikt do nikogo nie miał żalu. Każdy wtedy ciężko pracował, było szaro, ponuro, a ludzie jednak do siebie byli bardziej wyrozumiali, bardziej życzliwi i radośni.
    Na stole królowała sałatka jarzynowa, schabowe i coś z ryby. I chleb. Nie pamiętam nic więcej, może jakieś ciasto, które przyniosła „ciocia”, no i szkło. W późniejszych latach pojawiła się Sangria:) Wtedy panie piły już z tzw lampek i impreza stawała się jakby bardziej kulturalna:))) Nieodłącznym elementem każdego spotkania była gitara. Jak już tata wyrywał gitarę wujkowi, który grał i śpiewał tak, że niejeden obecny wokalista mógłby się od niego uczyć, było wiadome, że imieniny wielkimi krokami zbliżają się ku końcowi;)))
    Ze wszystkich imienin, które rodzice hucznie obchodzili w PRL przychodzi mi jednak na myśl jedno ważne pożegnalne spotkanie. Przyjaciółka mamy z pracy wyjeżdżała w 86 do Niemiec. Miała córkę, z którą także i ja się przyjaźniłam. Razem spędzałyśmy wolny czas, jeździłyśmy na wycieczki i razem przeżyłyśmy niejedne imieniny dorosłych;)
    Muszę tutaj dopisać, że mieszkałam w jednym z dziesięciopiętrowych bloków, na ścianach były zwykłe najtańsze tapety, w pokojach była tylko wersalka, jakaś szafa, a u rodziców duży komplet mebli na wysoki połysk. Generalnie szału nie było:) Ale to i tak było dla nas wszystkich, bo wtedy większość tak mieszkała, bardzo dużo. Każda rolka tapety była na wagę złota, każdy mebel był dla nas ważny bo tak ciężko załatwiony.
    I tak na tej imprezie, którą pamiętam do dzisiaj, a minęło 30 lat (!) ciocia na pożegnanie wymalowała nam farbami pół ściany w pokoju rodziców. Od teraz każda wigilia, Wielkanoc, imieniny, urodziny nie były już takie same. Całe życie toczyło się w tym jednym dużym pokoju, na ścianie którego były słowa pożegnania, śmieszny rysunek, wypisane nasze imiona, wszystko to co miała wtedy w sercu ciocia:) I jeszcze jedno co mi tak bardzo zostało w pamięci, że nikt nie miał żalu, nie wściekał się, że te ściany tak mozolnie wytapetowane zostały pomalowane farbami. Co więcej, to był taki odruch z jej strony, że jej nawet na myśl nie przyszło, że robi komuś kłopot. Po prostu nie analizowało się takich spraw, żyło się i cieszyło. W porównaniu do dzisiejszych czasów gdzie rodzice własnym dzieciom nie pozwolą zrobić rysunku na ścianie, krzyczą gdy niechcący łapkami zostawią ślad to wspomnienie odżywa we mnie na nowo! I przypomina mi ciągle co jest tak naprawdę ważne! Bo przecież dzisiaj te małe ślady od kredki czy rączek wytrzemy gąbką, ba, pomalujemy na nowo ściany, bo wystarczy jechać do pierwszego lepszego sklepu i kupić puszkę farby! W dodatku zmywalnej:))) A jednak wolałabym żeby te tapety wróciły do nas, a z nimi to podejście do życia, które wtedy mieli w sobie dorośli i dzieci.

    Odpowiedz
  18. Kasia says:

    Okruchy wspomnień z uroczystości różnych jak barwne szkiełka w moim dziecięcym kalejdoskopie… skaczące jak plastikowe pchełki w pamiętanej z najmłodszych lat grze… A zatem od progu całusy i prezenty: kawa lub bomboniera. Goździki lub gerbery w celofanie, ze wstążeczką. Zdarzały się róże z asparagusem, choć mówiono, że łączyć te dwie rośliny to faux pas (nie wypada, znaczy się, mówiono wówczas, bo kto by tam po francusku…). Do kryształowych wazonów wędrowały. A bombonierki były w ślicznych pudełkach. Po zjedzeniu czekoladek to, co na wieczku, można było oprawić w stylizowany na drewnianą ramę tekturowy spód pudełka. Jeden taki obrazek wisiał u nas długo: kotek na ukwieconej trawie, na tle błękitu nieba.

