no wnerw po prostu

Przedmowa:
Na początku z góry przeproszę moich czytelników za słowa niecenzuralne.
Rozumiem, że przez te lata już jakoś biorę odpowiedzialność za treści tu zawarte, ale dziś po prostu trzeba. Inaczej się nie uda. Jak w życiu, jak se czasami siarczyście nie zaklniesz to już nie to samo.
O kulturę słowa muszę dbać. Jednak dziś zróbmy tak. A Wy mi wybaczcie.

Do rzeczy:
Mój Teściu mówi, że jak mocno wieje to człowiek jest od razu wkurwiony. Że wiatr powoduje w ludziach nerwowość.  Od czasu kiedy to usłyszałam (a staliśmy na tarasie i oglądaliśmy jak nam w pole wszystko wywiało), wnikliwie obserwuję te zależność. No bo wiadomo, że znaleźć usprawiedliwienie dla swojego wkurwienia to ważna rzecz. A jeśli jest ono logiczne i płynące prosto z natury, to już można pomyśleć, że porządnie zakląć to samo zdrowie. Choć ja tak uważałam i wcześniej, zanim o tym wietrze przyszło mi pogłębić swoją wiedzę. Ale musiałam chorować we wnętrzu swoim i te przekleństwa trzymać w ciele, w duszy, w umyśle jak na smyczy, choć wyrywały się jak harty czystej krwi, bo Mamusia mówiła, że przekleństwa w ustach dziewczynki to brzydko. I te harty latami w tych boksach stały, czekając aż otworzy się zawleczka, uwolni bramkę i ukaże się bieżnia po której można biec..
Jakże ja w dorosłym życiu biegnę! Jak sunę po tym żwirze, przeskakuję te przeszkody. Ach, ja nawet daleko po mecie jeszcze nie zwalniam. Czasami jak się zapędzę to mam wrażenie, że wyjdę daleko poza boisko i z rozpędu trafiam na tor wyścigowy w sąsiedniej wsi. Tak mnie te przekleństwa niosą.
Zwalniam oczywiście jak Mamusia z wizytą przyjeżdża. Wtedy na powrót przypominam sobie archaiczne kurka franc, o ja pierdziu, nosz jasny gwint, ja pitole… 
Mamusia mówi, że przeklinać można jedynie w żartach. To chyba muszę Jej powiedzieć, że moje życie to jeden wielki kurwa żart. A! I jeszcze, że przeklinanie musi być w miłych sytuacjach. I Ona się do tego stosuje. Tak na przykład jak idzie odwiedzić nowo-narodzone dziecko, to nachyla tak głowę do wózeczka, łapie za stópki i mówi „no jakiś Ty kurwa śliczny”. I to jest wtedy bardzo na miejscu.
Tatuś mój za to całe życie nie klną. Ale widzę ostatnio, że albo życie Go przytłacza, albo odkrył niezwykłą moc jaką kryje w sobie taka „kurwa” albo „popierdolony”. Ino Tatuś najczęściej stosuje w żartach, żeby dodać odrobinę więcej humoru swojej opowieści. I tak na przykład, mój Tato, stateczny, spokojny człowiek, tańczący dwa na jeden, pojechał do sanatorium. Tato, który nigdy wcześniej nie przeklinał. (Albo umiał się tak pilnować przy dzieciach. Ale z przeklinaniem nie da się pilnować. Wylatuje ta cholera z ust całkiem niepostrzeżenie). Dzwoni o 22 ej jak co wieczór opowiedzieć jak minął dzień..
I relacjonuje. Nie to żeby żywo, rychle tak, nagle. Nie. Tato relacjonuje tak jaka Jego natura. Czyli przez telefon: wolno, głośno i wyraźnie.
– Tańczymy, tańczymy i ta Pani mi mówi „Andrzejku, jak ty pięknie tańczysz”, no to jej powiedziałem, że ja się w tańcu nie pierdolę.
Wszystko na pełnej powadze. I wolno, i głośno i wyraźnie. Wiadomo.
Ci moi rodzice, dzieci chcieli wychować jak najlepiej, i w przekleństwa swoich dni nie ubierali.
Bardzo to z moją siostrą doceniamy. No i doceniamy. Właśnie. Na docenianiu może zakończmy, bo o sukcesie w tym temacie trudno mówić.
