tablica ogłoszeń

Dziś taki tytuł, bo ogłoszeń będzie kilka.
Zaczynamy. 
Pierwsze, na allegro jest do wylicytowania na rzecz WOŚP zestaw.
Książka „Blog”, „O życiu”, „Liść”, plakat „Alfabet” i zawieszka.
Link do aukcji TUTAJ.
Trzymam kciuki, w tamtym roku książka „Blog” i plakat „alfabet” poszedł za ponad 300 zł!
Oczywiście wszystkie 3 książki z dedykacjami.


Druga sprawa. 

Jest już całkowita końcówka kolekcji „Cotton 100%”.
I ostatnie zniżki do 40%. TUTAJ.
Plus darmowa wysyłka.
Od dziś, do końca stycznia jest darmowa wysyłka na wszystko. Nie ma kwoty minimalnej.
(Dla tych co dokonali zakupu w styczniu, a paczka jeszcze nie wyszła, dokładam coś w prezencie, aby nie złościli się, że po co z zamówieniem się pospieszyli 😉 )


trzecia sprawa..
Konkurs Literacki trwa. Ilość Waszych zgłoszeń i prac przerasta moje oczekiwania. Myślę, że na jednej publikacji się nie skończy. Wszystkie zgłoszenia schodzą. Są drukowane. Czytane. 
Będę odpisywać na te maile w ostatnim tygodniu stycznia. 
Zatem jeżeli Ktoś nie otrzymał mojej odpowiedzi, mail doszedł, nie martwcie się. Będę zatwierdzać wszystko do końca stycznia.

czwarte ogłoszenie 🙂
Jakby Ktoś miał ochotę to na portalu MINT, pojawił się artykuł z nami, który był w gazecie Mammazine (edycja lato). Zdjęcia i wywiad.
Więcej zdjęć do zobaczenia TUTAJ.
A wywiad kopiuję i wklejam.


MINT: Ciekawa jestem, skąd pomysł na chatę w skandynawskim stylu – to realizacja marzeń i chęć stworzenia waszego miejsca na Ziemi?

JULIA ROZUMEK: Wydaje mi się, że tak naprawdę do skandynawskiego stylu to jej daleko. Takie określenie przyjęło się wśród znajomych czy moich czytelników. Skandynawia kojarzy mi się bardziej z bielą, minimalizmem, a u nas – taka trochę graciarnia. I choć co jakiś czas próbuję nas „odgruzować”, to za chwilę jest podobnie. Chyba taka natura moja i męża. Nie mieliśmy zatem żadnego planu, by dom był podobny do jakiegoś konkretnego stylu, wzoru. To połączenie wspólnych wizji dało taki efekt.

M: Kiedy pomyślałaś: chcę właśnie tak mieszkać?

JR: Nigdy nie miałam myśli, że właśnie tak ma być. To wszystko powstawało samo i powoli. Wiadomo, pojawiła się myśl o budowie domu. Oczywiste też było, że ma być z bali i trochę z cegieł. Cudowne jest to, że z mężem zgadzamy się dosłownie we wszystkim, jeżeli chodzi o te wnętrza i dekoracje. Często podczas budowy pytał, jakie mają być, ja zawsze odpowiadałam – wybierz, jakie chcesz, bo na pewno będą dokładnie takie, jakie ja bym wybrała. I zawsze były dokładnie takie. A odpowiadając na pytanie, to nigdy tak nie myślałam, bo miałam skromniejsze marzenia, nie przypuszczałam, że trafi mi się taki zaradny mąż, a co za tym idzie – ten właśnie dom.

M: Czy styl domu to wypadkowa waszych preferencji i gustów designerskich czy zupełny przypadek?

JR: Myślę, że to całkowicie wypadkowa naszych preferencji i gustów. Przypadkiem jest, że mamy np. tę, a nie inną szafę, bo na giełdzie staroci szuka się czegoś w wybranym stylu, a nie konkretnego przedmiotu, ale zdecydowanie poszukujemy i kręcimy się dookoła naszych upodobań, a potem je realizujemy.

