Rustykalnie – wywiad

Od kilku lat jestem związana blisko z marką Seart, która jest też właścicielem marki Rustykalne Uchwyty.
Obie firmy/sklepy są taką esencją dobrego wnętrza.
Cały nasz dom jeżeli chodzi o napisy, numerki, wieszaczki jest oparty na Rustykalnych Uchwytach.
To są drobiazgi jakie tworzą tę wyjątkową aurę w domu.
Często pytacie mnie o nasze lampy. Tam możecie ich znaleźć niewyobrażalną ilość.
Myślę, że Ci, którzy kochają się w takim stylu mogą zwyczajnie na stronie Rustykalnych przepaść..
I niech nie zmyli Was nazwa… Tam oprócz uchwytów są piękne meble. Myślę, że śmiało mogę napisać, iż jest to jedno z najlepszych miejsc w których można „obkupić” swój dom.
Oprócz giełdy staroci 😉
Miałam ostatnio przyjemność udzielać Im wywiadu..
Zostawiam go zatem dziś Wam.
Na samym dole mam dla Was kilka rzeczy do rozdania właśnie z tej marki.
Zostawiam kilka zdjęć, które były robione dawno temu do magazynu Weranda Country.

Karolina: Julio, znamy się od dawna i to, co najbardziej lubię na Twoim blogu to harmonia. Czytam i czuję emanujący spokój. Skąd czerpiesz tą równowagę?

Julia: Mam wrażenie, że równowaga u większości ludzi ma swoje podłoże w podobnym miejscu. To rodzina, dom i przyroda/natura.
Jeżeli oczywiście ten dom jest stabilny, bezpieczny, spokojny i ciepły…
Wielu ludzi, którzy takiego domu nie mają, który tę równowagę może dać, biorą ją z siebie. Ze środka. I to są prawdziwi bohaterowie.
Najczęściej Ci bohaterowie to Mamy. One biorą siłę równowagi aby dać dzieciom – dom. Pomimo burz które krążą dookoła.
Myślę, że kwestia równowagi to też nabyte doświadczenia, lata obserwacji i pilnego uczenia się samego siebie.
A potem wielorazowe próby pewnych wyborów w kwestii zachowań, miejsc, ludzi, dobranych słów…
Pewnie najpiękniejszą równowagę osiąga dopiero refleksyjny starzec..
Ileż to razy patrzymy na tego co siedzi zgarbiony, z dłońmi na drewnianej lasce i tylko kiwa głową..
Czasami się lekko uśmiecha, a ten uśmiech mówi wszystko co o życiu wie i jakie z tego życia wyniósł oceny za odrobione lekcje…
To musi być dopiero równowaga…

To, co nas łączy, to zamiłowanie do wsi. Zarówno Twój dom, jak i siedziba naszej firmy mieszczą się na wsi. Dla nas wieś jest źródłem inspiracji, tworząc meble sięgamy do tradycji. Jak to jest u Ciebie? Co daje Ci życie na wsi?

