żarcik

jaki ja jestem debil… to normalnie żal!
muszę pomyśleć gdzie by tę historię zacząć żeby się jakoś kleiło.
chociaż to moje pisanie jest tak chaotyczne, te zdania w cholerę za długie bez przecinków, że ja się naprawdę dziwię iż ludzie sens wyciągają. no nic.. jak już zaczęłam pisać to i dokończę. a nie tak, że w niepewności zostawię.
tę historię widzę jakoś tak zaczynającą się koło niedzieli.. albo w tę niedzielę właśnie.
najczęściej w ten święty dzień, mąż mój jeździ od rana na crossie i zjeżdza po południu. ale w tę oto niedzielę został w domu..
o nie, nie.. nie został, bo o tak z rodziną posiedzi, tylko dlatego, że już pojeździł w sobotę..
no i wiecie, widzicie te moje wizje w głowie..? jaka to będzie niedziela.. o ho ho!! zjawiskowa wręcz niedziela z mężem w domu!
ło żesz jasny gwint.. chłop to ino Cię utruje.. bo Ty jako kobita se coś już wyobrazisz, oczekujesz..
a On.. rano zdążył jeden film zobaczyć pomiędzy karmieniem a szykowaniem się na spacer, a po południu jak robiłam obiad machnął drugi.. tłumaczac się, że On musi siedzieć, bo przecież dziecko Mu na rękach śpi i jak odłoży to się obudzi!
patrzę na Niego i nie wierzę, że on myśli, że ja w to wierzę…
robię obiad, podaję, sprzątam…a potem w końcu może zobaczę tą Idę, bo już od miesiąca się zbieram..
a On co?! przysiada się ze mną oglądać. o nie, nie! teraz moja kolej. w tym czasie Tosia czterdziesty czwarty raz podaje mi butelkę i mówi, że chce dokładki kompotu… On siedzi odległość taką samą jak ja.. no nie, może jest nawet jeszcze bliżej bo się obejmują.
i On tego nie słyszy! o tym kompocie! Jezus Maria!! jak ja nienawidzę tego męskiego wybiórczego słuchania!!
a może i dobrze.. może jakby wszystkiego słuchali to już wszystkie nas by dawno pozostawiali..
tu należałoby wtrącić wzmiankę  o jednym z odcinków Hrabiego, jak Kołaczkowska gada przez 15 minut nieustannie (mąż milczy jak grób), utyskując na całą rodzinę, po czym spogląda na męża i krzyczy „a Ty skończ już! po co ta dyskusja?!”
ale wracając do tematu.. o tę butelkę mi się zaczęło!
że przecież jak ja w tygodniu nie mam minuty odpoczynku, to chociaż niech ten film godzina dwadzieścia siedem obejrzę!
niech dadzą mi obejrzeć do jasnej ciasnej!
weź te dzieci, coś z nimi zrób! i tutaj powstał ten punkt od ktorego zaczęło mi się rozchodzić.
rozchodziło mi się do wieczora już o wszystko, albo jeszcze więcej niż wszystko.
widzę, że On niezuważa powagi sytuacji! że to moje obrażenie jest prawdziwe, srogie i nie od parady!
On nic! to sobie umyśliłam, że ja Mu pokażę jak sprawa jest poważna. obrażę się na dwa tygodnie! albo trzy nawet. może mi się uda! o ! i w Walentynki też będę obrażona. tak Mu pokażę, że się zdziwi!
a trudno nie będzie bo wyjeżdzam z dziećmi na ferię. nawet Mu nie zadzwonię. zostanie sam w pustym domu to zobaczy. zatęskni za nami raz dwa.. plan miałam boski. już ręce zacieram jak to ja Mu tutaj pokażę na skalę światową mojej rozpaczy i udręki związkowej. w poniedziałek On mi torby nosi do auta, pomaga się pakować.
zostaw mi te torby, ja se sama wszystko zrobię! sama! sama!
mało tego, On do mnie z czułym pożegnaniem!! no nienormalny! on nie widzi! nie widzi, że ja jestem obrażona na amen!
widzi. nie da się nie zauważyć całej mojej teatralnej otoczki jaką perfekcyjnie przy tym robię.
widzi, tylko gówno se z tego robi.
w drogę…
dzwoni „czy Puszku dojechaliście szczęśliwie?”  odpowiadam tak i się rozłączam, no bo przecież nie będę wchodzić w pogaduszki kiedy jestem w otchłani rozpaczy z Jego powodu!
i myślę… nie zadzwonię do Ciebie. zobaczysz. ani ciut ciut…