M: W którym miejscu najczęściej i najchętniej spędzasz czas?

JR: Odpowiedź na to pytanie podzieliłabym na dwie części. Pierwsza odnosi się do tego, gdzie najczęściej spędzam czas z racji tego, że pracuję w domu, mamy małe dzieci oraz że lubimy gotować i jeść w domu. Jest to zatem kuchnia, która jest połączona z jadalnią i salonem. Tu spędzam 90% dnia. Tutaj też mamy prawie wszystkie zabawki i kąciki dla dzieci (biureczka, domki). A jeśli chodzi o drugą część pytania – marzy mi się, by spędzać więcej czasu w wannie czy w fotelu bujanym z ulubionymi książkami, ale prawda jest taka, że… gdybym chciała to bardzo robić, to bym to po prostu robiła. Zatem odpowiedź jest jedna i ta sama – najczęściej przebywam w naszym kompleksie kuchenno-jadalniano-salonowym.

M: Czym kierowałaś się przy wyborze mebli i dodatków?

JR: Całkowicie swoimi potrzebami estetycznymi. Coś gdzieś wpada mi w oko i przynoszę to do domu. Już podczas budowy gromadziłam różne meble z targów staroci. Nie kompletowałam ich ani nie dopasowywałam, dopiero po wprowadzeniu je wstawialiśmy i one tak, chcąc nie chcąc, musiały się polubić.

M: Z którego mebla jesteś najbardziej dumna?

JR: To zależy. Pod pojęciem dumy rozumiem dumę przed sobą, bo ludzie mają różne gusta i każdemu z nas podoba się coś innego. A ja wszystko lubię podobnie. Może zegar stojący, bo zegarów miałam przesyt, przez to, że zajmował się nimi mój Tato. Były dla mnie już zbytnio opatrzone, zbyt ozdobne. Lubię ten, który mieszka u nas. Takie klasyczne Art déco.
Lubię też kanapy w salonie, szafki biblioteczne, wóz dziecięcy, drewnianą apteczkę, meble w biurze.

M: A którego za żadne pieniądze byś nie oddała?

JR: Hmm… chyba nie ma takiego. Za żadne pieniądze nie oddałabym szczęścia mojej rodziny, dlatego już nie pracuję tyle, co kiedyś. Kocham nasz dom i jego wnętrze. Ale to ściany i przedmioty. Może inaczej – mam wielki sentyment do wielu z nich, ale gdyby ich sprzedaż mogła przynieść ukojenie jakiegoś problemu duchowego czy innego, to byłabym w stanie z nich zrezygnować.
Nie oddałabym moich walizek z pamiętnikami, liścikami z lat szkolnych itp. Ale to nazywam wspomnieniami, to raczej nie przedmioty. Choć często śmiejemy się z mężem, że gdybyśmy mieli stąd uciekać, to w pierwszej kolejności pod pachę złapiemy ekspres do kawy. Trudno by mi było oddać deski, które mój Tata nabijał na ściany podczas upalnych dni budowy, czy bale do ciemnej nocy szlifowane przez mojego męża…

M: Nasza sypialnia to marzenie niejednej z nas, skąd pomysł na taką przestrzeń?

JR: Zanim zaczęliśmy projekt i budowę, już mi się bardzo podobało takie rozwiązanie – wanna w sypialni. Mąż podchwycił pomysł. Sufit zostawiony do samego szczytu, by uzyskać większą kubaturę, a przez to lepsze powietrze do spania. Mam nadzieję, że będzie to pomieszczenie, na które przyjdzie czas. Dziś żyjemy w pędzie, ale lada moment dzieci będą miały więcej swojego świata, a ja położę się z książką w tej wannie. Otworzę na oścież okna i wieczorny letni chłód będzie oplatał mi ramiona. Kwestia samej zabudowy wanny i takiego jej ułożenia to moja wizualizacja, a męża wykonanie.