Wieś jest dla mnie też częścią tej równowagi.
To na niej poznawałam świat, uczyłam się czytać w wiejskiej szkole, tam też zawierałam przyjaźnie i pierwszy raz zaczynało mi bić serce.
Na wsi spędzałam wakacje i na niej spacerowaliśmy przed niedzielnymi obiadami.
Późniejsze życie pokazało mi również, że żadne inne wakacje nie są w stanie sprostać tym które można mieć na sierpniowych ścierniskach i w rowach między mleczami.
Wieś daje mi spokój którego bardzo pragnę i który jest jednym z najważniejszych elementów mojego dobrego funkcjonowania. Wieś daje mi ciszę. Wieś daje mi też człowieka. Bo choć nie jest to regułą, mam wrażenie, że na wsiach człowiek jest obok drugiego człowieka o wiele bliżej. Więcej sobie pomagają, częściej się spotykają… Chociażby koło płota, czy sadząc w ogródku..
Poprzez małą ilość ludzi jaka zamieszkuje wieś, prawie wszyscy się znają i droga do sklepu staje się o wiele bogatsza…
Im więcej uśmiechów i życzliwych „dzień dobry” złapiesz, tym więcej radości do domu przywieziesz… choć jechałeś po masło i ser..
Pomidora od sąsiada przynieść możesz, gdy idziesz zanieść Im świeżo upieczone bułki..
W sam raz do masła i sera…
Prawdziwe życie to dla mnie relacje między ludźmi i matką ziemią jakie były dawno temu i które powoli zanikają…
A to życie najpiękniej można odnaleźć na wsi.
Choć zawsze na pytanie „gdzie było mi najlepiej”, bo mieszkałam w ogromnej ilości miejsc, odpowiadam, że wszędzie dobrze mi było…
Bo wszędzie odnajdywałam drugiego człowieka…
Ale dziś, kiedy już mam rodzinę i dom, moje miejsce jest z nimi na wsi…

Oprócz stylistyki rustykalnej, lubujemy się w klimatach retro i vintage. I nie będę ukrywać, że wnętrze Twojego domu jest dla nas niesamowicie inspirujące. Stylistyka naszych dekoracji i akcesoriów doskonale się wpisuje w klimat Twojego domu. Ja osobiście mogłabym u Ciebie zamieszkać.
Jak powstała aranżacja Twoich wnętrz? Czy był to gotowy plan czy raczej stopniowy proces? Jak dobierasz meble i dodatki do swojego domu?

Pamiętam jak podczas budowy często mój mąż pytał „jaką kupić lodówkę”, „Jaką kupić kuchenkę”? Odpowiadałam „wybierz sam, na pewno będzie super”.
Bo ogromnym, dziś okazuje się że zbawiennym był fakt identycznego gustu.
Wszystko co miałam i kupiłam ja, było w całkowitym guście Adama. I odwrotnie.
Nigdy nie mieliśmy na ten dom planu czy rysunku.
Dosyć dużo już mebli i dekoracji miało każde z nas w swoich mieszkaniach.
A potem stopniowo dokupowaliśmy. Bez żadnego spięcia, ciśnienia, presji czasu…
I kupując kolejne rzeczy, które nam się podobały nie zastanawialiśmy się czy będą do siebie pasować… One po prostu musiały się polubić 🙂
To tak jak z ubraniami. Jeżeli założysz kilka swoich ulubionych ciuchów, to będzie Ci w nich dobrze i będą do siebie pasować. Ale musisz mieć odwagę w nich wyjść i żyć estetycznie wedle swoich potrzeb, a nie oczekiwań społeczności.
Jednym ten dom może się podobać bardzo, a innym za grosz.
Ale przecież to ja tu żyję i mnie ma dawać siłę i energię do działania czy też dobrego odpoczynku.
Dla mnie przestrzeń wokół mnie jest niezwykle istotna.
Pamiętam jak w internacie, w pokoju gdzie było nas cztery miałam kącik dookoła łóżka przystrojony. Gdziekolwiek się nie pojawiałam musiałam stworzyć swój świat.
I zawsze będę uważać, że liczą się chęci i pomysł aby mieszkać ładnie, bez względu na rodzaj gustu.
Można mieć dużo pieniędzy i drogie mebla a nie czuć się u siebie dobrze.
Można też kupić w sklepie z używaną odzieżą kawałek materiału na starą kanapę i zasłony, do tego puszkę farby i już jest…
Dom i jego wnętrze wychodzi z człowieka, nie z portfela…

Lubisz zmiany we wnętrzach? Często zdarza Ci się coś przestawiać, zamieniać, kupować nowe rzeczy? Ja mam ten komfort, że aranżacyjnie mogę się wyżywać na naszej ekspozycji. Ustawienie mebli, dobór dodatków, eksperymentowanie ze stylami to coś, co bardzo lubię.

