przepaść.

Australia płonie.
To tak jakby płonął dom sąsiada. Australia jest krajem sąsiadującym z Polską pod względem polityki klimatycznej. (Raport CCPI 2020. Polska jest najgorzej ocenianym krajem w Unii Europejskiej, na świecie zaraz obok Australii. Która płonie.)
Stoimy za płotem. Ze swojej posesji, przyglądamy się pilnie i wraz z charakterystycznym potakiwaniem mówimy do innych „Straszne. Ach, jak dobrze, że nie my”. Choć nie, mówimy to do samych siebie. Przed publiką wstyd.
Za egoizm. Przelejemy na konto sąsiadowi kilka złotych. Potem złapiemy się i będziemy trzymać kurczowo informacji, że przecież Australia płonie co roku… Może pięć minut po natknięciu się na kolejne informacje dotyczące klęski, pomyślimy o zmianie klimatu i naszym na to wpływie. Pięć.

Przekażemy sobie wzajemnie liczby. Zwierząt, które spłonęły, gatunków, które bezpowrotnie wyginęły. Liczby domów, które przestały istnieć i ich przesiedlonych mieszkańców.
Ze strachem w oczach i głosie powiemy o kolejnych tygodniach pożarów, które trwać będą do lutego. Bo być może wtedy przyjdzie deszcz.

Ale to nie u nas.

Bo my zawieźliśmy dziś do przedszkola dzieci. Dolejemy wody pod choinkę. Uzupełnimy sikorkom karmnik. Zamieciemy okruchy spod stołu. Otworzymy kurierowi drzwi.
Nasz dom stoi. Nie pali się za nim las. Nie zwęglają się nam na półkach książki, listy w szafach.
Nie palą fotele i kuchenne krzesła. Nie odjeżdżamy w autach służb ratunkowych z jedną torbą tego, co akurat wydawało się w tamtej chwili najważniejsze. Domy, do których wrócić się nie będzie dało. Spalone ziemie, które nowego domu nam nie dadzą. Jedna torba na nowe życie.

Nowego życia nie ma i nie będzie. Ani dla tych, którym spłonęły domy, ani dla nas.
Życie na tej Ziemi dobiegło końca. Możemy już tylko dogorywać.
Choć wydaje się nam, że jest jeszcze znośnie. Sklepy otwarte, lodówki pełne. W domu ciepło.
A świat wydaje się nam do ocalenia. Przecież wszyscy mówią, że rezygnują ze słomek jednorazowych, patyczków do uszu. Uff… No tak. Przetrwamy.
Egzystencja człowieka dobrnęła do punktu, w którym jego wygoda i egoizm jest nieodwracalny.
Brak ludzkiej świadomości, świadomości przede wszystkim tych, którzy najwięcej mogą, jest przerażająca.
Klęska ludzkiej głupoty poprzez konsumpcjonizm i pośpiech nigdy nie była tak wielka.

