obraz.

kiedy patrzysz na słońce i zamykasz oczy, to pod powiekami tańczą setki migających kółek.
nie wiem czy mam tak tylko ja, bo dotąd z nikim o tym nie rozmawiałam.. czy mają tak wszyscy..
może nieliczni, albo Ci, którzy  wtedy obserwowali pod tymi zamkniętymi powiekami.
ja te kółka widzę tylko wtedy, gdy dookoła słyszę ciszę, nawet kiedy jest gwar.
taka cisza wokół mnie.. kiedy nigdzie mi się nie spieszy, kiedy nie jestem za nic odpowiedzialna, nic mnie nie boli, nie drażni..
tylko leżę i patrzę w słońce z tymi zamkniętymi oczami.
nie myślę o niczym. zupełnie o niczym. choć jeszcze niedawno wykłócałam się z ludźmi, że nie da się tak.. nie myśleć o niczym..
mam wrażenie, że mojego ciała nie unosi żaden leżak a lewituję.. może pół metra nad plażą.
idealny wiatr schładza moją rozgrzaną słońcem skórę.
co jakiś czas delikatnie otwieram oczy.. jednak robię to tylko do połowy i powieki znów leniwie opadają.
przez te krótkie sekundy widzę jak Ktoś gra w piłkę odbijając drewnianymi paletkami. stoją po kolana w wodzie..
tak, gdyby mocniej się przysłuchać to słyszę ten miarowy odgłos.. wtapia się zupełnie w wiatr, szum fal..
widzę na leżaku obok młodego chłopaka. ma okrągłe okulary. dłuższe włosy, które ręką zaczesuje do tyłu.
wygląda jak Dylan z Beverly Hills 90210. ma może 20 lat…
obok Niego leży dziewczyna. szczuplutka, delikatna blondynka, która co chwila nachyla się by Go pocałować..
potem stają koło siebie i na trzy-cztery wbiegają do morza. obrazek idealnie pasujący do błogiego stanu w jakim się znajduję..
pod dłonią wyczuwam książkę.
co kilkadziesiąt stron z tym całkowitym spokojem poddaje się senności..
w kubku obok stoi wbity w piasek kubek z  frappe. na górze bita śmietana i sos karmelowy.
słomką wypijam trochę z dna a potem jeżdżę po bitej śmietanie i karmelu siorbiąc przy tym głośno.
dzisiaj jest chyba przypływ, bo fale dotykają prawie mojego leżaka.
szum fal wprowadza mnie w swego rodzaju stan lekkości, spokoju i bezwładności.
Jego zaś rozsadza energia. chodzi brzegiem morza, dzwoni, czyta gazetę, słucha muzyki, ogląda zdjęcia, gada do mnie..
by w końcu położyć się i zobaczyć setki migających kółek pod swoimi powiekami.

obraz nadzwyczaj piękny i wymarzony..
otóż nie.. on jest zwyczajnie miły..
o nadzwyczajnie pięknym coś Wam napiszę..

