Nie jest łatwo.

Nie jest łatwo mieć głowę.
A głowę każdy mieć musi.
Można żyć bez ręki, bez nogi, ale bez głowy, choćby chciał, nie może.
Ileż trzeba się tej swojej głowy nanosić. A ileż w swojej głowie trzeba się cudzych głów nadźwigać.
A ciężar tych głów – niebywały.
Czasy takie, że te głowy coraz cięższe. Coraz więcej muszą pamiętać, coraz więcej załatwiać, coraz więcej potrafić, coraz mocniej dążyć… A przecież taka każda głowa ma jakąś pojemność.
Nikt, kto projektował ludzkie głowy nie przewidywał takiego świata. 
Takiego ciężaru nie obliczył. I z głową jak z siatką. Przecież kiedyś te uszy się urwą i wypadną te zakupy nam pod nogi. I pod cudze nogi też mogą wlecieć. Czasami jak ktoś miły z boku to pomoże pozbierać. Ale ileż razy zbierać będzie trzeba samemu… te swoją głowę, co nie uniesie tego, co nieść musi.
Te ciężkie głowy przyszły szybciej niż można by się spodziewać. Ludzkość nie nauczyła się nie tyle tego ciężaru nosić, co w ogóle mieć tej wagi świadomość.
Ileż razy ktoś mówi nam – tak mnie łupie w krzyżu, a któż z nas mawia – tak mi źle ze swoją głową?
A ja wiem, bo przypatruje się ludziom, wnikliwie, że więcej dziś problemu ludzie mają ze swoją głową niźli z krzyżem. Można iść zgarbionym, można się wszystkim na te plecy pożalić. Można się położyć.
A z głową trzeba cicho siedzieć. Bo wstyd, bo ludzie co powiedzą. A jak powiedzą to głowa będzie jeszcze cięższa.
Nie jest łatwo mieć głowę. W XXI wieku.
Patrzę codziennie jak chodzą ciała z głowami. Noszą je. Czasami ledwo niosą. A zostawić na krawężniku się nie da. Czasami Ktoś kładzie te głowę na krawężniku i jej nosić nie musi. Bo jej już nie ma i inni też tej cudzej głowy nie mają. Bo głowa idzie w piach.
A gdyby tak mógł głośno powiedzieć… O tym jak ciąży, jak o tym krzyżu zbolałym, to na krawężniku nie musiałby z nią leżeć… 
Czasami ktoś się odważy i mówi… Inni odpowiadają – no każdy coś ma. Każdy jakiś ciężar niesie…
Ale może na każdy ciężar innych głów, trzeba reagować. Bo skąd nam wiedzieć, jak ciężkie są inne głowy…
Żeby te ciała odetchnąć mogły i lżejsze głowy nosiły, trzeba wyrzucić. Ciężar posiadania, ciężar sukcesu, ciężar bywania, ciężar perfekcjonizmu, ciężar porównywania, ciężar w sieci istnienia…
Może gdyby tak wyrzucić wszystko i tą lekką głową się rozejrzeć, to nagle zaczęłoby się kochać życie…
Nie dlatego, że się powinno, ale z samego siebie. Dziś głowy szczęście muszą sobie wytłumaczyć… Jestem szczęśliwy bo…. A czy szczęście powinno się wyliczać z dobrodziejstw aby poczuć, czy poczucie szczęścia samo powinno jakoś przyjść…? Powinno. Ale w przepełnionych głowach nie ma na to miejsca.
Nawet szczęście rozpisane musi być pod linijkę. 
Nie jest łatwo mieć głowę.
Tak przywykliśmy do jej wagi, że choć męczy, to trwamy. Wstajemy rano i wleczemy za sobą ten ciężar.
Bo strach przed pozbyciem się wymogów XXI wieku jest większy niż ten ciężar.
Ten kto spróbuje uciec przed ideałami dzisiejszych czasów, będzie cieszył się ciałem, które może iść w podskokach… Owe ciało nie musi nosić ciężkiej głowy…

Kilka lat temu, znalazłam blog „tylko spokojnie”.