Żerując na ludzkiej niewiedzy, naiwności i ciemnocie idziemy w ślepym pędzie ku przepaści.
Nikt z nas się nie cofnie. Nie ma już takich wiatrów, nurtów wodnych, które by ten ludzki bieg zawróciły.
Zanim do przepaści dojdziemy, zdążymy umrzeć. Ze starości, zmęczenia, nabytych chorób. Chorób, które coraz częściej będą dotyczyły głowy niż ciała. Jednak nasze dzieci, będą tymi, które do przepaści zdążą dojść. My, dziś, prowadzimy ich za rękę. Świadomie idziemy w kierunku zagłady. W podskokach. Bo przecież jeszcze szczeliny nie widać. Jeszcze grunt w nogi nie parzy. Choć słychać jak w jakimś kraju płonie las… Płonie, płonie i przestanie.
My kupimy na tę drogę ku przepaści, kilka wód, w plastikowych butelkach, gdyby pragnienie było duże. Weźmiemy mięsa pełne torby, żeby siła była iść. Może w trakcie podróży zastanie nas nowy rok, to kupimy parę petard. Niech ta podróż będzie z pompą. Niech zobaczą z jakim rozmachem potrafimy. I dzieci się ucieszą. Że nie idziemy jednostajnie, nudno. Niech mają kolorowo zmierzając ku przepaści. Każdy na tę podróż, choćby miał kredyt wziąć, zaopatrzy się w najnowszą wersję iPhona, żeby wstyd nie było iść. Żeby ciężko nie było, na boki wyrzucimy, to co niepotrzebne. Przecież i tak już tam nie wrócimy. A i droga, po której obecnie idziemy – nie nasza. Weźmiemy tak, żeby było wygodnie. Droga do samozagłady ma być przyjemna, lekka i wygodna. 
I koniecznie pojedziemy autem. Wtedy będziemy przy przepaści szybciej niż inni. Albo jeszcze pokaźniej – samolotem. Niech widzą wszyscy. Że byliśmy pierwsi. Na bogato.
Wysiądziemy, obetrzemy buźki naszym dzieciom, brudne od pestycydów i razem skoczymy. Jeśli uda się nam dożyć. To za rączkę dla otuchy potrzymamy. Jak przyjdzie nam po drodze zostać, w plastikowej trumnie, to biedaki będą musiały skoczyć same. Może będzie boleć, ale przecież teraz tak wygodnie się idzie… Jak tu iść z tobołkami, które ważą więcej?  Jak dźwigać szklane butelki, jak spędzić wakacje za miedzą i zrezygnować z triumfu wśród narodu?
Kompostownik? Używany ciuch?
Tak by się chciało… Jednak gdy lekko się idzie, łatwiej iść. A przepaści przecież jeszcze nie widać…
Ktoś mówił, że jest, i nawet opublikował zdjęcie w sieci. O! Może to pomoże.
Przecież jeszcze dziś, kiedy będę kłaść dzieci do snu, daleko jesteśmy od przepaści..
To kupię jutro mięso wołowe w tym plastikowym opakowaniu. A potem wezmę kąpiel w pełnej wannie wody.
Jeszcze przepaści nie widać. To strach mniejszy. Usiądę wieczorem i na uratowane pandy przeleję grosik. To wygodniejsze. Może się uda wielką przepaść pieniędzmi zasklepić…

Zostawiamy naszym dzieciom świat nie tyle w stanie tragicznym i opłakanym, co zwyczajnie skończonym.
Choć trąbią na alarm, myślę, że nikt się nie obudzi.
Człowiek XXI wieku nie potrafi już żyć inaczej. Nie obudzą ludzi pożary, które nie palą ich nóg.
A kiedy ogień stanie u podnóża wszystkich naszych stóp, będzie godzina dwunasta.
Ci, którzy będą chcieli zrobić coś jeszcze, którzy podniosą się i walczyć będą, kosztem swojej wygody, i życia w luksusie, popadną w rozczarowanie i złość… że idą sami. To przyniesie konflikty zbrojne, uchodźców ze „spalonych” już krain będzie więcej. Głód, niedostatek, kataklizmy…
Przyjdzie walczyć nam jak zwierzętom o garść pożywienia. Bez względu na dzisiejszy stan posiadania.
Ale skoro i tak przed przepaścią ucieczki nie ma, to dlaczego nie wziąć tej plastikowej butelki na podróż z wodą, nowych jeansów i jebutnej petardy?

Może chociażby po to, aby nie być bezpośrednio mordercą swoich dzieci…

gwiazdkowy kożuch.

