• czasami…


    Czasami się zdarza…
    Czy przez przypadek? hmm…
    Z pomocą losu dobrego…?
    Możliwe.. 
    Lecz najbardziej zdarzyć się może z chęci człowieka. Jego pracy, wytrwałości.
    Zakładając bloga, lata temu, nigdy nie myślałam, że doprowadzi mnie ta droga do książek.
    Swoich i cudzych.
    Choć lubiłam czytać od zawsze. Pomijając szkoły, gdzie lektur przeczytałam kilka. A gdy ginęłam w książkach, to były to zgoła inne tytuły. Ważne, aby w tych tytułach jednak ginąć.
    Z biegiem lat popadam w nałóg.. Z dnia na dzień jestem coraz mocniej uzależniona.
    Im więcej ich czytam. Im więcej się dowiaduje, im mocniej przeżywam, im bardziej mnie unosi, tym większą mam ochotę na kolejne i kolejne..
    Każdą wolną chwilę poświęcam na czytanie.
    Czytam po nocach, wstaje z oczami do których należałoby włożyć przysłowiowe zapałki.
    Za tydzień lecę do mojej przyjaciółki na Cypr. Taki wyjazd bez dzieci. Kamila, plaża, książki i ja.
    Mój mąż wtedy na rajdzie, a z dziećmi najlepsi Dziadkowie na świecie, dzięki którym mogę pozwolić sobie na luksus wypoczynku, jaki był gdy miało się naście lat.
    Choć moja Mama, kiedy Jej dziękuję, mawia, że cóż z tego, że Oni by zostali, gdybym nie miała do kogo jechać. I nie chodzi tutaj akurat o Cypr, a o ludzi. Że pomimo dzieci, odległości czy innych wydarzeń życiowy, o ludzi trzeba zabiegać, dbać, pamiętać. Aby nie okazało się kiedyś, gdy dzieci wyfruną z domu, że nie mamy swojego życia. Albo, że nie szanowaliśmy ludzi należycie.
    Choć ja myślę, że cóż gdy mamy do Kogo jechać, gdy nie ma z kim dzieci zostawić..
    Dlatego naszych Dziadków w ilości sztuk cztery, można wymieniając na przedmioty, wymienić na sztabki złota.
    Ale nie o tym chciałam..
    Od kiedy kupiłam bilet, siedzę myślami w samolocie i czytam. Potem leżę na plaży i czytam.
    Oczywiście pomiędzy tym jadę z Kamcią na targ, idę na nocne tańce i jem arbuzy.
    Leżą na biurku naszykowane książki na podróż. Dwie – „historia złych uczynków” i „krawcowa z Madrytu”
    Skończyłam wczoraj czytać trzecią część „owoc granatu” i myślę sobie, no dobra, do wylotu nic nie czytam, bo mam plan roboczy napięty co do godziny. Dosłownie. 
    Wracam w  nocy, rano wyjeżdżam i ciągle na spotkaniach.
    Ale potem myślę, jak to, toż to jeszcze osiem dni do wylotu i bez książki?
    To wzięłam na szybko „Hanka” i … jutro skończę.
    Kocham ten stan. Czekania na czytanie. Szukania tej chwili. Dowiadywania się co dalej. Potem rozmyślania.. Taki stan tak pomaga w życiu… Mam wrażenie, że się żyje „lepiej”.
    Kiedy czytam i jestem „w transie” nie mam pragnień materialnych, potrzeb internetowych..
    Książki, które w tym moim czytelniczym świecie mnie zaczarowały to Joanna Jax.
    A Wy już o tym wiecie…
    Pisałam o nich, pokazywałam, mówiłam. Bo stwierdziłam, że tak dobre, wręcz niezwykłe pisanie, trzeba rozprzestrzeniać. Zarażać nim.

