„sierpień” cytaty

Zostawiam Wam dziś zbiór cytatów jakie w ostatnim czasie udostępniliście w mediach, posyłaliście mi jako ulubione.
Niezwykłe to uczucie, odnajdywać swoje słowa… Z tego sierpnia o którego tak drżałam.
I drżeć będę. Z napisanym słowem może jak ze swoim dzieckiem, nigdy nie przestajesz być za nie odpowiedzialnym…

„(…) wszystko inne bladło w porównaniu z rozpaczą tych dwojga młodych ludzi, którym stało na drodze coś najtrudniejszego do pokonania – oni sami.”

„ – Bywa też tak, że ludzie sami wybierają swój los. I takim zazdroszczę najbardziej. Tym, co potrafią tak się ze sobą zaprzyjaźnić, tak siebie poznać, ze wiedzą, w którym kierunku iść, żeby jak to pięknie nazwałaś, poczucia szczęścia nie stracić.”

„Gdyż najczęściej młodość to najpiękniejszy czas wolności. I ten, kto z niej nie skorzysta, będzie w dalszej wędrówce wielokrotnie za to płacił… Tęsknił. Zauważał braki. Czasami tracił z tego powodu budowane przez lata szczęście, bezpieczeństwo i rodzinę…”

„Bywało, że ludzie szczęścia po odległych kątach szukali i nieszczęśliwi umierali. A może gdyby ich na łożu śmierci zapytać, czy kiedyś majowego koncertu o brzasku wysłuchali, to byłoby wiadomo, czemu tego szczęścia nie znaleźli…”

„Zastanawiał się nawet, czy w ogóle tego nie przemilczeć. Ale dość napatrzył sie w domu na takie pomijanie i wiedział, do czego prowadzą, albo wręcz odwrotnie – do czego nie prowadzą nieprowadzone rozmowy. Jeśli potrafisz z kimś rozmawiać o najgorszym, potrafisz z nim żyć. A on chciał z Janią żyć, choć ona z całych sił się przed tym wzbraniała.”

„Można mieć nowe, inne, ale zastąpić się nigdy nie będzie dało. Można mieć czasami nawet lepsze, ale człowiek nie zawsze chce lepszego, tylko akurat to chce, co stracił.”

„Zdała sobie sprawę, że właśnie ta codzienna powtarzalność, niekiedy żmudna, daje jej ten wewnętrzny spokój, od którego zależy wszystko inne, co dzieje się w niej czy wokół niej. Skrzypnięcie drzwi od kredensu, z którego mama wyciąga chleb, otrzepywanie butów przez tatę po porannym dojeniu (…) Pojęła z całą jaskrawością, że to właśnie jest szczęście i bogactwo. Ten dom że skrzypiącymi drzwiami, ten codzienny rytm, w którym wiecej pracy niż wypoczynku. I że niekiedy dopiero w nieszczęściu człowiek zrozumie, jak wiele dostał od życia ”     

” Odganiać złe myśli to też umiejętność. Niektórzy się z nią rodzą, a inni muszą się nauczyć. I nie o zdolności tu chodzi, a tylko o cierpliwość. Z uporem przeganiać, co złe, i dobre obmyślać. A jak powróci, to jeszcze raz i jeszcze. Najgorzej, gdy się człowiek sam w te złe myśli zapędzi. I drąży (…) Problemy trzeba rozwiązywać, a nie się pod nimi grzebać. I lepiej w dzień… „.

„Czasami bywa, że człowiek tak zapamięta się w swych marzeniach, że gdy dopnie swego, nawet nie zauważy, że nie było na co czekać, że te udręczone dnie i noce nie były tego warte. Pozostanie mu jeno lekcja ważna i nauka na przyszłość – żeby się więcej rozumu słuchać i nie gonić za tym, co nie chce być nasze, tylko dla podniesienia swojej wartości… Bo można tę wartość i godność do reszty zatracić.”

„W oczach człowieka nie zobaczysz tyle, co w uczynkach, choć mówią, że te oczy tak o człowieku mówią wiele. I nie tego szukaj, co słowem będzie cię zdobywał, a uczynkiem. „

„- Widzisz, Wandzia, płakać lepiej jest do kogoś, bo mało z człowieka schodzi, jak sam się swoich łez nałyka. A jak ci kto te łzy z polika zetrze, nawet rękawem brudnym, to nie zdążą do ust dolecieć. I jak te Twoje łzy w rękaw połapie, to jakby tę rozpacz dzielił z tobą.” 