M: Jaki wpływ mają Twoje dzieci na kreowanie przestrzeni?

JR: Chyba kluczowy. Niskie pufy, by zawsze mogli się położyć czy usiąść wygodnie. Wóz na dole z ich zabawkami, książkami. Huśtawka, domki, hulajnogi, autka, rowery. To wszystko zajmuje najwięcej miejsca. Jeżeli chodzi o dobór mebli czy dodatków – są za mali, by w tym pomagać, choć autorką pokoiku Tosi jest ona sama. Nie wtrącam się, nie dekoruję. Czasami proponuję, a ona mówi, czy też ma na to ochotę.

M: Widzę dbałość o detal, meble i dodatki niby często z innej bajki, ale tworzą jedną spójną całość – to efekt zamierzony?

JR: No właśnie, zbieram, kupuję to, co mi się podoba. Nie zastanawiam się, czy będzie do siebie pasować.
Okazuje się jednak, że nie idąc za trendami, a jedynie za własnymi potrzebami, gdy stawiamy koło siebie dwie rzeczy, totalnie w naszym guście – zawsze będą do siebie pasować. Nigdy chyba nie było u nas kupowania czegoś pod coś. Zawsze każdy przedmiot jest osobną jednostką, która potrafi się zakumplować z resztą i wygląda, jakby właśnie tak miało być i jak gdyby urodziły się razem.

M: Czego nie mogłoby zabraknąć w Twoim domu?

JR: Dziś już wiem, że tej dużej przestrzeni wspólnej. Połączenie kuchni, jadalni i salonu jest cudownym rozwiązaniem dla rodziny, która chce żyć razem. Mamy dom bardzo otwarty, jest u nas zawsze dużo gości, rodziny. Idealnie sprawdza się to rozłożenie. Widzimy dzieci, gadamy przy stole, ktoś robi pizzę przy blacie kuchennym. Nie mogłoby też zabraknąć drewnianych podłóg. I plakatów z sentencjami, które kocham, np. mojego ulubionego Myśliwskiego.

M: Kwiaty, motyle, rysunki przyrody – natura jest Wam wyjątkowo bliska?

JR: Zarówno ja, jak i mój Adaś urodziliśmy się i wychowaliśmy na wsi. Teraz też mieszkamy pod lasem. Myślę, że natura i jej odgłosy, zieleń za oknem to ukojenie dla człowieka. Odpoczynek. Kiedyś czytałam artykuł o tym, co daje długotrwałe szczęście. Podobno zamieszkanie blisko zieleni. Uważam, że dużo w tym prawdy.

M: Jak określiłabyś charakter i styl Twojego domu?

JR: Hmm… Czy da się go w ogóle określić jednym słowem czy konkretnym stylem? Trudno mi powiedzieć. Połączenie antyków z przestrzenią; drewna z dużą ilością szyb. Nie wiem, chyba się na architekturze nie znam na tyle, by móc to, co tutaj stworzyłam, nazwać jednym słowem.

M: Widzę wiele cudownych detali w domu, gdzie Ty to wszystko wyszukujesz?

JR: Rożnie. Są takie, które mamy z mężem od lat. Wiele z nich skupujemy na giełdach staroci, coś wynoszę z muzeum antyków mojego Taty. Coś dostajemy, przychodzi przypadkiem. Ale głównie jestem nastawiona na to, by być cierpliwą i odnaleźć właśnie to „coś” niż kupować na szybko byleby było i już stało.

M: Jakie masz priorytety w tworzeniu tego domu i przestrzenii?