Różnie to bywa..
Mam taki czas kiedy robię dużo przemeblowań. W dziecięcych pokojach, salonie… Wtedy mam takie wrażenie jakbym cieszyła się tym wszystkim na nowo.
Mobilizuje mnie to do doskonalszego wysprzątania 🙂
Czasami kupiona mała drobnostka pociągała za sobą lawinę przemeblowań.
Skąd czerpałam tak wielkie siły do tego aby całe dnie przenosić, przestawiać… ? 🙂 Nie wiem…
Dziś, od dosyć długiego czasu mam taki spokój w tej kwestii.
A jedyne meble jakie przestawiam to na tarasie wiosną i jesienią.
Kiedy go mebluje przed latem, lub sprzątam i przygotowuję na zimę.
A może to tylko chwilowe, ten spokój w domowych ekspozycjach? 🙂
Mam naturę niespokojną, potrzebującą zmian i działania… Zatem tak, to pewnie tylko chwilowe..
A może cisza przed burzą…? hmm…
Choć bardziej wydaje mi się, że to zwyczajne zmęczenie materiału..
Bo przecież natury nie oszukasz jak mawiają…

Zapytam też nieskromnie. Jak sprawują się meble z naszej oferty? Co w nich lubisz, co wnoszą do Twojego wnętrza?

Wiesz, są takie meble, dodatki, przedmioty, które bywają w tym domu na chwilę. Albo się nudzą, albo przybyły przypadkiem, albo były chińskie i się zepsuły…
Są też takie, które pasują tu dziś i mam wrażenie, że bez względu na to co się w tym domu zmieni, będą pasować zawsze…
Tak mam z krzesłem przy biurku, czy  stołkiem przy kuchennej wyspie.
Są takie przedmioty w każdym domu, które czynią go „smacznym” i wyjątkowym. Jeżeli Ktoś tak myśli o moim, to zasługą tego są Wasze meble które już od lat z nami mieszkają.
Ach, ostatnio kuchanny Wasz stołek grał ze mną w przedszkolnym przedstawieniu 🙂
Od niedawna budują się przed moim kuchennym oknem sąsiedzi.
Czasami Asia woła mnie z okrzykiem „chodź, przyszła paczka od Rustykalnych Uchwytów”..
I idę się Wami zachwycać… szafą, komodą, stołem, drzwiami, okuciami…
A ile się Wasz stół już z nami naświętował, ile rozmów nasłuchał, śmiechu..
Przecież to przy nim napisałam swoją pierwszą książkę dla dzieci pt „liść”…

Myślę, że to, co nadaje wnętrzu charakteru to właśnie odpowiedni dobór mebli i dodatków. Dla mnie powinny one mieć duszę, swój charakter, swoją historię. Za to zupełnie nie przekonuje mnie nowoczesna surowość. Jak Ty odnosisz się do współczesnych trendów? Minimalizmu, prostoty, sterylności…

Bardzo ją lubię. Bo choć mieszkać bym w niej nie potrafiła, bo zaraz zagracę, to lubię w takich domach przebywać. Odpoczywam tam.
W takich domach, łatwiej jest zachować porządek, który cenię.
Czasami nawet się takimi domami zachwycam.
Ale na bardzo krótko. Może dlatego, że są tak inne od mojego.
Życie które kocham i w którym się odnajduję jest pomiędzy milionem kocy, poduszek, dywaników i książek.
I choć nowoczesne domy to nie jest wychodzący z mojej natury głos, potrafię docenić gdy jest dobrze skomponowany. Np zachwyca mnie dom moich sąsiadów architektów. Spójność środka, zewnętrznego wizerunku, podwórka, każdej roślinki… Taka klasa i gust. 

Bardzo miło patrzy się na Twoją rodzinę. Nawet na zdjęciach widać niesamowitą więź jaka Was łączy. Gdzie toczy się Wasze życie rodzinne? W której części domu spędzacie wspólny czas?