Przeczytałam wszystko w jedną dobę. A dwóch tekstów nauczyłam się na pamięć. Tak, pamiętam do dziś.
Nie mogłam się nadziwić spostrzegawczości, zdolności ironii, zabawy słowem.
Agnieszkę Jelonek miałam okazję poznać osobiście. A i bliskich przyjaciół mamy tych samych.
Latami czekałam na ten dzień kiedy Agnieszka wyda swoją książkę.
„Koniec świata, umyj okna” to książka o stanach lękowych. O nerwicy, depresji i tym wszystkim co się dziś w ludziach kotłuje. O tym czego ludzie nie mówią i chowają w swoich ciężkich głowach.
Mam wielki żal do Agnieszki, że ta książka nie jest dłuższa. Ale czytałam w życiu książki niebywale długie. Dziś nic z nich nie pamiętam. Tę noszę w sobie każdego dnia. Jakże ważne aby mówić o ludzkich głowach coraz więcej. 
Aga zrobiła to swoim charakterystycznym sposobem zapisywania. Uczta słowna.
Aga nie bała się poruszyć tematów, których inni boją się poruszać do śmierci, choć całe życie z nimi obcują. Dużo dziś piszą ludzie szczęściu. O odnajdywaniu spokoju i harmonii życia.
Jednak nie da się położyć na stole serwety aby dom był piękny, jeśli wcześniej się tego stołu namoczoną ścierką nie zetrze. Więc jeśli chcemy uzdrowić nasze życie to zanim przystąpimy do szukania radości, musimy sobie dogłębnie uświadomić dlaczego jesteśmy smutni. Czasami sama ta myśl i eliminacja naszych problemów, przynosi ukojenie i otwiera drzwi do szczęścia.
Aby posprzątać nasze głowy, trzeba wiedzieć, w którym kącie siedzi kurz.
Doskonała książka Agnieszki Jelonek. Aga, jakież to fajne, że udało mi się Ciebie w tym świecie znaleźć.
Nie trudno dziś znaleźć człowieka. Nie trudno dziś znaleźć pisarza. Trudno dziś znaleźć tego, który ma coś wartościowego do powiedzenia. A ja Ciebie znalazłam. A Ty też mnie.
Chociaż o to nie musimy się już bać. A to już coś.

Książkę można znaleźć tutaj – wydawnictwo Cyranka.

Alicję zaczynają dręczyć ataki paniki. Wkrótce lęk całkowicie opanowuje jej życie. Nie rozumie, co się z nią dzieje; ma niepijącego męża, wystarczająco dobrą pracę i wspierającą rodzinę. Skąd zatem biorą się te stany? Alicja ukrywa swój koszmar, próbując żyć „normalnie”, w końcu jednak traci grunt pod nogami, a kto nie ma kontroli nad życiem, ten przestaje widzieć w nim sens. Szukając przyczyn zaburzeń, Alicja zaczyna dostrzegać to, co wcześniej umykało niezauważone.

Alicja ma napady paniki. Skondensowanego lęku uderzającego znikąd, w różnych okolicznościach, tak potężnego, że człowiek wymiotuje, dostaje biegunki, nawiedzają go na przemian fale gorąca i przeraźliwego zimna. Reszta czasu upływa na lęku przed następnym atakiem, więc skutek jest taki, że człowiek boi się bez przerwy. Własna psychika może być izbą tortur w wewnętrznym więzieniu. W tej opowieści lękowcy odnajdą siebie, a ci, którzy miewają lęki w zwykłym człowieczym rozmiarze, poczują ulgę, że to nie na nich padło. Świetna, do głębi poruszająca proza.
Michał Cichy

„Jesteś z tym sama”, mówi Agnieszka Jelonek. „Strach to twój problem”. I w jakiś przedziwnie pozytywny sposób pokazuje, że dla dorosłej kobiety bycie samą wobec pewnych wyzwań to najkorzystniejsza pozycja, z jakiej może się z tym wyzwaniem zmierzyć. Wąż, któremu tylko my same możemy zdeptać głowę: dziękuję autorce, że jej piękna książka przypomina mi, że to możliwe i że nikt za mnie tego zadania nie wykona.