    Wszyscy odświętni. Włos lśniący po myciu szamponem pokrzywowym lub jajecznym. Na rynku od handlarzy jeżdżących do NRD można było kupić nawet Palmolive z naklejkami połyskującymi i barwnymi; puste butelki warto było potem dla dekoracji łazienki potrzymać. Kok lub lok na wałki kręcony. Chyba że ktoś jeszcze tapirom hołdował, to i Palmolive nie pomogło, było matowo. Ale i peruka odświętna się zdarzała, tak kasztanowowłosa, elegancka ciocia Joanna stała się raz blondynką. Sukienki cudne. Gremplina, przeważnie błękit, granat, pudrowy róż. Albo dzianina. Na tym tle Jablonex. Modnie było długi sznur perełek związać, by supełek wypadał w okolicach biustu. Mogły być i spodnie rozszerzane, do tego golfy z elastiku, kamizelki szydełkowe. Bananówę chyba jedną pamiętam. Buty na platformach. Lub obcas klocek. Moja siostra Danusia w różowej sukience z mankietami haftowanymi ręcznie w brokatowe róże. Piękna Klara, dwudziestolatka, do minisukienki miała cienkie, lakierowane kozaki – długie do samego kolana. Nie zdejmowało się takich w gościnie w mieszkaniu, nie po to były. To był jedyny powód w życiu, kiedy chciałam być naprawdę stara i mieć te dwadzieścia lat. Żeby już takie kozaki… Panowie niekiedy z baczkami, w nudnych garniturach, duże klapy, nogawki rozszerzane.

    A na stołach obrusy, choć na co dzień często ceraty (piękne były te drukowane w patery z owocami we wszystkich kolorach tęczy; nie dorównywały im urodą stonowane lny odświętne). A na obrusach uczta jak sen, jak z filmu czechosłowackiego. Na modnych półmiskach pyszniły się: sałatka jarzynowa i najlepsze dla mnie łakocie – grzybki marynowane i ogóreczki konserwowe, istne rarytasy… ale za dużo mi nie było wolno, bo ocet niezdrowy. Śledzik z cebulką, kiełbaska w plastereczkach, szynka z cieniutkim paseczkiem tłuszczyku – mmmmmm, mięsna galareta, chrzanik. Gdy impreza wypadała latem – jeszcze pomidorki z cebulką. Bigosik i flaczki. U cioci Fili na wsi specjał nad specjały – czernina z ziemniaczkami. Wszędzie obowiązkowe jajeczka z majonezem i szczypiorkiem. Napój „Złota rosa”, oranżada kapslowana; bąbelki nosem wychodziły. Woda z syfonu. Na bogato – szynka konserwowa z Baltony, marzenie, ktoś od marynarza bony kupił. Żubrówka – jakże intrygująca, bo w przeźroczystym płynie ze zwierzątkiem na etykiecie butli roślina chuda pływała. Jakie to ładne było, jak sekret za szkiełkiem… Kanapki w tysiącu barw. Raz takie dziwne, pyszne coś było: do deficytowej polędwicy – keczup, nie musztarda i nie chrzan, tylko keczup. Bardzo dziwne i bardzo pyszne. Na słodko babka czy kupna rolada z kremem, posypana grubo cukrem pudrem (jak on się trzymał?), z małym oczkiem czerwonej galaretki w środeczku; ta odrobina galaretki szczególnie ekscytowała oczy… dziś to rozumiem, less is more. U Babci rodem z Oszmiany z kolei dla gości – bliny. Niebiańskie, pulchne placki na sodzie, maczane w tłuszczu wytopionym ze słoninki i boczku, z jajkiem sadzonym i smażoną kiełbasą. Odziedziczyłam przepis, ale mnie nigdy takie nie wyszły. Soda widocznie dziś inna. Dziadek za blinami przepadał, ale w koleżeńskim swoim gronie świętował ze skromniejszym menu: podczas imprezy w działkowej altance na zakąskę babcine cebulki tulipanów poszłyyyyyy. Nie doczekały wysadzenia. Było trochę pomstowania, było… Chcesz cukierka? – idź do Gierka. Cóż tam cukierek (choć smakowite były). Czekoladki „Malaga” – ktoś pamięta? Te dzisiejsze nie takie jak dawniej. Tamte nie były za słodkie, tamte były idealne. Nic dziwnego, że na adapterze Bambino „Odpływały kawiarenki”, a niektórzy ruszali „Parostatkiem w piękny rejs” lub „Windą do nieba”. Bo przecież było „Tyle słońca w całym mieście”. I nigdy nie było za ciasno, i zawsze każdy się zmieścił, nawet jakby przenocować trzeba było – na tapczanie kładło się w poprzek, a pod nogi, żeby nie zwisały, krzesła dostawiano. To chyba wówczas w kontaktach międzyludzkich jak nigdy potem the sky was the limit… choć wtedy mało kto wiedziałby, co to znaczy…

    Odpowiedz
    • B. says:

      Kasiu, tak pięknie napisałaś! I przypomniały mi się sukienki mojej Mamy z grempliny- słonecznie żółte i fioletowe, pięknie odszyte. Taliowane. Przed kolanko. I te kozaki na platformie, długie do kolana i zapinane na zamek, wężykiem dookoła. I tak mi się zatęskniło… i łzy mi kapią na biurko.. Co to za miejsce ten blog Julii? Że wspomnienia tak ożywają, te zapomniane gdzieś…? Te szufladki w głowie ktoś pootwiera – jak nie Julia to Kasia… Zaczarowane TU wszystko!