Ale wróćmy do tego wiatru. O to się rozchodzi głównie. Bo ostatnio napierdalało wiatrem i to bez opamiętania.
Pomyślcie sami, przyobserwujcie. Wieje i od razu wszyscy podminowani. Naciągnięci jak struna. Jak mocniej pierdzielnie, to te struny lecą jak na hevy-metalowym koncercie. Ludzie jak ponaciągane, poskręcane, pourywane struny. Stoją potem tacy w kolejkach sklepowych, korkach ulicznych, na straganach i w urzędach. I człowiek nie ma do nich wybaczenia, zrozumienia żadnego.
A tu teraz jest. Wieje i chuj. 
No bo rozpoczynasz człowieku dzień. Czujesz jak belki stropowe chodzą. Praktycznie wióry po domu latają, jak burza piaskowa na Saharze. Trudno z pomieszczenia do pomieszczenia przejść w tym wirze.
Dach prawie podnosi i niebo groźne ukazuje. A ty szykujesz ich do szkoły, do przedszkola.
No i uświadamiasz sobie, że jesteś beznadziejną Matką! No kurwa beznadziejną.
„Jedz no dziecko szybciej”, „Zęby umyj jeszcze”, „Prosiłam Cię już sto razy, pójdziesz umyć zęby?”, „spakuj sobie to jedzenie, przecież to już możesz zrobić”, „spakowałaś to jedzenie?”, „dziecko, rany boskie, wystarczy, że zrobiłam, to już do plecaka chyba umiesz włożyć”, „piórnik ze stołu weź. no jak matka nie spakuje to nie weźmie”, „ubierasz się czy nie?”, „jak żeś te spodnie założył?”, „jaki wy tu zrobiliście burdel to głowa mała”, „dziecko, żona Ci butów zakładać nie będzie”, „co ty miałaś na dzisiaj do szkoły wziąć?!?!”…
I jak zamknę te drzwi za nimi, gdy Ojciec Ich własny do placówek rozwozi, to se myślę, że ze mnie jest beznadziejna Matka. 
Marlena pocieszyła mnie ostatnio, że się nagra i mi przyśle, żebym wyszła z kompleksów chęci bycia Mamą idealną. No i ja też wiem, że winny jest temu wiatr. Bo ja się od razu na siebie wkurwiam. Złość mam do siebie, żal, pretensje. A przecież inną Mamą rok temu nie byłam. Ino tą samą.
Tylko wiatr powoduje od razu, że człowiek zły. Że nagle mu bycie tą właśnie Mamą wadzi, przeszkadza, uwiera. Już by serio lato przyszło. Od razu człowiek się w macierzyństwie inaczej widzi. Dzieci cały dzień na podwórku i wołasz ino „naleśniki!”, „gofry!”, „kompot!”… Choćbyś chciał to nie masz se czego zarzucić.
Zauważyłam (bo te obserwacje bardzo szczegółowo prowadzę), że te wichury oddziałują na wszystkich.
No taki Benio, wziął i odciął Tatę ze wszystkich swoich rysunków! Kategorycznie, szybkim ruchem, zdecydowanie. Rzucił Mu pod nogi takiego Jego odciętego i powiedział:
– będzieś chciał mnie ciałować, będzieś chciał mnie psitulić, nie poźwole ci. ziadnego ciałuśka ci nie dam. nigdy juś. ziobacisz. a ty lubiś mnie ciałować, a ja ci nie dam sie pociałować. i ziobać, opciołem cie z lysunków lodziny. 
Odszedł do góry, dudniąc przy tym mocno stopami w schody, bo złość była wielka, gdyż Tatuś miło zasugerował Mu, żeby włączył sobie inną bajkę, bo te filmiki na jutubie to głupoty takie.
Z sypialni wołam – Synku, przynieście piżamki, będziemy się kąpać.
I chyba mocniej musiało zawiać, bo słyszę
– Mamoooo! Bo ciebie tes odetne!
Nie odzywałam się więcej, bo przyszła obawa, jakoby też odeszły mi w zapomnienie te jego ciałowania.
A jak tego ryja pyskatego nie całować?!