„Córeczko, Tosie uśpiłam u Was w sypialni żebyście się rano z Nią obudzili.  Benia zostawię u siebie byście się jeszcze wyspali”
taki sms po wyjściu z samolotu.. wiadomość od Mamy.
otwieram oczy. przypatruje się Jej buźce. dwóm warkoczykom. kładę się bliżej i przytulam ucho do pleców by czuć Jej oddech.
na chwilę zamykają się powieki.. tylko na chwilę, bo słyszę jak na dole Ben już buszuje i wygłupia się z Babcią.
przez tą krótką chwilę widzę ten pachnący, wysprzątany dom w którego progi weszliśmy o północy.
kwiaty na stole. ciasto świeżo upieczone. laurka od Tosi i napisane z pomocą Babci „witamy w domu”..
fotelik w aucie Dziadka by wnuczkę swą do przedszkola wozić.. a po drodze rogalik w piekarni ulubiony kupić.
widzę dziadkowe popołudnia spędzone w piwnicy jak śrubkę do śrubki sprzątał.
sąsiadkę jak pruje swoim autkiem by pomóc pralkę nastawić, bo Babcia choć sms-y po ciemku słać potrafi, to z tymi pralkami zawsze na opak..
widzę Teściową swoją jak na mostku z reklamówką owoców czeka i w drodze z przedszkola Ją porywają.
ten dom nasz.. i każdy Jego kąt. wanienkę pełną ciepłej wody a w Niej pluskającego się syna.
Tosię z misiem i Dziadka gdy do snu opowiada historię z dzieciństwa.. bo okazało się, że najlepiej usypia Dziadek…
ale ja to już wiem.. miałam szczęście wysłuchać do snu wszystkich tych historii.. 
(a potem Tato „puchował” mi pościel.. pamiętacie jak były pierzyny z pierzem.. a to pierze uciekało w nogi a tu pod pachami sam materiał zostawał? no właśnie.. to Tato jeszcze przed snem mi to pierze wyrównywał… czyli „puchował”.. mogłam być troszkę od Tosi starsza. niewiele.)
widzę, choć wcale mnie tutaj nie było, te Ich spacery, zabawy, przeczytane książki..
zakupy w lodówce i obiad na najbliższe dwa dni na kuchence.
Moją Mamę z nieznikającym uśmiechem i nadprzyrodzoną siłą, która nad tym wszystkim panuje.
wytrzepane chodniki i… i dzieci, które choć z powrotu rodziców się zapewne cieszą, to od Dziadków oderwać się nie chcą…

„Tosia w przedszkolu, Benio śpi. Sielanka.”.. 
taki sms gdy leżę na plaży. wiadomość od Mamy.
z takimi rodzicami każda plaża wprowadza w błogostan… choć „Sielanka” nie raz zapewne nią nie była…

ten obraz jest nadzwyczajnie piękny i wymarzony…

nie każdy na tym świecie taki los otrzymał. takich rodziców z dniem urodzenia.
czasu cofnąć się nie da. ale z przyszłością możemy zrobić wiele. 
to my po części tworzymy historię naszych dzieci.. 
ja zrobię wszystko by powielić moją.. Ktoś inny zacznie Ją od początku i to będzie dopiero coś..

image-6

howgh!

Trochę nas zakatarzyło, zakaszlało.. siedzimy więc w dresach i się słanikamy z kąta w kąt z kieszeniami pełnymi zasmarkanych chusteczek.. chciałam coś dodać więc wklejam dwa teksty, które mi ostatnio jakoś tak się zasiedziały w głowie..
pierwszy, wiersz Barańczaka.. uwielbiam za te drobnostki.. za te wyliczone cechy, które na co dzień są niezauważalne..
drugi zaś tekst.. porwał mnie jak wiele opisów dzisiejszego dzieciństwa, które już tak bardzo nie przypomina naszego..
zupełnie dwa różne, w niczym niepodobne.. ale na tyle dla mnie ważne, że chciałabym zanotować.. może i Was zatrzymają na chwilę..
takie indiańskie przesłania na weekend..

„Gdyby nie ludzie, gdyby nie istnieli
tak natrętnie, ze swoim łupieżem, paranoją,
wystrzępionymi spodniami, antysemityzmem,
kłopotami w pracy, trwałą ondulacją, skłonnością do uproszczeń i zadyszki,
gdyby wcale nie trzeba ich było poznawać,
przecierających zamglone okulary, wycierających zamaszyście buty
„straszne dziś błoto”, ocierających bezsilną łzę,
gdyby nie otwierali przed każdym tak od razu
swoich otłuszczonych serc i wyszmelcowanych teczek
z przetartymi na zgięciach papierami
„chwileczkę, gdzie ja podziałem to zaświadczenie”,
gdyby w ogóle ich nie było, tych zanadto takich samych
i nadmiernie odmiennych światów z podwyższonym ciśnieniem,
z wygórowanymi żądaniami „panie musisz pan mi pomóc”,
zbyt głośno mówiących, zbyt naocznie żywych,
zbyt dotkliwie ludzkich,

o ile łatwiej by się mówiło „nic co ludzkie nie jest…”
                                                                                 Stanisław Barańczak