    A potem nadeszła propozycja od wydawnictwa, abym została patronem medialnym… I ta propozycja była…
    Nie wiem jakim słowem opisać…
    Może spełnionym właśnie marzeniem na jakie się czeka. Nieświadomie.
    Przychodzi samo, kiedy nie określasz celu, lecz gdy skupiasz się na drodze jaką podążasz..
    Kiedy ta droga staje się sama w sobie celem, nie liczysz czasu i nie dłużą Ci się dni.
    Nie czujesz rozczarowania, gdy rzeczy które chciałeś spotkać na owej drodze – nie nadeszły.
    Bo przyszły inne.. I jak mawiają, a ja często powtarzam, życie nie jest gorsze ani lepsze od naszych marzeń, jest po prostu zupełnie inne.
    Bo kiedy czytałam Joasię i myślałam sobie – rany, jakie to musiałoby być niesamowite poznać tę kobietę. Głowę w której piszą się takie historie…
    Tymczasem jutro jest spotkanie autorskie Joasi w Krakowie, które zorganizowałam w ramach patronatu medialnego i uda się posłuchać niezwykłego świata jaki Jax chowa w sobie.
    Bo czy ja śmiałaby kiedyś marzyć o połączeniu mych dróg z kimś kim się zachwycam..?
    A jednak. Czasami się zdarza.
    I jak to mój mąż wczoraj wieczornie mi powiedział, gdy rozmawialiśmy o zupełnie innej kwestii…
    – Ja się już nie przejmuje takimi rzeczami. Życie mnie nauczyło, że jedno się zamyka, inne otwiera. A potem kolejne i kolejne. I jakkolwiek się nie otwiera, zawsze okazuje się docelowo, że te zmiany są dobre.
    Myślę, że ta moja droga, zamykane i otwierane okna, drzwi, możliwości, wyjścia, wejścia, prowadzą zawsze do wartości jakie są dla mnie najcenniejsze.
    Na skrzydełkach trzeciego tomu sagi „Zanim nadejdzie jutro” możecie przeczytać mój opis.
    Nie ukrywam, że uczucie, gdy czytasz już książkę na którą tyle ludzi czeka jest wyjątkowe.
    Kiedy chowasz w swoim komputerze tajemnice jej treści..
    Jutro spotykamy się w Krakowie, o godzinie 19ej w Absurdalia Cafe (ul. Brodzińskiego 6).
    Mają przepyszne ciasta, tarty, donaty. Kawy, czekolady… Mmmm.. Już mi ślinka cieknie gdy piszę.
    Myślę, a raczej wiem, że będzie to piękny wieczór.
    Na moim profilu facebook’owym jest udostępnione wydarzenie z tym wieczorem na które się można „zapisać/dołączyć”. Gdyby Ktoś z Was się nie zapisał a chciał przyjść – oczywiście.

    Wstęp wolny, dla wszystkich. Można się zdecydować nawet w ostatniej chwili.
    Tak jak ja ostatnio, jadąc na spotkanie autorskie z Wojciechem Dudką. Było na 17:30 a ja postanowiłam, że jadę o 17:15. O jakże się cieszę! Wspaniale opowiadał. Można by było siedzieć i słuchać do rana. Co za człowiek. Ile wiedzy, ile empatii, ile uczuć.. żyłam tym spotkaniem kilka dni.
    Dlatego w imieniu Joanny Jax, wydawnictwa Videograf, kawiarni Absurdalia i swoim, serdecznie Was zapraszam..
    Spotkania autorskie bywają piękne, nawet gdy nie czyta się książek.

    Chodzi o coś najważniejszego – poznanie drugiego człowieka.

    Jeżeli nie czytaliście Joanny Jax, to weźcie koniecznie na wakacje „Dziedzictwo von Beków”, „Zemstę i Przebaczenie” albo „Długą drogę do domu”. To będą wakacje o jakich się pamięta dzięki muzyce, zapachom, przeczytanej wtedy książce…

  • Mario


    Wiele rzeczy się zmieni. Jak śpiewała Jantar… „nic nie może przecież wiecznie trwać…”
    Nie, nie, nie zamierzam lada dzień kończyć bloga, ale kiedyś taki dzień nadejdzie…
    I co wtedy pozostanie? 
    Przede wszystkim ta myśl, że z pasji może stać się tak wiele dobrego..
    Nie prowadzę na instastories video-relacji z otwierania boxów/paczek od korporacji. Zupełnie mi nie przeszkadza, gdy robią to inni, jednak wiem, że nie jest to moja droga.
    Chcę kiedyś spojrzeć wstecz i wiedzieć, że droga którą szłam była całkowicie tą, która była spójna z moim postrzeganiem świata.
    Mija siedem lat blogowania a ja nadal otrzymuję na przykład, między innymi ulubieńców moich dzieci.
    Tosia nazywa to „samoręczna” robota.
    I jak Maria uwielbiam, bo kojarzy mi się z moim dzieciństwem, tak za tymi chińskimi jednorożcami nie przepadam. Ale toleruję i szanuję wybór mojej córki jako ulubieńca…
    Do momentu kiedy nie przyszedł w pocztowym pudełku ten oto jednorożec…
    W takim wydaniu stał się piękny, bajkowy, unikatowy, delikatny, zwiewny…
    Dbam o nich. Bo pragnę włożyć im te maskotki „samoręczne” do ich pudełek z dzieciństwa.
    Czasami gdy już zasną i idę Im poprawić kołdry, zgasić lampkę Tosi po czytaniu, to biorę do ręki te maskotki i przypatruję się ludzkiej pracy i talentowi..
    Długo się przypatruję, bo wciąż niezwykle zadziwia mnie zdolność ludzkich rąk…

    ________________________________

    indywidualne zabawki dostaliśmy od – mademyself
    huśtawka dzieci (super wytrzymała i wygodna. dzieci z niej nie wychodzą) – homla.pl

  • rock’n’roll

    Po południu Tata wynurzył stwierdzenie jakoby przed śmiercią mogły go uchronić dwie rzeczy.
    Dźwięk piły motorowej i rock’n’rolla.
    Jako, że wymyślone przez siebie samego krótkie ironiczne wstawki bawią go niebywale, to potem powtarza je co jakiś (gęsty) czas, zaśmiewając się z nich pod wąsem.
    Jak na przykład kiedy porównują go do Kulczyka, to odpowiada z powagą, że z Kulczykiem to akurat różnią się tylko jedną kwestią. Tutaj każdy czeka na opis majątku.. A Tata odstawiając fajkę od ust i wypuszczając dym odpowiada, że Kulczyk już nie żyje, a On jeszcze tak…
    Albo jak uwielbia przytaczać wspomnienie, gdy Mama nazywa go ironicznym, a On sobie przecież przeczytał co znaczy owe określenie „ironii”.. że to człowiek o niebywałej inteligencji w swoim dowcipie..
    Ach, jak go to cieszy… Że Mama go tutaj zganić chce za jego zachowanie, a on tak błyszczy w swej opinii..
    I jako, że powtarzać lubi co wymyśli, to do samego wieczora o pile i rock’n’rollu przypominał..
    Narobione już przedświątecznie kobiety przy kuchennych blatach wybawił Adam, i pizze już swą słynną kręcił, a my oceniliśmy ten wybór idealnym jak na Wielką Sobotę.
    W tenże sposób towarzystwo podzieliło się na dwie części.
    Okupujących wyspę kuchenną w oczekiwaniu na spożywanie, oraz tych tarasowych, czyli ludzi z tarasu.
    Głośnik JBL brzmiał nadawaną przez młodzież nutą, która pachniała naszymi i dalszymi jeszcze czasami.
    Zapach tych nut powodował podrygiwania nóżką… które przeistoczyły się w podrygiwania ciałem, a co ostatecznie doprowadziło do wirowania osobników i obrotów nader szerokich.
    I wtedy wjechał jak na zamówienie rock’n’roll, który wyrwał dziadka z tarasowego fotela i wszedł jak lew parkietu z córką swą Justyną…
    Ja wyciskałam ścierkę i opróżniałam koszyczek odpływowy w tymże rytmie, stając się całością tańczącej kuchni. Adam tarł ser hulając ręką po tarce. Bliźniaczki z Tosią nie wychodziły z transu  już od godziny.
    Benio, zagorzały tancerz, tym razem niewzruszony kolorował przy stole na czerwono Dżetka.
    Po dwóch dniach, widząc nagrania, Babcia która wtedy siedziała na tarasie skomentowała „a gdzie ja byłam wtedy? Czemu mnie tam nie ma?”
    Do dziś wszyscy zachodzą w głowę, czy to już ten czas, kiedy trzeba by było składać się Babci na aparat słuchowy…
    Choć Zięciowie zgodnie twierdzą, że możemy być spokojne, gdyż Babci nie idzie obgadać nawet gdy dźwięk obracanych liter przez Izabellę Krzan w kole fortuny, słuchać z odbiornika telewizyjnego na pół wsi..
    Zawsze wtedy obróci głowę, choć niby jak w transie wpatrzona w ekran i zapyta „co tam o mnie mówicie?”
    Na co chórem odpowiadają „że bez teściowej ani rusz!”
    Rytuałem tychże świąt stały się wycieczki do piwnicy, gdyż konkubent mój zwany mężem zakupił był dwie kosiarki naraz. Tak się w nich rozkoszował, że jedna była mu mało i zobaczywszy ogłoszenie godne zainteresowania posiadaczy trawnika (zaznaczmy, że nasz jest zwykle przesuszony, albo nie ma go wcale) pojechał do Krakowa w celu nabycia kolejnej..
    Teraz myślę, że może on rozumiał to jako postrach dla tych traw.
    Może ilością noży tnących w Husqvarnie chciał tę trawę do wzrostu pogonić…
    Piękno tych kosiarek zdawało się poruszyć Tatę mego, Teścia i Szwagra, a Adama o dumę to wielką przyprawiało i w ten oto sposób chodzili co chwila do piwnicy na oględziny.
    Na oględzinach się nie kończyło, gdyż Adam, kolekcjoner kosiarek, nieposiadający się z radości, co rusz którąś wystawiał i rozpoczynało się jeżdżenie.
    Jedną z tych chwil uwieczniła Babcia na telefonie, gdy w oknie kuchennym stoję Ja, siostra moja, Jej dwie córki i moja jedna, a za oknem Dziadek z rozwianym siwym włosem pali gumę w kosiarce lub też robi na tej trawie, która nie chce rosnąć, tak zwane „bączki”.
    Kurz spod kół szaleje, ręka na biegach rytmu nie traci, a stopa gazu nie żałuje.
    Śmiem stwierdzić, że przed tą śmiercią uchronić go może jeszcze dźwięk jednej z kosiarek kolekcji Zięcia Jego.
    Historią czasu ów wolnego, który spędzamy w pełnym rodzinnym składzie, stała się również wielka i szczera gościnność mego męża.
    Gdy w niedzielny wieczór zeszły się oba rody, Dziadków sztuk cztery odliczyło, dosiadł się ten i owen, okazało się, że dno butelki nadeszło szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał. W akompaniamencie śmiechu i wspomnień, każdy niemo domagał się więcej.
    Na to wszystko przybył superbohater, właściciel domu tego.
    I kierując się do kuchni oznajmił, że co jak co, ale wódki to on ma wystarczająco.
    Powrócił z dwoma butelkami. A w każdej z nich coś na dnie się bulgotało, co nawet na jedną kolejkę nie starczyło. O nie.