Nie ominęło nikogo, bo otwieram drzwi, a tam Pan kurier…
– No Pani Julko, kto to widział, żeby tak jebało wiatrem. Łeb mi chce rozpierdolić! A jeszcze te ludzie! Ten nie odbiera, tamten skargę wniósł, że żem paczkę mu u sąsiada zostawił! A on się z sąsiadem nie odzywa. No to moja wina, że popierdolony?!
Żadna jego. Wiatru wina.
Moja siostra dołączając do moich badań, zaobserwowała, że te wiatry i stopień wkurwienia też trzeba rozróżniać. Wiecie, podzielić. Nie to, że wieje i już. Można być wkurwionym jak się chce. Nie, nie. Najgorzej jest jak wieje ze wschodu. Od stepów akermańskich. A Ona coś o tym wie, bo taras ma od wschodu. I tam ją ten stan nerwowy vel wkurw, dopada najczęściej.
Zastanawiam się, prowadząc te badania, czy nie założyć stowarzyszenia zajmującego się stricte zależnością wiatru, jego mocy, kierunków a psychiką człowieka w owym czasie…
Hula słuchajcie ten wiatr. Po kontynentach, krajach, miastach i wsiach. Po polach, sadach i między blokami. Wciska się na prędce przez drzwi, jak kto akurat ma na zachód, i domyka dłużej z trudem.
I mój Teść, co siedemdziesiąt w tym roku świętuje, coś o świecie już wie. Wnikliwy obserwator z niego.
A z przyrodą i naturą to już za pan brat . I skoro od dziesiątek lat on tego doświadcza, dostrzega ową zależność, to ja się sprzeciwiać temu nie będę. Mało tego, z wiatru na wiatr, czynię też te obserwacje i słuchajcie – to się zgadza. Bywają na świecie legendy, bajki, bory, przepowiednie i przysłowia… Ale jest też na świecie prawda. I te słowa do prawdy należą – Jak wieje, to człowiek od razu wkurwiony.
Tylko czemu ja mam wrażenie, że u mnie napierdala wiatrem od urodzenia…?!

tobołek

W każdej dziedzinie życia i w każdym jego aspekcie prawda i odpowiedzi leżą o wiele bliżej, niż miejsca w których ich poszukujemy. Czasami są tak blisko, że nikt ich nigdy nie znajduje. Bo któż kto myśli, że ma aż nazbyt trudne pytanie, szukałaby odpowiedzi w samym sobie?
Skoro je zadaje, obawia się, że nie ma w nim odpowiedzi. 
Bywa, że ten kto wie jak pytaniu sprostać – jednak pyta.
Droga można by rzec idealna. Mam swój tobołek, ale wyruszę w podróż i zobaczę co jest w świecie.
Jakie inne tobołki ludzie niosą. Jak je na ramionach mocują. Czy w płótno dobytek zawijają, czy w bawełnę, a może w jutę? 
Może mam tobołek za ciężki, a może niosę zbyt błahe lub niewarte uwagi.
Popytam ludzi, podpatrzę. A potem dopasuję to do siebie. Bo cóż, że na innym kijku wolą nieść, skoro moje ramię jest na tyle nieforemne, że kij którego nikt by nie chciał, leży mi najlepiej.
Nieraz pozazdroszczę zawartości tych tobołków i swój podobnym wypełnię.
Jednak okazać się może, że latami będę go dźwigać i ani raz nie wyciągnę, ani raz radości nie przyniesie, a miejsce w bagażu zajmuje i siłę moją każdego dnia zabiera… 
A o siłę trzeba dbać. To zdolność i moc, dzięki której możemy iść dalej. Iść z tobołkiem.
Bo wyczerpanym czołgać się samemu można. Jednak po co?
Ten tobołek to nasza wiedza. Nabyta i wątpliwa. To uczucia. Zadbane i zranione.
Przebyte drogi. Z mapą ale i z trudem. Napotkani ludzie. Serdeczni i złośliwi.
Podjęte decyzje. Właściwe i godne pożałowania. I mądrość. Że te godne pożałowania to też właściwe.
Jakże często nasz brak wiary we własny rozsądek, każe nam wędrować w odległe miejsca.
Brak wiary w to, że jesteśmy zdolni odnaleźć w sobie idealną dla siebie odpowiedź, prowadzi nas do życia w poszukiwaniu, czyniąc nieraz nasze życie nie takim jakiego oczekujemy.