      Dobrego dnia Kochane moje.

      B.

      Odpowiedz
      • Kasia says:

        Dziękuję za dobre słowo. Ano ożywają wspomnienia z czasu, kiedy zupełnie mały człowiek nie baczył, że to jakiś PRL. Ważne, że byli Mama, Tata, bliscy. Większości już nie ma. Mama nawet gospodarki wolnorynkowej nie doczekała, umarła pięć dni po tym, jak zniesiono kartki na mięso i obiecano, że już nie będzie kolejek.

        Odpowiedz
  19. Małgorzata says:

    Droga Julio,

    Imieniny….
    Twój post- konkurs imieninowy….z czasów PRL…
    Wywołał u mnie kołatanie serca, uśmiech .po chwili płacz. Nie martw się. W moim obecnym przypadku to akurat już jest normą.. . co za chwilkę wyjaśnię..
    Tak szybko: Na hasło imieniny PRL- automatyczne skojarzenie mego mózgu i pamięci: to moja Mama. Kochana Mama. Małgorzata. Dostałam po Niej imię, bo tata się upierał. Więc zawsze imieniny obchodziłyśmy razem. Zaraz po świętach Bożego Narodzenia…to właśnie imieniny były najbardziej wówczas huczną imprezą rodzinną i..sąsiedzką 
    Właśnie policzyłam ile osób się zbierało i brało udział w fetowaniu Małgorzaty . . 32 osoby! nie wiem jak to było możliwe, mieszkaliśmy w bloku, na czwartym piętrze, w mieszkaniu co prawda trzypokojowym. . . .W tamtych czasach nie mogłam się doczekać prezentów, czekolady, towarzystwa kuzynek i świetnej zabawy. Pamiętam jeden wielki, długi na cały pokój stół, nakryty obrusem, krzesełka jedno przy drugim, za nimi wielka meblościanka, zastawa biała z niebieskimi kwiatkami, dwa wazony z ciętymi kwiatkami – zazwyczaj róże i gerbery i odrobina szparagusu …oranżady w szklanych butelkach i pepsi, syfon z wodą :-)….dorośli mieli wino i kawę fusiastą …chyba wszyscy dorośli (oprócz taty ) palili papierosy – po które mnie mama wysyłała  .. Był też najwspanialszy sernik wiedeński z polewą bardzo czekoladową, ciasto w-z, karpatka … paluszki w szklankach włożone, galaretki w cukrze, pucharki lodów…mmm… na obiad zawsze filety nadziewane, roladki , ziemniaczki, zimna płyta (szynka z majonezem, jajka, sałatka jarzynowa, kurczak w galarecie, galaty…czy jak kto woli tymbarliki ….i mnóstwo innych pyszności)… dziś jak pomyślę, ze mama sama wszystko przyrządzała, starymi domowymi sposobami…bez ulepszaczy przyspieszaczy…i sama zmywała…bez zmywarki…to nie mogę się nadziwić …jak to było możliwe. Jedynie naszym (czyli moim i mojej siostry bliźniaczki )zadaniem było naprzemienne wycieranie naczyń i chowanie ich na miejsca ..albo układanie na stole 🙂 Pamiętam jak w tym wszystkim mama zawsze pięknie wyglądała, zawsze pięknie ułożone włosy, paznokcie zawsze zawsze pomalowane na ciemny bordowy kolor, wszystko wyszykowane, ułożone, perfekcyjnie. ..Pamiętam…gdy podczas imienin Mamy.. zafundowałam wszystkim sporą dawkę adrenaliny…Mama przygotowała wielki dzban (serio wielki!)pysznego kompotu jabłkowego i położyła go na wysokim parapecie w kuchni….w pewnym momencie …tak mnie kusiło albo tak mi się chciało pić- już nie pamiętam dokładnie. .pewnie i jedno i drugie- że postanowiłam za wszelką cenę się tego słodkiego napoju napić…a że dość niska byłam..bo miałam zaledwie sześć lat…podsunęłam pod okno drewniany taboret …następnie weszłam na kaloryfer …tuż pod oknem wiszący…by wejść na parapet. .udało się..niestety z chwilą pierwszego łyku kompotu…noga mi zjechała i razem z wielkim dzbanem upadłam na podłogę…uderzając brodą..jeden wielki huk! Krzyk! Brud! .i krew. Kałuża krwi a w niej ja. Mama ,jak to mama, przybiegła pierwsza. No ja pamiętam tylko Jej krzyk: Jezu! Gocha! …Rysiek!!!!
    No i dziadek zawiózł mnie z tatą 30 km do najbliższego szpitala, na pogotowie, na szycie. Ja miałam frajdę, bo pierwszy raz weszłam do szpitala , nie płakałam nic a nic…
    No i od tej pory..co roku było wspominanie jak Gocha zmieniła nieco tok imprezy ..a nie było to takie proste jak dziś, bez telefonów komórkowych, nie mieliśmy auta (dziadek na szczęście miał) itd.