i wtedy właśnie to…
dzieci z Babcią zostały, ja z moją siostrą pomiędzy kawą a obiadem cyk do kosmetyczki na henną.
Ona się zrobiła, potem ja. na czarno. zakupy w spożywczaku i wracamy. no ze wsi obok se wracamy. słońce świeci.
pięknie. Ona siedzi z tyłu, bo z przodu mam fotelik wpięty. gadamy, opowiadamy. i sekundę przed domem temat się urwał.
cisza była krótką chwilę, to ja na pomysł wpadłam. no super żarcik! na poziomie nie lada!
no taki ludzie, że boki zrywać. no żarcik nad żarciki.
pomyślałam, że udam iż zapomniałam skręcić i skręcę w ostatniej chwili.
no czyż to nie jest żart nad wyraz górnolotny, wyszukany i jakże zaskakujący?!
a że od wymyślenia do skrętu dzieliło nas 10 metrów, to nie zdążyłam nijak tego sobie przeanalizować..
zresztą jak wszystkiego w życiu..
jadę.. a Ona na to „Ej, skręcaj” . se myślę.. jest! udało się! nabrała się..
i ja wtedy cyk w lewo! bo przecież Kto jak Kto!? ale ja? jak ja cały świat zjeździłam autem, motocyklem..
no kierowca ze mnie wyśmienity. ja nawet nie jeżdżę, ja balansuję, bawię się tą umiejętnością..
i ja Hołowczyc z krwi i kości w to lewo.. lewa ciąć!
i już by było.. no już prawie.. tylko ten śnieg mi przeszkodził i zaledwie o kilka centymetrów…
i nawet zerkam na przód.. może się jeszcze uda… ale nic to nie pomogło..
ale już się nauczyłam, że to moje myślenie nie pomaga nigdy…
wszystko w pył. czarno przed nami. rury jakieś latają, lampy na kablach wisza..
wszystko rozwalone..
no i wiecie.. wtedy normalnie jak dwóch ludzi ma wypadek to wychodzą z auta, coś się za głowy łapią, klną ile wlezie, kopią.
obchodzą auto dookoła..
a ta moja siostra, pozbiarała siaty z podłogi, jebła drzwiami i idąc krokiem niezachwianym a wręcz bardzo pewnym, nie spoglądając na auto nic a nic, skomentowała donośnie „jaka Ty jesteś popierdolona!”
no rozumiecie to? jak ja ten żarcik dla Niej! dla niej taką chciałam tutaj atrakcję! a Ona mi tak!
idzie Tata ze Szwagrem. huk był taki, że usłyszeli z warsztatu. idą.
i ja im powiedziałam, że taki chciałam żarcik i to z głupoty!
a Tata na to „najczęściej takie rzeczy to z głupoty się dzieją”.
i nic! nic więcej nie powiedział. rozumiecie? żadnych wzdychań, żadnych karceń. nic.
bo On to już wiedział jak mnie jest przykro, i wiedział, że tym milczeniem zrobi najwięcej.
i wtedy myśl!! wtedy ta myśl! że ja muszę zadzwonić do męża! muszę Mu to powiedzieć.
jak zadzwonić skoro chciałam się nie odzywać, nic od Niego nie chcieć! nic!
a tu? że auto rozwalone i to nie dlatego, że jeleń wybiegł, że sarna, dzik, łoś, renifer! .. tylko, że ja tutaj taki miałam super pomysł..
pomysł taki, że w majtki ze śmiechu tylko sikać!
Chłopaki zbierają, coś patrzą.. a ja dzownię…
– no hej, auto rozwaliłam.
– Tobie się coś stało?
– nie, nic, tylko przód skasowany.
– a jak to się stało.
– no tak najgorzej właśnie, bo ja taki miałam super plan na skręt w ostatniej chwili.. dam Ci Szwagra to powie co rozwalone…
– ok, podeślij mi zdjęcia..

wchodzę do domu, a moja siostra te oczy na mnie wywałusza i patrzy z pogardą „Ty debilu!, Ty kretynie!  Ty naprawdę myślałaś, że się zmieścisz?”
no nie… tak se chciałam w drzewo! a co!
już Jej żarciku nigdy nie zrobię! niech ma nauczkę. nic wdzięczności!