Zupełnie nie potrafię zrozumieć po co nasz dom ma zbudowane piętro… 😉
Jesteśmy wszyscy razem – nieustannie.
W salonie, kuchnii, łazience, tarasie…
Choć coraz częściej Tosia (lat prawie 8) potrafi znikać z przyjaciółką w swoim pokoiku..
Ja mam wrażenie, spędzam 90% czasu przy kuchennym blacie i piekarniku.
Lubię swoje miejsce 🙂
A oni wszyscy są tuż obok.. Bo czekają, aż wyciągnę z tego piekarnika pachnącą chałkę, bułki, muffiny… 🙂

A masz jakiś swój kącik, miejsce, które jest tylko Twoje, w którym się relaksujesz, odpoczywasz, czytasz Myśliwskiego?

Mam kilka do pracy. To jest biuro. Lub kuchenny stół, gdy w domu jestem sama.
Moja pracownia w piwnicy, gdzie pakuję książki, gdy jest premiera.
Ale takie relaksacyjne to zależy od pogody. Zimą kocham od jakiegoś czasu swoją wannę w sypialni. Nalewam gorącej wody i czytam tam książki.
Latem czytam w hamaku na tarasie, na kocu gdy się opalam.
I prawie codziennie (gdy nie jestem w serialowym ciągu) idę pod kołdrę z książką.
Uśpię już dzieci, posprzątam w zlewie i wchodzę pod ciepłą kołderkę.
Zapalam nocną lapkmę i czytam, czytam, czytam…
Kocham te wieczory..

Jakimi materiałami lubisz się otaczać? Drewniany dom sugeruje, że to właśnie w naturze czujesz się najlepiej – mam rację?

Oczywiście. Jak to mawia mój Adaś – u nas w domu nic niczego nie udaje.
Drewno to drewno, cegła to cegła. Nie mamy paneli czy klinkieru.
Lubię len, bawełniane liny, jutę, płótno…
Chodzi o to, że drewniany dom jest po prostu o wiele zdrowszy do mieszkania niż murowany.
Zatem od początku do końca niech tworzy go natura.

A co myślisz o metalowych akcentach we wnętrzach? Podobają Ci się postarzane okucia, rdzewione dekoracje? To z jednej strony przeciwieństwo drewna, a z drugiej – mam wrażenie – jego doskonałe uzupełnienie.

Od zawsze tak było, że są klasyczne połączenia, które do końca świata będą tworzyć najpiękniejsze wnętrza.
Przecież te wszystkie amerykańskie lofty to cegła i metalowe konstrukcje.
Do tego okna złożone z kwadracików w metalowych ramach.
Jest pewna granica, gdzie połączenia materiałów się uzupełniają i tworzą całość.
Ważne, żeby nie przesadzić.
Dlatego okucia metalowe, rdza to dla mnie jakby nieodłączny element drewna.
Wszystkie nasze drzwi na górze są takim właśnie połączeniem.
Pamiętam jak kiedyś dostałam karton numerków, wieszaczków, zawiasów i innych drobiazgów z Waszej firmy.
Biegałam z nimi jak dziecko po domu z okrzykiem „Adaś, a może tutaj?”, „A patrz jakby pięknie było tutaj” i przykładałam wszędzie…

Moja droga do pracy wiedzie przez las. Mijam łąki, na których pasą się sarny. A jak już dotrę na miejsce wita mnie śpiew ptaków. I bardzo to lubię, daje mi to przysłowiowego kopa na cały dzień. A ciebie co motywuje? Działasz bardzo prężnie, wciąż się rozwijasz – skąd w Tobie tyle energii?