    No wiem, nic nadzwyczajnego w tych PRL –wskich imieninach… Lecz Twój post…przypomniał mi to wszystko. Najpierw sobie o tym wspomniałam, czytając kolejne słowa postu…ale pomyślałam: aaa, nie ma co, nie ma o czym pisać…ale gdy zobaczyłam załączoną piosenkę….łzy poleciały i naszła mnie myśl: to znak.
    czemu?
    Julia…poznałam Cię pierwszy raz na Świętach Slow –choć czytam od lat …byłam ubrana na czarno, nie do końca z miłości do tego koloru. Mama moja zmarła bardzo niedawno. W wieku 58 lat zaledwie. Choroba zabrała nam całe Szczęście , Miłość, Sens, …jakim była MAMA. Nie odważyłabym się tego napisać…ale odkąd byłam malutka…taka całkiem maleńka…piosenki Rominy i Al Bano towarzyszyły mi przez lata całego mego dzieciństwa. To był najukochańszy duet ,muzyka Mamy. Pamiętam jak w soboty, gdy nie musiała wstawać o 5h rano…tata włączał płyty (w wieży ,którą kupił jej w prezencie właśnie, by mogłą ich słuchać kiedy chciała) i Mama pozwalała sobie ( i nam  ) poleżeć ciut dłużej i wsłuchiwała się.. .wskakiwałam Jej wtedy do łóżka i razem śpiewałyśmy. . .To były czasy! Dlatego ..gdy tylko zobaczyłam tytuł…zaczęłam pisać. . . Dla Mamy.
    PRL dla mnie nie kojarzy się tak, jak większości ludziom- ze złą historią…bo to było po prostu moje dzieciństwo, nie zwracałam uwagi na politykę, nie rozumiałam tego.
    Gdyby miała magiczną moc…dałabym wszystko…by spędzić choć kwadrans z tamtych czasów. Z tamtych imienin Mamy . . . przy tej piosence. . Nie będę dalej pisać…bo to, co czuję …nie da się opisać w jednym zdaniu, na jednej stronie. Jestem mamą trójki dzieci…i marzę, by dać tak piękne wspomnienia moim dzieciom . . . choć czasy są zupełnie inne .
    … nie napisałam tego dla rajstop i goździków. Napisałam to, co poczułam na hasło: PRL, imieniny
    Julio, pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

    Odpowiedz
    • Agata says:

      Pięknie napisane, bardzo wzruszająco.

      Odpowiedz
      • Małgorzata says:

        Agata, bardzo dziękuję… choc ciężko i dziwnie jakos.. jest mi bardzo milo,ze przeczytalas moj komentarz…i ze zrozumialas 😘. . . Ja sie ciesze tez,ze odwazylam sie pierwszy raz ..choc pisemnie..wyrzycic z siebie codzienny bol..i odwazylam sie odsluchac magicznej piosenki. . .
        Serdecznie pozdrawiam 😊
        Zycze powodzenia w konkursie..i mnostwo kwiatow na Dzien Kobiet 🌻🍀

        Odpowiedz
  20. Kasia J says:

    A ja…niestety nie mam zadnych wspomniec konkretnych jesli chodzi o imieniny rodzicow z tamtych czasow. Tata byl chory, mama pracowala na nasza 7 osobowa rodzine sama, miala nas 5 corek do wychowania-wtedy od lat 2 do 14. Mieszkalismy na wsi, w malenkim drewnianym, dwupokojowym domku.
    Nie panietam zeby rodzice obchodzili wtedy takich uroczystosci, ale gosci czesto mielismy ot tak po prostu, przy niedzieli czy zwykle wieczorem w tygodniu przyjechali z tata w karty pograc, ktore on uwielbial. Najbardziej pamietam wieczory zimowe, gdzie wlasnie tata gral w karty ze swoim towarzystwem, my ogladalysmy skoki narciarskie, igrzyska olimpijskie, a mama najczesciej wtedy robila placki ziemniaczane. Dymu od papierosow wtedy bylo tyle ze siekiere mozna bylo w powietrzu powiesic 😜.
    Pamietam tez wieczory takie bez gosci, gdzie tata siadywal pod piecem kaflowym zima, a my 5 dookola niego, i opowiadal nam historyjki ze swego dziecinstwa. Albo latem pod jablonia lub krzakiem jasminu. Znalysmy je juz wszystkie na pamiec, ale uwielbialysmy sluchac po raz setny, kolejny i kolejny. To z jakim impetem opowiadal, jak barwnie umial ubrac w slowa, jak potrafil nam namalowac obraz kazdej z nic w kazdym detalu, niczym kadry filmu wyswietlanego na scianie, a my z oczami wielkimi jak zlotowki, z dziobami rozdziawionymi jak piskleta….wpatrzone w niego jak w Boga…sluchalysmy bez umiaru i nigdy nie bylo konca. Zdawaloby sie, ze oddychac zapominalysmy. W wielkim skupieniu, bez mrugniecia oka. A jak skonczyl jedna, to przekrzykiwalysmy sie, ktora historie ma nam opowiedziec kolejna.
    Zmarl kiedy mialam prawie 12 lat. W marcu minie 29 lat od jego smierci. Ogrom czasu. Wspomnienia jednak zostaly na zawsze i jakby cuagle swieze, dzis czesto opowiadam swoim coreczkom wlasnie tamte chwile. Ze nam sie nigdy nie nudzilo, a nie mielismy telefonow, tabletow i TV, to jak bardzo wazny jest razem spedzony czas, jak wazne sa rozmowy, dyskusje. A one tylko zaluja ze nie bylo im dane poznac dziadzia Tadzia.
    Nie pamietam imienin, urodzin…ale takie oto wlasnie mam wspomnienia z tamtych lat.