„Ile to człowiek dróg przejdzie, ile razy źle skręci, a ile się nazad musi wracać. A to o jedną drogę w życiu chodzi. O tę, która prowadzi do domu i rodziny.”

„Książka jak książka, obojętne czyja, słowo niesie to samo. Tylko temu, który czytać nie chce, nic nie przyniesie”

„(…) brzuch napełnisz tak samo, jedząc z garnka, jak z tej wazy. Za to braku miłości niczym nie wypełnisz, choćbyś dolewał, przyprawiał, podgrzewał. Może być tak , że ta miłość się w twoim dorosłym życiu pojawi, że cię ukoi. Ale ten brak na samym dnie pozostanie z tobą na zawsze. A siedzieć przy stole z najznakomitszą zupą, ale z brakiem w sercu, nikt nie chce.

„W dobroci kryło się zrozumienie, wybaczenie, cierpliwość, pokora. Tylko z dobrym człowiekiem można być na zawsze. Z każdym innym można czasami pobyć.” 

” – Bo widzi pan, mówią , że jak kto szczęścia mocno pragnie , to koło siebie i swojej chałupy odnajdzie . Nie trzeba za nim za daleko jechać . Może to i prawda, ale wie pan, czasami tak jest , że żeby to szczęście koło siebie odkryć , trzeba się tak natrudzić , tyle w sobie znaleźć pokory i spokoju. Trzeba czasami tyle w sobie zmienić , aby nic dookoła nie zmieniać i potrafić z tego czerpać radość . Czasami trzeba całego siebie zmienić pod to, co się dostało . Ażeby wstawać rano i ze spokojem , szczerą wdzięcznością brać to , co się ma . Nie da się tego raz nauczyć . Trzeba się uczyć latami.”

„- Bo ja wiem, że te krowy, pola, kaczki, to jest, Janek, szczęście jednak. Jak człowiek cały dzień przeleży, to nie ma się z czego wieczorem cieszyć. Z tego, że się znów kładzie? Co innego, gdy ten odpoczynek taki wyczekany, światu wysłużony, taki człowiekowi należny. Wiesz jak on smakuje? Dlatego ludzie coraz częściej to poczucie szczęścia tracą. Bo świat coraz wygodniejszy się staje, pod człowieka, zamiast pod naturę…”

„- Człowiek najczęściej nie jest zakochany w innym człowieku, a w tym, jak ten inny go kocha. Uwielbia być tym, kim jest dla kogoś innego. Lubi siebie bardziej, patrząc, jak ktoś na niego patrzy. Żyje mu się dobrze z tym, że gdzieś ktoś za nim szaleje, choć sam w izbie siedzi. I nawet nie potrzebuje bliskości tego człowieka, a tylko jego dla siebie uwielbienia. I to też, Jania, jest miłość. Ale do siebie.”

„Była tą, którą wszyscy uwielbiali, ale nikt nie kochał. Tą, z którą można było tańczyć i nocą i za widoku (a nieliczne dziewczyny miały odwagę, by tańczyć, gdy jeszcze jaśniało). Tą, z którą rozmawiało się do rana, ale na pożegnanie całowało w policzek. Za którą się tęskniło, ale nie tęskniło do niej. Którą chciało się ze sobą zabrać wszędzie, ale nie tylko dla siebie. Tą, bez której życie było ubogie, ale nie rozmyślano o tym, by spędzić z nią całe życie. Tą, którą każdy miał ochotę przytulać, ale nie zamknąć w ramionach.”

„Bo wiedziała, że z domu, w którym dobrze się dzieje, można tak wyjść bez słowa. W zamyśleniu, złości, szczęściu. Bez wyjaśnienia. Bez tłumaczenia. W dobrym domu się po prostu wie. A potem wraca, jak gdyby nigdy nic. Ktoś, nie pytając, naleje ci zupy. A ty ją ze smakiem zjesz.”

„- A widzisz, gdyby ludzie więcej czytali, to i może do powiedzenia mieliby więcej. Tylko że to tak jest, że jak kto ma do powiedzenia więcej i mądrego, to nie gada, ino jeszcze więcej czyta. A ten, co tam chuja wyczytał, nie ustaje w pierdoleniu.”