To kwestia natury z jaką się człowiek rodzi.
Taka energia, jak wszystko ma swoje plusy i minusy..
Jednak jeżeli zapytałabyś czy chciałabym się urodzić z inną, to nie… nie chciałabym… chociaż jak człowiek może nie chcieć czegoś czego nie zna..
Lubię natomiast spokój jaki potrafię już trochę za ogon łapać gdy mi ucieka.
Już wiem kiedy zwolnić, czego się nie podejmować aby się nie zagalopować..
Bo wtedy można się przewrócić, a ja już wiem jak taki upadek wygląda i wcale go nie chcę.. Chcę kroczyć spokojniej, rozważnie..
Choć wiem przecież, że są ludzie z naturą tak różną od mojej, że ten mój rozważny krok to dla nich galop..
Cóż mnie motywuje…?
Przede wszystkim chęć żeby nie żyć bez sensu.. Choć brzmi trywialnie.
Chcę zapisywać to co mam w głowie, coś z siebie dawać. Ludziom, ziemi.
Chcę czytać, poznawać, przeżywać.
Mam takie poczucie, że czas który mija bezpowrotnie powinien być dobrze spożytkowany. Nawet ta nuda powinna być twórcza i coś dobrego człowiekowi wtedy do głowy powinno wpaść.
Chce moim dzieciom dać szczęście, poczucie bezpieczeństwa.
Życie mnie Karolka motywuje. Po prostu życie. Żeby go nie zmarnować.

Mam też dla Was kilka niespodzianek od firmy Rustykalne Uchwyty.
Wystarczy dokończyć zdanie „Mebel to…”
Możecie też słowo „mebel” zamienić na szafę, stół, krzesło…
Do rozdania mam przepiękne grabki ogrodowe, zakładkę do książek i krawiecką szpulę z nożycami.
Dlatego pod wpisem o meblu napiszcie proszę co byście chcieli dostać.
Wyniki w tym poście 30.04.

Nagrody wędrują do Ewy, Kasi i Bereniki.
Proszę o adresy wraz z nr tel potrzebne do wysyłki na adres mailowy julia.rozumek@gmail.com
Proszę też napiszcie co chcecie dostać.
Gratuluję 🙂

 

Kolorowa Wielkanoc


Powiadają ostatnio często, że aby żyć zdrowo trzeba mieć pieniądze i czas.
Prawdą jest, że mieszkając w Warszawie i udając się do sklepu ze zdrową żywnością trzeba mieć zasoby.
Na eko pietruszkę czy marchewkę. Eko jajka też o niebo droższe.
A już w ogóle gdzie w środku miasta zdobyć kurkę co po podwórku chodziła..?
Chyba, że pochodzi się ze wsi a w stolicy jest się przyjezdnym. Na chwilę bądź dłużej. A może i na stałe.
Czas potrzebny jeżeli chcemy mieć swój ogródek czy jajeczko.
To wszystko jest wielką prawdą. Ja mam to szczęście mieszkać na wsi.
Moi rodzice są ze wsi gdzie dostaniesz co chcesz, króliczka, jajeczka, dynie, pigwę..
Teściu co roku ma pełną szklarnie pomidorów. Moja koleżanka Madzia podrzuca mi ze wsi obok kurkę na rosołek, pietruszkę i seler do rosołku. Pięć kilo mąki prosto z młyna.
Ale można też być świadomym. Np stojąc przy półce z dziesiątkami słodyczy dla dzieci, wybrać najmniejsze zło. Polecam jak zwykle aplikację „Zdrowe zakupy”.
Nigdy nie kupuję barwników do jedzenia, bo to koszmarna chemia.
Jem wtedy takiego torta z dziesięcioma warstwami koloru, a w duszy zastanawiam się ile okrutnych składników pochłoneło moje ciało.
Helpę mamy w domu już od ponad pół roku. Kaszki, kolorowe łyżki. Teraz doszły kolorowe różdżki smaku. To w 100% naturalny owoc czy warzywo.
Można dodawać do wszystkiego. Naleśników, bułek, ciast, majonezu, połączyć z cukrem pudrem i zrobić kolorowy cukier albo kolorowy lukier.
Dodać można całkowicie do wszystkiego co wpadnie nam do głowy.
Moje dzieci niejadki zaczęły dopominać się o jedzenie wiedząc, że mogą sobie wybrać kolor tego jedzenia. Kaszka owsiana (z jeżykiem na opakowaniu) jest u nas rozchwytywana. Dodaję do niej jedną łyżeczkę koloru (ulubiony łyżka smaku malinowy) i znika w sekundę. Bardzo wydajna. Opakowanie starcza na wiele śniadań.
Dlaczego zaczęłam ten post takimi słowami? Bo to kolorowe jedzenie, bio kaszki, które są w ofercie Helpy mają normalną cenę. Wydaje mi się nawet, że te popularne barwniki do jedzenia, sklepowe, są droższe.
Właścicielki to lekarz i dietetyk.