    Odpowiedz
  21. Monika says:

    Jest rok 1988, upalne lato, mam 10 lat i szykujemy się na imieniny do przyjaciela rodziców, wujka Romana (sąsiada). Impreza wesoła, dużo gości, dzieci miały stolik nakryty u Mariana w pokoju. Marian to brat wujka Romana. Tato mój wziął (jak zawsze) akordeon. Jest muzyka, jest zabawa (tak się zresztą za pannę nazywałam 🙂 wszyscy śpiewają, wódka leje się do kieliszków. Mariusz (syn wujka Romana) pyta czy chcemy zrobić coś dorosłego. No jasne, cała nasza ekipa leci z powrotem do pokoju Mariana, Mariusz wyciąga starą glinianą karafkę do nalewek. Do tego są gliniane ładne kieliszki ale nam niepotrzebne. Siadamy, Mariusz otwiera wieczko karafki i każe nam wąchać 🙂 Robimy to po kolei i każdemu się wydaje że już chyba jest pijany. Ja, najmłodsza z małym kacem moralnym że zrobiłam coś złego lecę za chłopakami do pokoju rodziców w którym jest impreza, biorę pomidora nadziewanego sałatką, tańczę przy rytmach akordeonu, goście śpiewają, ktoś z dorosłych rzuca hasło – idziemy na kocidoły się kąpać (to staw na żwirowni koło naszego „osiedla”) i cała familja rusza. Faceci skakają do wody, wszyscy się śmieją, a ja biegnę zwrócić tego pomidora z sałatką, bo po upojeniu alkoholowym zapachami z karafki nie wytrzymałam HaHa. Te obrazy w mojej głowie są prawie jak z filmu Barei, a sałatki nie jem do dziś. I szkoda tylko, że mój Tato już nie żyję… wujek Roman zresztą też.

    Odpowiedz
  22. eboum says:

    Czytajac powyzsze komentarze, zupelnie zatracilam sie w spomnieniach…

    Przychodzily w gosci piekne panie z wylakierowanymi wlosami, rozowa pomadka na ustach, blyszczacymi cieniami na powiekach i koniecznie w bluzce z poduszeczkami na ramionach… Wreczaly kwiaty (zawsze po trzy! trzy gozdziki, trzy gerbery, i te, ktore pachnialy jeszcze tydzien po imieninach – frezje…), byla w prezencie i kawa, i zagraniczne kremy (kupione w najczarniejszym zakatku dzielnicy), czasami krysztalowy wazon czy miseczka… Panowie w dokladnie wyprasowanych koszulach przynosili za zwyczaj trunki (byla i „Extra”, i „Stolowa” i „Zytnia”…). Goscie czestowali sie przysmakami, rozmawiali, smiali sie, na stojaco spiewali „sto lat” i rowniez przy stole palili klubowe i popularne… A troche pozniej byly plasy w rytm „corko rybaka” i
    ” Dmuchawce, latawce, wiatr ”

    A my? Dzieciaki? Troche sie krecilismy przy doroslych, troche bawilismy, a na koniec byly przerozne “straszne” opowesci i oczywiscie wywolywanie duchow…

    Czasy byly ciezkie (wszystko bylo na kartki badz 1sztuka/osoba), ale wspomnienia zostaly piekne…

    Odpowiedz
  23. Kasia J says:

    Aha, i zapomnialam dodac ze piosenka powyzej byla ulubiona moich rodzicow i do dzis wlasnie skuchajac jej…blyskawicznie myslami wracam do tamtych czasow.