 

„Moim zdaniem, największą stratą dzieci w ostatnim trzydziestoleciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Nie ma już drzewa na podwórku, gdzie mogłyby przebywać same. Dawniej dzieci kształtowały swoje kompetencje społeczne w zabawie i komunikacji z innym dziećmi. Takiej możliwości już prawie nie mają, bo nawet kiedy są razem, to dookoła stoją dorośli, którzy się do wszystkiego wtrącają. Na dodatek, często są oni tak romantycznie lub idealistycznie usposobieni, że nie tolerują żadnych konfliktów. Niewesoło jest być dzisiaj dzieckiem z tymi dorosłymi, którzy nie odstępują ich na krok. A przy tym zaczyna się w różnych środowiskach pedagogicznych mówić, że dzieci mają wielką potrzebę granic. To po prostu trudne do uwierzenia, bo życie dzieci nigdy nie było bardziej ograniczone niż teraz. Dorośli są przez cały dzień przy nich i je kontrolują.”

                                                                                         Jesper Juul

12059695_909657382435949_1314240420_o

za pióropusz dziękuje – A Good Start

7 żyć.

_DSC0061

lubię jak się w nieckach kładzie mgła.
widać tylko szczyty dachów i kominy.
o szóstej rano, gdy wstawałam było zjawiskowo. zajrzałam w każde okno.
widok dosyć znany, bo o tej godzinie najczęściej budzi się mój syn.
tego dnia spał cały dom. a ja wyjeżdżałam do Warszawy.
cicho się ubrałam, naszykowałam dzieciom ciuszki na kupkach.
nałożyłam krem. potem puder i tusz. wyprostowałam włosy.
na ramiona kurtkę skórzaną w której czuję się jakbym miała wciąż 19 lat..
do torby wrzuciłam aparat i książkę.
zostawiłam auto przy dworcu i odszukałam na bilecie swoje miejsce.
wagon 10. miejsce 37. siedzi koło mnie Pan w garniturze.
i gdy już wyciągałam lakier do paznokci, On wyciągnął kanapkę..
cóż, pojadę w takich pościeranych.. może nikt nie zauważy.. pochowam po kieszeniach
wypijam łyk kawy i otwieram książkę.

jak ja nie znoszę takich niezaradnych mężczyzn.
Joshua, co to w ogóle za imię.
niech spada z tego Jej mieszkania i bierze ze sobą to łóżko.

i czemu Ona tak rozpacza, czy Ona nie wie, że spotka Kogoś innego.. że to dopiero początek tego wszystkiego..
początek tej historii.

a może On? może to będzie ten mężczyzna na plaży?
49 45 39 24 18 1
kurde! po co zadzwonił ten detektyw? w takim razie nic się tutaj nie wydarzy jak będzie musiała wrócić!
o nie! nie znoszą się na początku! w takim razie to będzie On! musi być On. i tyle od Niej starszy.to są piękne związki gdy On tyle od Niej starszy. ta dojrzałość, ta opiekuńczość. ta Jej wtedy beztroska. to musi być On. musi!
ale gdzie jest Jej współlokatorka A.?

mam wrażenie, że minęło parę minut. mijamy lasy, dworce i perony.
dzwoni Kasia i mówi, że idzie rodzić, ale dzisiaj to Jej się chyba nie chce.. to może nie urodzi.
Pan kanapki nie je, ale ja te paznokcie mam już gdzieś.

czeka na Nią pod domem. przecież to nie może chodzić tylko o Amy.
przecież ja to już czuję. Spencer! cholera!
przecież kiedy Ktoś się o kogoś martwi to znaczy coś więcej!
to On jest przy Niej gdy wszyscy inni zawodzą. a przecież jest tylko obcym detektywem.