Pierwsze zdanie jednego z rozdziałów „Dzieci z Bullerbyn” brzmi tak:
„Nie wiem, kiedy święta zaczynają się gdzieś indziej, lecz dla nas, dzieci z Bullerbyn, Gwiazdka zaczyna się już tego dnia, gdy pieczemy pierniki.”
I choć czytam na głos dalej, w głowie wiruje mi myśl i nie chce uciec… Kiedy zaczynają się nasze święta…
Choć aby zaczęły się nasze, najpierw musiały zacząć się moje, a wcześniej mojej Mamy…
Zatem moje święta zaczynają się tam dokąd jest w stanie sięgnąć moja pamięć i opowieści…
Moje święta zaczynają się w kuchni Babci Adeli. 
Przy wigilijnym, wysuniętym na środek kuchni stole. W kuchni ciepło od pieca.
Dziadek wnosi choinkę. Wcześniej, pociągiem, jedzie do Katowic zawieźć jedną do Cioci Kozłowskiej. Żywą, pachnącą. Wraca z prezentami od Niej. Mama do dziś opowiada o Cioci, która była tą wymarzoną. Ciepłą, troskliwą, serdeczną. Przy której wracało się do domu jak z bajkowych opowieści. W kapelusiku, sukieneczce, z torebeczką.. Aż Babci Adeli trudno było na podwórzu rozpoznać własne dziecko..
Od tej też stryjenki na choince wisiał sznur lampek elektrycznych, gdy w niejednym domu na uchwytach paliły się świece.
Od rana wigilijna krzątanina. Babcia zmienia pościele. Potem Mama z wujkiem Maćkiem kręcą mak. Bo makowiec musi być. Ze swojego maku. Zupa grzybowa. Karp. Kapusta z grzybami. Zebranymi z Dziadkiem Staśkiem. Bo na jagody chodziło się z Mamą, a na grzyby z Tatą. 
Do świątecznych obowiązków Dziadka należało obieranie kartofli.
Na obiad zupa śledziowa. 
Z gałązek, które zostały po choince Mama robi bukiet i wkłada do wazonu. 
Za drewnianymi oknami mróz. Śnieg. Prawdziwa zima.
Ciepłe światło kuchni wychodzi na podwórze. W gościnę przyjeżdża wujek Janusz ze swoją żoną.
Przywożą prezenty. Wtedy pojawia się zwyczaj obdarowywania. W późniejszych latach Mama też stara się czymś odwdzięczyć. Choć najlepszy czas przychodzi, gdy starszy brat Maciek zaczyna zarabiać i mogą wspólnie jechać do miasta. I kupić prawdziwe prezenty.
W pierwszy dzień świąt szukało się bramy i furtki w polu, bo gdzie panny na wydaniu, tam się bramę zdejmowało…
Mama często powtarza, że było biednie, ale niczego w dzień wigilii Im nie brakowało. 
Choć nie było mnie jeszcze wtedy na świecie, kiedy Mama snuje opowieść, mam wrażenie, że stoję w ciepłym kożuchu za ich kuchennym oknem i przyglądam się temu…
Widzę jak w tym drewnianym, zielonym domku Ktoś dokłada drwa do pieca, widzę małą Mamę, która poprawia te gałązki w wazonie. I jak wujek Maciek wyciąga stół na środek.
Może to ten sam biały, który ja jeszcze pamiętam…
Widzę to wszystko doskonale, bo… wraz z moją Mamą ta historia przyszła do mojego rodzinnego domu.
I gdybym założyła kożuch, już trochę większy i stanęła za kuchennym oknem drewnianego, kremowego domu moich rodziców, to ujrzałabym niezwykle podobny obrazek…
Do kaflowego pieca dokłada się już od wczesnego rana, bo choć w dzień wigilii Mama szła jeszcze do pracy, to na piecu w garnkach bulgotało od wczesnych godzin porannych. Miałyśmy przykaz aby mieszać tą wielką drewnianą łyżką dochodzący bigos. Znosiłyśmy z góry świąteczną zastawę. W róże.
Układałyśmy do wazonów bukiety sosnowych gałęzi. Wieszałyśmy ozdoby. Po świątecznych porządkach zostawały na koniec te pościele i do trzepania dywany.
Tata, który wnosi choinkę i wiesza u sufitu. 
Podłogę w kuchni myło się na pięć minut przed pierwszą gwiazdką.
Makowce, serniki z rodzynkami. Zupa grzybowa z łazankami. Ryba z kapustą i grzybami.
Ustalona kolejka do kąpieli i Justynka prasująca Tatową koszulę…
I w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, szukamy bramy  w polu..
Zanim zaczynamy jeść, Tato często powtarza – i patrzcie, kolejny rok spotykamy się przy tym stole wszyscy i w zdrowiu.
I to są najpiękniejsze słowa jakie można wtedy powiedzieć. 
Gdybym mogła wyjść ze swojego ciała i założyć kożuch (gruby bo im jestem starsza, tym szybciej marznę),  i stanąć za oknem swojego domu, ujrzałabym…
Mojego męża, którego proszę o odkurzanie, zanim pójdzie pod prysznic.
Ja mieszam jeszcze w garze z kompotem z suszu. Kartofle obrane.
Zapalam świece i poprawiam gałęzie w wazonach.
Kiedy widzimy z daleka nadjeżdżające auto Dziadka, wynosimy na dwór duże kolumny i puszczamy świąteczną piosenkę. Znam ich tak dobrze, że idę już do nich tanecznym krokiem, gdyż wiem, że zaraz po otwarciu drzwi wyjdą tłumnie, i jak tylko postawią nogi na ziemi, będą też tańczyć.
Zupa grzybowa z łazankami, ryba i kapusta z grzybami. Serniki i makowce.
Pod talerze powkładałam kilka słów.
Tata mówi, że wszyscy i że razem. Że zdrowi.
Po otwarciu prezentów gramy w gry. Słuchamy kolęd, bo Mama lubi kolędowe koncerty.
My wtedy dużo się śmiejemy, podjadamy palcami. Obieramy mandarynki trzymając nogi na krześle obok. Na stole serwety. W sercach błogi stan.