„- Docenię Jureczku, docenię. Ale żeby tyle gadać? Przecież to człowiek powinien mieć limit słów przyznany na całe życie, żeby se to trochę szanował, rozdzielił, a nie gadał jedno i to samo. A jak ona mi przy tej zupie trzeci raz to samo, to nawet jak mi smakowała, to przez to wkurwienie smak traci.”

„Patrz, w jakim upale przyszło jej ten świat żegnać – wyrwało się z pomarszczonych ust kobiety klęczącej na przodzie.
– Jej przyszło? – oburzyła się jedyna sąsiadka nieboszczki. – Jak to jej, kiedy ona już zimna od dawna. Ani potu  z czoła nie ociera, ani w dekolt między cycki se nie dmucha. (…) Że też człowiek nie pomyśli o tych, co go żegnać będą. Tylko się weźmie i odejdzie.”

” A czy to też nie modlitwa, gdy ja tu w polu plony zbiorę, potem nimi zwierzyną nakarmię i dziatki odchowam, ziemi i darów natury nie bezczeszczę? Czasami głowę do góry wzniosę, na ptaki się zapatrzę, na niebo, w głowie sobie co nieco poukładam. Przemyślę, podumam, nierzadko wstyd mi za grzechy. Tak wstyd przed tymi ptakami, tym niebem. Przed tym zbożem, co mi obrodziło. A czy wasze za grzechy żałowanie przed obrazem świętym to inne żałowanie niż ja mam tu w polu?”

„Każdy czegoś żałuje. Ale czy z tym żałowaniem lepiej się żyje? 
(…)
Trzeba może wziąć to, czego niekoniecznie się chciało, za dobrą kartę i nią życie rozegrać.”

„Wprawdzie nikt nigdy głośno o tym nie mówił, ale ludzie szeptali, że Zośka i jej sąsiadka jak mąż i żona żyły. W domach osobnych, na podwórkach oddzielnych, w gospodarce odrębnej, ale duszą razem. 
Miejscy plotkarze najwięcej mieli uciechy z powtarzania, że niby i ciałem razem były. Nikt ich nigdy z tym ciałem nie nakrył, a one z plotek nic sobie nie robiły. Sąsiadka była zbyt harda, aby ludzkie słowo zranić ją mogło. A może to życie z Zośką za to wszystko jej wystarczało. Bo jak kto kocha w spełnieniu, spokoju i zaufaniu, to ta reszta, a tym bardziej ludzkie gadanie, nie warte funta kłaków.”

post.