JR: Aby nie robić nic wbrew nam. By wszystko, co się w nim pojawia, było jakby wyjęte z naszych marzeń aranżacyjnych. A przede wszystkim, by mieszkanie z tym wszystkim tutaj było jedną harmonią. Całością. Żeby wtopiło się w przestrzeń, jak gdyby od zawsze tu było…
A poza tym – klasyka. Klasyka sprawdza się zawsze i wszędzie. Klasyka nigdy nie męczy i mało kiedy się nudzi.

M: Czy te wnętrza to twój powrót do dzieciństwa?

JR: Całkowicie. Wychowałam się w drewnianym domu, pełnym staroci, bo Tata jest kolekcjonerem. A jako że było to wspaniałe dzieciństwo, to chciałabym, by nigdy się nie kończyło, choć drewniane ściany tego domu czuwają już nad snem moich dzieci…

Ona z tych czytających..

Po pierwsze, jedną z największych radości są Wasze komentarze.
I choć niestety nie zawsze mam czas na nie odpisywać, to czytam po kilka razy, czytam na głos Adasiowi, śmieje się z nich i wzruszam.  I choć internetu nie wielbię, tak niesamowitym jest fakt, jaką „rodzinę” można zgromadzić przez 6 lat blogowania. Ja niektóre adresy mailowe, jakie zostawiacie przy komentarzach znam na pamięć. Przez tyle lat, wzrokowo się utrwaliło.
I choć to mało spotykane w dzisiejszym świecie, to hejt u mnie pojawia się sporadycznie, może raz na trzy/cztery miesiące, a to świadczy o kulturze i poziomie czytelnika. Jesteśmy zgraną „rodziną”.
Pisze o tym, bo akurat czytałam na kokpicie komentarze..
A post dziś będzie czytelniczy.

Wrócił ostatnio mój mąż z sauny. Późny wieczór. Dzieci śpią. Wpadł kolega. Ja robię makatkę. Znaczy grdule ją. Telewizor w tle gra. Siedzę na tej kanapie jak babuszka pochylona i tkam.
Chłopcy gadają o filmach, serialach.. I pada gdzieś pomiędzy, zdanie z ust Adasia, że Jula to z tych czytających. Kolega mówi, że zabrzmiało to, jakby w Młodej Polsce XIX wieku, bo wiesz „Jula z tych czytających, grających na fortepianie, pobierających nauki o świecie i język francuski szkoli…”..
A Adasiowi chodziło o to, że czytających tzn, książka 400 stron w dwa dni.
Że czytam wieczorem, podczas gotowania, popołudniami i wieczorem.
Że czytam w każdej wolnej chwili.
Miewam owszem okresy totalnego odłączenia się od książek. Ale nie trwają dłużej niż dwa tygodnie.
I w ostatnim tygodniu grudnia, będąc całkowicie poza światem internetowym (polecam każdemu), połknęłam ten oto zbiór…


Zaczynam od góry.
Sekretne życie pszczół – to bestseller chyba z roku 2008. W moje ręce trafił dopiero teraz. Dostałam go w wielkiej paczce świątecznych prezentów od czytelniczki, która jest już Babcią. Ten rozmach wiekowy moich czytelników jest nieprawdopodobny. Najlepszy po prostu. 
Oszalałam. Zwariowałam. Są książki przy których trzeba przejść jakieś strony, przerzucić kilka, kilkanaście kartek by dać się pochłonąć. Ta ukradła mnie od pierwszej. Dosłownie. Ukradła mnie rodzinie i światu. Liczyło się tylko czytanie. I nawet nie chodzi tyle o historię tam zawartą, choć jest genialna, a o styl pisania.
Narracja jest prowadzona w ulubionym przeze mnie stylu. Jedna z najlepiej napisanych książek jakie czytałam w swoim życiu. Narratorką jest 14 letnia dziewczynka. Jej postrzeganie świata, wyobraźnia…
Tego samego dnia gdy zaczęłam ją czytać, poleciałam do empiku, kupiłam ją mojej przyjaciółce i wysłałam na Cypr. Miałam wrażenie, że ona jest narratorką. 
I uważam, że wielkie brawa należą się tłumaczowi tej książki. Bo przecież została napisana w innym języku. Brzmiała zupełnie inaczej. A każde słowo ma tyle znaczeń w tłumaczeniach. To Jego zdolność dobrania odpowiednich. Poprowadzenia tak a nie inaczej danego zdania. Wielki talent!! Myślę, że tłumacz to niezwykły, niedoceniony przez świat pisarz. 
Zapisuję tę książkę do pierwszej piątki najlepszych jakie czytałam.
Po przeczytaniu, obejrzałam film na jej podstawie. Nie dorasta książce do pięt. Choć zrobiony dobrze, to daleko mu do tego, jak świat książkowy wyglądał w mojej wyobraźni.