Dwudziestego listopada dostaję od mojej siostry sms’a..
„Tak sobie zaczęłam wyobrażać święta i tak mnie miło ścisnęło w gardle na samą myśl. I pomimo kolejnych lat, które przyjdą zaraz po nich, to już się nie mogę doczekać! Będzie magicznie… jak zawsze!”

Święta nasze nie zaczynają się w dzień gdy pieczemy pierniki, choć jest cudowny…
Nie zaczynają się też w dniu kiedy wieszamy kalendarz adwentowy, albo kiedy zapalam pierwsze świąteczne lampki…
Myślę, że nie jest to też dzień kiedy dostaję od mojej siostry tę wiadomość, choć przez chwilę się zastanawiałam, że to może ten…
Krążą moje myśli, koło pierwszej choinki którą ściął Dziadek Stasiek.. Może to tam jest ich początek..
Albo jeszcze dalej, pod zamkniętymi powiekami Któregoś z Pradziadków, na pasterkowej mszy, podczas donośnego śpiewu „Gdy śliczna Panna, syna kołysała…”
Wiem na pewno, że nie zaczyna się on w mojej rodzinie w kościele i wierze, a bardziej w legendzie i obyczajach..
Zanim skończymy ten rozdział „Dzieci z Bullerbyn” w mojej głowie przechodzą setki myśli, wspomnień, obrazów… Szukam dnia w którym zaczyna się nasza Gwiazdka…
Kiedy zamykam książkę, przykrywam dzieci i gaszę światło uświadamiam sobie, że moje święta zaczynają się każdego dnia…
Najbliżej szukać narodzin tych moich świąt, w okolicach aury mojej Mamy. Gdyby zechcieć poznać historię sięgającą głębiej, należy zapytać Babci Adeli albo… samego siebie…