Justyna Bargielska

co tam, co tam…

Tematów do posta pisanego mam w głowie kilka. 
Czasami udaje mi się zdawkowo zapisać je w telefonie, aby nie uleciały po godzinie.
Ach tam, godzinie! Ulatują po pięciu minutach. 
Ale siadam tu z kawą. Z samego rana. Znamy się już tyle czasu. Rany! Szmat czasu. Osiem lat.
Osiem! Wiecie jaka to już sprawdzona przyjaźń? Ile w takim czasie człowiek zdąży w drugim poznać, rozgryźć. Za ile rzeczy już może go lubić. Ile rzeczy już musi nauczyć się znosić, jeśli chce aby ta przyjaźń trwała dalej. Ile musi mu wybaczyć, a ile może oczekiwać… Choć mój niemąż mówi, że najgorzej w życiu to oczekiwać. Zatem zaprzestałam oczekiwać, że zbierze po sobie skarpety, a zaczęłam tego żądać. I sytuacja dla wszystkich jasna. Ja nie jestem rozgoryczona, że się nie domyślił, a on nie ma potem zepsutego humoru przez moje fochy, o ten właśnie brak domyślności. Jak to mawia mój Tato, gdy Mama po raz setny powtarza – Andrzej zamykaj tę szafkę jak wyciągasz szklankę. A on jej na to – Ela, ty mi tylko mów i ja już zamykam. I ona mu tak to mówi 43 lata, a on 43 lata już to robi.
Zatem siadam tu z Wami i tą kawą. I jak z przyjaciółką sobie z Wami poplotkuje.
Z dawno niewidzianym przyjacielem trzeba by odgrzebywać zaległe sprawy, dużo zaległych i jeszcze od nich zależnych. Ale my widzimy się często, to opowiem co tam w ostatnich dniach.
To zaczniemy od mojej siostry. Pojechała do Jeleniej Góry na weekend staroci w owym mieście.
Co do pogody to powinno już być przysłowie – Gdzie Justynka, tam kur.. leje.
Nawet jak jedzie dziesiąty raz z rzędu do swojego ukochanego Świnoujścia, w sam środek lata – to pada!
Ach, pada. Tam jest nawałnica. Nie ma mowy nawet o spacerze po plaży, na której mogłaby zbierać muszelki. Boję się, że gdy ta pogoda w końcu jej się trafi, to muszli zabraknie nad polskim morzem, bo taka jest prędka i robotna.
I każdy tak też Justynki żałuje. No bo się wybrało bidarstwo i znowu leje. 
Jakież to mylne odczucia. Justynka nie zauważa nawet, że pada bo… Ona ma załatwiania. Ja mam wrażenie, że ona nie ma czasu żyć, bo ma załatwiania. Ba! Urodziła się po to, aby załatwiać.
Rozumiecie – pojawia się zza zakrętu tabliczka „Jelenia Góra” i ona ma od razu tam załatwiania.
No bo tak, spodnie kupiła, super, w buticzku. Nie byle jakie, oryginalne jak lubi. Ale masz! Zamek popsuty. A tu sobota, zaraz popołudnie, a jak się kupiło dziś, to trzeba jutro założyć.
Rany boskie! Znajdź krawca w sobotę popołudniu na już, w obcym mieście! Ileż trzeba wykonać telefonów, ileż rozmów, ileż podróży. Dzwoni i słyszę, że jej tchu brak, bo tak załatwia.
Jak w Świnoujściu, to od rana, a to wycieczki załatwia, a to noclegi dzieciom co nadjadą, a to kurtek zimowych na -70 stopni, bo wiadomo, że lipiec, ale jest Justyś to Bałtyk zamarza.
A, że w Świnoujściu ma załatwiania, a i tam trzeba promem kursować, to kurtki na -70 akurat w sklepach nie ma, (bo wiadomo – lato) to po lumpeksach szuka. Znalazła. Płynie zatem z powrotem. Uf, lepiej. Kaptur łeb trzyma i pod Szwecję jej łba nie wyrwało. Czasami wysyła zdjęcia. Stylizacji. Jeszcze jak rozłoży na łóżku to co widać, ale jak w ruchu ulicznym na sobie pokazuje to my rodzinnie w głowę zachodzimy czy ona szczytów z Martyną Wojciechowską nie zdobywa, bo prawie rzęsy zamarznięte i brakuje ino czekanów w rękach. Ale boje się, że podpowiem jej tutaj i za rok w sierpniu będzie w Świnoujściu czekany załatwiać. Bo wiadomo, załatwienia muszą być. 