Celibat – Jeżeli kiedyś mistrzami reportażu był Szczygieł albo Tochman, to dla mnie na prowadzenie wyszedł Wójcik! Nawet się łokciami nie musiał przepychać. 
Książkę czyta się na raz. Nie odchodzi się od niej. Płynie się. Po słowach, stronach.. 
Nie, nie jest to książka dla przeciwników kościoła, lub dla Ich zwolenników.
Ta książka jest o człowieku, który zostaje księdzem i zostaje mu narzucony celibat. A On nadal jest mężczyzną. Ma potrzeby cielesne, duchowe. Nie tylko do Boga, ale do drugiego człowieka.
Każdy reportaż jest o innym księdzu. Są skrajnie gorzkie historie, wręcz obrzydzające człowieka, jak i historie pełne współczucia, zrozumienia, opowiadane przez dobrego człowieka – księdza.
Często bywa, że dany piosenkarz, czy projektant ma taki styl, że jedno do drugiego podobne.
Wójcik w swojej książce o celibacie prowadzi wiele historii i każda z nich tak od siebie różna w stylu i sposobie narracji. 
Każda z opowieści, wywiadów, jest zapiskiem historii prawdziwych, zapisu których dokonał pisząc i robiąc badania na studiach. 
Książka doskonała! Zarówno jako poziom literacki, jako zawarta treść i poznawanie świata czy kształtowania w sobie opinii. 
Osobiście odstrasza mnie kościół. Z różnych względów. Chociażby smutku jaki niesie chrześcijaństwo. Gdybym miała kiedyś się nawrócić, to najbliżej byłoby mi do buddyzmu. Daleko mi też z racji skrajnie innych przekonań, od tych które niesie kościół.Podczas nocnego spaceru w Wigilie, poszłyśmy z Mama, Siostra i Nela na pasterkę. Przyjrzeć się ludzkim zwyczajom, innym pasterkowym obyczajom. Tak tam było „grobowo”, a przecież Pan im się narodził. Powinni się radować. A tylko mnie noga drygała przy kolędach. Z szacunku do obyczajów innych ludzi, wzięłyśmy pieniądze na tace. Ale schowałam spowrotem do kieszeni, gdy okazało się że to na obronę życia poczętego. Bo ja jestem wyznawcą innych przekonań i racji. I wole to dać na obronę życia chorego u Jurka Owsiaka. 
Ale staram się na to wszystko patrzeć obiektywnie. Są dobrzy i źli motocykliści. Dobre i złe matki. Dobrzy i źli lekarze. I z szacunku do wierzących nie napiszę co myślę o instytucji kościoła, tak myślę, że i tam są dobrzy i źli księża. Książka warta wielu nagród.