    Odpowiedz
  24. Madźka says:

    Pamiętam jedną taką sytuację. Teraz po latach, nawet mnie śmieszy. Wtedy śmieszyła moich rodziców, a ja będąc dzieckiem nic z tej sytuacji nie rozumiałam.
    Nie były to imieniny, a towarzyskie spotkanie w małym mieszkanku. Moi rodzice są z tych mało rozrywkowych, imprezowych a o imieninowych imprezach już nie wspomne. W odwiedziny przyszedł Pan Jacek. Kolega tatusia z pracy. Na stole kawa i ciasteczko. Pan Jacek wystroił się, na stopach miał takie śnieżnobiałe skarpetki. Pamiętam jak biły po oczach bielą. Do mnie w tym czasie przyszła Emilka. Fajna dziewczyna, tylko u niej w domu zawsze bieda była, i okropne zapachy. Papierosy, alkohol, brud i smród, o czym nie wiedział wymieniony wcześniej Pan Jacek. Bawiłyśmy się w pokoju w którym siedzieli rodzice. I wtedy ten Pan Jacek, zaczął robić się na zmianę czerwony i zielony ze wstydu. Zaczął chrząkać i kaszleć. Przyglądał się z niedowierzaniem tym swoim czyściutkim skatpetkom. Te stopy nerwowo wciskał pod fotel, nie wiedział gdzie je schować. Biedny myślał, że to jego skarpetki tak cuchną. Nie wiedział, że to poprostu Emilka tak pachnie. Pamiętam, że bardzo szybko wyszedł. Później już Pana Jacka nie widywałam u moich rodziców. Ot taka historia. Dla wszystkich dobrze się skończyła. Emilka to teraz dorosła kobieta. U niej w domu już tak nie pachnie.

    Odpowiedz
  25. Ola says:

    W tym roku moja mama i córka zafundowały mi powrót do dzieciństwa i co za tym idzie do prlowskich klimatów. Moja córka lat 5 zapragnęła być na balu krakowianką. To dla mnie był szczyt szczęścia – swoje znienawidzone przedszkole lubiłam tylko raz w roku – jak mogłam wbić się w stroj krakowianki który był szyty przez moja mamę, dla mojej duzo starszej siostry. Wszystkie bale zaliczyłam jako krakowianka i wcale nie było mi z tym zle. Jeden telefon do mamy, mama musiała odkopać z pawlacza paczkę, która miała juz 40 lat i zapakowała dla kuriera. Otwieranie tej paczki to był prawdziwy orgazm – czego ja tam nie wyjęłam – ulubiony komplecik ciuszków sztruksowych ze Stanów, w którym chodziła moja kuzynka, potem siostra a na końcu ja, spódniczki góralskie ktore zjadły mole, rumuńskie sukienki na upał, korale krakowskie z takiego materiału jak bombki na choinkę ( wszystko niestety wytłuczone ) wianek króremu kwiaty odpadły, a na samym dnie pieknie zachowany serdak krakowski z mnóstwem szkiełek i koralików, ciężki jak cholera i ……enerdowskie rajstopy w prążki jeszcze z metką!!!! Największy czad ta metka! Rajstopy bawełniane, mięciutkie takich teraz nie znajdziesz….ach, całą noc śnił mi się Maciek- miłość przedszkolna! Stroj krakowski trzeba było trochę apgrejdować 😀Córka moja jakaś wielka wyrosła, z serdaku zrobił się króciutki gorsecik, wstążki odświeżyć, spódnicę z fartuchem znaleźć nową, bo mole nie chciały aby historyczna odwiedziła kolejne przedszkole. Zaangażowana w ten stroj była cała rodzina. Ale efekt był genialny – wsród 10 Elz, 10 spidermenow, księżniczek i motylków była ona …. moja oryginalna, historyczna krakowianka Pola… moja ukochana córeczka, w moim ukochanym stroju szytym przez ukochaną mamę… Duma mnie rozpierała …. i rozpiera cały czas… a wspomnienia i powrót do lat kiedy byłam w przedszkolu … bezcenne! I juz nie denerwuje mnie ze mama ma zawalone pawlacze ” szmatami” To nie szmaty – to wspomnienia!