Pamiętam, jak Babcia Adela jechała autobusem do nas (ponad 30 lat temu) i autobus się zepsuł. Stali i czekali. Aż kierowca spróbuje naprawić, aż może ktoś nadjedzie. Autobus pełny. Babcia zdążyła zagadać ze wszystkimi, ale że tych załatwień mało miała, to w polu ludzi kopiących wypatrzyła i tam też poszła.
Czyli z tymi załatwieniami to po Adeli jak nic! No i po Mamie Eli. Ta to dopiero załatwia! Ale to historia na trzy tomową powieść, bo nie wiem czy jeden dzień by w brulionie spisał. No przecież ona jest u mnie i ciągle telefony, że maliny ten ma i kto chce. To obdzwania tam kto maliny chce, bo tamten ma. Potem grzyby. Potem dzwonią mówić jej gdzie kto jedzie i może kto inny chce żeby go podrzucić (wiadomo wieś mała, trudno się wyrwać). Dzwonią też ci, którzy jechać gdzie chcą, a nie wiedzą kto jedzie.
Ktoś coś znalazł i dzwoni czy Mama nie wie kto to zgubił. I Mama oczywiście wie, bo o świcie dzwonił, że zgubił i dzwoni gdyby do Mamy kto dzwonił i znalazł. I pomiędzy lepieniem u mnie pierogów (najlepszych na świcie) z serem, spacerem z dziećmi na dziesięć kilometrów, pieleniem mi ogródka załatwia praktycznie wszystko, co się w rodzinnej wsi dzieje. No a pod wieczór dzwoni Tato, że – Ela, siedzę sam na tarasie, może mi kogoś zaproś. I Ela dzwoni do Sławka, że – Sławek, idźno tam, bo Andrzej siedzi sam. Zastanawiam się jak ten świat funkcjonował bez tego ich załatwiania…?
No ale widać, że idzie pokoleniem. Adela, Ela i Justyś. Rany, Justyś, jak ja Ci dziękuję, że przejęłaś ode mnie te rolę. Jakbyś nie dała rady z tymi załatwieniami to daj znać, coś dopomogę.
Wczoraj wieczorem dzwonię do niej (no bo gadamy codziennie) i mówię – co tam Justyś? A ona mi – Jula, zadzwonię jutro i Ci poopowiadam, bo nie skończyłam tu jeszcze załatwiać.
Tak, że tak. Ten temat już załatwiłam. Obgadany.
Druga sprawa z ostatnich dni, to pyta się mnie mój konkubent – Lala, wykupiłem sobie kurs kajtserfingu, lecisz ze mną, czy zostajesz w domu z dziećmi? 
I wiecie, to jest ten moment, że zastanawiasz się czy Twój mąż zwariował? Bo wiadomo, że u nas problemu, żeby sprzedać gdzieś dzieci nie ma żadnego. Bo wiadomo – Babcia Ela i Ciocia Justynka to załatwią pomiędzy załatwieniami. Czy lecę, czy zostaję se powtarzam w myślach. No pewnie, że zostaję. I jeszcze Ci w tym czasie w garażu posprzątam, motor wymyję, drwa na zimę porobię i z tortem powitalnym będę czekać w drzwiach na twój powrót. Czyli, że lecisz? – pyta on. No z chęcią, ale ja mam dużo roboty – odpowiadam mu. Weź laptop i robotę , bo ja też mam masę pracy. No to dobra, lecę – decyduję. Fajnie, bo bez Ciebie bym nie leciał – mówi, po czym idzie do pracy. I nie wiem, czy by nie leciał faktycznie, czy jak już wie, że lecę to chciał przyszpanować milością…
Kolejną istotną kwestią jest to, że fest ostatnio przyoszczędziłam, aż zaraz chyba ruszę do tkmaxx’u.