dzwoni ten mój… chyba dostał zdjęcia – myślę..
– halo?
– a to Ty Puszku, chciałem zadzwonić do Toma, pomyliłem się..
– acha, a zdjęcia widziałeś?
– tak, widziałem. nie martw się. to tylko auto. pomyśl sobie, jakie to będzie miało znaczenie w ostatnim dniu naszego życia? żadne.

i w cholerę z Nim!!! tak chciałam być pogniewana! na tydzień, dwa a najlepiej trzy!
a On mi nie pozwala, choćbym nie wiem jak się uparła!

ale żarcik fajny, nie? przyznacie, że taki zmyślny, że to byle Kto by na to nie wpadł..

a potem jeszcze ten mój zamówił części, przysłał mi pieniądze na tutejszego mechanika i whisky dla szwagra  za to, że mi tu pomógł ogarnąć… mógł jeszcze orkiestre dętą na hip hip hura za mój dowcip..
żeby się na własnego męża nie móc obrazić… to już przekracza wszelkie granice!

jaki ja jestem debil…

szatnia

siedzimy codziennie na tych małych ławeczkach w szatni przedszkolaków. ja zawsze rozbieram się do rosołu bo tak tam gorąco.
pomiędzy tymi małymi szafeczkami schodzimy się po te nasze dzieci.
zastanawiamy czy byli na dworze patrząc po ciuchach na półeczkach.
zerkamy na kartkę z jadłospisem.
schodzą się mamy i babcie. babcie jak to babcie zawsze takie radosne, uśmiechnięte. już zagadują. kochane takie.
są mamy co czekają sobie jakoś na boku, cicho.
jest też jedna co się prawie do mnie nie odzywa, jakby mnie nie lubiła od pierwszego dnia.
wszyscy tu z jednej wsi więc tematów wspólnych wiele..
jest też taka… moja ulubiona. bez makijażu, w kręconych włosach. w dresie i z pięknym ciążowym brzuszkiem.
Jej synek ma szafeczkę niedaleko od Tosi, więc gadamy o wszystkim. 
szeptem Jej coś mówię i zaśmiewamy się, bo Ona też tak myśli a to nieetyczne.
zawsze. zawsze ma ten śliczny ryjek uśmiechnięty. 
ten Jej uśmiech jest jakby wyczekiwany przeze mnie o tej 13ej.. zaraża nim.
pewnego dnia jadę do przedszkola i myślę, że dziś jej powiem by przyszli do nas na kawę. 
dzieci już się znają. Ona też nie z tych terenów. a jak dla mnie spędzić z Nią popołudnie to będzie duża przyjemność..no ma w sobie coś takiego… że człowiek jakby od lat Ją znał..
jadę tym autem i nie mogę się doczekać aż Jej to powiem. byśmy tę znajomość przeniosły na domowe pogaduszki.
zajeżdzam, a tam w szafce Jej synka nie ma już kurteczki. no nic. musieli wyjść wcześniej.
następnego dnia odbiera Go Tato. kolejnego Babcia. pewnie się gorzej poczuła albo przeziębiona, pomyślałam..
w środę przed dniem babci i dziadka dzwonią do mnie z przedszkola z zapytaniem czy upiekłabym ciasto bo Mama, która się deklarowała urodziła.
tak, pewnie. żaden problem. zastanawiam się co z Nimi bo to 7my miesiąc.
wychodzę przed 13tą bo po drodzę do sklepu po ser. sernik zrobię. szybko i każdy lubi.
mijam się przed wjazdem z Jej mężem. zatrzymuję Go ręką i pytam jak dziewczyny.
i mówi mi.. On mi wtedy mówi, że mała dobrze, ale Mama jest na onkologii, bo wykryli białaczkę i postępuje bardzo szybko.
i ja od tej chwili nie przestaję płakać. do samego wieczora nie powiedziałam do nikogo ani słowa.
bo jak to? przecież jak się rodzi dziecko to wraca się z nim do domu. tuli się, przewija i karmi.
wraca się do starszego stęsknionego. a Ona na onkologii?! 
nie mogę sobie miejsca znaleźć, siadam by napisać do Niej list. dodać otuchy. ale dochodzi do mnie, że mąż mówił o Jej stanie.
nie będzie mogła go przeczytać… potem próbuję się otrząsnąć. Ona taka przecież optymistka, radosna.. wygra tę walkę i szybko wróci. przecież nie może nie wrócić..
piekę to ciasto, a myślami jestem w innym świecie. myślę sobie , że to najważniejsze ciasto jakie w życiu robię.
robię je za tę moją koleżankę z szatni…
potem Tosia choruje kilka dni… 
dziś zawiozłam Ją na bal przebierańców. o moja kochana. wyglądała tak uroczo. Ci kowboje, strażacy, myszki miki…
szafka Jej synka pusta.
jedna z moich ulubionych Babć podchodzi i mówi „Ty wiesz, że Ona nie żyje, w środę był pogrzeb”.
jak? co było? do cholery jasnej!? co było?!?
jak to?! to się nie dzieje naprawdę! do dwójki małych dzieci nie wróci Mama? 
nie będzie cierpliwie Go ubierać o 13ej? nie poprosi o samego biszkopta beż dżemu od kucharek? bo On niejadek jak Tosia.
mała córeczka nie pozna nigdy swojej Mamy?
jak to? 
na tym cmentarzu przecież tak bardzo zimo.
a Ona w tych pięknych kręconych włosach do ramion…