    Ach! Taki żarcik! On przyniesie konkretnie, bo przecież ma i dziada z siebie robił nie będzie..
    Tym razem powrócił z połową flaszki. Choć może to była bardziej jedna trzecia.
    Potem wspaniałomyślnie stwierdził, że może przynieść piwa, ale każdy ryknął śmiechem, żeby se darował, bo oni napitego nie spożywają.
    Tym sposobem, już do odjazdu kiedy ktoś opowiadał jak coś było wielkie, potężne lub okazałe to porównywał do Adamowej gościnności.
    Na spacery poszliśmy dwa. Niby osób kilka, a jak pielgrzymka do obrazu świętej Panienki.
    Dobrze chociaż, że nikt namiotu nie pakował i plastrów na odciski po aptekach nie szukał.
    Połowa przy płocie wyszykowana i czeka. Nawołują „idziemy czy nie?!”
    I jak iść zaczęli Ci co się na nich czekało, to czekającym się sikać zachciało. I pić do tego.
    Ten wziął rower, ten hulajnogę, a tamten jeszcze szuka co wziąć chce.
    Justyna powtarza trzeci raz, że chce iść po drodze, a nie po chaszczach, bo sukienkę piękną, zwiewną, świąteczną założyła.
    Jak się za krótką chwilę okazało, w takich chaszczach to dawno nie była.
    Adam, znany z kosiarek, miłośnik motocrossu postanowił pokazać nam swój tor, który z maczetą od roku codziennie tworzy.
    Niby kiedy oskarżam go o niebyt w domowym ognisku i poświęcenie na rzecz motocykla, to mi w twarz wylicza ilość przebytych motogodzin. Że mało!
    Może moto godzin mało, ale maczeto godzin w ….  (tu to słowo co każdy od razu wie).
    No przecież jakby mu zaproponowali sakiewkę złota za te wyręby, to by się nie podjął.
    No chyba, że trzecią kosiarkę to może by się zastanowił…
    Przy każdym pionowym podjeździe całe przemówienia jak się ustawić trzeba i kiedy dosiąść, a kiedy gazu odpuścić by na samą górę te bydle podprowadzić.. Ileż to siły i wytrwałości człowiek musi mieć..
    Zatem wcale nie dziwota, że on nie ma za grosz energii, gdy przychodzi do kąpania dzieci przed spaniem..
    Przy czwartym podjeździe o którym również chciał opowiadać, każdy obmyślał plan ucieczki.
    A podjazdów było ze sto. Raz za razem fascynował go tak samo.
    W drodze powrotnej nikt z dzieci nie miał już siły jechać na pojazdach jakie w podróż ową zabrali i tak, na małym rowerku wracałam ja. Z kolanami przy brodzie. Na hulajnodze moja siostra. W zwiewnym, świątecznym swym odzieniu. Po sześciu kilometrach, opalonych karkach i dekoltach, każdy chciał powrócić drogą na skróty. Droga ta prowadziła brzegiem drogi asfaltowej czyli publicznej.
    Zdziwienie ludzi w autach patrzących na dwóch ułomów jadących na mikro pojazdach, była dość ciekawym zjawiskiem.
    W domu czekały na nas polędwiczki w sosie, które przygotowała szczęśliwa Babcia, która „przygód maczety Adama D” podziwiać nie musiała.
    Poranki charakteryzowały się jednolitymi rozmowami na temat tego, czyje chrapanie osiąga decybele godne startu odrzutowca, i kto wtedy kogo chciałby tym odrzutowcem wysłać w kosmos.
    Dzień lanego poniedziałku był koszmarem pani domu. Jako, że mój ulubiony brat męża mego (jednego ma), wraz z dwójką synów swych (no jakie pieruny urodziwe) perfumami nie kropili, a jechali z grubej butli. Podłogi jak podłogi, ale te umyte okna upalcowane całe, gdyż przy oknach się walka toczyła największa.
    Tosi podręcznik szkolny wyglądał jakby kto przed chwilą wyłowił ją z rybackiego kutra.
    Dobrze chociaż, że śledziem nie śmierdziało. 
    Krótkie wolne chwile, albo odpoczynek po spożywaniu, (Obiadu rzecz jasna!) spędzaliśmy uciśnięci jak sardynki, na kanapach, oglądając przyrodniczy serial „Nasza Planeta”.
    Tańce zalotne ptaków, lodowce, dżungle i pustynie podziwialiśmy wkładając do paszczy „pleśniaka” od mistrza wypieków – Justyny M, siostry mej rodzonej.
    A ile się każdy nagadał, że ciast za dużo. Kto to zje?! Nic nie zostało! Ani okruszka! Co za żarta rodzina!
    Ten co podczas oglądania na podwójnej kanapie leżał, wyzywany był od najgorszych! A że cham! A że taki egoista! Wszyscy pouciskani, nogi na nogach, głowy na głowach, pomiędzy pachami wciśnięte dzieci. Ktoś drugi rząd stworzył, a nawet i z trzeciego głosy oskarżeń i zdegustowania dobiegały!
    Ale wiecie, jakbym Wam pokazała zdjęcie leżącego na dwójce, takiego np Pietrka metr dziewięćdziesiąt to każdy wolałby pod pachą siedzieć. Bo dwójka stoi tak, że nic z niej do porządku na ekranie nie widać.
    Ta dwójka to po prawdzie wygnaniem była, to jakby w kinie w pierwszym rzędzie siedzieć.
    Ale! Jak tylko jest ktoś z kogo „łacha można drzeć” to jakby  konieczność. Nie przystoi tego nie uczynić.
    We wspólnym czasie razem (aby był udany) chodzi generalnie o to, aby dość płynnie i sprytnie odnajdywać ofiary do szyderstwa i jednakowoż płynnie zmieniać tych osobników na kolejnych.
    Po czterdzieści lat można by rzec, a głupie…