Dzieci odwozi zawsze do placówek edukacyjnych mój konkubent ulubiony. Ale, że robili oranżerię od szóstej rano, to nie chciałam go od roboty odrywać i te kilka dni poodwoziłam. No a wiadomo, będę mu teraz pół roku wypominać. Nie, że wtedy leżał, bo ciężko robił. Ale wiecie, w małżeństwie zawsze warto wypomnieć. Nie ma też limitu wypominania. Tylko wiadomo, że jakby my im, bo gdyby oni nam, to walizki spakowane. Trzeba zasady wypominania znać, jak się człowiek na związek trwały decyduje.
Wiozę te dzieci. Jak zwykle nie mam maseczki i spod byka patrzą. To ich tak jakby rękami odprowadzam, a twarz z nosem i ustami zostawiam za drzwiami. Jakie ręce przy koronawirusie mogą być długie, to nie do uwierzenia. Jadę do piekarni, żeby jakieś śniadanie im przy robocie narychtować. Jezusicku! Jaka kolejka! Na dziesięć minut stania! To se myślę, głupia nie będę – nie stoję!.
Jadę do innej. We wsi piekarni mamy siedemnaście tysięcy sześćset trzynaście. Pędzę na skraj wsi.
Tak pędzę, że mi policjant lizakiem macha. Se myślę, chłopie, czyś ty oszalał? Czyś ty dzieci rano do szkół nie odwoził, toż to wiadomo, że sytuacja niełatwa, nerwowa, napięta. Otwieram te szybkę i już do niego leję. No zostaje mi tylko śmiech, bo rzęsa nie pomalowana i gałgan na głowie. Urokiem go nie wezmę. To biorę go na głupotę. No pośmiali my się, pośmiali i mi mówi, że coś mi dać musi. No daj Panie, daj. Dzwoni mój mąż i na głośno-mówiącym mu tłumaczę, że mandat i przekroczenie o dwadzieścia. Na co policjant się włącza i mówi, żeby w domu dać żonie sto złotych bo zaoszczędziła. Bo mandat powinien być 150 a tylko 50 dostanie. Adaś zadowolony i mówi, że da.
Ogólnie do dziś nie dał. Chyba wliczył w ten wylot do Egiptu. Może zacznę częściej tak oszczędzać.
Kiedy odjeżdżam wychylam głowę z okna i mówię do policjanta – Karać, karać, nie wyróżniać, bo powiem Panu, że tu dzieci chodzą, a ludzie jeżdżą jak debile!
Potem dojeżdżam do piekarni, do której już bez maseczki mnie nie wpuszczą. Muszę zatem wywalić z auta wszystko i mieć nadzieję, że pod siedzeniami kawałek szmaty na gumkach znajdę. Po tym gdy wyciągnęłam silnik i przedmuchałam rurę wydechową, znajduję ową maseczkę w kieszeni.
Z chlebem i mandatem powracam. Jak zwycięzca. Z pożywieniem i zaoszczędzonym groszem.
Ale tak już bez żartów, to ja tych, z nadmierną prędkością w terenie zabudowanym – nienawidzę! Na szafot z nimi!
I tak, żarty żartami, a mnie rodzinne zobowiązania gonią i za jakieś załatwiania czas się wziąć.
Ostatni łyk kawy i się rozchodzimy.
Lubię tak z Wami posiedzieć. Fajnie to sobie załatwiliśmy. 

ułomność duszy.

Ludzie dużo widzą. Ach, ileż oni widzą. Wszystko czasami. Ale już zawsze widzą prawie wszystko.
A ta prawda, którą dostrzegają jest już bezwzględnie niepodważalne. Co niektórzy, nieliczni, może bardziej świadomi z pokory powiedzą, że wiedzą niewiele, albo jeszcze mniej. 
Taka człowieka natura. Że sądzi według siebie, pod siebie, pod aktualne potrzeby.
A i to co widzimy nie zawsze jest tym samym, choć przez jedne nasze oczy widziane. 