Esesman i Żydówka – szukałam jej długo i wytrwale. Przez ten czas w mojej głowie rosła wielka tęsknota do chwili gdy zacznę ją czytać, gdy zaczną w mojej głowie powstawać obrazy jej dedykowane.
I chyba trwało to zbyt długo, bo moje wyobrażenie o niej było tak mocno wyidealizowane, że stało się zupełnie inne niż książka. 
Pomysł na książkę doskonały, wręcz najlepszy jeżeli pisać o miłości.
Uwielbiam literaturę osadzoną w czasie II wojny światowej.
Jednak chyba zbyt mocno urosła ta historia we mnie podczas oczekiwania…
I w tym doszukuje się powodu, bo oceny na „lubimy czytać” wysokie i dobre.

 Wszystkie moje kobiety – styl pisania Wiśniewskiego znany chyba każdemu. Potrafi rozłożyć na łopatki prawie każdą kobietę. I nawet wymagającego dobrej literatury mojego Tatę, który też widziałam czytał owego autora. Rozległa wiedza pozwala mu rozwijać wiele wątków. Ciekawych, poznawczych, naukowych.
Jest wnikliwym obserwatorem ludzkich uczuć, zachowań i perfekcyjnie przekłada to na papier.
Dotyka uczuć ludzkich o których każdy wie, ale ani nazwać nie potrafi, ani nie ośmiela się tego robić.
Kolejne książki J.L. Wiśniewskiego nie są wielkim odkryciem, bo jego styl jest już dobrze znany, ale zawsze warto przeczytać. Robi to po prostu bardzo dobrze. 

Wróżka – moje ulubione czasopismo. Każdy wtedy patrzy na mnie jak na jakąś babę ze wsi co o horoskopach czyta. Myli się ten, kto gazety tej nie miał a tak ocenia.
Jestem maniakiem kupowania gazet. I np. w wielu miesięcznikach zaczynam czytanie od strony 47 bo 46 to reklamy perfum i torebek. Potem schemat znany bo wywiad ze znanym aktorem z Ameryki, potem o odchudzaniu, kosmetykach, kilka przepisów i znowu reklamy. Estetycznie piękna.
Za to wróżka klasyką i minimalizmem elegancji nie tryska, ale w ostatnich dwóch numerach z zapartym tchem przeczytałam o:
kłamstwie,
czwartym królu, który zostaje w opowieściach pomijany. Kim był i co go zatrzymało.
o Workucie w Rosji. – genialny artykuł.
polskiej Dr Dolittle
gwałtach w Hollywood
o historii Briana Grovera i Jeleny w czasie wojny – piękna!
o Corze Pearl – moje ulubione artykuły
genialne cykle to „zbrodnia to niesłychana” o najbardziej zagadkowych morderstwach na świecie.
fantastyczny artykuł o mięsie. o hormonach stresu jaki powstaje w hodowanych zwierzętach i jaki my potem zjadamy.
o najbardziej znanych Casanovach – Głowacki, Pluciński, Niemczyk, Rasputin, Sinatra itp..
Okuniewo w Rosji
o Jersey Lili
„Niebo w szpitalu psychiatrycznym” o Van Goghu
o Chaplinie
o Charlesie Mansonie
o średniowiecznej księdze ginekologicznej
o ostatniej kobiecie skazanej za czary.
moje ulubione działy „zagadki historii”
i o wiele wiele więcej!
napisane na wysokim poziomie, z pomysłem, z wielką wiedzą.
i nie są to pełne zabobonów i tandetnych opisów artykuły a bardzo dobrych faktów.
Uważam, że to jest czasopismo tak niedoceniane poprzez swoją nazwę i styl okładki, że aż szkoda..
Czekam na każdy kolejny numer z wielką niecierpliwością.. Jak chyba na żadną gazetę w swoim życiu.