Z kieszeni ciepłego kożucha wyciągam rękawice i nakładam na zmarznięte dłonie.
Spoglądam raz jeszcze w kuchenne okna tych rodzinnych domów i spokojnie odchodzę, bo wiem, że w wazonach z sosnowymi gałązkami jest wystarczająco dużo wody…

wyniki

Wchodząc na górę widzę na tych białych schodach każdy paproch.
Każdą nitkę, włos, plamę… Zaraz nachodzi mnie myśl, że schody do piwnicy, które są pod tymi prowadzącymi na górę, muszą być trzy razy bardziej brudne.
Koniecznie jak tylko zejdę na dół wezmę wiadro z mopem i je przemyję.
Pranie chyba wyschło już na pieprz. Boże, ileż można wojować z praniem?! Zbierasz w kosz, segregujesz, uruchamiasz bęben, wieszasz. Teraz białe. Brakuje miejsca na wieszanie. Tak, już muszę w końcu kupić te suszarkę. Będzie szybciej. Po dwóch porcjach prania, biała podłoga w pralni wygląda jak psu z gardła…
Choć to złe porównanie, bo psu do gardła by się nie zmieściła. Nie mogę znaleźć w tej chwili innej analogi czy paraleli. Podłoga wygląda po prostu źle. Pełna kićków z ubrań, ciągnących się znowu nitek i zebranych na szybie drzwiczek włosów. Czemu te cholery muszą na jesień lecieć jak na potęgę?
Za każdym razem gdy wyciągam ich z głowy pełne garście, myślę sobie, że szczęście się skończyło i na pewno zżera mnie jakaś choroba…
Dręczy mnie też ilość zaplanowanych rzeczy i tego, że na pewno o czymś zapomnę, a już na pewno z czymś nie zdążę. To, że udaje mi się zawsze zdążyć ze wszystkim co najważniejsze, jakoś mnie nie przekonuje. Więc dręczę się tym codziennie… Nie zdążę, nie zdążę, nie zdążę… Jakbym co najmniej miała zdążyć na samolot do raju, a przed odlotem przekopać na grządki pół wsi w pół godziny.
A więc mój strach z tym że nie zdążę, a co gorsza, nie zrobię tak dobrze jak tego od siebie wymagam, każdego dnia wpędza mnie do trumny…
Od kilku dni drażnią mnie wszystkie już zniesione słoje i wazony, bo nagrzewają mi się od lampek.
A ja chcę mieć w nim lampki. Taki lampion. Szklany pojemnik a  w środku lampki. Zniosłam już ich z całego domu z dziesięć. Każda cholera się nagrzewa. Aż parzy. No tak być nie może…

Z samego rana przypominam im kilka razy, żeby się nie zagalopowali i niczego nie zjedli.
Uff.. W końcu. Od miesiąca co środę chcę wybrać się na badanie krwi i ciągle coś nam nie po drodze.
A to katar, a to auto u mechanika…
Jedziemy. Panie jak zwykle przemiłe. No to morfologia, borelioza, panel na orzechy u syna.
I ja. Ja poproszę też boreliozę, morfologię, ob i wie Pani… poproszę takie rakowe. Najlepiej taki pakiet.
Jest. Super. Pakiet onkologiczny damski. Biorę. Biorę jak ser i masło w sklepie.
Dzielni byli. Wyniki wieczorem. Do sprawdzenia w internecie.
W nagrodę po drodze wstępujemy do biedronki.
Biorą haribo i gumy do żucia. Ja wzięłam kalafiora do obiadu.

