• bliźniaczki… inspiracją Antonii

        Jak Tosia mogłaby nie prowadzić „szafy” mając takie inspiracje od najbliższych…? Czytaj dalej

  • 6 – list do Ciebie moja Kochana.

    Jak mi serce drży. Przez gardło chce wyskoczyć.
    Jeszcze nigdy siadając do pisania nie czułam się właśnie tak..
    Mam tyle słów, myśli, wspomnień.. Tego co chcę zapamiętać aby zapisać..
    Ale przede wszystkim bardzo się boję..
    Bo napisać o Tobie… to… trzeba czegoś więcej niż ja mam czy potrafię..

    Spodziewałam się dziewczynki. Chciałam i marzyłam o dziewczynce.
    Spodziewaliśmy się oboje. 
    I wiesz, ludzie się za głowy łapali, bo my z Tatą znaliśmy się zaledwie krótką chwilę kiedy zdecydowaliśmy, że chcemy żyć razem. Już, od teraz i z rodziną..
    Mam nadzieję, że wiesz i patrząc na nas każdego dnia nie dziwisz się podjętej przez nas decyzji.
    Bo bardziej kochającego i czułego Taty nigdzie indziej bym dla Ciebie nie znalazła..
    Jestem dobrej myśli, że się cieszysz.. Że to akurat On. I z Nim ja.

    To duże wyzwanie urodzić akurat Ciebie.
    Bo zupełnie nieplanowanie urodziłaś się z za dużym sercem.
    Ono właściwie działa. Pompuje i przetacza..
    Ale to serce każdego dnia zawstydza nas. Nas dorosłych.
    Wtedy gdy zbyt szybko się denerwuję, a Ty znajdujesz rozwiązanie.
    Wtedy gdy nie mam siły, a Ty to widzisz i znajdujesz je w sobie.. Siły większe niż Twoje sto siedemnaście centymetrów.
    Gdy my, dorośli, wiedząc tak wiele, w tych zwykłych codziennych ścieżkach zwyczajnie się potykamy, przystajemy.. Ty wtedy nas przeganiasz, rączką odsuwasz gałęzie i odnajdujesz drogę..
    Tak jak wtedy, gdy Twój brat budzi się z wielkim płaczem.W niedzielny poranek. I kiedy człowiek chciałby choć jeszcze na chwilę zamknąć oczy, Ty jak ta strzała wbiegasz do naszego łóżka mówiąc – Benio, mam dla Ciebie 4 sposoby na zażegnanie tego płaczu..
    Już po drugim zapomina, że płakał..
    Kiedyś zza ściany podsłuchałam jak mówisz szeptem do brata ” Benio, mama się dziś źle czuje. Jak coś chcesz to mów mnie i ja Ci to dam albo pomogę. ok?”
    Nie robisz tego pod publikę.
    Mówisz do niego przeróżnie.. Mała kuleczko, bąbelku, loczusiu, dupeczko…

    Kiedy Cię rodziłam, nie wiedziałam czy będziesz siostrą siostry czy brata.. Co los przyniesie..
    Ten rozdział naszego życia.. O siostrze brata.. Powinien być osobno opowiedzianą historią.
    Sześć lat temu urodziłam dziewczynkę. Wydawało mi się, że zwykłą. I na taką czekałam.
    Dziś wiem, że sześć lat temu urodziłam siostrę z najpiękniejszym sercem dla swojego brata.
    I kiedy ludzie mówią „jaką Ona jest siostrą”, odpowiadam – wiem..
    Bo choć uważam moja Kochana, że dzieci są wspaniałe dla swoich rodziców, a dla reszty świata są zwyczajnymi dziećmi, tak tutaj akurat po prostu – wiem…
    Bo to ja jestem Mamą, straszą od Ciebie o dwadzieścia osiem lat… Lecz w kwestiach naszego małego chłopczyka w naszym domu, to nie wiek się liczy a wielkość serca..
    Wielkość Twojego zawstydza mnie każdego dnia.
    Ten wstyd powoduje, że staram się być lepszą Mamą.
    Spokojniejszą, cierpliwszą. Szukającą rozwiązań zamiast rezygnującą.
    To Ty pokazujesz mi, że rozwiązania są banalne. 
    Mam nadzieję, że dzięki Tobie, kiedyś ten chłopiec będzie wspaniałym bratem. 
    Wobec Ciebie nie da się być innym człowiekiem. 

    Kiedy masz sześć lat jesteś niezwykle otwartą i śmiałą dziewczynką.
    Obcych ludzi pukających do drzwi, czy to od prądu czy przywozu desek, bierzesz za rękę i mówisz – „chodź kochany, wejdź dalej”.
    Nocujących u nas gości, czy to po raz trzydziesty czy pierwszy, budzisz wpadając Im do łóżka i ściskając.
    Rożnie, czasami jest to moja przyjaciółka, kuzynki, Babcia albo dwudziestoletni zawodnik hard enduro. 
    Dorosłego sąsiada po długiej nieobecności witasz słowami „jak dobrze, że już wróciłeś, tęskniłam za Tobą”.
    Dla ekspedientki w sklepie robisz bukiet z polnych kwiatów gdy idziemy tam polami.

    Mówisz „dzień dobry” wszystkim których mijasz na swojej drodze.
    Bez trudu przychodzi Ci słowo „przepraszam”. I przepraszasz wtedy naprawdę. Widać to w Twoich oczach.

    Wciąż tak ciężko mi uwierzyć, że urodziłaś się akurat mnie. 
    Bo krew z krwi.. Ale Twoja płynie jakby lepiej. Bystrzej. Przez oceany tętnic i żył.
    Choć po mnie dużo gadasz. Najczęściej buzia Ci się nie zamyka..
    Powiadają, że masz duży zasób słów.. To, to już niestety nie po mnie..
    Śpiewasz godzinami wymyślone piosenki. Prawie bez nabierania tchu.
    Czasami jesteś wróżką, a czasami syreną.
    Choć ostatnio najczęściej Wayaną. I weszłaś na wszystkie możliwe drzewa w okolicy.
    Ludzie pod tymi drzewami truchleją gdy Cię widzą. Skoczną taką kózkę.

    Malujesz, rysujesz, kleisz i wycinasz godzinami.
    Lubisz piec ze mną ciastka. Siedzisz wtedy na wyspie kuchennej i wycinasz foremkami wzory.
    Znasz proporcje do naleśników i sama miksujesz.
    Choć od 3 miesięcy w końcu śpisz w swoim łóżku, to jeszcze wędrujesz do nas w nocy.
    Kiedy się budzę, najczęściej stoisz już ubrana z obawy, że naszykuję Ci ciuchy ze zbyt małą ilością różu.
    Kochasz cekiny, błyskotki, tiule.
    Nade wszystko kochasz sukienki w motyle.
    Z wielką ochotą chodzisz do przedszkola. Kochasz tam niezmiennie od lat Karola.
    Mogłabyś zamieszkać w basenie. Jesteś rybą w wodzie.
    Wciąż gdzieś się pakujesz. Niezliczone ilości torebek i koszyczków spakowanych do babci, do Rozalki.
    Przepięknie okazujesz radość. Robisz to często. A Twój brat jak wszystko zresztą, przepięknie to naśladuje.
    Myślę, że dzięki Tobie nauczył się cieszyć mocniej. Doceniać bardziej.
    Lubisz mozzarellę z bazylią, rosół i chrupki duszki na które wiesz, że nie pozwalam..
    Wtedy robisz ten uśmiech.. i kupujemy.
    Świetnie jeździsz na rowerze.
    Boisz się zwierząt. Dlatego na szóste urodziny dostaniesz kotka dachowca od Cioci Justynki.
    Może to pomoże..
    Kiedy się rozbierasz w przedpokoju zostawiasz wszystko rozrzucone na podłodze albo zwinięte w kulkę i wciśnięte w szafkę. Buty na środku pozostawiasz.
    Czasami Cię wołam abyś poprawiła, choć najczęściej sprzątam sama. Jeszcze się w życiu nasprzątasz.
    Jesteś empatyczna.
    Kiedy śpisz masz taki cudnie zadarty nosek i usta w  serduszko.
    A kiedy nie i masz otwarte oczy, to jest w nich coś takiego.. taka mądrość.. niewypowiedziana.

    Lubię kiedy się tymi oczami zapatrzysz..
    Mawiają, że jesteś kopią swojego Taty. Twoje gesty, mimika, słowa, chód, ruchy..
    Dziwisz się kiedy jakiegoś dnia nikt do nas nie przychodzi i my nigdzie nie idziemy.
    Jesteś dzieckiem ludzi. Zagadujesz, zaglądasz Im w okna. Chcesz wciąż z Kimś przebywać. Kogoś gościć.
    Masz wielką wyobraźnię.
    Od trzech lat nie zjadłaś nic w przedszkolu i pijesz tam tylko wodę. Chyba, że suchy makaron.
    Chcesz mieć długie włosy jak Roszpunka, by łapać nimi Benia gdy burzy Twoje poukładane klocki.
    Pięknie opalasz się po Tacie.
    I kiedy jesteś taka opalona, te oczy masz jeszcze bardziej błękitne.
    Uwielbiasz wakacje u dziadków i kuzynek. Wygłupiać się tam z wujkiem Piotrkiem.
    Kiedy wracasz tęsknisz za swoją przyjaciółką Leną.
    Dzięki temu, że masz piętnastoletnie kuzynki czasami jesteś już taką nastolatką. Kochasz je nad życie.
    Boli Cię brzuch gdy jedziemy dłużej autem.
    I nigdy nie ma końca czytania książek przed snem. Zawsze jest za mało.
    Dziś akurat czytamy drugi już raz „Dzieci z ulicy awanturników”.
    Potrafisz słuchać. Wiesz co znaczy słowo „obietnica”

    Najczęściej zamiast zerkać lub patrzeć „łypiesz okiem”.
    I kiedy się podpisujesz, zawsze robisz to odwrócone Ƨ – TOƧIA.

    Masz silną wolę.
    Kiedy podczas ospy było mi Cię żal i smyrałam Cię po krostach, mówiłaś „nie Mamuś, nie smyraj bo jeszcze to polubią”.
    Lub wczoraj rano, kiedy czesałam Benia, a Ty położyłaś się na kanapie w kłębek mówiąc, że Ci zimno..
    Kiedy już szłam z kocem znowu mówisz „nie Mamo, bo się tak miło zacieple i będzie mi ciężej wyjść do tego przedszkola”.
    Masz w sobie coś takiego, że człowiek widzi w tym wszystkim sens.

    Że chce się dla Ciebie więcej i lepiej.

    Czasami masz gorsze dni. Gorsze zachowanie.
    Na to wszystko Ci pozwalam i całkowicie rozgrzeszam.
    I mam wielką nadzieję, że nigdy nie będę „Matką co nie pamięta”.. 
    Pamiętam moja Kochana, swoje zachowania, swoje grzechy i błędy.
    Daje Ci dziś prawo ich popełniania. Choć masz dopiero sześć lat, obiecuję Ci to.

    Popatrz bez jakiego składu ja piszę..

    Nie wiem jak to dalej wszystko będzie. Jaka ja i jaka Ty.
    Lecz dziś myślę, że nie można zrobić nic lepszego, niż dać światu dobrego człowieka. 
    Mam nadzieję, że przyniesiesz wielu ludziom ukojenie i radość tym swoim wielkim sercem.
    Jednak pamiętaj, zawsze musi to być Tobie z tym serduszkiem jak najlepiej, aby móc rozdawać innym.

    Kiedy śpisz obok, głaszcze palcami Twoje brwi i rzęsy. Twój nos i poliki. 
    Myślę sobie, że niech będzie różnie, ale daj mi losie doczekać Twojego dorosłego życia.
    Być w tej ławce gdy będziesz brała ślub.. i gdy odwrócisz głowę by złapać mój wzrok..
    daj mi losie to szczęście by w tej ławce być.

    Wszystkiego najlepszego moja Kochana sześciolatko.

    Mama.

  • blog niesponsorowany.

    Moja Kamila pisze bloga. To znaczy dwa wpisy w miesiącu w najlepszym wypadku.
    Ale wolę to, niż gdyby te jej słowa miałyby całkiem z Niej nie wychodzić.
    Mój ulubiony styl pisania. Ten każdy szczegół który pozwala Ci tam być całą sobą.
    Widzieć makatki na ścianach, kurze w kątach…
    Zawsze mi żal kiedy ludzie z takim talentem piszą tak mało..

    „Był taki czas, kiedy świat pachniał jaśminem i dezodorantem Impulse. Kiedy można było siedzieć do rana na ławeczce w altance nad stawem i pić tanie wino albo umierać chwilowo z rozkoszy w czyichś silnych ramionach. Kiedy jeszcze był czas na niekończące się rozmowy i niekontrolowane pocałunki. Kiedy śmiech był radosny i nie przeszkadzał chłód sierpniowego wieczoru wdzierający się pod sukienkę. Kiedy rytm dnia wyznaczał Steven Adler na Gunsowej perkusji, a moda była z second handu wzorowana na dziewczynach z teledysków Aerosmith i Bon Jovi. Plotłyśmy bransoletki z muliny, bo nie było internetu, którym można było  zabić czas do kolejnej dyskoteki i owijałyśmy nadgarstki rzemykami kupionymi na zapas na szkolnej,  czerwcowej wycieczce do Zakopanego. Bywały nudne  wieczory w wiejskim pubie, nad paczką paluszków i colą, oraz takie kiedy „urywał się film”. Niczego się nie żałowało, bo i czego tu żałować kiedy masz długie włosy nie splamione farbowaniem i całe życie przed sobą. Nie ważne, że było biednie. Było beztrosko. Nawet kiedy trzeba było przemnknąć się przez wieś w ciuchach wymiętych po wczorajszym wieczorze, a w głowie wciąż szumiało i nie do końca wiadomo czy to od jabłkowej wódki czy z zakochania. Nie miałam problemów z zasypianiem, bo sen przybliżał do nowego dnia jeśli nie pełnego doznań i emocji to z pewnością pełnego marzeń. Jak łatwo się wtedy marzyło. Nie przytłaczała codzienność. Odpływałam jak na haju pijąc zwyczajną herbatkę z dzikiej róży, słuchając Wilków albo Nirvany. I była jeszcze Sobota. Od 19 wieczorem brzuch napełniał się motylami. Był klub, raczej wiejska dyskoteka z podświetlaną podłogą, na której stoi teraz Lewiatan, a w której tańczyłyśmy do ostatniej nuty, często wywijając bluzką wysoko w powietrzu. A te wlaśnie ostatnie nuty zazwyczaj należały do Niego. Z tym Nim to było bardziej na zasadzie dwojga „innych”, którzy się odnaleźli niż wielkiej, szalonej, wakacyjnej miłości. Bo idąc do chłopaka o 3 nad ranem raczej nikt nie spodziewa się słuchać Doorsów aż wzejdzie słońce, wypatrując spadających jak deszcz (bo to Sierpień) gwiazd, albo uczyć się jak poprawnie wyrzucić prawy sierpowy. Niby nic nie miałam, ale też niczego mi nie brakowało. Nawet pewności siebie. Świat należał do mnie, poranna rosa w ogrodzie, zapach „parzuchy” z rana pomieszany z resztkami papierosowego dymu matki, po jej wyjściu do pracy. Kromka chleba z masłem i z cukrem nie zmuszała do przeliczania jej na kalorie, nigdzie się nie spieszyłam, miałam siłę obejrzeć „Kocham Kino” i czas żeby odsłuchać „Top 100” w RMFie, dobre 3 godziny trwało chyba. Wszystko wokół jakby bardziej pachniało. I trawa, i deszcz, nawet pory roku, a może miałam czas żeby się w ten zapach zagłębić? Za tym tęsknię najbardziej, żeby zwolnić. Tak mało potrzebowałąm, żeby się cieszyć i czuć tę radość całą sobą. Nie żeby teraz było smutno, ale inaczej jest. Czasami czuję, że tak nie „po mojemu”. Niczego nie żałuję. Może tylko tego, że nie mogę od czasu do czasu „wskoczyć” tam z powrotem tak na chwilę, dwie. Nacieszyć oko i serce.”

    „A ja lubię starych ludzi. Nawet bardzo. Zawsze wolałam wiekowe towarzystwo. Starzy ludzie rzadko się spieszą (wiadomo, stawy, plecy itp), mają czas na rozmowę, na herbatę, na długie przerwy pomiędzy zdaniami. Mają ten spokój, który osiągnąć można tylko wtedy kiedy już nic „się nie musi”. Tam skąd pochodzę, mieszka z nami „płot w płot” sąsiadka. Pani Misia. Michalina. Samo imię jakie super. Pani Misia musi mieć teraz jakieś 95 lat. Chyba od 5 roku życia, regularnie wpadałam do niej na plotki i  na karmelki, którymi częstował mnie jej mąż. Zawsze mieli te karmelki w kryształowej cukiernicy na stole w głównym pokoju. W tym pokoju stoi też wielki zegar z wahadłem, wybijający godziny głębokim, miedzianym dżwiękiem. Pani Misia jest mistrzynią wypieków, swojskiego żurku i dziergania. Jakie ciasta ona piekła. Teraz żeby zrobić ciasto trzeba mieć koniecznie ten robot kuchenny za 2500 zł i nawet wtedy ło Jezu co za wyczyn. A pani Misia jeszcze do niedawna wsypywała powoli składniki do ogromnej glinianej misy, z wyżłobionymi wewnątrz rowkami i tarła wszystko trzymając oburącz wielką drewnianą pałkę. Takie pieczenie musiało trwać kilka godzin. Bo przecież najpierw biszkopt a potem jeszcze masa.  Ale najważniejszy jest żurek. Mama dawała mi 1 zł i wysyłała ze słoikiem na wymianę, problem był taki, że mimo iż mieszkaliśmy zaledwie 5 m od siebie żur był tak pyszny, że po drodze do domu wypijałam pół słoika. Na szczęście był tak wspaniale kwaśny, że nawet pół słoika wystarczało żeby zrobić pyszą zupę. Wszystko co umiem zrobić szydełkiem to zasługa właśnie pani Misi. Czasami siedziałyśmy sobie całe, długie listopadowe popołudnie i dziergały. Ona śmigała kolejną parę skarpet (wyższa szkoła jazdy, skarpety robi się na 5 drutach) a ja próbowałam utrzymać równy ścieg na moim szydełkowym szaliku. Czasami coś mówiłyśmy, czasami było cicho. Ona opowiadała jak to pod koniec wojny, w piwnicy mojego domu ukrywali się Niemcy. Ukrywali się przed Rosjaniami. Jeden, taki co na końcu pozostał, chciał już tylko do domu wrócić, ale zaraz jak tylko łeb z kryjówki wychylił to go Ruscy zastrzelili. Nie wiadomo już którzy byli gorsi… Pani Misia po wojnie pracowała w pralni, od tej pralni właśnie pokrzywiło jej kolana. Na starość strasznie popuchły i jeżdziła na zastrzyki, 20 w jedno i 20 w drugie kolano. Oczy też w końcu zaszwankowały. W ogródku, mąż pani Misi poustawiał metalowe, kolorowe krasnale, posadził choinki a na środku ustawił duże białę kamienie a na ich szczycie latarnie morską, która świeciłą nocą, kolorowymi oknami. Czasami stałam wieczorem przy płocie, przy akompaniamencie szczekania Barego (ich psa) i wpatrywałam sie w kolorowe szybki latarni. Cięły komary, pachniała zaroszona trawa i ten cholerny pies nie przestawał szczekać. Pani Misia uwielbiała ruskie pierogi. To była taka nasza tradycja, ilekroć mama robiła pierogi leciałam z talerzem do mojej sąsiadki. Pani Misia nauczyła mnie też kląć . Hadra. Zamiast „szmata”, o ileż  lepiej zamruczeć „hadra” 🙂
    Pani Misia. Pani Misia zmarła. Przed kilkoma dniami. W wieku 95 lat. Ludzie mówią, że to piekny wiek. A ja mówię- nie ma pięknego wieku na umieranie. Kto mnie teraz od bramki „Kamilko!” zawoła…?”