Oczywiście dochodzą w marce Helpa piękne opakowania.
Mamy szufladę z różdżkami smaku, łyżkami smaku, kaszkami i jest jedną z najczęściej otwieranych.
Pierwszą paczkę Helpy zamówiłam może pół roku temu. Ten dość długi czas pozwolił mi na dość bliskie zaprzyjaźnienie się z tymi kolorami. Dosypuję do chałki, robię kruszonkę z kolorem.
Można dosypać po prostu wszędzie. Do jogurtu, mleka. 
Moje dzieci z racji niejadkowania wolą smaki owocowe. Ale ja do muffinów z orzechami, miodem i marchewkami (genialny przepis tutaj) dodałam polewę z białej czekolady i różdżki smaku – szpinak.
Połączenie smakowe – bomba!
Do babki zrobiłam lukier z różdżką smaku – dynia.
Na baranka cukier puder połączyłam z burakiem. 
Powiem Wam, że Boże Narodzenie widzę w kolorach czarnej porzeczki i buraka na stole.
Wielkanoc połączenie szpinaku i dyni absolutnie wiosenne i pyszne.
Na co dzień moje dzieci pochłaniają malinę, truskawkę, jagodę..
Te saszetki łyżek smaku i kaszki są bardzo wydajne. Starczają na bardzo długo, lub na wiele potraw. Na dziesiątki dań. Różdżki smaku to super pomysł na zachęcanie dzieci do jedzenia, lub do kreatywnej zabawy z pieczeniem. Ten proces wybierania koloru, dosypywania..
To też doskonałe zapoznanie się z produktami Helpy. Albo prezent dla dziecka. Dla większego zestaw kolorów do jedzenia, dla młodszych kaszki. Zamiast iść z naręczem batoników pełnych oleju palmowego i węglanów sodu można kupić kolorowe różdżki smaku. Bez dodatku cukru, tylko naturalne składniki, z rolnictwa ekologicznego. 
Zachęci do zdrowego jedzenia, będzie zabawa, a może wieczorem zrobi obdarowany ciasta z mamą do których dosypie koloru.
Brak cukru w kaszce uzupełniam sama na talerzu miodem.
Jeszcze może co do babki ze zdjęć – mój ulubiony przepis z którego robię tutaj.
Czasami drobiazgi potrafią zmienić wiele…
Ja moi  Drodzy, jak widać po stole, świętuje już wcześniej 😉 
Ale wrócę jeszcze przed świętami, w czwartek, zostawić Wam wpis o tym jak można być bliżej siebie w święta. O moich pomysłach na wspólne spędzanie czasu, które powstały w mojej głowie przy Bożym Narodzeniu i które uzupełnię w Wielkanoc.
A tym czasem intensywnego tygodnia Wam życzę. Pełnego spacerów, wycieczek rowerowych, kaw na tarasie, bo idzie piękna pogoda…

to było w czwartek.