    Odpowiedz
  26. Nie będzie to opis imprezy imieninowej rodziców tylko jeszcze starszego pokolenia, a mianowicie moich dziadków i ich spotkań z przyjaciółmi. A jakie to były okazje?? Najróżniejsze… zaczynając od imienin właśnie a na święcie Wojska Polskiego kończąc.
    Dziadek to oficer Wojsk Lotniczych, pułkownik, oddany swojej pracy, ceniony wśród swoich współpracowników.
    Znajomi to również oficerowie sił powietrznych: piloci, nawigatorzy, technicy.
    Spotykali się często już jako emeryci mieszkający w jednym bloku. Czy to były imieniny akurat w okresie PRL-u? W sumie to sama nie wiem… byłam mała… jedzenia na kartki już się raczej nie kupowało, nie stało się w kolejce aby po pięciu godzinach usłyszeć, że masło to się właśnie skończyło… a kiełbasa to może będzie jutro „a rajstopy Panie to może żonie załatwić rodzina z Niemiec”, co do pomarańczy to może będą przed świętami.
    Jednak dla tych ludzi, podczas tych spotkań, tamten czas jakby wracał… Oni, ci starsi już ludzie opowiadali wtedy, nam swoim wnukom, którzy przyjechali na wakacje z różnych części kraju… jak to było jeszcze parę lat temu. Na opowieściach wcale się nie kończyło… bo te ich spotkania tak właśnie wyglądały…
    Zawsze babcia szykowała śledziki, piekła swoje popisowe ciasto drożdżowe, dziadek szedł do piwnicy po ogórki kiszone, konserwowe i obowiązkowo po kompoty… były najróżniejsze: truskawkowe, wiśniowe, jabłkowe, porzeczkowe, agrestowe i moje ulubione czereśniowe. Sałatkę warzywną dziadek kroił przez całą noc, babcia ją doprawiała a później każdemu z nas kazała próbować czy dobra wyszła, skutkowało to tym, że przed samą imprezą gdy babcia przekładała ją do kryształowego półmiska martwiła się czy wystarczy dla wszystkich bo my wnuki ciągle ją podjadaliśmy. Co do kryształowych naczyń to pamiętam, że były ustawione za przesuwaną szybą w pięknej drewnianej meblościance na wysoki połysk. Zajmowała ona całą ścianę gościnnego pokoju. Dzień przed przyjściem gości trzeba było koniecznie jakimś specjalnym preparatem natrzeć ten połysk i tak jakby polerować…pamiętam jak babcia uczyła mnie specjalnego ruchu, który niby zapobiegał smugom. Kryształy były wyciągane tylko na takie wyjątkowe okazje i zawsze płukane i wycierane do sucha, trwało to w nieskończoność, my już z chłopakami chciałyśmy biegać po lesie, budować bazę na drzewie i strzelać mirabelkami z procy a tu trzeba było te kryształy… no wiecie chyba też polerować. Wtedy się wściekaliśmy ale do dzisiaj mam w uszach dźwięk kieliszków gdy lekko puknęły o siebie i ten strach by przypadkiem nie pobić bo to prezent ślubny lub ten od pani generałowej albo wazon co dziadek dostał na XXXlecie służby.
    A w tych kryształowych półmiskach to i galareta była, obok ocet stał… koniecznie wódeczka… i te szklanki wysokie w takich metalowych koszyczkach… ta szklanka tak się chwiała a ten koszyczek jakby ledwo mógł ją utrzymać.
    Gdy już wszystko było uszykowane, mieszkanie czyściutkie, kryształy wybłyszczone a zapachy się unosiły to wtedy dziadkowie się szykowali…Babcia włosy na tapir robiła, wcześniej siwe a teraz pokryte płukanką na jakiś fioletowy kolor, kreska pod okiem zrobiona i obowiązkowo perfum w kulce aplikowany za uszami i na nadgarstkach, garsonka uszyta u krawcowej zdejmowana z wieszaka, który wisiał na drzwiach, perły których miejsce było na ramie lustra właśnie miały swoje pięć minut, koszula śnieżnobiała wyprasowana tak, że dzisiaj to najlepszy Phillips by tak tego nie zrobił, i ten ruch ręki babci by dziadkowi poprawić krawat, wzrok dziadka pełen podziwu gdy już jego ukochana w swej kreacji paradowała…
    Goście zawsze przynosili w prezencie goździki albo gerbery z takim jakimś dziwnym zielonym czymś co łaskotało gdy się chciało powąchać kwiaty…chyba asparagus…
    My dzieciaki niby mieliśmy mieć swoją imprezę w innym pokoju. Jednak co chwilę byliśmy wołani aby wysłuchać kolejnej opowieści jak to było kiedyś… aby spróbować tych śledzików i posłuchać muzyki z płyty winylowej puszczanej z adaptera stojącego w kącie…
    Pamiętam, że panie zakochane były w Julio Iglesiasie.
    Mimo iż do końca czasów PRLu i tych imprez to ja nie pamiętam to jednak dziadkowie mi to odtwarzali na każdej swojej imprezie…

    Odpowiedz
  27. Gosia O. says:

    Hej Julio,
    napisze krotko. Pamietam tylko jedno: zawsze jak rodzice gosci do drzwi odprowadzili, to ja bieglam do pokoju i te resztki wina z kieliszkow spijalam … No takie mam wspomnienie, bo te wino juz kilka miesicy w tym barku czekalo na te imieniny i chyba wszystko co wyczekiwane i zakazane smakuje lepiej. Sciskam Cie mocno…
    A gdybym tak te spotkanie wygrala, to by bylo jak te imieniny w Prlu takie wyczekiwane…