A to jedno pytanie. Na które potrafimy odpowiedzieć tylko sami sobie. Nikt inny nie zrobi tego lepiej.
Za każdym razem zadaj sobie jedno, jedyne pytanie i odpowiedz na nie szczerze.
Pamiętaj, że nikomu do odpowiedzi przyznawać się publicznie nie musisz.
Nawet pytanie może pozostać w sferze myśli i nie przekształcać go w dźwięki.
Jak chciałbym aby w tej sytuacji ktoś zachował się wobec mnie?
Czasami patrząc na ludzi w wielkiej złości pytam – co zrobiłbyś teraz, gdybyś był sam i nie ponosił konsekwencji za swoje czyny?
Padają różne, choć podobne odpowiedzi – kopnąłbym w ścianę, rozwalił laptopa, uderzył kogoś.
Wtedy zadaję drugie pytanie – gdyby pojawił się ktoś obok Ciebie, ktoś bliski, co chciałbyś aby zrobił?
I tu często na odpowiedź nie czekam, a zaczynam mówić…
Wyobraź sobie, że widzę dorosłego człowieka, który traci się w swojej złości. Bo to naturalny ludzki odruch. Zatracić się w swoim lęku, bezradności, narastającej frustracji. Z wiekiem tylko uczymy się i przyswajamy schematy według których powinniśmy w takiej chwili postępować.
Ale gdyby uwolnić naturalne odruchy, nasze zachowanie stawałoby się zgoła inne.
Wyrzucalibyśmy wszystko na zewnątrz zamiast tłumić w środku.
Powstrzymuje nas przed tym opinia publiczna, konsekwencje w ewentualnych stratach materialnych, czy złość na samego siebie, że wyglądamy w tym zachowaniu nieludzko.
W tym szale i amoku ktoś wchodzi i…
Na początku pyta o możliwość pomocy, o powód. Ale dosyć szybko traci cierpliwość.Zaczyna komentować Twoje odruchy, krzyki, i wściekłość. Potem, z czasem gdy nie przestajesz, podnosi głos. Szantażuje. Aż w końcu staje nad Tobą i rozkazującym głosem mówi „przestań się tak zachowywać”.
Choć z trudem przychodzi mi nawet pisanie tego, w końcu Cię uderza myśląc, że tym zachowaniem naprawi już wszystko. Wyleczy z tej sytuacji Ciebie i siebie. Wybawi z niej i zakończy ją.
Albo…
Po prostu Cię przytula. Choć się nie dajesz i wyrywasz. On przytula Cię jeszcze raz. Odpychasz go. A on robi to po raz kolejny. Kiedy trochę opadasz z sił, On przytrzymuje Cię w tym uścisku mocniej i dłużej.
Aż w końcu odpuszczasz i serce z pulsem łapią swój rytm. 
Bo ta sytuacja w której jesteś nie jest Twoim wyborem.
O czym tak naprawdę chcę napisać…?
O przemocy wobec dzieci.
Kiedy dziecko, nieświadome tego jakie są schematy działań tego dorosłego świata, porusza się w jakiś sposób po omacku i względem swojej natury, my musimy zadawać sobie zawsze to jedno pytanie.
Bez względu na charakter dziecka, na jego skłonności czy temperament, zawsze w chwili amoku, szału i złości, cierpliwe przytulanie jest lekiem. I nie tylko na tę chwilę, ale przede wszystkim na życie dorosłe.
Dziecku buńczucznemu, które nawet udaje, że nie obchodzą go kary, siła i moc sprawcza rodzica, nieodwracalnie umierają komórki w pewnych strukturach mózgowych.
Ich brak ma ogromny wpływ na jakość i radzenie sobie z dorosłym życiem.
Złość która jest odpowiedzią na złość, jeszcze nigdy jak świat istnieje, nie była dobrą odpowiedzią.
Ona nawet nie jest pośrednia czy zadowalająca. Jest najgorsza z możliwych. 
Reagując złością na trudną chwilę naszego dziecka, przede wszystkim przedłużamy sam proces dochodzenia do „spokoju i porozumienia”, a po drugie nie uczymy dziecka radzenia sobie z zaistniałą sytuacją, a jedynie chwilowo ją uciszamy.