Kiedy byłam mała, czy też później, jako nastolatka, Tata mawiał na wiosnę „patrz Jula jak wszystko kwitnie. Jak to dobrze, że dane mi było dożyć kolejnej wiosny.” Zawsze tę wiosnę tak gloryfikował.
Byłam zajęta całym tym bagażem młodzieńczego życia i nie tyle, że się tej wiośnie nie przyglądałam, ja nawet nie rozumiałam czym On się emocjonuje. Wiosna jak wiosna. Liści nie było, liście są.
Kto tam wtedy myślał o etapie rozkwitu…
Dziś sobie myślę, że to nie tak, że lekceważyłam świat i przyrodę. Taka jest kolej rzeczy, dorastania..
Może dziś nie zachwycałabym się każdym pąkiem na swoim podwórku, gdybym w sobie chowała jakieś żale i niedostateczne wykorzystanie lat beztroski w tej młodości.
Otóż każdego dnia, kiedy podlewam swój malutki sad, donice z warzywami potrafię patrzeć godzinami na wschodzące rośliny. Każdego dnia widzę co przybyło w lesie. Który krzak wczoraj był goły, a dziś ma pąki. Który z pąków przeistoczył się już w zielony listek..
Nagle okazuje się, że świat wiosny jest nie tylko odrodzeniem dla natury, mam wrażenie, że ta radość we mnie rośnie wraz z tymi rzodkiewkami, co dziś przebiły mi się przez ziemię…
Usiadłam ostatnio rano do komputera. Do pisania. Jakoś tak patrzę w okno, słowa nie przychodzą..
Założyłam kalosze, kurtkę i poszłam podlewać drzewka. Woda mrożąca krew w żyłach ze szlaufa leci.
Ręce odmrożone. a ja nic nie czuje. Bo mi tak dobrze. Nie mam ze sobą telefonu. Rozglądam się po polach. Ptaki mi tak nad głową śpiewają… 
Kiedy wróciłam, czułam jak bym mogła góry przenosić..
Zwykłe podlewanie drzew w porannej porze.. A jak słońce świeciło… Poezja.

Czwartek jak czwartek. Zapomniałam zwyczajnie. No bo jak człowiek o urodzinach najbliższych często nie pamięta, to gdzie pamiętać urodziny bloga.
Ale moi czytelnicy zapomnieć mi nie dali. Dostałam piękne kartki. Życzenia. Upominki. 
Z całego serca Wam dziękuję.
Z samego wieczora, już ciemno było. Podjechała poczta. Paczka z Warszawy. Otwieram. Żadnego listu. Nadawcy nie znam. Tabliczka. Och, co żeśmy się z Adasiem uśmiali. Myślę Kto to może być i wpaść na taki pomysł z okazji 7 urodzin bloga.. Moja siostra!!! 
Tylko Ona potrafi szukać prezentu pół roku i być w tym temacie niezwykle oryginalna.
Tabliczka zawisła na naszym domu…
A co śmieszne, widać ją z daleka. Ludzie podjeżdżają pod dom bo myślą, że to może jakiś dom Tkacza do zwiedzania czy muzeum wsi śląskiej… :))
Wianek na drzwiach to też historia, bo chciałam ładny wiosenny. Naturalny. A wszędzie sztuczne kwiaty.
I one ładne są. Piękne. Ale nie chciałam sztucznych. Szukałam. W internecie. W kwiaciarniach.
Aż nagle myśl! Tak, na pewno Pani Ola z Kreatywnie mi coś wymyśli. Wchodzę a tam na stole leży wianek z juty… Dorobiła, dołączyła, dowiązała i mam! Gałązka, trochę mchu. Na jesień dodam listki.

Ale w tamten czwartek przyszła mi też paczka z książkami, które zamówiłam…
I powiem Wam, że kiedyś mi się marzyło chodzić po starych domach i robić z tymi ludźmi wywiady. 
Pytać o historię domu, Ich historię. O życie. Zrobić Im zdjęcie na schodku przed chałupką.
Przecież ile w tych ludziach i tych starych domach musi mieszkać mądrości..
A tu masz! Ktoś wpadł na podobny pomysł.
I zrobił to przepięknie!
Książka „domy bezdomne” to mistrzostwo reporterskiego zapisu. 
Tam wszystko chciałoby się zapamiętać. Bywają fragmenty, które od tego czwartku czytam codziennie..
Podzielę się z Wami… 
Bo takie słowa muszą iść w świat. W ten popaprany świat XXI wieku…