Tyle to naczytałam przez tydzień. Ile człowiek ma czasu jak nie skroluje tych portali społecznościowych..
udało się Wam coś przeczytać w święta, czy mieliście akurat czas lenistwa (uważam niezwykle potrzebny do prawidłowego i dobrego życia) ?
dobrego weekendu Moi Drodzy :*

 

wybór. (wieczornica)

Nikt nie ofiarował nam wolności wyboru w kolorze oczu, skóry, kształtu nosa czy plaskatej bądź smukłej stopy..
Nikt nie dał możliwości rozejrzenia się po świecie i wybrania kraju wiecznego słońca bez wojny, głodu i biedy.
Nie możemy wybrać warunków, możliwości i predyspozycji..
Nie dostajemy upragnionego talentu, jedynie ten zapisany w genach…
A potem albo go odkryjemy, albo żyjemy w przeświadczeniu, że nie dostaliśmy żadnego.
Po prostu się rodzimy. W jakimś miejscu, o jakimś czasie, z jakąś rodziną, z za dużymi uszami, garbatym nosem bądź zbyt masywnymi udami.
Często poprzez swoją nieśmiałość lub inne niedostatki, nie żyjemy tak jak byśmy chcieli. Jak nam się pragnie żyć.
Jednak pozostaje coś, w czym wybór ma każdy z nas… bez względu na posiadane dobrodziejstwa czy ułomności..
Każdy z nas może wybrać pomiędzy życiem w którym się chce i życiem człowieka, któremu chęci brak.
Urodziłam się w domu, w którym Mamie chciało się wszystko. Począwszy od prowadzenia domu, gotowania, sprzątania, pielenia ogródka, deserów i weków, poprzez goszczenie znajomych, rodziny i obcych przechodniów, kończąc na pracy w której wracała zimą ze zgrabiałymi z zimna rękoma.
Choć dużo gadam, jestem głośna i robię zamieszanie, to zaskakująco dobrze i wnikliwie pomiędzy tym wszystkim, przyglądam się światu.
I dostrzegam tę ludzką możliwość wyboru, albo przede wszystkim co z tą możliwością czynią…
Albo jak wygląda codzienność i aura tych, którym się chce. Jak wygląda Ich rzeczywistość, ludzie, którzy Ich otaczają i wciąż kłębią się dookoła, bo otaczać chce ich wielu. Aż wreszcie jak wygląda śmierć i pamięć o człowieku, któremu się chciało.
Gdyby każdy na tym świecie dokonywał takiego wyboru, wyboru chcenia, bilibyśmy się o miejsca w wolontariatach, brakłoby zwierząt do adopcji i psy w schroniskach padałyby z przejedzenia.
W sklepach zalegałyby ogórki w słoikach, bo każdy miałby chęć wekowania i robienia własnych przetworów.
Dlatego ważne jest, by te pragnienia ludzi w działaniu były odmienne. Zróżnicowane.

Podjeżdżam pod kościół, widzę te nasze dziewczyny z Rady Rodziców.
Czy gdyby mnie się nie chciało, to poznałabym te wszystkie fantastyczne dziewczyny z mojej wsi, którym się chce.
Czy wiedziałabym, że Bosia będzie pamiętać o herbacie w termosie na kiermasz pod kościołem, i o grzańcu, gdy te stroiki będziemy tworzyć w Sołtysa salce?
Że Alina założy zeszyt najlepiej sprzedających się stroików, by pamiętać na przyszły rok.
Że Marta wraz ze swoimi pracownikami będzie kleić dwa dni brylanciki na świątecznych kartkach.
Że Eliza okaże się taka „moja”.
Że widząc zapał, chęci, upór i maile wymieniane o północy, to jestem dumna z tego, że jestem Ich częścią. Dziękuję wtedy w myślach mojemu rodzinnemu domowi, który nauczył mnie dokonywania właściwego wyboru.
I kiedy patrzę na tych, którzy przechodzą obojętnie obok, to tłumaczę sobie, że Oni dokonali wyboru „chcenia” w innych życiowych dziedzinach… Mam taką nadzieję.