Kiedy mój syn będąc małym chłopcem miał problemy ze swoimi nerwami, razem z mężem nieustannie, cierpliwie go przytulaliśmy. Potrafił się wyrwać i uciec. Szliśmy za nim, siadaliśmy obok i wyciągaliśmy ręce. Delikatnie go smyraliśmy po nóżce albo ręce. Milion razy tę rękę odpychał.
Chyba, że mówił, iż chce zostać chwilę sam. Wtedy szanowaliśmy Jego decyzję.
Czasami słuchaliśmy miliona słów które wypowiadał w swojej złości. Na które cierpliwie odpowiadaliśmy – a ja kocham Cię nad życie, a ja chcę być z Tobą, a ja Cię lubię.
Dziś kiedy jest już coraz starszy i wpada w złość, wie, że rodzice się nigdy nie gniewają.
Cokolwiek zrobi. Mogę dawać Mu rady, mogę mówić co wtedy czułam ja, albo inni, ale rodzice nigdy się nie obrażają. Jesteśmy stałym filarem dzięki któremu dziecko ma poczucie bezpieczeństwa.
Dziecko wychowywane bez lęku, przemocy, kar i złości, nawet mając w genach skłonność do zaburzeń psychicznych, ma możliwość poradzenia sobie z nimi bez specjalistów.
Mózg dziecka nie jest rozwinięty na tyle, aby móc poradzić sobie ze złością. On sam nie umie dać sobie rady, a dorośli Mu w tym nie pomagają, przelewając na Niego dodatkowo swoją złość za sytuację jaka w danej chwili ma miejsce. Bo spieszy nam się do pracy, bo dość mamy swoich problemów, bo to jest awantura o nic, bo nie będziesz mną rządził..
Na każde „bo”, przytulenie swojego dziecka, bez względu co zrobiło i powiedziało, będzie rozwiązaniem. 
Dziś i na resztę życia.
Mój syn, dziś, kiedy wpada w złość, biegnie do swojego pokoju, aby manifestować i pokazać nie tyle światu co domownikom swoją rozpacz. Silne trzaśnięcie drzwiami, ma nam w tym rozpoznaniu stanu Jego ducha mocno pomóc. Pukam do pokoju i pytam czy chce się przytulić albo pogadać. Zawsze słyszę głośne „Nie! Nie będę się z Wami bawił! Nie będę Was kochał!” (Co wtedy bardzo mnie rozczula, bo on to tak pięknie sepleni).
Odpowiadam, że ja bardzo kocham go teraz i na zawsze. Po czym dodaje, że jestem na dole i czekam gdyby poczuł potrzebę przytulenia się.
Przyszły też takie czasy, że w chwili złości od razu biegnie do mnie, wchodzi w moje ramiona i mówi, że potrzebuje się uspokoić.
Mam nadzieję, że przez całe życie będzie odnajdywał ramiona które pomogą Mu się uspokoić, a On swoimi będzie umiał te cuda czynić dla innych.
Nigdy, mówiąc o prawdach życiowy, nie mówię, że wiem, bo jedynie mogę przypuszczać.
Nie piszę, że na pewno, bo na pewno może tak, ale tylko dla mnie.
Nie głoszę, że jedyna i słuszna, bo jeśli za rok dowiem się, że liczna i nietrafiona to będzie mi wstyd.
Jednak do samej śmierci będę bronić największej mocy wychowawczej jaką jest przytulanie dziecka.
Ponad wszystko i pomimo wszystko.
A na wszystkie inne zagadki dotyczące wychowania, zadaj jedno sobie pytanie…
Jak chciałbyś, aby Ktoś zachował się w tej sytuacji wobec Ciebie?
Aby Cię instruował, wypominał, pokazywał wyższość, zdolność mocy sprawczej szantażu, robił spektakl pokazowy, że i tak stanie po jego, bo jest dorosły i ma rację?
Czy zwyczajnie w ciszy poczekał, wyciągał bez rezygnacji rękę i przytulił?
Nie ma nic gorszego w wychowywaniu niż pokaz swoich sił czy możliwości…
Jedyną Twoją możliwością ma być mądrość. I serce. 
To Ty pokazujesz swojemu dziecku która droga jest najprostsza. Którą najlżej się będzie szło.
I pamiętaj, to Ty dziś pakujesz Jego tobołek. Zrób wszystko aby był lekki.
Życie wystarczająco mocno go załaduje. Ty pokaż Mu dziś jak z tym ciężarem sobie radzić.

kopytka

Przepis mówi, że z połowy kilograma ziemniaków wyjdzie kopytek na cztery osoby.
Kopytka robię pierwszy raz i w wielu kwestiach muszę polegać na intuicji, bo nikt z domowników mi w tym temacie nie doradzi.
Kuchennymi drzwiami wchodzi moja sąsiadka. Zastaje mnie przy tym blacie i przy tym jak roluje ciasto, aby zaraz szybkim ruchem noża dzielić je na tytułowe kopytka. Zanim wezmę zamaszysty ruch ręki i ostrze spadnie na ciasto, przesuwam go w powietrzu to w prawą, to w lewą stronę, nie mogąc się zdecydować na najwłaściwszy rozmiar kawałków. Dopiero później dowiaduje się, że to pożywienie w garnku z wrzątkiem, znacząco zwiększa swój rozmiar. Ale machając tym nożem w powietrzu, jeszcze tego nie wiedziałam. Kiedy Ktoś wchodzi od strony kuchni, trudno dostrzec go wcześniej.
Nagle pojawia się za wielkimi, dwuskrzydłowymi, przeszklonymi drzwiami mając cię jak na dłoni.
Ciebie i Twój świat. No bo prawdą jest, że akurat 99% mojego świata to kuchnia.
Czasami to świat, który chwilę temu został jakby odrestaurowany. Doczyszczony, wyprostowany, pozamiatany.
Innym razem to życie w chaosie, w którym ze zlewu wyrastają i piętrzą się po chmury naczynia, jak wieżowce w największych miastach Ameryki. Pod nogami jak gęsta trawa dziecięce autka. Z deski do krojenia spadają okruchy, które przy każdym podmuchu wiatru rezygnują z już dobrze poznanego blatu kuchennego i zagłębiają się w najrozmaitsze części domu. Kuchenne ścierki mogłyby śmiało zdać relację z obiadowych rewolucji jakie przewijały się w ostatnim czasie na osobistej mej indukcji.
Rozlana pomidorowa zdołała nawet  skleić ją na pół. 
I czasami bywa, że od strony kuchni wchodzi do mnie Ktoś, kto chcąc przywitać się z pierwszą rzeczą jaką widzi, witałby się z połową pomarańczowej ścierki, która z natury jest szara. Myślę, że gdyby gość zechciał ją wyprostować i rozkleić, mógłby znaleźć w niej kilka nitek makaronu.
Na ten chaos wchodzi moja sąsiadka. 
Mam uklejone ręce od ciasta, rozsypaną mąkę, zawalony zlew i wielkie nadzieje.
Nie tyle na to, że mi się owe kopytka udadzą, co na to, że może pojawi się w naszym życiu jakieś inne danie, które zechciałyby konsumować moje dzieci.
Sąsiadka siada po przeciwnej stronie kuchennej wyspy i dodaje mi otuchy oraz rad.
Do piekarnika wkładam resztę obiadu.
Kulając ciasto, krojąc i gotując, prowadzimy zwykłe sąsiedzkie rozmowy.
Jak te, które prowadzą ludzie widzący się na co dzień. Nie odkrywamy wtedy nieznanych lądów, nie rozrysowujemy map naszych pragnień i dążeń. Codzienne, zwykłe wydarzenia stają się warte uwagi i jakże często na prędce przygotowanego dla nich dowcipu czy wręcz dodatku teatralnego, w skład którego wchodzą gesty rodem z kreskówek czy wymyślone piosenki.
Co chwila moja sąsiadka przerywa opowieść, aby uspokoić mnie i upewnić, że nie rozpadną się zaraz po wrzuceniu do garnka. 
Te opowieści o zaciągniętej nitce w swetrze w połączeniu z podsypywaniem mąki stają się, mam wrażenie rozmowami jak fundamet. Tymi, na których można już potem budować wszystko. Nawet krzywe ściany czy źle umocowane krokwie taki fundament udźwignie.
Kiedy woda zaczyna wrzeć i zanim wrzucę na nią pierwsze kopytko, przypominam sobie o pewnej sytuacji jaka miała ostatnio miejsce. Przychodzi mi do głowy, bo wtedy też jadłyśmy razem.
Znalazłyśmy się wraz z moją sąsiadką w pewnym gronie, w którym Ktoś wybitnie chciał nam dopiec.