    Odpowiedz
  28. Grazyna says:

    Haha. Wy to jesteście z Justyna aparatki.
    U nas w domu, przed era telefonów, nawet tych stacjonarnych, odwiedziny gości były częścią dnia powszedniego, a jak już był Sylwester, albo urodziny ( bo u nas jakoś w tych okolicach imienin się nie świętowało ), to w naszym dwupokojowym mieszkaniu pojawiało się osób naście. Na stół wjeżdżal tatar, jaja z majonezem, sledzikiki, sałatka jarzynowa i ser oraz szynka konserwowa z Reichu. Najpierw było ciasto i kawa z fusami w szklance z uchwytem, a potem te smakołyki, no i wódka zytnia oraz czerwone wino dla Pan.
    My smarkacze, podsluchiwalismy z drugiego pokoju, a czasem pozwalało nam posłuchać, w dymie klubowych, lekko sprosnych kawałów wujka.
    Nie było zmywarek, rarytasow-ananasow, a każdemu się chciało i zrobić i przyjść i godzinami zaśmiewac z opowieści. Pamiętam do dziś moja mamę w kwiecistych sukienkach, z modna trwała ondulacja, kolorowymi kolczykami w uszach i czerwona lub różowa pomadka na ustach.
    Uwielbiałam ten gwar, gości i mój zachwyt dorosłym światem 🙂

    Odpowiedz
  29. Anna W says:

    Dawno temu w Wielkopolsce, odbywały się imieniny mojej Mamy.A imię jej Krystyna.Jak wiadomo wszystkie Kryśki świętują w marcu.Prawie wszystkie bo na ten przykład moja Mama, będąc dzieckiem oznajmiła rodzinie,że odtąd będzie je obchodzić w grudniu. Co by z siostrą swoją Bożeną nie musieć dzielić się tym świętem.
    I tak oto mamy grudniowe popołudnie, dnia piątego. Pamiętam poruszenie w domu, dzwonek do drzwi i radosne witanie gości.
    Pamiętam odgłos młynka do kawy i widok Mamy pochylonej nad nim,bo krótki kabel był. Zapach parowej”plujki”w szklankach z koszyczkami.
    Zazwyczaj pomagałam nagrywać do stołu, nosiłam kryształową cukiernicę,platery z zimnymi zakąskami, pieczywo równiutko pokrojone,tycią karafkę z octem do galaretka i sztućce. Resztą zajmowała się Mama.
    Piekła wspaniały placek,murzynek z polewą, faszerowała jaka majonezem i szynką, gotowała zupę, która robiła furorę w tamtym czasie. Flaczki a’la kapitańskie to( niezbyt wyszukana) nazwa tej zupy.Robiona na bazie rosołu i dużej ilości mięsa, papryki. Ostra, dobra pod żytnia lub wyborową😉Dla Pań było wino Sangria lub likier adwokat. Do popicia woda z syfonu lub grodziska czyli woda mineralna, gazowana z Grodziska wlkp.
    Gdy goście pojedli, popili zaczynały się wspominki,opowiadanie kawałów i przyśpiewki.Królowało” góralu czy Ci nie żal?”oraz” „bela Mari” 😁
    Trochę tańców też było do muzyki z magnetofonu typu grundig.Boney M.,Abba,włoskie disco. Wydawało mi się, że wszyscy dorośli są wspaniałymi tancerzami. Lubiłam podpatrywać ich z boku,podziwiając panie w klipsach z tęczowymi powiekami. Panowie wydawali się zabawni,pod krawatem, w kolorowych koszulach,skorzy do żartów.
    Utknęły mi szczególnie w pamięci imieniny pewnego roku… pod koniec imprezy gdy towarzystwo wypasione,panie z lekko opadniętym tapirem a panowie już bez krawatów. Jeden z gości, dobry nasz sąsiad z bloku obok pokazał sztuczkę z widelcem. I mój Tata jako, że nie chciał być „gorszy”od sąsiada, przypomniał sobie o umiejętności nabytej w młodości. A mianowicie o bezbolesnym zjadaniu szkła. Miał już sporo w czubie więc szybko przeszedł do czynu i ugryzł szklankę z ulubionego kompletu Mamy.Ku jej niezadowoleniu rzecz jasna. Tata niczym nie wzruszony fakir, zjadł” kęs” do końca wywołując salwy śmiechu i z pewnością wrażenie.
    Jeszcze długie lata po tym wydarzeniu Mama otrzymywała szklanki w prezencie 😊tak na wszelki wypadek gdyby Tata dostał apetyt na szkło.
    Pozdrawiam Cię Julio.dzięki za możliwość wylania tutaj swoich wspomnień.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz.