• jak On mnie denerwuje…

    _DSC0254 _DSC0417 _DSC0360 _DSC0475 _DSC0316 _DSC0260

    Jezusicku, Maryjo Boska święta! jak On mnnie denerwuje jak nie zje tego śniadania!!

    jak można?  toż to nie dzień przecież! wstajesz i śniadanie. inaczej dzień polegnie! choćby nie wiem co! choćby chleb stary, to tosty trzeba zrobić.  a jak chleba nie ma, to omleta! ale śniadanie musi być! bez śniadania ani rusz. i bez dyskusji…
    ale On se nic z tego nie robi. i jak Mu mówię, że ten żołądek go przecia ciągle od tego boli. że nie zje rano konkretnie, a potem już choćby nie wiem co, to se nie polepszy. choćby strusia, kawior i maślanką popił. nic nie poradzi.
    palcem mu tak wskazującym pokazuje i dokładam jeszcze..
    -i nie pij tej kawy na ten pusty brzuch. napij się tu herbatki z cytrynką i miętą.
    a jak ja zrobie herbatkę to… nie ma takiej we wsi.. cały dzban zawsze narobię. a jak! jak robić to z rozmachem… miodu nawale..

    jem to śniadanie. na talerzu dużym, bo przecież tyle tych kromek mam, że  na innym mi się nie mieszczą i wypadają.
    sałate dam, szynki, sera, kiełków, pomidora.. tak se nakładę, że ledwo morde  mogę rozdziawić do tego kęsa upragnionego.
    i nic ten kęs w tej buzi mi nie przeszkadza w tym by dalej Mu przemawiać!
    siedzi. siedzi po mojej prawej i w okno patrzy. o! woda Mu się zagotowała na tą parzoną z trzech łyżeczek. idzie se zalać.
    wraca. a nie, nie.. zanim wróci to się tam naszuka kubka odpowiedniego do tej kawy. bo inny być nie może.
    przyszedł. ja gadam bez ustanku. rukola mi z buzi wystaje i pyskuję. że czemu On mi to radio wyłączył? przecież ta stacja taka fajna.
    o! np wczoraj, ładuję do zmywarki. tak naładowałam, że zamknąć się nie da. ciskam w te drzwiczki na chama i klne. a w tym radio nagle… „Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda”!
    humor mi się od razu tak poprawił, że z tego tańcowania zapomniałam tej tabletki wsadzić co wymywa te brudy.
    no i pytam.. czemu On mi to radio wiecznie ścisza?! mówi, że przecież te telefony ciągle do Niego od rana dzwonią i nie może się skupić na gadce jak mu coś z boku gra! że my zdążyliśmy te dzieci między tymi telefonami to naprawdę sama się dziwię..
    siadł. mało tego, że kawe ma! On se przyniósł do tego garść orzeszków w czekoladzie! łoż kurna jego mać! rozłożył na stole, bierze po jedny i podrzuca, a potem tak otwartą buzią lewituje pod nim żeby trafić. patrzę i nie wierzę. nie w to, że trafia za każdym razem, ale w to, że ja to strzymuję!
    jem. w rodzinie już się śmieją, że podobno ja nie jem tylko biesiaduję! rozumiem, że zjadam niemało, ale żeby tak sobie z ciężarnej robić żarty. wielki mi dowcip. jakby mięli po dwa kilo wody w każdej nodze, to też by z rozpaczy biesiadowali.
    zbieram palcami po talerzu te kiełki i kiedy ciskam już do buzi słyszę…
    – ale my już jesteśmy starzy.
    podnoszę powoli twarz znad pożywienia i otwieram coraz szerzej oczy. czy aby On do mnie to mowi..?
    rozglądam się dookoła stolu. no do mnie, bo nikt inny się nie przysiadł. czasami tak się zajmę tym biesiadowaniem, że mogłabym Kogoś  przeoczyć..
    ja rozumiem, że celulit mocno mi się pogłębił od kiedy mnie poderwał na tej hali części motocyklowych, i na herbatę w termosie wziął, ale żeby od razu takie słowa..?!
    szybko więc zmienił wersję..
    -no.. ja jestem już taki stary.

    ocho! znam Go za dobrze!
    -a co..? mistrzem w motocrossie chciałbyś zostać?

    patrzy na mnie ze smutną miną i mówi
    -nooooo, chciałbym.

    ja ludzi już nie rozumiem..
    -no ale jak miałeś naście lat to chciałeś być mistrzem na torze i jeździłeś każdy wolny czas człowieku na tor ze ścigaczem.

    podrzucając ostatniego orzeszka z pretensją wyciąga palec wskazujący mi prawie w oczy i rzecze:
    – bo to Twoja wina! czemu żeś mi tak późno powiedziała że ten motocross taki fajny?!
    po czym wsadził kubek do zlewu i poszedł.
    dobrze, że już skończyłam jeść bo jakbym parsknęła to cały stół by był wyścielany.
    dam se ręke uciąć, że za 30 minut wróci i będzie w lodówce grzebał..
    jak On mnie denerwuje jak nie zje tego śniadania!

    wieczorem, koło 22ej wracam z kina, ściągam buty, torebkę, kładę się na kanapie i mówię.. 
    wiesz.. jak jechałam, to tam w jednej uliczce stała taka para. On motocyklem, Ona była na rowerze. stali tak i tak się podrywali.. to nie była jeszcze randka, widać tylko było, że coś Ona może do Niego. On trzymał rękę na Jej kierownicy..
    Jak mi się tęskni za takim randkowaniem, motylami w brzuchu…
    popatrzył na mnie sprzątając zabawki i mówi:
    – widzisz Puszku, Ty też już jesteś stara…

    cóż starość każego dopadnie.. tylko nie wiedziałam, że to już.. 😉

    _DSC0236 _DSC0336 _DSC0190 _DSC0355

    wyniki konkursów ( wszyscy zwycięzcy zostali wybrani przez fundatorów nagród) :
    Czytaj dalej

  • bliźniaczki… inspiracją Antonii

        Jak Tosia mogłaby nie prowadzić „szafy” mając takie inspiracje od najbliższych…? Czytaj dalej

  • asparagus – wyniki konkursu PRL

    Przecież mogłabym pisać kontrowersyjnie. Zbierać setki tysięcy fanów jednego dnia.
    Doskonale wiem jak to robić. Schemat jest prosty..
    Mogłabym informować o postach na portalach w sposób intrygujący, by tylko sprowadzić na swoją stronę jak największą ilość obserwatorów.. Robić szum, obojętnie jaki. 
    Tylko z miliona czytelników można mieć jedynie miliony na kontach, a moi rodzice pokazali mi, że w życiu warto zabiegać najbardziej o mądrego człowieka obok. O człowieka w ogóle.  O wartość i poziom dialogu.
    Moja przyjaciółka powiedziała mi kiedyś.. „nie zazdroszczę Ci Jula ani fajnego męża, ani domu, ani spełniania się. Zazdroszczę Ci najbardziej tego, że rodzice pokazali Ci jak żyć. Wiesz ile ja muszę popełnić błędów, aby w końcu dotrzeć do właściwego wyboru…”
    Jeżeli kiedyś przyjdzie mi odejść ze świata blogowania to zerknę do tyłu i pomyślę.. „Boże, tyle fajnych ludzi, tyle rozmów, wspomnień, ciepła i serca”. I chce mieć tego „człowieka”, którego żadne pieniądze tego świata nie kupią…
    Bo nawet konkurs na tym blogu nie ma człowieka byle jakiego, a takiego właśnie, że łzy się do oczu cisną…

    „Julia…poznałam Cię pierwszy raz na Świętach Slow –choć czytam od lat …byłam ubrana na czarno, nie do końca z miłości do tego koloru. Mama moja zmarła bardzo niedawno. W wieku 58 lat zaledwie. Choroba zabrała nam całe Szczęście , Miłość, Sens, …jakim była MAMA. Nie odważyłabym się tego napisać…ale odkąd byłam malutka…taka całkiem maleńka…piosenki Rominy i Al Bano towarzyszyły mi przez lata całego mego dzieciństwa. To był najukochańszy duet, muzyka Mamy. Pamiętam jak w soboty, gdy nie musiała wstawać o 5h rano…tata włączał płyty (w wieży ,którą kupił jej w prezencie właśnie, by mogłą ich słuchać kiedy chciała) i Mama pozwalała sobie ( i nam  ) poleżeć ciut dłużej i wsłuchiwała się.. . Wskakiwałam Jej wtedy do łóżka i razem śpiewałyśmy. . .To były czasy! Dlatego ..gdy tylko zobaczyłam tytuł…zaczęłam pisać. . . Dla Mamy.”

    i to…

    „Kasiu, tak pięknie napisałaś! I przypomniały mi się sukienki mojej Mamy z grempliny- słonecznie żółte i fioletowe, pięknie odszyte. Taliowane. Przed kolanko. I te kozaki na platformie, długie do kolana i zapinane na zamek, wężykiem dookoła. I tak mi się zatęskniło… i łzy mi kapią na biurko.. Co to za miejsce ten blog Julii? Że wspomnienia tak ożywają, te zapomniane gdzieś…? Te szufladki w głowie ktoś pootwiera – jak nie Julia to Kasia… Zaczarowane TU wszystko! Dobrego dnia Kochane moje.”

    Niezwykłą przyjemność dało mi czytanie Waszych słów w konkursie PRL.
    Te wspomnienia u wszystkich takie same. Bo choć różniły się naszym wiekiem  w tamtych latach, choć może były małe odchylenia w imieninowym menu, to każdy ma taką samą radość przy tych retrospekcjach.
    Taka iskra tęsknoty w oczach. 
    Za beztroską spotkań.
    Bo choć wszystkiego było mało, to człowieka w tym wszystkim nie brakowało.

    Myślę, że taki slogan powinien określać czasy PRLu. Bo to ostatni moment bytowania człowieka z człowiekiem, jako jeden z podstawowych sensów życia. Mam nadzieję, że ludzkość jeszcze do tego powróci.
    Że nasyci się wszystkim tym co dziś oferuje nam świat. I znowu zaczną przychodzić do siebie ludzie…
    Bez kilkunastu wcześniejszych uzgodnień telefonicznych..
    Miałabym ochotę przytoczyć wszystko to o czym pisały dziewczyny..

    ” Najmilej wspominam jak dzieci padały pod stołem i tam spały aż do końca imprezy. Nikogo z tego powodu nie nazywano patologią. Fajne czasy.”

    albo to..

    „Aby móc razem wysłuchać tych kopiowanych o sto razy kaset magnetofonowych z ulubionymi piosenkami, pogadać o tym co kto upolował w zagranicznym czasopiśmie, oczywiście chodziło o zdjęcia i artykuły o ulubionych wykonawcach, a w przypadku naszej paczki były to wieści o zespole ABBA:). Jak już towarzystwo się trochę podhecowało alkoholem zaczynał się główny punkt obchodów imieninowych czyli granie w „butelkę” „

    słowa mojej drogiej B. muszę skopiować całe bo tak się cudnie czyta..

    „A ja też pamiętam takie imprezy z sałatką jarzynową, tatarem, śledzikiem, jajkiem z majonezem. Jedna z sałatek jarzynowych przeszła do historii… bo uczestnicy (Ci co więcej zjedli wylądowali w szpitalu) I z tego co mi wiadomo, w tym szpitalu nikt pary z ust nie puścił, gdzie tej sałatki się najadł…A Sanepid też jej chciał spróbować…
    Ale przypomniałam sobie inne imprezy z domu rodzinnego, też z PRL, jeszcze bardziej odległe…Byłam dzieckiem.
    Każdy we wsi pamiętał kiedy są imieniny Janka, Marysi, Karola, Stacha, czy Kazi. Telefon jeden we wsi, gdyby trzeba było pogotowie wezwać. Więc nikt się nie umawiał na spotkanie, a jednak wieczorem sąsiedzi pukali do drzwi. Nie.. zanim zapukali słychać było charakterystyczne otrzepywanie butów z błota. W tej sieni takie charakterystyczne… Bo wieś rozległa, to przez pola szybciej było. Radość wielką pamiętam. Prezenty były. Kto zdążył to do miasta po prezent pojechał: krawat jaki kupił, chusteczki do nosa- komplet koniecznie – w paski dla mężczyzn, z kwiatkiem dla kobiety („nosówki”) , fartuszek, wazonik. A ten co nie zdążył kurę pod pachę złapał albo gorzałkę i jeszcze szybciej przez te pola pędził. Radość wielką pamiętam, wędliny ze spiżarni, galarety z octem, śmiechy i rozmowy. Jak się chłopów nie dało już przekrzyczeć, bo alkohol przez nich już krzyczał, to kobiety zajmowały się sobą. Przepisami się wymieniały, krojami, poradami wszelakimi. Chyba mocno się wspierały. O sukcesach szkolnych swoich pociech nie pamiętam żeby rozmawiały. Śpiewy były. Zazwyczaj te same przyśpiewki coś tam…”cała noc psy szczekały…” a potem tylko ra ra ra i koniec, obowiązkowo „Góralu, czy Ci nie żal…” Jakie miejsce w tym wszystkim dzieci… ano cichutko zajmowały się sobą, albo spały. Niepojęte! czasami same w domu… bo rodzice do Karola na imieniny wyskoczyli. No i tych dzieci nie było co ciągać co po nocy:)”