Bo obraz, który przelatuje nam przed nami i jest brany pod lupę analiz, zależeć będzie od kondycji naszego ducha. Bywa, że nasza zdrowa dusza największą ułomność drugiego człowieka, jego błąd i potknięcia weźmie jako koleje losu, jako część (nieodłączną część) naszej egzystencji.
Natomiast te same oczy ze zbolałą duszą, najmniejszą nawet ułomność drugiego człowieka wezmą na swój język i myśli, i nimi rozszargają go na strzępy. 
Wszystko, cokolwiek myślimy o innych, cokolwiek czynimy w naszym życiu zaczyna się w naszej głowie.
Jakże wiele czasu poświęcamy naszemu życiu, które widać. Temu jak wyglądamy, co posiadamy, gdzie bywamy czy co sobą prezentujemy. Jakże mało temu co jest filarem naszego życia – umysłowi.
Jak mało pracujemy nad wartością nas samych, dla siebie samych. Jak mało rozpatrujemy swoje wewnętrzne braki i ich konsekwencje. Swoje ułomności, których nie jesteśmy świadomi. Bo droga do samego siebie jest niezwykle trudna. Nie jest tą, na którą wystarczy wejść aby trafić do celu.
Trzeba w tej drodze się ogromnie natrudzić. Podnieść kamienie, których często sami podnieść nie możemy. A za tymi kamieniami kryją się dalsze wskazówki. Nie jest łatwo przyznać się nawet przed samym sobą do swoich słabości, żali, lęków. Wolimy szybko się wytłumaczyć, zwalić na innych i iść dalej. Ale to narasta i gnije w środku. Nigdy samo nie odejdzie. Rozpracowanie samych siebie jest jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą drogą do szczęścia. Do pokochania innych. Do braku zazdrości czy wyzbycia się nienawiści, złośliwości.
Nie musimy być idealni, ale musimy zrozumieć siebie. Nauczyć się swoich słabości i konsekwencji jakie z nich wynikają. Człowiek nie lubi siebie kiedy jest idealny, człowiek zaczyna lubić siebie naprawdę kiedy zna swoje ułomności. Jakże łatwo wtedy można poradzić sobie z problemami…
Nasz umysł jest jak dom. 
Jeśli mamy dziurę w dachu, przez którą kapie woda i zalewa nam kuchnie i pokoje, nie zmienimy sytuacji wkurzając się na deszcz czy wypompowując wciąż te wodę przed gośćmi.
Musimy iść na strych, znaleźć dziurę i ją załatać. 
Tak jest z naszą głową. Jeśli zalewa nas niechęć do ludzi, toniemy w złośliwości i chęci obgadywania to znaczy, że czas iść na nasz strych i poszukać dziury w naszej głowie… Bo dopóki jej nie zalepimy, wszystko to w czym brodzimy, nie zniknie nawet przy wszelkich możliwych środkach ratunku.
Ratunek jedyny i możliwy zawsze znajduje się w nas. 
Lubię poznawać siebie i odnajdywać swoje słabości w rozmowie z moim mężem. 
Mówię o tym co mnie boli, co drażni, co powoduje moje nieszczęście i wtedy wspólnie szukamy z czym aktualnie moja głowa, mój umysł może się borykać, skoro przekłada się to na owe odczucia.
Czasami bywa, że wypieram tę dziurę w dachu. Szukam powodów wszędzie indziej. Ten dom zalewa. Powoli. Na początku do kolan, potem po szyję. Kiedy ledwo łapię powietrze dryfując pod sufitem, łapię się drabiny i wspinam na strych. Zatykam otwór i woda powoli ulatuje. Wtedy poczucie ulgi przypomina, że to nasz umysł, nasza głowa ma w naszym życiu największe znaczenie. W niej leży problem albo jego brak. Jest ona również najtrudniejszą z nauk. 
Można nauczyć nas czytać i pisać. Można nauczyć fizyki kwantowej. Można pokazać jak się sieje w ogrodzie i gotuje w kuchni. Można nauczyć nas skoków o tyczce i obliczania podatku dochodowego.
Ale żadna ze szkół nie nauczy nas najważniejszego i nie da wiedzy o nas samych.