dziś w południe gdy będę siedzieć w tej szatni.. i w każde inne popołudnie będę czekać i wyglądać na drzwi..
nie wierzę, że nie wejdzie w tym niebieskim dresie z najpiękniejszym Maminym uśmiechem…

słucham tych Mam, co mają problem, bo dziecko wstało w nocy dziesięć razy, co jak je marchewkę to tak macha rękami, że marchew jest wszędzie, a Ją doprowadza to do szału.. mam ochotę walnąć wtedy pięścią w stół i powiedzeić „ludzie, opanujcie się!!”

staram się jakoś pocieszać.. że ten Tata taki fajny, da im pewnie wiele miłości, ta Babcia taka ciepła, jeszcze młoda i stanie na wysokości zadania..
ale przecież za chwilę jest dzień mamy… i jak? nie usiądzie obok mnie by posłuchać jak te małe buźki śpiewają , że „mama najlepsza na świecie jest…”

ciężki temat.. ale tak mi chodzi po głowie i musiałam napisać..

nie mogę się pogodzić z tym, że mi tego ukochanego księdza Jana Twardowskiego nie posłuchali.
tak chciał być pochowany na Powązkach, a położyli Go w betonowym molochu..

wracaliśmy z pogrzebu Dziadka gdy Tato mówił, że chciałby tylko taki krzyżyk brzozowy.
Mama mówi, że Jej jest obojętne, bo Jej już wtedy nie będzie. i że Ona nie zastanawia się nad tym, bo życie teraz Jej płynie i szkoda sobie głowy zawracać takimi tam nieistotnymi rzeczami.
ja chciałabym być spalona. mam nadzieję, że wtedy w Polsce będzie już prawo by rozrzucić prochy gdzie się chce..
a chciałabym na ziemi, którą kupili mi rodzice. na mojej rodzinnej wsi. koło takiej starej gruszy co ma dużo ponad sto lat.
i żeby tam się zebrali mi bliscy. coś pogadali, troche powspominali.
z racji tego mojego wyboru, natknęłam się ostatnio na taki film o kremacji (podesłała mi znajoma).
jak owijają nas w folię, wkładają w taki zwykły karton, potem  taśmą klejącą i ten piec.
i nic mną nie wstrząsnęło.. nawet ten mikser co mielił niespalone kości. wszystko to jakoś było naturalne, zrozumiałe..
przeczołgał mnie do granic możliwości widok tego kartonu. zwykłego kartonowego pudła.
bo gdyby dane nam się było ocknąć w tym kartonie na minutę i kijem wisłę zawrócić…
co byś zmienił?
bo jak to?
dziś wydaje mi się sprawą życia i śmierci ta podłoga nieumyta od dwóch (!) tygodni. ten bałagan w garderobie.
papiery i dokumenty co czekają od roku by je posegregować. dziecko co jęczy o coś od pół godziny, a drugie w tym czasie zdążyło łazienkę do góry nogami przestawić. mąż co zapomniał, że ja mam dziś wychodne. koleżanka co ma focha, bo dawno u niej nie byłam.. popękany na kawałeczki ipad, worki śmieci w piwnicy co czekają na segregację…
do jasnej cholery!? kiedy ja się z tym obrobię. czemu ja wiecznie muszę być w biegu, niedoczasie, podczasie, nadczasie i wiecznie wkurzona?! wiecznie z jakąś pretensją do Kogoś albo najlepiej do całego świata…