„Dziadek zawsze tłumaczył, że dom jest jak człowiek.
Popatrz, mówił, tu są oczy, i wskazywał na symetrycznie ułożone okna, tu jest buzia, i pokazywał na drzwi, tu kręgosłup – chodziło mu o sień na przestrzał, z której wchodziło się do każdego pomieszczenia – a tu mózg. I wskazywał na strych. Jak masz jakiś problem, to idź pod dach i tam pomyśl, tak mawiał. Dziadek uważał, że pod dwuspadowym dachem myśli się lepiej i przestaje boleć głowa, bo tak jak w piramidzie powietrze jest tam odpowiednio zjonizowane.
Ale przede wszystkim mawiał, że dom jest naszą twierdzą. 
W domu piekło się chleb, wszędzie mięso, na strychu składowano żyto, jabłka, siano. W domu zawsze były ziemniaki i zakiszona kapusta. Krowa żywiła całą rodzinę, a kogo nie było stać na krowę, ten miał kozę. Przed domem był sad, a w podwórzu zagon pełen warzyw. I studnia, bo woda była najważniejsza. Podczas wojny taki dom zapewniał schronienie, można w nim było przeżyć nawet kilka miesięcy.
Dziś w razie jakieś klęski nie przetrwalibyśmy nawet kilku dni. Wyłączą nam prąd i gaz, zamkną sklepy i po nas. To ułuda, że coś mamy. Owszem mamy, ale może się okazać, że tylko na chwilę.”

„Dlaczego się mówi, że stare domy mają duszę? Bo były wielopokoleniowe. Taki dom nigdy nie stał pusty – nawet jak wszyscy poszli w pole, zostawał dziadek albo babka. Rodzina skupiała się wokół kuchni, w której ojciec miał warsztat szewski, matka stale coś na piecu warzyła, tu się lęgły kurczęta, a tam koty. Zadania szkolne odrabialiśmy na kolanie albo na parapecie, przy stole nigdy nie było miejsca.
Największą radość sprawiało pieczenie kołocza na niedzielę. A domu nie można było opuścić nawet na jeden dzień, bo oprócz ludzi żyły w nim zwierzęta.
Dziś domy to hotele, stoją całymi dniami puste.”

O tych pierwszych słowach często myślę. Co gdyby była wojna i zamkną sklepy?
Pewnie napiszecie, że dziś wojna wyglądałaby inaczej. 
Nie wiem.. Jako Matka czasami się tego obawiam…
Co do drugiego cytatu, to mój dom – ten, rodzinny jak i  dom mojej siostry, to czasy bez zmian..
Są pełne ludzi. Ciągle. Bezustannie. Ja nie lubię wyjeżdżać. Kocham się tu krzątać po kuchni. Gotować, piec. Gospodarzyć. 
Ale te słowa, zacytowane jak i reszta książki, to wszystko to, co opowiadali mi rodzice. 
Ja to wszystko wyraźnie w głowie potrafię nakreślić.
To takie wartości, które zagoniony człowiek powinien wziąć do siebie.
Życie pokazuje mi, że ten bieg za ułudą, że coś mamy jest niszczący. Nie daje nam żadnej długotrwałej i prawdziwej satysfakcji. Daje poddenerwowanie, stres… 
Jestem na etapie swojego życia w którym ogródek i pąki drzew, dają mi więcej radości, niż wszystko inne co oferuje mi nowoczesny świat.. Bo ja już to widziałam, miałam albo mam i wiem, że nie uczyniło mnie spokojniejszą, radośniejszą…
Ale wiem też co czyni… I w tym kierunku chcę iść.
Jutro muszę dosadzić jeszcze dwie skrzynie warzyw. Jaką cukinię radzicie wsadzić?