i ten sam fakt Jego troski, martwienia się, pilnowania… a nie ma żadnego związku cielesnego, wypowiedzianych słów.
przecież jeszcze są na „per Pan”. a to nie ma nic piękniejszego w uczuciach niż ten początek. te nienazwane myśli i tęsknoty.
ten dreszcz gdy On niechcący dotknie Jej włosów, muśnie ramieniem, położy dłoń na łopatki chcąc skierować w stronę wyjścia. nienazwana miłość jest jedną z najpiękniejszych. ta o której się dopiero marzy. na którą się wyczekuje. zresztą, jaka miłość?! przecież to jedynie śledztwo i służbowe spotkania. przecież tak naprawdę się nie lubią!
drażnią nawzajem… i… i wyczekują… choć sami o tym nie wiedzą..

pasażerowie PKP wyciągają ręce sąsiadom przed nos, by włożyć je do rękawów marynarek. Ktoś Komuś stopę przydepnął.
Ktoś walizkę pomógł ściągnąć Komuś. tłoczą się przy wyjściu..

jak to!! jak mogła wpaść na Niego gdy był z Mary?! wiadomo przecież musiał Kogoś mieć zanim Ją poznał.
ale niech to się szybko wyjaśni. zwariuję tutaj! 
moment, przecież Ich nic nie łączy. nic więcej niż to co jest… oczywiste.

w tłumie idę. szukam postoju taksówek.

jak? jak może być chora? to niemożliwe! nie zgadzam się na to.
po  prostu się nie zgadzam. nie! i na pewno umrze! ja to wiem, Ona na pewno umrze!
niech ta książka się nigdy nie kończy. Ona nie może umrzeć.
dlaczego nie poszła wcześniej? dlaczego nie odobiera tego kuponu? 

dlaaaaaaczegooo?!

ocieram łzę.

jeszcze do tego tyle postaci. tyle genialnych ludzi obok. tych bezinteresownych. obcych.
dlaczego Ci najbliżsi tak często lub zawsze zawodzą u Niej najbardziej?
Spencer! dlaczego nie ma Cię w sobotę wieczór! odbierz ten zasrany telefon!

wpadam po kręconych schodach Bristolu.
Madzia wygląda pięknie jak zawsze. ma w sobie taką klasę a przy tym wdzięk małej dziewczynki.
ciepła. spokojna. wita mnie z uśmiechem.
Małgosia, taka kruszyna kochana. jak to dobrze ludzi poznać też tak zwyczajnie..
telefony, maile… to nawet nie namiastka człowieka.
Dawid, ma na żywo oczy tak samo błękitne jak w telewizji. wybawił wszystkie dzieci.
szturcham dziewczynę obok pytając Kto to ta ładna blondynka. odpowiada, że też nie wie.
jak dobrze, nie jest ze mną tak najgorzej. pytam też o to Jastrzębskiej i spadam przy tym z fotela bo dłoń mija mi się z oparciem.
okazuje się, że dziennikarka z TVN24. nie mam to nie wiem.
potem z tą co Ją szturchałam palę na tarasie.
mówi, że jest w weekend Blog Forum w Gdańsku. odpowiadam, że nie biorę udziału w takich imprezach. całkowicie nie mój świat.
Ona ma czerwone włosy i tatuaż z kolorową sową. jest fajną, normalną dziewczyną.
niby jest tam służbowo od jakiś agencji, ale mówi, że ma bloga.
potem odszukuję i okazuje się, że pisze genialnie. pisze nieźle o mieszkaniach do wynajęcia i o Babci z kwiatami.
kolekcja Maki Mon Ami – Wolińskiego i Mamissimy jest urocza. dziś wszystko co powstaje dla dzieci jest robione pod dorosłych.
a tutaj jest w końcu kolorowo, dziecięco, z pomysłem, ładną kreską. podoba mi się.
błyskają flesze. Ci z kamerami nie mieszczą się pod ścianką. „proszę jeszcze na lewo, tutaj Pani spojrzy na chwilę i jeszcze tutaj”
obserwuję z boku. odczytuję sms od Mamy. sprawdzam powrotne pociągi.