Choć „dopiec” to może zbyt duże słowo. No powiedzmy, że przemawiającemu nie było z uprzejmością po drodze… W mojej głowie w ciągu dwóch sekund zostało przygotowane kilka równie złośliwych odpowiedzi, zastanawiałam się jedynie, która z nich będzie najbardziej adekwatna.
Grzeczna, na miejscu, ale jednak odrobinę dająca do zrozumienia… Odciajna taka – rzekłaby moja Mama.
Żonglowanie nimi pomiędzy zwojami mózgowymi zajęło mi dosłownie chwilę. Chwilę, w której moja sąsiadka zdążyła odezwać się pierwsza. 
– Wspaniały wieczór! Na prawdę jestem zachwycona. 
Zaraz po tym dodała swój jeden z najładniejszych uśmiechów i zatrzepotała rzęsami.
Znam Ją na tyle dobrze, że wiedziałam, iż uśmiech który wybrała ze swojej palety uśmiechów był szczery, prawdziwy, serdeczny.
Uśmiechnęłam się do tego zdania, które powiedziała i spuściłam swój wzrok.
Bo ta odpowiedź, którą głośno wypowiedziała, była najlepszą odpowiedzią, jaką można było wtedy wybrać.
Choć myślę, że Ona jej nie wybierała spośród różnych jakie miała w głowie. Ona miała tylko tę.
Nic w ludziach nie imponuje, nie imponowało i imponować nie będzie mi tak, jak życiowa mądrość.
Bycie tym, który mruga okiem do reszty i z klasą pomaga głupocie rozpuścić się w towarzyskim powietrzu, jak papierosowy dym z długich lufek w międzywojennym foyer.
Kiedy metalowym podbierakiem mieszam w wypływających na wierzch kopytkach, mówię Jej głośno o tym. I o moim względem tej odpowiedzi szacunku. O podziwie. O zazdrości, jaką w sobie mam do spokoju, wyważenia, samoświadomości…
Wyciągam kopytka na miskę i polewam masełkiem. 
Moje dzieci nawet nie chcą podejść do kuchni. Zza rogu oznajmiają mi, że na pewno tego nie zjedzą, choćby nie wiem co. Nie chce mi się walczyć i mówię do męża, żeby przywiózł mi rosół od Babci.
Daję sąsiadce widelec i jedząc z jednego talerza rozmawiamy dalej.
Co jakiś czas przerywamy i cmokamy nad wybornym smakiem. Obie stwierdzamy, że kopytka z masełkiem to potrawa wybitna.
Wyciągam kolejną porcję, którą również polewamy masłem i z wielką, nieustającą radością konsumujemy dalej. Po jakimś czasie myślimy o naszej tuszy i o reszcie obiadu, która wciąż dochodzi w piekarniku. 
Przy trzeciej porcji pytamy dzieci czy na pewno nie chcą. One zatykają usta rękami, co jakoś niespecjalnie nas zasmuca.
Kiedy z podbieraka kapie już mętna woda po ostatniej turze, Ona mówi, że odpowiedziała tak, bo wieczór faktycznie był wspaniały, a uświadamianie kogokolwiek w takich sytuacjach nie ma najmniejszego sensu. Bo ani się ten ktoś nie zmieni, ani nie zastanowi. A czy udowodnienie komukolwiek swojej racji jest takie ważne, jeśli on o te rację nie pyta?
Tak, myślę sobie potem , że wyjątkowo mądry człowiek nikomu nie musi udowadniać swojej racji.
A potem Ona dodaje, że ludzi trzeba przyjmować takimi, jacy są. I nie próbować ich zmieniać.
I albo Kogoś chcemy w swoim życiu i akceptujemy jego wady, dziwne zachowania, albo trzeba to zostawić i iść dalej. Pamiętając o tym, że nie ma na świecie ideałów.
Kiedy piekarnik daje znać, że gotowe, po kopytkach nie zostało ani śladu.
Pomiędzy nami, na kuchennej wyspie pusty talerz, resztki roztopionego masła i oblizane widelce.
Uśmiechamy się nad tym z Asią do siebie, bo siedzimy naprzeciwko.
Myślę, że z połowy kilograma ziemniaków wyjdzie kopytek na cztery osoby i może wyjść coś jeszcze…