i od tamtego dnia, przy każdej takiej myśli ja widzę ten karton.. i to jak ważne jest wszystko to o co teraz się tu wściekam. o co się handryczę z życiem, losem, ludźmi a najbardziej z samą sobą.
o co ja się drę, po co, do Kogo, na co?
jakie to ma znaczenie?!
bo jak mnie w to pudło zapakują przy dziewiędziesiątce to może i czasami coś jakieś znaczenie ma większe..
ale Kto to wie kiedy…? a jak za lat dziesięć? bo jak to mówi Jan Jakub Kolski…
„nie ma tak, że Ktoś nie zasługuje na jakiś los, każdy człowiek zasługuje na każdy los”..
jakby mi np przyszło zasłużyć na taki… to co do cholery ja robię w tej garderobie wiecznie układając te ciuchy, co ja robię z tą nadąsaną miną, z tymi pretensjami i życiem jakby miało trwać wiecznie..
po co te nerwy w korku, na co stres by ciasto zdążyć dla gości upiec..
i zamiast cieszyć się ze wszystkiego jak głupek to wciąż, że coś, że coś..
człowiek idealnie by chciał, lepiej, wyżej.. samego siebie przeskoczyć najlepiej..

codziennie widuję różnych ludzi. w tym pewne dwie kobiety.
jedna z nich, urodzona w dobrych czasach, w normalnej rodzinie. wycieczki szkolne, rower górski, szkoła średnia, narty zimą, weekendy ze znajomymi. jakaś praca. czasem lepsza, czasem gorsza. na kino zawsze jest. mąż. po latach dom. na kredyt, ale bez problemu spłacają. zdrowe dzieci. piekny nowy płot i dziadkowie do pomocy.
co rusz to płacze, z mężem się gniewa. z miną ja widuję nadąsaną.
zbyt duża kolejka do mięsnego doprowadza ją do szału…
druga z nich miała 12 rodzeństawa. Ojca alkoholika. zimą jako kilkuletnie dzieci, na boso, w piżamkach uciekali jak wracał w nocy do domu i czekały w polu aż zaśnie.  potem ten dom spalił. uciekli wszyscy. było ciężo zawsze. a gdy miała dzień w którym wypadał Jej termin porodu drugiego dziecka to wkładali do grobu pierwsze. trzyletnią córkę. jak zaoszczędziła pieniędzy to w sobotę jogurty dla rodziny kupowała.
zawsze widzę ja uśmiechniętą. najbardziej cieszą ją dzieci z wnukami na obiedzie w niedziele. a gdy kupili nowe meble do kuchni, to długo  płakała bo nie wierzyła, że takie szczęście ją spotkało.
kiedy kolejka w mięsnym jest wyjatkowo długa, Ona uśmiecha się najszerzej, bo ma w portfelu na rolady śląskie dla dzieci i wnucząt.

i przecież ta moja Mama ma świętą rację. jakie znaczenie ma to jak nas pochowają. ważne jest to co dziś daje nam los.
tylko niektórzy dostają taki charakter, taki dar cieszenia się z tego co niesie dzień..
a inni, jak na przykład ja, muszą czasami zobaczyć takie kartonowe pudło i dostać mocno obuchem w łeb, by uświadomić sobie co w życiu ważne, by nigdy nie żałować.. bo czas płynie nieubłagalnie szybko, i drugiej szansy na przeżycie go inaczej nikt nam nie podaruje..
żyj dziećmi, ciepłym dachem nad głową, dobrą książka przy łóżku, ..
błoto z butów, po deszczowym spacerze na podłodze w przedpokoju, nie ma najmniejszego znaczenia w ten dzień gdy zakleją taśmą szary karton.

bo Kto lepiej utuliłby rano moje zaspane dziecko, które do przedszkola wstaje…

i choć wściekałam się na męża wczoraj, to dałam Mu buziaka rano gdy wychodził do pracy.. 
czasu szkoda, bo Kto wie jaki los nas czeka..