chemioterapia numer 001. on goli Jej i sobie włosy. kiedy to robi jedną dłonią trzyma Jej twarz.
potem chce by robił to już tylko On, bo wtedy Ją dotyka.
Ona nadal wygląda dla Niego ślicznie. 
Lily Quinn.
a potem Jej świat wygląda już inaczej. 

i wyrzuca Jego wizytówkę. a On się nie narzuca. 
kiedy Ona mówi „wyjdź” to On wychodzi. Boże! co za skończony głupek!! Wracaj!

zjadam ciastko z brzoskwinią bo wydawało mi się, że jest z czekoladą.
potem z pomocą tej z wytatuowaną sową znajduje też z czekoladą.

w fotobudce nie nadążamy zmieniać masek.

wyobrażam sobie pomimo cierpień i choroby Jej spokój.
Jej błogość.. dzięki tej świadomości, że On jest… gdziekolwiek by był.
i że w tym wszystkim z Nim łatwiej.
wyrabiam sobię opinię o zaginionych i oskarżanych w tej książce by po 10 stronach jednak się wahać..
nienawidzę wszystkich tych, którzy Go nienawidzą.
On siedzi na drugim końcu kanapy, a ja czuję Jej myśli.. choć nikt o nich nie pisze.
terapie, witamina A, alkeran, arszenik. nie ma dawcy.
w tle, a może tak naprawdę jako pierwszy plan rozgrywa się poszukiwanie zaginionej Amy..
a ja słyszę tylko jak Spancer śpiewa Jej do ucha „across the border” Bruca Springsteena..

zjadam obiad z Anią, co mi już od lat bliska. co jakaś taka już na stałe w to moje życie wpleciona.
wypijam kawę u Bartka a On opowiada mi o tym, że chyba już w końcu zakochał się na poważnie.
Kasia przysyła zdjęcie.. bo urodziła, choć Jej się nie chciało dziś rodzić wcale.
spóźniam się na pociąg. nic nie szkodzi. kupuję bułkę z cynamonem.
wagon 14. miejsce 95 okno.

Jej Matka ma problem z alkoholem i depresją. 
Ojciec, siostry i brat z mnóstwem innych historii. Babcia uciekła do Ameryki po wojnie w Polsce.
i życiorys każdego z Nich. nie na jednej stronie, dwóch czy kilkunastu..
a ja widzę przede wszystkim tego Spencera. widzę dobrze twarz Lily.. widzę Ją  najlepiej.

ciągle zastanawiam się dlaczego ten pociąg nie jedzie przez Gdańsk..
bo wiem, że przyjdzie mi dziś się z nimi rozstać.
za oknami całkowicie ciemno. skubię bułkę. koła stukają.
sosnowiec. zdążę. zdążę jeszcze trochę.

jak dobrze, że chociaż ten lekarz wie, że z ważnymi sprawami to najbardziej do Spencera.

drzwi otwiera mi Tato. siedzi w biurze i czyta książkę. Mama ogląda „Fidyka”. Mąż pracuje przy komputerze.
w domku czysto. dzieci wykąpane śpią..
wróciłam. cała i zdrowa.

nie jestem pewna czy byłam w Warszawie, ale dam sobie uciąć głowę, że byłam u Lily i Spencera.

powiadają, że kot ma 7 żyć.
człowiek ma tyle ile przeczyta książek.

_DSC0012 _DSC0030 _DSC0025 _DSC0026 _DSC0029 _DSC0055 _DSC0044 _DSC0022 _DSC0004 _DSC0034

na instagramie zadaliście dużo pytań o moją sukienkę i torbę z tamtego dnia.
torbę kupiłam jakiś rok temu w Verso. mają piękne skórzane torby. nietanie, ale już wiem, że bardzo konkretne , porządne.
a sukienka z koronką – w sklepie co mam za płotem Scandidecor.pl