    i to super…

    „Zwiastunem nadchodzącego końca zabawy był szum wokół stołu i wstający od niego goście. Nikt nie musiał przypominać dziecku pięć razy i nawoływać do domu. Po prostu karnie się żegnałyśmy i Małgośka wychodziła razem z rodzicami. Pamiętam, że nie przeszkadzałyśmy dorosłym i nie wołałyśmy co chwilę, że czegoś potrzebujemy. Nikt nie robił dla nas osobnego bufetu – podkradało się to co akurat było na stole”

    od Justyny jest genialne..

    „Ze wszystkich imienin, które rodzice hucznie obchodzili w PRL przychodzi mi jednak na myśl jedno ważne pożegnalne spotkanie. Przyjaciółka mamy z pracy wyjeżdżała w 86 do Niemiec. Miała córkę, z którą także i ja się przyjaźniłam. Razem spędzałyśmy wolny czas, jeździłyśmy na wycieczki i razem przeżyłyśmy niejedne imieniny dorosłych;)
    Muszę tutaj dopisać, że mieszkałam w jednym z dziesięciopiętrowych bloków, na ścianach były zwykłe najtańsze tapety, w pokojach była tylko wersalka, jakaś szafa, a u rodziców duży komplet mebli na wysoki połysk. Generalnie szału nie było:) Ale to i tak było dla nas wszystkich, bo wtedy większość tak mieszkała, bardzo dużo. Każda rolka tapety była na wagę złota, każdy mebel był dla nas ważny bo tak ciężko załatwiony.
    I tak na tej imprezie, którą pamiętam do dzisiaj, a minęło 30 lat (!) ciocia na pożegnanie wymalowała nam farbami pół ściany w pokoju rodziców. Od teraz każda wigilia, Wielkanoc, imieniny, urodziny nie były już takie same. Całe życie toczyło się w tym jednym dużym pokoju, na ścianie którego były słowa pożegnania, śmieszny rysunek, wypisane nasze imiona, wszystko to co miała wtedy w sercu ciocia:) I jeszcze jedno co mi tak bardzo zostało w pamięci, że nikt nie miał żalu, nie wściekał się, że te ściany tak mozolnie wytapetowane zostały pomalowane farbami. Co więcej, to był taki odruch z jej strony, że jej nawet na myśl nie przyszło, że robi komuś kłopot. Po prostu nie analizowało się takich spraw, żyło się i cieszyło. W porównaniu do dzisiejszych czasów gdzie rodzice własnym dzieciom nie pozwolą zrobić rysunku na ścianie, krzyczą gdy niechcący łapkami zostawią ślad to wspomnienie odżywa we mnie na nowo! I przypomina mi ciągle co jest tak naprawdę ważne! Bo przecież dzisiaj te małe ślady od kredki czy rączek wytrzemy gąbką, ba, pomalujemy na nowo ściany, bo wystarczy jechać do pierwszego lepszego sklepu i kupić puszkę farby! W dodatku zmywalnej:))) A jednak wolałabym żeby te tapety wróciły do nas, a z nimi to podejście do życia, które wtedy mieli w sobie dorośli i dzieci.”

    Cały wpis Kasi przepiękny, kopiuję choć odrobinę..

    „U Babci rodem z Oszmiany z kolei dla gości – bliny. Niebiańskie, pulchne placki na sodzie, maczane w tłuszczu wytopionym ze słoninki i boczku, z jajkiem sadzonym i smażoną kiełbasą. Odziedziczyłam przepis, ale mnie nigdy takie nie wyszły. Soda widocznie dziś inna. Dziadek za blinami przepadał, ale w koleżeńskim swoim gronie świętował ze skromniejszym menu: podczas imprezy w działkowej altance na zakąskę babcine cebulki tulipanów poszłyyyyyy. Nie doczekały wysadzenia. Było trochę pomstowania, było… Chcesz cukierka? – idź do Gierka. Cóż tam cukierek (choć smakowite były). Czekoladki „Malaga” – ktoś pamięta? Te dzisiejsze nie takie jak dawniej. Tamte nie były za słodkie, tamte były idealne. Nic dziwnego, że na adapterze Bambino „Odpływały kawiarenki”, a niektórzy ruszali „Parostatkiem w piękny rejs” lub „Windą do nieba”. Bo przecież było „Tyle słońca w całym mieście”. I nigdy nie było za ciasno, i zawsze każdy się zmieścił, nawet jakby przenocować trzeba było – na tapczanie kładło się w poprzek, a pod nogi, żeby nie zwisały, krzesła dostawiano. To chyba wówczas w kontaktach międzyludzkich jak nigdy potem the sky was the limit… choć wtedy mało kto wiedziałby, co to znaczy…”

    tak fajnie napisała Eboum

    „Przychodzily w gosci piekne panie z wylakierowanymi wlosami, rozowa pomadka na ustach, blyszczacymi cieniami na powiekach i koniecznie w bluzce z poduszeczkami na ramionach… Wreczaly kwiaty (zawsze po trzy! trzy gozdziki, trzy gerbery, i te, ktore pachnialy jeszcze tydzien po imieninach – frezje…), byla w prezencie i kawa, i zagraniczne kremy (kupione w najczarniejszym zakatku dzielnicy), czasami krysztalowy wazon czy miseczka… Panowie w dokladnie wyprasowanych koszulach przynosili za zwyczaj trunki (byla i „Extra”, i „Stolowa” i „Zytnia”…).”

    i Gosia z zamiłówaniem do używek 😉

    „Pamietam tylko jedno: zawsze jak rodzice gosci do drzwi odprowadzili, to ja bieglam do pokoju i te resztki wina z kieliszkow spijalam …”

    i od Grażynki

    „Nie było zmywarek, rarytasow-ananasow, a każdemu się chciało i zrobić i przyjść i godzinami zaśmiewac z opowieści. Pamiętam do dziś moja mamę w kwiecistych sukienkach, z modna trwała ondulacja, kolorowymi kolczykami w uszach i czerwona lub różowa pomadka na ustach.”

    Uwielbiam takie szczegóły wspomnień jak u Ani

    „Pamiętam odgłos młynka do kawy i widok Mamy pochylonej nad nim,bo krótki kabel był. Zapach parowej”plujki”w szklankach z koszyczkami.”

    Konkurs wygrywa Alka. Mistrzostwo pióra.

    „Dzieci i ryby głosu nie mają”, wydobył z siebie solenizant, wujek Jurek, nim zadławił się śledziem lub sałatką jarzynową. Wuj krztusił się, czerwieniąc po cebulki włosów, które skąpo obdarzały bogatą niegdyś w loki czaszkę. O tej czuprynie, ku milczącej, bądź, w przypływie uczuć, pomrukującej aprobacie wujka, lubiła opowiadać ciocia Grażynka. Na dowód czego, z gracją Magdy Masny, asystującej w „Kole Fortuny” Wojciechowi Pijanowskiemu, wskazywała monochromatyczne fotografie, poutykane między przesuwanymi szybami lśniącej meblościanki.

    Początkowo nikt z nas się dławieniem nie przejął, jednak gdy wujek wstał, unosząc ponad stół imponujące krągłości, wiadomo było, że nie ma żartów. Mimo to, zgodnie z wyartykułowaną maksymą, głosu nie wydaliśmy, choć może wypadało, bo wuj dusił się do głośnego akompaniamentu akordeonowego „Tylko we Lwowie”, a dorośli zajęci byli tańcem na skrzypiącej pod piętami klepce lub śpiewem, takim co sąsiedzi w czwartej linii zabudowy, na trzecim piętrze budynku w kształcie prostopadłościanu, słyszeć musieli.

    Najgłośniej, jak zawsze, śpiewała ciocia z okolic Tczewa, ekspedientka Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, dzięki której na imprezie nie brakowało chyba niczego, a i na co dzień herbaty Jubileuszowej. Dzieci tradycyjnie obdarowała wedlowską czekoladą, sklejając nam usta jej nadzieniem orzechowym. Przełykaliśmy słodycz, coraz mocniej wybałuszając oczy na wujka, który zmieniał kolory, niczym kameleon, szarzejąc jak dym z Popularnych, bielejąc jak krem Nivea, i różowiejąc jak Konserwa Turystyczna.

    „I bogacz i dziad, tu są za pan brat”, wyrwało się, jak z przebudzenia, wujowi Staśkowi, marynarzowi, który teraz, całą rozciągłością unoszącej się postury, zataczał zamaszysty ruch wahadłowy, jakby inscenizował kołysanie łajby lub parodiował ekspresję akordeonisty. A wtedy wuj, co się dławił, rzucił się na wuja Staśka, jakby z pretensjami, co uwiarygodnić chciał aktualny, buraczkowy koloryt jego twarzy. Szarpnął wuj Jerzy wuja Stanisława, uchwyciwszy jego kamizelkę, pod którą z impetem trzasnęły gumowe szelki, podtrzymujące spadające z chuderlawej postury sztruksowe spodnie. Wuj Stanisław, nim się zreflektował, że tu o ratowanie życia idzie, podskoczył z krzykiem, któremu wraz z ubożejącym rezonem, łamała się intonacja: „cooo?” Niespodziewana napaść nadwątliła i tak niewielką energie vitalae wuja, więc oparł się o stojące nieopodal krzesło, względnie trzeźwo odstawiając dzierżący w dłoni kieliszek. Podpora okazała się fotelem bujanym z rattanu, który latem pozostawiał na udach cioci Grażynki cętki, co z niekrytym entuzjazmem z odkrycia, z mocą mutacji zdradził najstarszy z dzieci, kuzyn Artur. Chwilę później stało się nieuniknione. Za sprawą zmaterializowanej, dwubiegunowej wariacji Thoneta, wujowie padli na podłogę, a wuj Staś pośpiesznie ruszył ku pośladkom wuja Jurka, by siąść na nich i bez wahania, w czynie społecznym poklepać masywne, szerokie, milicyjne plecy.

    Wówczas ciocia Grażynka, niosąc czerwony, emaliowany garnek z wystającą spod pokrywy łyżką wazową, weszła do pokoju uroczystym krokiem, by, z nieco reżyserowaną elegancją, zaindagować: „kto ma ochotę na flaczki”? A wtedy już bez trwogi i ceremonii, zachłyśnięci ulgą szczęśliwego zakończenia, z niemodulowaną emfazą, niecenzurowanym bon tonem, wykrzyknęliśmy chóralnie: „ja, ja, ja”. Chcieliśmy bowiem czym prędzej zjeść, a następnie ujść, by inaugurować właściwą cześć imprezy. Ta odbywała się na poddaszu nadmorskiej hacjendy, gdzie można było pić niereglamentowane ilości Polo Cocty, zjeżdżać z balustrady i śmiać się z podsłuchiwanych rozmów dorosłych, tonących w odmętach wódki Baltic.”

    Z Alką spotkam się na wiosnę w Warszawie, i gdyby któraś z dziewczyn z konkursu chciała to ja z największą chęcią wezmę goździków więcej. I posiedzimy na leżakach, twarz do słońca powystawiamy..