W sobotę wsiadłam w auto by pojechać do rodzinnej wsi. Na chwilę.
Nagrać generalną próbę teatru cieni, w Szkole Podstawowej mojej Siostry. Wieczornica
Choć z moją siostrą rozmawiam codziennie, tak od prawie roku, umawiam się z Nią na audiencję.
Mojej siostrze się chce. A wiecie jak jest gdy człowiek, któremu się chce, trafia na sobie podobnych?
Albo przenoszą góry, albo potrafią podnieść placówkę z kolan. A potem te kolana jej otrzepią by wgnieceń nie było na skórze.
Mam takie zdjęcia w telefonie, wysyłane przez moją siostrę, jak nowa Pani Dyrektor stoi w wakacje na drabinie. W szarym dresie. I szpachlą zdrapuje starą farbę ze ścian.
I w te wakacje były tam dni prawie sześćdziesiąt. One i rodzice ze wsi, którym się chce.
Po pracy zjadali na szybko obiad, zakładali robocze ciuchy i do nocy z tymi nauczycielkami stali na drabinach, malowali, szlifowali… 
Każdy mądry człowiek, takiego rodzica stojącego tam z pędzlem, będzie pamiętał zawsze. 
Będzie Mu się głową w pas kłaniał. 
I kiedy słucham na tej audiencji z moją siostrą o tych, którym się chce, to się człowiekowi tak dobrze śpi… 
Z takim spokojem, że ten świat nie najgorszy jest. O nie!
Dzięki tym, którym się chce. Dzięki tym, którzy dokonali takiego wyboru.
Takie życie jest po prostu coś warte. Bez względu na to, czy buduje się wielkie łuki triumfalne, czy remontuje Szkołę Podstawową, w której jest pięćdziesięcioro uczniów…
Moja siostra robiła Jasełka. Nie. Moja Siostra robiła Wieczornice. Teatr cieni.
Wraz z Panią Basią (na filmiku to ta urocza blondynka z grzywką. Moja nauczycielka także i najlepsza przyjaciółka naszej rodziny).
– Wiesz Jula, podjeżdżam pod szkołę i widzę te lampki na drzewach porozwieszane, to ognisko naszykowane. Ławki, stoły, namioty. Te Mamy z ciastami w rogach Reniferów, które Iza dla wszystkich Mam zamówiła… I Piotrek mi mówi – no otwieraj Miśka te szkołę (bo ja jestem Puszek, a moja siostra jest Miśka), a ja Mu odpowiadam – czekaj Piotruś, muszę się napatrzeć. Jaka ja Jula jestem dumna z tych ludzi, jaka ja jestem dumna, że tam pracuję – tak mi opowiadała na audiencji pojasełkowej, na którą się musiałam zapisać sms’em, bo wiadomo po jasełkach jeszcze będzie tydzień zajęta. Dobrze choć, że na Wigilię wpadnie. 😉
Moja siostra z Panią Basią wieczory spędzały na próbach, dekoracjach, zaangażowani rodzice przywożą dzieci, wspierają. Na szybko wpadają ze świątecznych zakupów i wiążą kokardy pod szyją swoich córek.
A potem na facebooku pod fotorelacją z Wieczornicy córka mojej Siostry podpisuje „Gratulacje Mamo”, i wtedy też mi się chce płakać. Bo to zamyka tę całość.
Tych ludzi ze wsi co siedzą przy ognisku, tę moją Mamę co tam najbardziej wariuje.
Ci co nie byli, niech żałują po stokroć, bo nie ma nic piękniejszego niż integracja z własną wsią.
Choć podobno hitem był płaszcz Wójta, w którym mój Tato poszedł do domu przyłożyć do pieca.
Pani psycholog jak przystało na psychologa pocieszała władzę, żeby się nie martwił, bo ten od Rozumka ładny taki, może i nawet ładniejszy, to na co te troski..

I kłaniam się tutaj w pas każdemu komu się chce. Bo takie życie jest coś warte.
I na te święta życzę Wam Moi Kochani, obyście nigdy nie tracili tej siły. 
I oczywiście zdrowia.