Kiedy przechyliłam głowę na bok aby położyć ją na jego ramieniu, z kącika ust poleciała mi piana od pasty, bo myłam wtedy zęby. Była już dwudziesta czwarta. Stał obok i też mył wtedy zęby. Kiedy tak stoimy, widzimy się w dużym lustrze nad zlewami. Za ścianą obok, na naszym łóżku śpią dzieci. Jest w łóżku rodziców jakaś magia, która pozwala zasnąć natychmiast, która leczy wszystkie dolegliwości, lęki i rozterki. Wciąż stoję obok niego. On jedną ręką trzyma szczoteczkę, a drugą mnie obejmuje. Za chwilę minie dziesięć lat, a wciąż patrzę na niego i dziękuję losowi. Za niego, za dzieci, za te łóżko na którym błogo zasypiają, za śliwki, które przed chwilą jedliśmy po ciemku, więc pewnie dużo robaków rozchodzi się nam w brzuchu. Za kanapy na których oglądaliśmy piękny „Captain Fantastic” i po którym ja mogę wstać i prosto iść na górę wiedząc, że to on pogasi światła, telewizor i sprawdzi drzwi czy zamknięte.
Rozmyślając wciąż nad tym filmem, biorę lżejsze dziecko i przenoszę do pokoiku. Zanim zamknę oczy, w głowie krąży myśl dookoła kolejnego dnia. Czy zrywać się rano z łóżka, czy mogę wstać jak organizm sam da znać… Wiem, że muszę odpisać na zaległe maile i na blogu od tak długiego czasu cisza… Lato i wakacje nie sprzyjają biurkowym przesiadywaniom. W słońcu nie widzę monitora, w domu nie potrafię się skupić. Rwie mnie do działania. Gdzieś w ogóle mnie rwie. Do słońca. Do życia w kuchni. Pomiędzy tym życiem znajduję przez przypadek w głowie zdania, które się same tworzą i zaczynają jakąś historię.
I zanim zamknę oczy, często ta historia się w moich myślach tli. Powoli. Tworzy jakieś przejścia, porównania, zdania kończące daną opowieść. Ale kiedy te oczy o świcie otwieram, ulatują jak te nocne ćmy. I nie ma po nich śladu. Może tylko taki pył, jaki czuć na palcach po dotknięciu ćmich skrzydeł. 
Z tego pyłu szczątkowych myśli jakie towarzyszyły mi gdy zasypiałam, zostają nawet nie zdania, a jakieś pojedyncze wyrazy.. Złoszczę się wtedy na siebie, bo to kolejna historia która gdzieś mi uleciała, a wiem już z doświadczenia, że nigdy nie wracają. Powstają nowe, ale już nie tamte. A moje usposobienie nie pozwala pozbyć się uczucia żałowania. Przy każdym wyborze spędzam dużo czasu. Nie dlatego, żeby wybrać dobrze, ale bardziej dlatego, żeby nie żałować. A to nie to samo, choć z pozoru wydaje się być jednakie. I choć dużo mam przemyśleń, poglądów i niekiedy pewności całkowitej jak należy właściwie żyć aby być szczęśliwym, tak tego żałowania pozbyć się nie mogę. Najgorzej bywało w młodości, gdy na jeden wieczór miałam kilka możliwości wyboru odnoście wyjścia. Bałam się, że gdzieś tam, czego nie wybrałam jest zabawniej, ciekawiej, smaczniej… Dziś wiem, że często to te właśnie gorsze wybory, prowadzą nas do najlepszego celu. I choć wydają się nam być tymi idealnymi do żałowania, jakże często, to im właśnie najbardziej zawdzięczamy największe szczęście. I przecież to wiem, a jednak natura człowieka nieustępliwą jest wobec nazbieranych mądrości. Więc lubię ten strach przed żałowaniem gloryfikować. Jakby moja głowa mało miała zmartwień. Jednak gdy do tego żałowania już przyjdzie, potrafię sobie najpiękniej to w dobrą stronę monety obrócić… Ileż to by mi się złego przydarzyło przy innym wyborze, gdyby pieniążek na inną stronę spadł… ach, to tylko ja wiem.
I tak też siadam rano na łóżku i żałuję, że myśli owych nie zapisałam. A myślało mi się. Fajnie mi się myślało.
Ciekawa jestem gdzie takie myśli niewypowiedziane ulatują…? Czy mieszkają w jakiejś nam tylko przeznaczonej chmurze i gdy tylko przyjdzie potrzeba większa, będzie się dało je odzyskać..? Czy giną w przestrzeni podniebnej i nigdy miejsca swojego nie znajdują. Czy do innych głów trafiają?
A gdyby do innych głów trafiały, to czyje myśli wymyślone już chciałabym otrzymywać? A może i przyjdą czasy w którym będzie można myśli cudze odkupić i chwilę innymi myślami żyć?
I czy wtedy człowiek żałować będzie, gdy inne pozna, że się ze swoimi urodził, a z innymi tak pięknie, mądrze i inaczej można żyć… Czy przeciwnie wręcz? I powietrze z ulgą wypuści, kręcąc głową na boki skomentuję – ileż to ludzie mają myśli głupich i zbędnych, prostych i próżnych. I do swoich wróci jak do domu najpoczciwszego.
I jak to jest, czy myśli człowiekowi przypisane, czy życiu? 
Czy gdyby mnie w inne życie teraz włożył, to od razu inne myśli by mi przyszły?
Czy bez względu na lekkość czy trud życia, to samo człowieka trapi czy cieszy?
Czasami mam ochotę spróbować. W wyobraźni się zapędzam, nawet kroki małe podejmuję aby w inne życie się na chwilę wcisnąć…
I kiedyś w nie wejdę jak w za duże, czy za ciasne spodnie. Żeby zobaczyć. Bo może teraz chodzę w przyciasnych, a taka jestem pewna, że rozmiar mam dobrany idealnie. Okazać się też może, że nigdzie w świecie lepiej mi tych spodni nie odszyją jak tutaj…
Wstaje więc z tego łóżka i myślę sobie – Zrobię kawę, dzieciom śniadanie, założę spodnie i może przyjdą mi inne myśli na ten post. Przecież zawsze przychodzą. Lepsze albo gorsze. Najważniejsze to napisać pierwsze zdanie, nawet jeśli nie ma się pojęcia o czym będzie kolejne i jaki będzie tego koniec. Pierwsze zdanie jest tym, które pozwala osiągnąć cel. To jak ta myśl. Nawet jak uleci, to przecież gdzieś w przestworzach lata. Może nie dla nas a dla innych… Trzeba nie tracić myśli. Brać pierwszą i lepić ją jak glinę, choć brudzą przy tym dłonie.

I teraz przyjdzie mi żałować, bo od kilku dni chciałam posta o podwórkach napisać. Takich ludzkich podwórkach, co dookoła domu się mieszczą, bylinami porastają. A tak, taki post z myśli pomiędzy.
Choć może gdybym o podwórkach napisała, to by w jakie piorun z nieopisaną siłą pieprznął.
A tak, w spokoju wszystkie trwają… I nie ma co żałować.

warkocz

Małżeństwo jest jak warkocz. Nie da się raz zapleść i z takim chodzić do śmierci. 
Na początku wyślizgnęłyby się pojedyncze kosmyki. Wtedy staje się nawet zalotny i zmysłowy. Psotny, łobuzerski, frywolny. Lecz zaraz potem, jego zapleciony jeszcze przed chwilą kształt, traci swoją formę i gdyby nie trzymająca go na końcu tasiemka, ciężko byłoby rozszyfrować co początkowo miał przedstawiać. Potem z dnia na dzień, z nocy na noc, przybiera postać wielkiego kołtuna. I jeśli nie weźmiemy w porę grzebienia do ręki, może się okazać, że rozczesanie go potrzebuje takiego nakładu cierpliwości, czasu i mozolnej pracy, że każdy będzie wolał wziąć nożyczki i przy samej skórze go z impetem uciąć. Spadną te poplątane włosy na podłogę. Zmiecie się na szufelkę i wrzuci do kosza, a w głowie zabłyśnie myśl – odrosną. 
Odrosną zawsze. Jednak każdy na nowo zapleciony warkocz, nadal nie będzie tym, który sam utrzyma się do śmierci.
Bywają w świecie takie warkocze, przy których nie trzeba długo stać aby zapleść. Nie trzeba co dzień rano długo rozczesywać, czy nie trzeba wyjątkowo zwinnych palcy aby równo zapleść, czy zdolności i talentu by przedziałek wyszedł równo. Są takie warkocze, które każdego dnia zaplatają się same.
Gdyby zapytał wieczorem – „kiedy plotłaś dziś warkocz?”, odpowie – „nie pamiętam”.
Pomiędzy, odruchowo. Zwinne dłonie same rozdzielają na trzy, a potem pomiędzy palcami tańczą im kosmyki. Jak się warkocz plecie co dzień, to plecie się on sam. Zarówno głowa jak i ręce pracują bezwiednie i instynktownie. 
Jeśli każdego jednego dnia będziesz dbać o małżeństwo jak o warkocz, może się okazać, że nigdy nie zdąży zrobić się kołtun, którego rozczesać już nikt nie potrafi…
Najgorzej jest kiedy spadnie tasiemka, która ten splot na dole trzyma. Bo wtedy rozplączą się do reszty.
Bywa, że siadają wtedy na krzesłach, rozczesują z mozołem i na nowo plotą.
Czasami ten nowy splot uświadamia, jak ciężko jest zapleść ponownie, gdy się go raz zlekceważy.
I potrafią z większą starannością, na bieżąco, każdy wystający włos, szybko we wstążkę włożyć.
Czasami bywają warkocze, które choć wiele starań weń włożone, nie chcą się za grosz trzymać jak należy.
Czy włosy nie takie, czy atmosfera im na to nie pozwala. I ta decyzja obcięcia na krótko człowieka wyzwala. Nie chce już każdego dnia z mozołem pracować nad czymś, co zdaje się być bezskuteczną walką. Czuć wiatr i słońce przy skórze, blisko włosów. One powoli rosną, a Ty masz czas zastanowić się co chcesz z nimi zrobić…
Ale zanim obetniesz te włosy na krótko, spróbuj wszystkich możliwych fryzur. Tak pięknie teraz te warkocze plotą. Francuskie i jak mówią „bokserskie”. Może z innymi będzie Wam lepiej? 
Czasami gdy widzę, że się ten warkocz mojemu Adasiowi rozplata, to staję z tyłu i powoli upinam. Takie ma podatne włosy. Łatwo spiąć i długo się trzyma. On przy upinaniu się nie kręci. Cierpliwie to znosi. Takie ma te włosy miękkie.
Moje włosy to huragan. Trudno upiąć, jeszcze ciężej utrzymać w jako takim ładzie. A On cierpliwie i spokojnie je mi zaplata. Z takim samym spokojem szuka wstążki, którą ja gubię i mocno się przy tym denerwuję. Jest najlepszym fryzjerem jakiego mogłam znaleźć. Każdy z nas wie, że o dobrego dziś fryzjera bardzo ciężko.
Patrzę czasami na te ludzkie warkocze. Jedni każdego dnia przy porannej kawie pięknie je sobie plotą.
Czasami sami potrafią je poszarpać i nawet na wiatr nie czekają. Ale szybko potem lecą na łeb na szyję po szczotkę.
Inni zagarną tych włosów tyle ile należy, żeby jako tako wyglądać i żeby wstydu nie było. 
Najbardziej zależy mi na warkoczu jaki widzę sama w lustrze, w swoim domu. Ja i moje dzieci.
Przecież wiadomo, że Ci na zewnątrz będą widzieć nasz warkocz w zależności od swojego gustu, czy aktualnych okularów jakie na nosie noszą. Nie każdy nosi różowe okulary. Są tacy, którzy noszę takie, przez które każdy warkocz będzie wyglądał jak poszarpany gałgan.
A ja lubie nasz warkocz. Ten, który mam w domu. To warkocz, który nie gubi tasiemki. To warkocz, który tak się pięknie sam plecie. Każdego dnia zaplata. Przy śniadaniu, przelotnej kawie, na wycieczce rowerowej… Czasami se ten warkocz poszarpiemy. I ja wtedy udaję, że nie będę go teraz zaplatać. Niech tkwi poszarpany. Za to On chce od razu zaplatać. Na nowo. Uśmiechnięty i wcale nie musi mnie przy tym szarpnąć by pokazać, że plecie. Na koniec, gdy ja wciąż udaję, że wcale mi na tym warkoczu nie zależy, On zawiązuje kokardkę na wstążce i całuje mnie w głowę. Dlatego każdego dnia plotę jego warkocz, gdy nie widzi. Biorę jeden kosmyk gdy wkładam rzeczy do pralki, drugi gdy wiem, że ma ochotę na warzywa na obiad i trzeci gdy pamiętam o ładowarce, żeby się przed spaniem nie denerwował. Czasami zaplatam mu bardzo ostentacyjnie. Żeby widział aż nadto. O jak ja mu pięknie ten warkocz plotę! On wtedy albo wybucha śmiechem, albo mnie szybko sprowadza do pionu, gdy okazuje się, że moje plecenie to taka popierdółka w porównaniu do tego jak zaplatać potrafi on.
I różnie nam to wychodzi, ale na koniec dnia, kiedy zerkam do lusterka, albo dotykam dłonią tego warkocza, gdy czytam przy nocnej lampce, to wiem, że to jest prawda. Małżeństwo jest jak warkocz.
Najbardziej lubię, gdy ten warkocz małymi rączkami głaszczą nasze dzieci i mówią, że jest piękny.
Jeśli zgubi się nam wstążka, nauczę się szyć, aby uszyć na nowo identyczną. Jeśli zrobi się kołtun, to choćby miała się urwać rączka od grzebienia, będę rozdzielać te włosy palcami.
I zrobie to wszystko, bo wiem, że On zrobi także. Że ten nasz wspólny warkocz się jak życie po prostu plecie… I jak kwiecień… Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata.
I na starość mocniej przyjdzie nam te włosy zaciskać, bo będą słabsze i trudniej w upięciu utrzymać.
I kiedyś, gdy do trumny przyjdzie mi ułożyć mu ten warkocz, albo jemu mój, zobaczymy ten warkoczyk, na którym nie było jeszcze siwych włosów, i który pletliśmy razem, lata temu, jak letni, luźny warkocz do zwiewnej sukienki i kapelusza… 
A potem spadnie wieko trumny i uświadomisz sobie, że samemu można, ale razem o tyle łatwiej dbać o ten splot życiowych konieczności i zdarzeń…