    „Chyba mi drinka nie starczy, żeby napisać ten post. Wszystko przez to, że jestem fajna. Po prostu. Nawet cyganka mi to powiedziała. Jakieś trzy dni temu weszła do sklepu gdzie pracuję, ogarnęła mi grzywkę z czoła i mówi- o tu, tu siedzą wszystkie twoje zmartwienia. Zazdroszczą ci. Usmiechasz się, ale serce ci płacze.-
    Potem powiedziała mi co zrobić, żeby tej zazdrości się pozbyć. I pewnie bym olała wróżbę gdyby nie fakt, że tak ją ta moja lwia zmarszka wciągnęła, że postanowiła pomóc mi za darmo. U cyganek zwłaszcza tych nowych sprawa nie do pomyślenia żeby za darmo urok odczynić. Ale ta jest stara, bez przednich zębów za to z perłowo-diamentowymi kolczykami w uszach. Przychodzi uśmiechnięta od ucha do ucha świecąc pustymi dziąsłami, owinięta chustą i w zużytych adidasach. Z twarzą spaloną słońcem gdzie raz po raz unosząc brwi ukazuje białe kreski zmarszczek. Mamrocze pod nosem i koślawym kciukiem odgarniając grzywkę dotyka mojej zmarszki, którą miałam sobie przecież zbotoksować na 35 urodziny. W dupie mam, zostawię jak jest. Poczekam aż cyganki wskazówki podziałają. Może sama zniknie jak i ta zazdrość co się wokół mnie skupiła. Bo jest czego zazdrościć…mam ogromną umiejętność „nieżałowaniazagrzechy”. Mój największy skarb.”

    „Różnie bywało. Był czas, że bywałam i taki, że jakby mnie nie było. Był czas, że co wieczór jadałam kolację w innej restauracji, a do śniadania piłam Dom Perignon z bogatego zasobu chłodzącego się w superwypasionej lodówce. Był też czas, kiedy kupowałam hurtowo porcje rosołowe(3 euro za ok 5kg) z których wymyślałam przeróżne potrawy. Taki czas kiedy robiłam Kubie herbatę z mlekiem, bo na mleko z puszki nie starczyło. Był czas kiedy byłam księżniczką i czas kiedy co wieczór wyłam pod prysznicem(żeby nikt nie słyszał) zadając sobie pytanie „czy zawsze już tak ma być?”. Lekcję wykułam na blachę i mam to szczęście, że dała mi ona niezwykły luz. Taki, że czasem sama sobie się dziwię. Cieszy mnie wszystko. Pranie rozwieszone na balkonie, pyszny obiad, ładny widok za oknem. Nie prześladuje mnie myśl, że czegoś nie mam  a bardzo chciałabym mieć. Nie dławię się na widok zdjęć z egzotycznych wakacji, komórek czy samochodów.Jasne, że nie zawsze tak było, ale cieszy mnie niezmiernie, że mi przeszło. To nie tak, że niczego nikomu nie zazdroszczę. Zazdroszczę… Bo mieszkając na Cyprze wiele mnie omija. Koncerty, spotkania, filmy ( niezwykle ubogie to kino tutaj), czas z przyjaciółmi. Wszystko co wraca uśmiechem kiedy wspominam. Właśnie dzisiaj podczas wieczornego czytania Kuba walnął ” ja też chcę pojechać pociagiem” i tak mi się wspomniało i zamarzyło, żeby wsiąść do przedziału pachnącego tym sztucznym materiałem jakim pokryte są siedzenia, z obwarzankiem i soczkiem, czekać na pierdzący sygnał odjazdu, zeby móc wreszcie zapatrzyć się na wieczorne mgły co osiadają na łąkach, przykleić nos do szyby pachnącej kolejowym kurzem. No właśnie…czasem niby tak niewiele trzeba żeby być szczęśliwym, tylko co zrobić kiedy nawet tak niewiele jest zwyczajnie nieosiągalne…Na Cyprze nie ma pociągów:-)”