Mogłaby się okazać jednym z najtrudniejszych przedmiotów. Sięgamy w nim do najtrudniejszego w ludzkiej naturze – do przyznania się i odkrywania cech wstydliwych, bolesnych.
Myślę, że ludzie mają problem z akceptacją niedoskonałości. A czasy w jakich żyjemy temu nie sprzyjają.
Nie jestem zwolennikiem odkrywania się przed całym światem. Ale zdecydowanym orędownikiem odkrywania się przed samym sobą.  Bez wstydu. A z dogłębną analizą.
Ludzkie ułomności. Ciała i duszy. Te cielesne widać od razu. Nawet z bardzo daleka. Jadący na wózku człowiek bez nóg, czy ze sparaliżowanym ciałem znajduje u nas usprawiedliwienie.
Kiedy trudno Mu podjechać pod górkę, gdy nie dosięga w sklepie górnej półki. Potrafimy nawet wytłumaczyć jego opryskliwe zachowanie, myśląc – ach, gdybym ja był na wózku, też bym miał złość do całego świata, albo – jak tu się nie wkurzać…
Natomiast ułomności duszy nie widać. Można by stanąć blisko, najbliżej, i nic nie ujrzysz.
Wtedy nie znajdujemy wytłumaczenia do niewidzialnego.
I nie dziwi fakt, że nikt o swojej niepełnosprawności umysłu nie mówi. Bo gdyby taki człowiek bez nogi mógł ten brak ukryć, to by ukrył. Przed samym sobą też najchętniej by ukrył. Ale nie może. Na szczęście.
Bo ten, który braki swej duszy i myśli ukrywa ileż musi się nacierpieć. Sam ze sobą i świat z nim.
A może niejeden by Mu pomógł. A pewnie i też wyśmiał, jak nie jeden, który kogoś na wózku popchnął.
Jesteśmy w tak komfortowej sytuacji, że przed całym światem tych braków w koszyku nieść przed sobą nie musimy, ale możemy ten koszyk braków pokazać wybranym. Możemy przede wszystkim sami usiaść w swoim pokoju, zamknąć drzwi na skobel i w tym koszyku pogrzebać. Posortować, poskładać, na kupki wszelakie… Takie dobre, do naprawy, do wyrzucenia…
Największe ludzkie ułomności biorą się z kompleksów. To one powodują, że nie lubimy innych, że inni nas złoszczą, że nie czujemy się szczęśliwi, spełnieni. One powodują, że nie odpoczywamy, że jesteśmy podminowani czy zirytowani. 
Braki naszej duszy wychodzą na wierzch gdy czynimy źle. Jednak nie umiemy wytłumaczyć sobie siebie ani innych. Doszukujemy się zła w samym źle. A ono mieszka zupełnie gdzieś indziej. Zło naszych zachowań, reakcji, wypowiadanych słów leży tylko w naszej głowie. Ta głowa rodzi się już taka, czasami życie jakie dostajemy te braki pogłębia. Od kiedy stąpa człowiek po ziemi, nie narodził się taki, który by tych braków uniknął. Czmychnął przed nimi. 
Nie są niczym złym, jeśli tylko nauczymy się ich szukać w sobie, uczyć się ich, analizować. Jeśli nauczymy się o nich rozmawiać, czy chociażby myśleć.
To długa droga. Nie da się nią iść na skróty. To tak jakby pod te dziurę w dachu podstawić wiadro.
Przyjdzie w końcu ulewa, która wiadro przepełni i zobaczymy w kuchni pod stopami płynącą wodę…
Dużo czasu mamy dla ciała które widać, mało dla duszy.
Coraz częściej znajdujemy czas na ćwiczenia gdy marzy nam się płaski brzuch i jest on naszym kompleksem. Jednak czasu brak na kompleksy, których nie widać w sklepowej kolejce i firmowym przyjęciu. 
Nauczmy się przebywać z samym sobą. Bez otaczającego nas chaosu XXI wieku. 
Jeśli usiądziemy do stołu z samym sobą, bez nikogo i niczego innego, może się okazać, że jesteśmy doskonali w swojej ułomności.