Kiedy jest już ciemno oni bawią się z Babcią na dywanie. W kotki.
Z kawą w ręku idę na górę. Widzę te brudne białe schody. Podobno inni tego nie widzą gdy przepraszam za bałagan. Nie wiem na ile prawdę mówią, na ile chcą być grzeczni…
Na biurku w sypialni stoi mój laptop. Rano tam zaczęłam pisać kolejny rozdział.
Siadam i rozkładam numery zleceń owych badań.
Wpisujesz numer i klik. W jednej chwili masz wyniki.
Biorę zatem pierwszy. Mój. Wpisuję numer i…
A co by było gdybym…?
Czy zrobiłabym do wieczora wszystko to co miałam w planach?
Czy wtedy plany się zmieniają?
Czy patrzyłabym drętwo w monitor? Czy zaczęła szlochać?
Zeszła do dzieci i udawała, że nic się nie dzieję? Zadzwoniła do męża z pytaniem „i co teraz”?
Czy wtedy niezebrane pranie nadal jest dręczące? Czy wtedy lampki poza słojem nie byłyby problemem, i przestałabym wojować? I człowiek się cieszy, że może się tym lampkom odbijającym w kuchennym oknie przyglądać?
Czy zamiast biegać i zbierać po domu wszystko to, co nie jest na swoim miejscu, dosiadłabym się na dywan do dzieci i babci?
Czy jutro siadłabym i pisała dalej książkę? Czy zaniechałabym z myślą, że może szkoda czasu i „a po co?”.
Czy wręcz przeciwnie, pisałabym jak szalona, że gdyby co, zostawić te przemyślenia dzieciom na pamiątkę?
Czy nadal bym pracowała i zarabiała pieniądze? No na chorobę trzeba mieć przecież ogrom pieniędzy.
A może czułabym się tak źle, że wszystko to, nawet nie przyszłoby mi do głowy i leżałabym modląc się o ulgę w bólu…?
Jak to jest? Że żyjesz i wszystko wydaje Ci się tak ważne i priorytetowe. A po jednym wyniku to wszystko ważne staje się zupełnie nieistotne. Do urny ze sobą nie zmieszczę…
Czy bardziej uważnie przyglądałabym się dzieciom? Całe dnie bawiła się z nimi w kotki?
Czy chciałabym się z kimś zobaczyć, albo czy wolałabym zamknąć się w czterech ścianach?
Udawała przed światem i walczyła z chorobą w tajemnicy? A może szczegółowo opowiadała i się nad sobą użalała?
Jaka bym wtedy była? Jaki wtedy byłby mój dom i mój świat?
Czy zmienia się wszystko, czy nie zmienia nic?
A może tylko kilka pierwszych dni, a potem oswajasz chorobę jak nowego kota w domu co chodzi i po kątach sika. Doprowadza Cię do szału. Chcesz go wziąć za te sierść i wyrzucić przez okno. A potem on uczy się twoich zasad a ty jego. I jakoś razem trwacie. Tylko z kotem z biegiem czasu robi się coraz milej, a z chorobą…
Czy robiłabym plany? Czy uczyła wszystkich jak żyć kiedy mnie już tu nie będzie?
Czy przed snem mówiła mężowi jak mantrę kiedy jest basen i o czym ma pamiętać.
Gdzie kupować odżywkę dla dzieci do rozczesywania włosów. A może kupiłabym ich dwadzieścia, żeby miał na zaś. Kiedy mnie już nie będzie….
Czy wstawałabym co dnia i myślała „dam radę. uda się. musi się udać.” Czy skupiłabym się na odchodzeniu?
Czy życie odbiera się wtedy inaczej? Lepiej czy gorzej?
Docenia się świat czy ma się żal do świata?
Jeszcze zanim nacisnę „zaloguj”, myślę kogo znam i gdzie. Co następowałoby pierwsze w badaniach i leczeniu.
Może to już ten czas, w końcu tyle dobrego dostałam od życia. Jak jeden człowiek może dostać tyle dobrego? 
Mama powiedziałaby „Dziecko, już coraz lepiej sobie z tym radzą.”
A z drugiej strony gdzie się człowiek nie obejrzy tam tragedia. 
I skoro taki Jobs co mógł kupić cały świat, umarł na raka…? 
I czy czytałabym nadal tyle książek? Czy to nie byłaby strata czasu? Przecież żadnej z nich nie będę pamiętać będąc prochem w urnie. Może robiłabym więcej aby coś po sobie zostawić?
Albo nie zostawić nic i patrzeć w okno…

Lewym przyciskiem myszki naciskam „zaloguj”.
Jestem zdrowa. Bynajmniej w kwestii chorób które badałam.

Wstaję i idę zrobić sok z marchewki. 
W lodówce czeka ciasto na rozwałkowanie. Zrobię tartę rustykalną.
Schodząc na dół zbieram ze schodów długą, brązową nitkę.
Umyję je jutro. A może w sobotę.