    Bo przecież żadne z dzieci nie ubawiło się jak my, gdy pod taras chowaliśmy głośnik i z domu puszczaliśmy odgłosy Zombie. Samotna na tarasie Babcia wpadła w lekką panikę i nie rozłączając się na linii z przyjaciółką, zaczęła odgłosów szukać, dobijać się do drzwi tarasowych, aby przed  zagrożeniem uciec. Widząc nas za oknem, leżących na dywanach ze śmiechu, wyzwała nas od najgorszych, choć dowcip był całkowicie w jej guście. Śmiem podejrzewać, że to ta sama krew popchnęła mnie z Justynką do owego dowcipkowania.
    Następną ofiarą był Tata, który wysłuchawszy odgłosów strasznych i przerażających. Basem dudniących, przyszedł spokojnie pod okno i rzekł do nas „dajcie no Tatowi latarkę, bo tam pod tarasem jakieś zwierze zdycha”.. No i weź przyrodnikowi zrób kawał!
    Zanim przed odjazdem zamkną ostatecznie drzwi samochodu, ilość grypsów i ironicznych wstawek nie ma końca..
    Gdyż Szwagier Piotrek pożyczał karchera, a to nie są tanie rzeczy o czym Adam poinformował go niezliczoną ilość razy. Pouciskane torby i walizy wyciągał po kilka razy i układał na nowo tak, aby karcherowi nic w tej podróży nie groziło. Bo przecież stać się mogło wszystko. I to wszystko zostało przez nas wymienione. Reżyserzy filmów akcji mogliby czerpać z naszych opowieści.
    Podczas tego pakowania co rusz mu coś wypadało, a my zginając się ze śmiechu w okolicy brzucha, patrzyliśmy na niego z powagą i współczuliśmy mu jakże ciężkiego i odpowiedzialnego zadania.
    „I pamiętaj Piotrek, odpowiednio go odpowietrz przed użyciem, bo to jest linia profesional, a to nie są tanie rzeczy!” – krzyczał jeszcze Adam gdy ostatnie drzwi były uchylone.
    Ale Piotrek był jakby nie wzruszony na te docinki, gdyż On był tym, co flaszkę przywiózł całą a nie zlewki!

    I wiem, że nawet gdy znikają za zakrętem to jeszcze długo się śmieją.
    Choć Oni jeszcze w czasie podróży dworują z Babci, co na postoju widząc długowłosych chłopców idzie zagadać… Po czym wraca z informacjami skąd są, jaki zespół tworzą i na jaki koncert jadą..
    „I znajdź no Emilka ich tam na tym fejsbuku” – co rusz przypomina. Jakby wciąż młoda była i się w celu rozrywkowym wybierała.. Choć znając Babcię i Jej charakter to by i na Kamczatkę stopem zdążyła w pół dnia, gdyby dobrą gitarę usłyszała..
    Dziadka za to głośne gitary nie biorą, i dworują z niego gdy zasypia w podróży i żeby słoneczko nie świeciło, to trzeba Mu wieszać coś w okienku,  jak dzidziusiowi pieluszkę…
    Ja kiedy kończę Im machać na pożegnanie, poprawiam przed drzwiami wycieraczkę i wiem, że należę do rodziny rock’n’rolla…